Biblia diabła

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To ja ją zaprosiłam! – Gwen w końcu przedarła się przez słowotok Pauliny. – Odruchowo zupełnie. Nie sądziłam, że weźmie to dosłownie.

Paulina, kompletnie zaskoczona, wbiła wzrok w Gwen.

– Ty? Jak to?

Gwen westchnęła i pokrótce streściła przebieg wizyty w pracowni Igora. Gdy skończyła mówić, Paulina rzuciła Igorowi niepewne spojrzenie. Może rzeczywiście trochę się pośpieszyła z wymówkami.

Igor uśmiechnął się do niej drwiąco i sięgnął po kufel z piwem.

– I co? Zgodziłeś się dla niej pracować?

Wzruszył ramionami.

– Nie czujesz żadnego dyskomfortu? Sądzisz, że naprawdę jest bezinteresowna?

Igor spojrzał na Paulinę urażonym wzrokiem.

– Mamy ostatnio mało zleceń, a ja muszę płacić rachunki.

– Nie mam do niej za grosz zaufania. A co, jeśli ona zaczęła węszyć wokół Sedinum Exploration?

– À propos! – Igor podniósł głowę i spojrzał na Johanna i Gwen. – Odbyłem właśnie niepokojącą rozmowę z jednym moim inwestorem.

Gdy skończył opowiadać o planach Boroli i jego podejrzeniach, przy stoliku na moment zapadła cisza.

– Jak on się o tym dowiedział? – Johann groźnie uniósł brew. – Przecież naszym warunkiem była całkowita dyskrecja.

Igor wzruszył ramionami.

– Ludzie prezydenta. Borola ma tam mnóstwo kontaktów.

– W poniedziałek przyjeżdża do Szczecina Dermot ze stryjem na kolejne rozmowy. Trzeba ich o tym uprzedzić. Szczecin nie respektuje warunków prowadzenia negocjacji. – Johann nagle spojrzał na Igora. – A to w ogóle prawda? Naprawdę istnieje jakiś skarb z katedry w Kamieniu Pomorskim?

– Boże! Ledwie przyjechaliśmy na Pomorze i znowu rozmawiamy o skarbach. – Gwen sięgnęła po szklankę ze swoim mojito.

Igor wzruszył ramionami i sięgnął po tablet. Po chwili na ekranie ukazała się archiwalna fotografia relikwiarza Korduli, a zaraz po niej zdjęcie pałacu w Benicach.

– Borola twierdzi, że to kampania promocyjna, ale jakieś to wszystko podejrzane. Nie wiem, co on knuje. Zwłaszcza w kontekście tych obrazów z Gumieniec.

– Dorota zna Borolę? – spytała nagle Paulina.

Igor spojrzał na nią z lekką irytacją. Mogłaby już zakończyć ten temat.

– Oczywiście. Pracowaliśmy dla niego razem, jak jeszcze byliśmy małżeństwem.

Paulina spojrzała w przestrzeń ponad jego głową.

– A co jeśli oni razem to ukartowali? Dorota przecież była z nami w szczecińskich podziemiach. A może wpadła na taki sam pomysł jak my i zaproponowała udział w nim komuś, kto ma kupę kasy i liczne kontakty w mieście? Może ta oferta pracy przy remoncie jakiegoś domu to próba wyciągnięcia z ciebie informacji?

– Jakich informacji? – Igor popatrzył na nią z powątpiewaniem.

– Jak się dostać do podziemi, oczywiście. Ona nie zna przecież drogi. Dostaniesz zaliczkę, za chwilę wystawisz fakturę. Takie drobne uzależnienia. Głupio ci będzie nie współpracować. Zwłaszcza z Borolą, starym dobrym klientem.

– Zapomniałaś o drobnym detalu. Dorota nie wie, co tam znaleźliśmy.

– Informacje o Sedinum Exploration już wyciekły. Może inne także?

– No to po co im ten skarb tej jakiejś Korduli? – wtrąciła Gwen.

Przez chwilę patrzyli na siebie niepewnie.

– Jest jeszcze jedna rzecz – odezwał się w końcu Igor.

Sięgnął po swój kufel i wypił duży łyk piwa.

– Zapytałem Borolę wprost, po co mi opowiedział o tych swoich poszukiwaniach kamieńskiego skarbu.

– No i? – zniecierpliwił się Johann.

– Zaproponował mi pewien szwindel. – Igor westchnął. – Na Wolinie, prawie na samym klifie, stoi stary dom. Z ogromną i piękną działką. Jest wystawiony na sprzedaż za kosmiczne pieniądze, ale właściciele nie są jeszcze do końca pewni, czy chcą się go pozbyć. Szukają architekta, który zrobi im inwentaryzację i wstępny projekt przebudowy na pensjonat.

– I co to ma wspólnego z tym wszystkim, o czym mówimy? – nie wytrzymała Paulina.

– Borola chce, żebym zrobił te pomiary. Wszystko ukartował. Jacyś jego znajomi, którzy znają tych ludzi, mają mnie polecić, a ja mam złożyć bardzo konkurencyjną ofertę. Wystarczająco konkurencyjną, a on sam dopłaci mi drugie tyle. Bylebym tylko dostał to zlecenie.

Paulina przez chwilę patrzyła na Igora.

– Poczekaj, niech zrozumiem. Inwentaryzacja to są bardzo dokładne pomiary i sporządzenie planów, prawda?

Igor pokiwał głową.

– Planów, z których będzie wynikało, gdzie są jakiej grubości ściany, gdzie są drzwi, okna, w którym miejscu są kraty. Domyślam się także, że opiszesz stan techniczny stolarki, jakości zamków i tak dalej?

Igor ponownie pokiwał głową.

– I on pewnie chce, żebyś mu potem te plany dostarczył? – Paulina otworzyła szeroko oczy.

Igor westchnął i po raz kolejny kiwnął głową z rezygnacją.

– Przecież to wygląda jak przygotowanie gruntu pod jakiś włam!

– Także z miejsca o to zapytałem.

– No i co? – Johann patrzył na Igora z malującym się na twarzy niedowierzaniem.

– Zaczął ściemniać, że chce ten dom kupić, ale najpierw musi wiedzieć, jakie są rzeczywiste szanse jego rozbudowy. Ponoć Wolin stawia tam bardzo restrykcyjne warunki.

– A ile ci ludzie chcą za ten dom, tak z ciekawości?

– Prawie sześć milionów.

– Boże! – jęknęła Paulina. – Za tyle to można kupić wyremontowany pałac z parkiem i przyległościami.

– Jak zacząłem dalej dopytywać, to w końcu powiedział, że w tym właśnie domu mieszkała w czasie wojny ta dziewczynka, która uciekała z rodzicami kawalkadą wozów Flemminga. Marysia Woźniak. Martha Krause.

Na moment ponownie zapadła cisza. Cała trójka wpatrywała się w Igora podejrzliwie. Pierwszy odezwał się Johann.

– To teraz najważniejsze pytanie. – Podniósł palec do góry – Zgodziłeś się?

Igor spojrzał na niego i po chwili przytaknął.

Johann ciężko westchnął.

– Zwariowałeś! – Paulina prawie krzyknęła i postukała się palcem w czoło.

– Ciszej bądź! Mamy ostatnio mało zleceń, a ja muszę płacić rachunki!

– Jak wszyscy, ale tylko niektórzy decydują się na współudział we włamaniach. Przecież to jest przestępstwo! – jęknęła Paulina. – Nie wierzę, że chcesz to zrobić.

– Igor! – Johann pochylił się nad stołem. – Przecież my ci możemy pożyczyć kasę. Na konto naszych poszukiwań Sedinum Exploration.

– Nie wygłupiaj się. – Igor pokręcił głową. – Aż tak źle nie jest. Zresztą, mogę pożyczyć od rodziców, w najgorszym wypadku. Sprawdziłem wszystko. Jeśli ci ludzie nie zawrą w umowie warunku, że inwentaryzacja jest do ich wyłącznego użytku i nie wolno mi jej nikomu udostępniać, to wszystko jest zgodne z prawem.

– Ty chyba jesteś idiotą! – Paulina ponownie podniosła głos. – Tu nie chodzi o prawo budowlane ani nawet o przepisy prawa cywilnego. Jeśli tam rzeczywiście ktoś się włamie, to przecież od razu będziesz podejrzany. I pewnie błyskawicznie wyjdzie na jaw, że przekazałeś te plany komuś innemu. W dodatku odpłatnie.

– Dobra! – Johann uderzył pięścią w stół. – Nie będziemy bezczynnie patrzeć, jak nasz przyjaciel bankrutuje i idzie do więzienia! Jutro wpadnę do twojego biura i pogadamy. Jeśli masz jakieś długi, to chcę widzieć ile, a w poniedziałek przeleję ci kasę na konto.

– Nikt nie bankrutuje ani nie idzie do więzienia! – Igor podniósł oczy do nieba. – Nie histeryzujcie, na miłość boską! Poza tym, jeszcze nie zrobiłem żadnych planów i nikomu ich nie przekazałem.

– Ale mówisz, że się zgodziłeś. – Paulina popatrzyła na niego oskarżycielsko.

– Tak, ale ci ludzie muszą się najpierw do mnie odezwać. Może polecenie przez znajomych nic nie da i nie złapią się na haczyk Boroli.

– Jak się odezwą, to nie podejmuj żadnych decyzji bez powiadomienia nas. – Johann popatrzył na Igora poważnie.

Igor uśmiechnął się do niego z przekąsem.

– Dobrze, tato! A teraz może w końcu coś zamówmy. Umieram z głodu.

Rozdział 7

Piątek,10 marca

Paulina, z torbą na laptopa w jednej ręce i kubkiem kawy w drugiej, wprawnie manewrując ramieniem, pchnęła oszklone drzwi i weszła do głównej sali redakcji. Od razu rzuciło jej się w oczy niewielkie zbiegowisko, które zrobiło się za plecami Piotrusia, kilka biurek od niej. Pomyślała, że Piotruś pewnie znowu zrobił jakiegoś głupiego mema i właśnie wrzuca go do sieci. Położyła torbę na krześle, a kubek z kawą postawiła na blacie. Lekko bolała ją głowa. Wczorajsze spotkanie z Johannem i Gwen przeciągnęło się do północy. Po burzliwym początku rozmowy w końcu udało im się nacieszyć swoim towarzystwem i porozmawiać o niczym. Przy okazji wypiła też dwa drinki, które miały nie być mocne, i jednego shota – za spotkanie. No i efekt był taki, że dzisiaj do pracy przyjechała taksówką. Na szczęście nie planowała żadnych spotkań ani wyjść, stwierdziła więc, że jakoś sobie poradzi.

Otworzyła torbę z laptopem i wyjęła plik kartek z notatkami do drugiej odsłony cyklu o czarownicach. Miały się wprawdzie ukazywać co tydzień i aż takiego pośpiechu nie było, ale po prostu chciała jak najszybciej mieć to z głowy. Ten temat powoli zaczynał jej wychodzić bokiem. Głównie przez usiłującego wszystko cenzurować Pawła, który nagle sobie przypomniał, że jest katolikiem.

Sięgnęła po kubek z kawą i właśnie chciała w spokoju przeczytać poranne wiadomości, gdy Piotr zawołał ją po imieniu. Odwróciła się, chcąc powiedzieć, że jest zajęta, ale zobaczyła, że na twarzach osób, które wciąż stały za jego plecami, malują się uczucia mocno odbiegające od rozbawienia. Zaintrygowana wstała więc i podeszła do stanowiska kolegi.

– Kiedy właściwie on to wrzucił? – Baśka pochylała się nad ramieniem Piotra, przypatrując się czemuś z obrzydzeniem.

 

– Dosłownie pół godziny temu. – Piotruś podrapał się po brodzie. – Kolega przysłał mi link, bo widział, że pisałem o tym wczoraj.

– Boże, koszmar. – Baśka się wzdrygnęła. – Ściągnąłeś to? Zaraz pewnie to zdejmą z YouTube’a.

– Oczywiście. Możemy zacząć odliczanie. Stawiam, że powisi jeszcze z pół godziny i zniknie.

– Co to jest? – Paulina usiłowała zobaczyć coś zza pleców kolegów.

Piotruś odwrócił się na krześle.

– Jeździłaś wczoraj w tej sprawie do prokuratury.

Na ekranie kończył się właśnie jakiś nakręcony amatorską kamerką film. Ciemny obraz co rusz zmieniał położenie, ukazując to zadeptaną mokrą ziemię, to plecy jakichś krzątających się niedaleko ludzi. Po chwili ekran zrobił się czarny, na moment pojawiły się napisy, prośby o subskrybowanie, a chwilę później film, z włączoną funkcją odtwarzania w pętli, zaczął się ponownie. Z miejsca, w którym był nagrywany, widać było jakieś nabrzeże porośnięte łysymi o tej porze roku krzewami. Przy samym brzegu stała łódka, a dalej widać było trzy motorówki policji wodnej. Na ciemne wody jeziora kładły się długie snopy niebieskiego światła. W tle słychać było kilka głosów. Tuż obok płakała jakaś kobieta, a rozgorączkowany męski głos uporczywie prosił, żeby się uspokoić. Kamera przesunęła się powoli wzdłuż brzegu i zatrzymała się na grupie osób, które stały nad jakimś leżącym w trawie tobołem.

– Co to jest? – Paulina pochyliła się pomiędzy ramionami dwóch kolegów, chcąc przyjrzeć się dokładniej temu, co majaczyło na ekranie, pod nogami kilku mężczyzn.

– Patrz dalej. – Piotruś skinął brodą w stronę swojego monitora.

Kamerka musiała mieć niezły zoom. Obraz mocno się powiększył, ukazując czarne dżinsy jakiegoś człowieka. Po chwili łydki zniknęły z ekranu i tajemniczy ładunek ukazał się w pełnej okazałości. Górna część worka była rozcięta, a sznur leżał obok. Pod spodem był także łańcuch, którym obwiązany był żółtobrązowawy kadłub.

Paulina jęknęła i zakryła usta dłonią.

Ciało było kilkakrotnie obwiązane łańcuchem. Leżało na brzuchu. Widać było obojczyk i ciągnącą się wzdłuż boku pozbawioną dłoni rękę. Kark kończył się strzępami skóry. Plecy i bok trupa pożłobione były długimi ranami i nacięciami.

– Boże! Kto to nagrał?

– Jakiś Pawcio. – Piotruś wskazał palcem logo youtubera, którego kanał właśnie oglądali. – Ma kilka filmów na rowerze i na nartach. Pewnie kamerka z mocowaniem na głowie.

Obraz powoli przepłynął wzdłuż zwłok, ukazując biodra i potwornie pokaleczone nogi. Nagle rozległ się głos jakiegoś mężczyzny i kamera gwałtownie zmieniła położenie, pokazując kolana w ciemnych spodniach i fragment żółtego sztormiaka. Po chwili znowu pokazały się nogi kręcących się nad ciałem mężczyzn, ubita mokra ziemia i ekran ponownie zrobił się czarny.

– Koszmar. – Baśka pokręciła głową. – To musi być jeden z tych motorowodniaków, którzy znaleźli zwłoki.

– Za moment będzie niezła chryja w mediach. – Piotruś pokręcił głową i odwrócił się do stojących za jego plecami kolegów.

– Dałeś link u nas na portalu? – zainteresowała się Baśka.

– Jasne! Z krótkim komentarzem. Ale nie byliśmy pierwsi. Zresztą film zaraz zniknie.

– Dobre i to. Koleś będzie miał kłopoty.

– Pisali… – Paulina, wciąż zszokowana, cały czas wpatrywała się w ekran. – To znaczy, ty też pisałeś… – spojrzała na tył głowy Piotra – że na pokładzie były dzieci. To pewnie jakiś szczeniak. Nikt dorosły nie ryzykowałby czegoś takiego.

– To podobno kobieta. – Baśka przekrzywiła głowę. – Tutaj nawet nie widać. Ma jakiś tatuaż na karku.

– Bardziej na obojczyku. – Piotr pochylił się nad ekranem. – Jakieś stylizowane litery.

– To dobrze. – Paulina westchnęła. – Dzięki temu może łatwiej ustalą tożsamość.

– Wszędzie piszą o porachunkach mafijnych. My też tak napisaliśmy. – Piotr odwrócił się do Pauliny. – Ale kobieta i mafia?

– Wydziarana. Pewnie prostytutka. – Baśka wzruszyła ramionami. – Musiała się narazić swoim szefom. Pamiętasz, Piotrusiu, że masz poskładać dla mnie materiały z konferencji ekonomistów w Radissonie?

– Tak, tak. – Piotr jęknął i niechętnie sięgnął po plik papierów leżących na biurku.

Po chwili wszyscy rozeszli się do swoich zajęć.

Paulina sięgnęła po resztkę kawy ze Starbucksa i spojrzała w kierunku szklanej zagrody Pawła. Pomyślała, że jak zrobi wcześniej szkic kolejnego artykułu o czarownicach, to może jej się uda wcześniej wyjść. Umówiły się wstępnie z Gwen na obiad. Chociaż po tym filmie na YouTubie obawiała się, że nieprędko odzyska apetyt.

*

Igor zasunął szklane drzwi swojej przegrody i usiadł przy stole naprzeciwko szczupłej blondynki z wysoko upiętymi włosami.

– Dobra! To mów, jak to wszystko wygląda?

– Nie jest najlepiej. – Kobieta przesunęła w kierunku Igora plik wydruków komputerowych. – Do dwudziestego kwietnia musimy zapłacić podatek dochodowy, a do dwudziestego piątego VAT.

– To jeszcze mamy trochę czasu.

– VAT to najmniejszy problem. – Blondynka wskazała palcem jedną z pozycji na wydruku. – Problemem jest podatek dochodowy. To przez niego tracimy płynność. Nawet jak uzbieramy jakoś na jego zapłacenie, to brakuje na pensje i składki ZUS-u. Już w ogóle nie mówię o kosztach bieżących.

– Nic nie możemy zrobić z tą fakturą? – Igor sięgnął po jeden z wydruków, podniósł i pomachał nim nerwowo. – Nie można jakoś tego anulować?

– Nie można. – Blondynka pokręciła głową. – Zaksięgowałam ją miesiąc temu.

Igor westchnął i spojrzał przez szklane drzwi na główną salę pracowni. Problemy zaczęły się dwa tygodnie temu, gdy minął termin zapłaty faktury na bardzo dużą kwotę. Najgorsze, że wcześniej nic nie zapowiadało takich kłopotów. Współpraca z inwestorem układała się całkiem poprawnie. Miesiąc temu projekt dostał pozwolenie na budowę, a księgowość inwestora przyjęła fakturę. Trzy tygodnie później przyszedł do pracowni list polecony z wypunktowanymi licznymi zarzutami co do wykonanej pracy. Dramatem było jednak to, że wraz z zaksięgowaną i niezapłaconą fakturą pojawiła się konieczność opłacenia podatku dochodowego i VAT, których sumy przy kontrakcie tej wysokości były astronomiczne.

– A ich zarzuty są w ogóle zasadne? – Księgowa wskazała głową leżący na stole list w podłużnej szarej kopercie.

– To gra na zwłokę. Wszystkie są bardzo kreatywnie wydumane.

– Tym gorzej dla nas – westchnęła. – Bo to oznacza, że w rzeczywistości nie chodzi o nieporozumienie, którego wyjaśnienia oczekują, tylko o zwodzenie nas w nieskończoność. Jak odpiszesz na te zarzuty, to pewnie wymyślą inne.

– Oczywiście. – Igor pokiwał głową. – Ale, niestety, muszę odpisać. Brak reakcji będzie dla sądu dowodem na słuszność tych zarzutów.

– Droga sądowa niczego nie załatwi.

– Ale może nie być innej drogi.

– W takim sensie, że podatek i tak będziemy musieli zapłacić, niezależnie od tego, czy podamy ich do sądu, czy nie.

Igor westchnął ciężko.

– Mamy wprawdzie pewne atuty w ręku. – Księgowa potarła czoło. – Mamy protokół odbioru dokumentacji. Bez uwag. Potrąciliśmy na fakturze kary umowne za dwa miesiące opóźnienia, więc w tej kwestii nie mogą nam nic zarzucić. Wszystko zgodnie z umową. Oni natomiast na ten projekt mają przyznany unijny fundusz wsparcia inwestycji na terenach miejskich. Muszą się z niego rozliczyć, a na razie nie mają praw autorskich do dokumentacji.

Igor wzruszył ramionami.

– Tylko że tymczasem grozi nam utrata płynności finansowej i bankructwo.

– Umówię nas w takim razie z naszym prawnikiem. Może on coś wymyśli. – Blondynka wstała i zaczęła zbierać papiery ze stołu. – Skonsultuję jeszcze, czy jest jakiś sposób uniknięcia tego podatku, ale na nic nie licz.

Igor przytaknął, choć niechętnie. Dźwignął się od stołu i otworzył drzwi.

*

Paulina wróciła z kuchenki z parującym kubkiem i usiadła przy swoim biurku. Po raz nie wiadomo który pomyślała, że nie powinna pić tyle tej kawy, po czym obudziła myszką uśpiony komputer. Jakąś godzinę temu udało jej się uporać z koszmarnym obrazem leżących na pogrążonym w mroku brzegu jeziora zwłok i jakoś skupić się na pracy. Problem polegał jednak na tym, że materiały, za których czytanie właśnie się zabrała, wcale nie były lepsze.

Na początku siedemnastego wieku, w samym apogeum wojny trzydziestoletniej, biskupem Bambergu został jeden z najzacieklejszych wrogów reformacji, książę Johann Georg II Fuchs von Dornheim. Należał on również do nieprzejednanych prześladowców czarownic, dzięki czemu w późniejszych źródłach nazywano go „palaczem wiedźm” lub „biskupem od czarownic”. Za jego kadencji tylko w Bambergu spłonęło, według ostrożnych szacunków, około tysiąca osób. Technologia palenia na stosie nie była oszczędna. Na spalenie jednej kobiety trzeba było ściąć minimum dwa drzewa, a drewno było wówczas materiałem bardzo cennym. W 1627 roku pod okiem biskupa opracowano więc nowoczesną technologię wykorzystującą oszczędny piec. Przypominał on wieżę, w której w połowie wysokości umieszczano stalowy ruszt. Górnymi drzwiami, dostępnymi z drewnianej galerii, niczym w wieżach obronnych średniowiecznych zamczysk, wprowadzano ofiary, a dolnymi wrzucano pod ruszt drewno. Pozwalało to spalić jednocześnie całą grupę ludzi, oszczędzając cenny surowiec. Według niektórych źródeł technologia zyskała naśladowców i ponoć taki sam piec stał na terenie dzisiejszej Polski w okolicach Jeleniej Góry.

Racjonalizatorskie pomysły biskupa na tym się nie kończyły. To jemu także należy „zawdzięczać” powstanie specjalnego trzykondygnacyjnego budynku, znanego z archiwaliów pod nazwą „Malefizhaus”, czyli „Dom zło czyniących”, w którym na każdym z pięter znajdowało się po kilkanaście cel i kilka sal tortur. Przetrzymywanych tutaj ludzi zamęczano taśmowo, a skrupulatni skrybowie prowadzili dokładne księgi, w których dokumentowali rodzaje wykonywanych tortur i precyzyjne opisy maltretowanych ofiar, które prosto z tego miejsca trafiały na stalowy ruszt stojącego nieopodal pieca.

Paulina oderwała wzrok od ekranu i z niedowierzaniem pokręciła głową. Nie spodziewała się, że w tych materiałach znajdzie coś, co przebije film Piotrusia. Nie była nawet pewna, czy chce pisać o takich rzeczach. Czuła się wystarczająco zbrukana tym, że to przeczytała. A już widziała minę Pawła, gdy przypomina jej o „nieprzesadnie poważnym tonie” artykułu. Obiektywnie musiała jednak przyznać, że historia księcia biskupa była bardzo chętnie przytaczana przez duchownych protestanckich. Biskup Bambergu był wszak katolikiem. Z drugiej strony były z kolei artykuły rozmaitych polskich publicystów, którzy, podając liczbę około trzydziestu tysięcy ofiar, dowodzili, że paleniem stosów zajmowali się głównie protestanci. A przecież stosy w Niemczech płonęły na długo przed reformacją, a i wtedy siały grozę tak samo w katolickich, jak i protestanckich częściach cesarstwa.

Paulina przetarła oczy. Liczby. Tysiące czy setki tysięcy? Jakie to miało znaczenie wobec technologii palenia ludzi żywcem w piecach na ruszcie?

*

Po piętnastu minutach siedzenia przed monitorem i wpatrywania się w projekt nawierzchni utwardzonych wokół hotelu Igor przyznał sam przed sobą, że już nie jest w stanie skupić się na pracy. Rozmowa z księgową wytrąciła go z równowagi. W zasadzie nie powiedziała mu nic, czego by wcześniej nie wiedział, ale wszystkie obawy, które do tej pory tkwiły w jego podświadomości, teraz wylazły na zewnątrz i zrobiły się wielkie i przerażające jak Buka z Muminków. Dali się po prostu podejść nieuczciwemu inwestorowi, którego obecne posunięcia wyraźnie wskazywały na złą wolę i na działanie z całkowitą premedytacją. Pismo z zarzutami, na które odpowie, oczywiście wywoła kolejne, potem następne. Na wszystkie będzie musiał reagować, aż w końcu łaskawie zaproponują jakąś ugodę, a w rzeczywistości będzie to dokładnie zaplanowane działanie. Na przykład zasugerują zapłacenie części faktury, tak żeby wystarczyło na podatek i VAT. A właściwego honorarium nadal im nie zapłacą i będą ich zwodzić przez kolejne miesiące.

Oczywiście było kilka rozwiązań. Na przykład kredyt albo pożyczka od rodziców. Na tyle, żeby zaspokoić bieżące potrzeby firmy do czasu, aż wpłyną pieniądze z innych realizowanych obecnie zleceń. Ale to była ostateczność.

Wstał i ruszył w kierunku kuchni, żeby zrobić sobie herbatę, gdy zadzwonił telefon. Nieznany numer. Przez krótką chwilę wahał się, czy odebrać, po czym przejechał palcem po ekranie i przyłożył komórkę do ucha.

– Dzień dobry panu. Pan Fleming? – odezwał się niski kobiecy głos, tak samo obcy jak numer telefonu.

 

– Tak, czym mogę służyć?

– Miło mi. Nazywam się Aleksandra Kupiec. Dostałam pana numer od państwa Rodziewiczów ze Świnoujścia. Polecili mi pana usługi.

Igor popatrzył w przestrzeń. Rodziewicz? Nie pamiętał nikogo o takim nazwisku wśród swoich klientów, ale może zapomniał.

– Mamy duży dom na Wolinie. Z wielką działką…

Igor, który szedł właśnie z telefonem przy uchu do kuchni, zatrzymał się. Znajomi Boroli jednak nie tracili czasu.

– Szukamy kogoś, kto przede wszystkim zrobi inwentaryzację tego domu, a później opracuje koncepcję rozbudowy. Chcemy go przebudować na pensjonat. Miejsce jest urokliwe. Urząd wprawdzie postawił bardzo restrykcyjne warunki w kwestii rozbudowy, ale przewidujemy, że da się zyskać drugie tyle powierzchni, co teraz. Czy byłby pan zainteresowany?

– Ma pani jakieś materiały archiwalne? Może mapę geodezyjną?

Igor zadał te pytania głównie po to, żeby zyskać na czasie. Miał w głowie wczorajsze spotkanie z Borolą i jego propozycję. Drugie tyle, ile dostanie od tych ludzi. Jako zaliczka.

– Tak, coś tam mamy. Dom jest objęty ochroną konserwatorską, niestety. W dodatku jest całkowicie urządzony. Wszystko zostało po moim ojcu. Umarł w zeszłym roku. Nie mamy co zrobić z meblami i wystrojem. Mam nadzieję, że to nie będzie przeszkadzać w pomiarach?

– Nie, nie…

Igor usiłował zebrać myśli.

Czuł się tak, jakby miał właśnie podpisać cyrograf.

Inwentaryzacja to szybka, prosta robota. Bez urzędów, pozwoleń, papierów. Dwa tygodnie i zrobione. Jeżeli uda mu się wynegocjować etapowanie płatności, to za dwa tygodnie dostanie pieniądze. A później koncepcja rozbudowy. Sama przyjemność, kwintesencja pracy architekta. Żadnych formalności, uzgodnień, korowodów. Jest szansa, że z całym tym tematem uporają się w miesiąc.

A do tego dochodzi zaliczka od Boroli. Z góry. Bez upokarzającego pożyczania pieniędzy od rodziców, bez kredytu, nie mówiąc już w ogóle o uroczej, ale całkowicie nie do przyjęcia ofercie Johanna.

Decyzja, którą właśnie miał podjąć, mogła z jednej strony wyciągnąć go ze starych kłopotów, ale z drugiej – wpakować go w nowe.

*

Niewiele było trzeba, żeby wpaść w tryby machiny śmierci ówczesnych sądów inkwizycyjnych. Wystarczyło doniesienie kogoś rzekomo poszkodowanego, komu źle niosły się kury, zmarniało żyto na polu czy krowa dawała mało mleka. Takie zarzuty w zupełności wystarczały, żeby oskarżoną zatrzymano i umieszczono w lochu, najczęściej przy katedrze lub w miejscowym kościele. Bardziej zapobiegliwi inkwizytorzy kazali zamykać wiedźmy w beczkach lub klatkach, ponieważ zetknięcie z ziemią dawało im moc pozwalającą znieść ból. Proces rozpoczynał się od prezentacji oskarżonej narzędzi tortur i opisu ich działania. Następnie rozbierano przerażoną kobietę do naga, a sędziowie poszukiwali na jej ciele znamion szatana, za które często wystarczały kurzajki, brodawki lub zwyczajne pieprzyki. Niepodważalnym dowodem konszachtów z szatanem były miejsca, które nakłute igłą nie krwawiły, a ukłuta kobieta nie czuła bólu. Jeśli dowody z oględzin nie były wystarczające, przeprowadzano próby. Próba ognia polegała na oparzeniu ręki rozżarzonym żelazem. Jeśli po trzech dniach rana dobrze się nie goiła, był to dowód na kontakty z siłami nieczystymi. Próbą wody było wrzucenie związanej nieszczęśnicy do jeziora. Jeśli błyskawicznie szła na dno, był to dowód, że jest niewinna. Najbardziej groteskowa była próba wagi, ponieważ w samym swoim założeniu nie miała szansy powodzenia, a mimo to takie przypadki się zdarzały. Jej sens polegał na pokutującym wśród ludu przekonaniu, że czarownica, by móc latać, musi być bardzo lekka. Wszystkie przypadki stwierdzenia tego stanu rzeczy dowodziły więc oczywiście tylko jednego – jawnych oszustw nadgorliwych sędziów i inkwizytorów. Jeśli próby nie wykazały niezbicie niewinności, przychodził czas na przesłuchanie. Przerażone kobiety najczęściej zaprzeczały wszystkim oskarżeniom i odrzucały kalumnie oraz obmowy świadków, którzy zeznawali na ich niekorzyść, opowiadając o tym, jak to wiedźma rzucała czar na ich zwierzęta, zatruwała wodę w studni czy mleko krów. A wielu widywało także, jak latała na miotle na sabaty czarownic, które odbywały się w ostatnią noc kwietnia, zwaną Nocą Walpurgii, na górach czarownic. W pomorskich archiwach przetrwało sporo opisów takich miejsc. Łysa Góra znajdowała się niedaleko Gąbina pod Trzebiatowem, koło Smołdzina leżało Szubieniczne Wzgórze, a nieco dalej legendarny Rowokół, gdzie w zamierzchłych czasach miały się odbywać święte obrzędy kultury łużyckiej. Czarownice z Wolina spotykały się na Wzgórzu Wisielców nad Dziwną. Pod Kamieniem Pomorskim, nieopodal Żółcina, leżało wzniesienie, nazywane Piaskową Górą, a niedaleko Golczewa, tuż koło Upadłych, rozciągały się bagniska, które miejscowi nazywali Szubienicznymi Polami. Góra Czarownic, znana też jako Jasna Góra, leżała także w zakolu rzeki Niemicy, niedaleko Benic…

Paulina, która właśnie zamierzała otworzyć kolejny dokument, zatrzymała się i na moment znieruchomiała z ręką na myszce. Benice? To przecież tam stoi pałac, w którym w czasie wojny ukryty był skarbiec katedry kamieńskiej. A góra w zakolu rzeki…

Ściągnęła plik dokumentów na dół ekranu i otworzyła mapę. Igor coś wspominał o cmentarzu rodowym Flemmingów na jakiejś Bukowej Górze koło Benic. To przecież tam po wojnie miejscowi szukali skarbów. Czy to ta sama góra?

*

Igor spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Minęła właśnie kolejna godzina, a jemu nie udało się narysować ani jednej kreski. Miał wrażenie, że ma pod czaszką zdezelowaną karuzelę, która, niemiłosiernie trzeszcząc, nieustannie przesuwa mu przed oczami wciąż te same myśli. Gdy tylko na moment zdołał się od nich oderwać i skupić na rysunku na monitorze, po chwili znowu wyskakiwały kolumny wrednych liczb, które godzinę temu pokazywała mu księgowa. A zaraz za nimi przesuwał mu się przed oczami upiorny dom na Wolinie, który zdołał już obejrzeć na Google Maps prawie z każdej strony.

Budynek nie był duży ani jakoś specjalnie reprezentacyjny. Parterowy, z bardzo wysokim dachem z naczółkami. Od strony ulicy miał ryzalit, w którym na środku umieszczony był ganek wejściowy, a nad nim – balkon z dekoracyjnymi balustradami. Od tyłu znajdował się taras ze schodami prowadzącymi do ogrodu. Dokładnie na ich osi, na wielkim trawniku stała okolona ogrodzeniem z kutego żelaza fontanna. Dom wybudowano pod koniec dziewiętnastego wieku. Architekturą przywodził na myśl niewielkie, typowe dla Pomorza dwory z tego okresu. To, co było jego największym atutem, to fantastyczna działka: ponad hektar terenu, porośniętego doskonale utrzymaną zielenią, z wysokim naturalnym wzgórzem w części centralnej, z którego rozciągał się zapierający dech w piersi widok na Zalew Szczeciński.

Igor po raz kolejny otworzył teczkę z dokumentacją, którą dostał od Boroli. Oprócz podstawowych danych, jakie zamieściło biuro nieruchomości, były tam nawet uproszczone rzuty kondygnacji. Piwnica, parter, poddasze i dodatkowo wysoki strych. W zasadzie całe pomiary można było zrobić w jeden dzień. No, może w dwa dni. A opracowywanie koncepcji rozbudowy tego domu to byłaby sama przyjemność. Uwielbiał takie tematy.

Westchnął i po raz kolejny zamknął teczkę, po czym odsunął ją na skraj biurka. Wszystkie dane niezbędne do tego, żeby oszacować tę inwestycję, były na dobrą sprawę w tych materiałach. Dodatkowo zdjęcia i deklaracja właścicieli, że dom w każdej chwili można obejrzeć. Stan techniczny też można było zweryfikować w czasie wizyty. Borola nie potrzebował żadnych dodatkowych informacji, żeby zdecydować się na zakup. Po co więc była mu potrzebna dokładna inwentaryzacja? Podejrzany był także powód, dla którego w ogóle się interesował tym domem. O ile dwór nad jeziorem koło Troszyna był rzeczywiście doskonałym pomysłem na hotel i restaurację, w sezonie bowiem przejeżdżały tamtędy tysiące turystów, o tyle domostwo leżące na uboczu, w zapomnianej wsi, miało raczej średni potencjał komercyjny. Z bardzo restrykcyjnymi przepisami dotyczącymi ochrony krajobrazu i miejsc kulturowych na dodatek.