Biblia diabła

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Westchnęła. Procesy o czary na Pomorzu to oczywiście procesy o czary w Niemczech. Księstwo było wtedy odrębnym państwem, ale Gryfici byli lennikami cesarstwa[14] i wszelkie zachodzące wówczas w obu krajach zmiany kulturowe i cywilizacyjne były ze sobą nierozerwalnie połączone. W sieci natknęła się na dziesiątki odsyłaczy do prac magisterskich i doktorskich, setki artykułów na stronach o rozmaitej proweniencji, od parareligijnych po paranaukowe oraz na setki zaciekłych sporów na różnych forach. Po lekturze wielu dokumentów zdała sobie sprawę, że temat prześladowania czarownic tak naprawdę nigdy nie został zakończony, a ustalenie faktycznej liczby ofiar wciąż rozpalało wyobraźnię. Ale dla niej nie liczba ofiar byłą najważniejsza. Czy było ich dziesięć tysięcy, jak chcą jedni, czy całe miliony, jak twierdzą inni? Znacznie bardziej szokujące były mechanizmy działania tego systemu. Cały ten przemysł uprzedzeń, pogardy, bezdennej głupoty i nienawiści, rozpętany przez ludzi w imię Boga.

Na terenie Niemiec, mimo że już wcześniej działała tutaj inkwizycja, okres prawdziwego koszmaru zaczął się dopiero w 1487 roku, gdy wydano drukiem największy bestseller średniowiecza Młot na czarownice, a opętany obsesją czarownic dominikanin Kramer zdołał przekonać zajętego intensywnym życiem doczesnym i seksualnym papieża do podjęcia zdecydowanych działań na terytorium Niemiec, które rzekomo tonęło w diabelskich praktykach.

Paradoksalnie, dopóki Kościół i ówczesne elity władzy nie wydały batalii czarownicom, powszechne mniemanie ludu na temat tak zwanych wróżek, zielarek i akuszerek było raczej pozytywne i wywodziło się z okresu przedchrześcijańskiego, gdy u takich kobiet, lub, rzadziej, mężczyzn, zajmujących się czarami, szukano pomocy. Na terytorium dawnej Polski istniało określenie „matucha”, używane w odniesieniu do starych mądrych kobiet, żyjących samotnie na marginesie niewielkich społeczności i zajmujących się ziołami i leczeniem.

Nie bez znaczenia był także czas, w którym to się działo. Okres od trzynastego do początku osiemnastego wieku to praktycznie okres ogromnych zmian klimatycznych, długo potem nazwanych „małą epoką lodowcową”. W całej Europie obniżyła się temperatura, doprowadzając do nienotowanych od dziesiątków lat opadów śniegu i trwających miesiącami zim. Pociągnęło to za sobą spadek plonów, a wilgoć i głód przyczyniały się do rozwoju na całym kontynencie plag rozmaitych chorób.

Te wydarzenia były niezrozumiałe dla prostych ludzi, którzy zaczynali negować ówczesny porządek społeczny. Szukając wytłumaczenia, odwoływali się do nowych wierzeń i samozwańczych przywódców. Gdy więc w wielu europejskich krajach zaczęto wszczynać rebelie skierowane przeciwko Kościołowi i ówczesnym władzom, nie było wyjścia i trzeba było znaleźć winnych. Mechanizm zawsze był ten sam – skierowanie niechęci na jakąś grupę, na tyle nieistotną, żeby nie zagrażała władzy, ale wystarczająco dużą, żeby zadowolić pospólstwo. Katarowie i templariusze to wciąż było za mało. Padło więc na kobiety.

Paulina oderwała wzrok od laptopa i spojrzała w okno. Jakby na przekór ponurym wydarzeniom, o których akurat czytała, na zewnątrz zaświeciło słońce, rozlewając się po bulwarach nad Odrą i radośnie zaglądając przez wielkie szklane ściany biurowca.

Chciała skończyć dzisiaj szkic kolejnego artykułu, żeby mieć spokój wieczorem, więc rada nierada z powrotem spojrzała na ekran i otworzyła kolejny ściągnięty dokument.

Traktat Malleus Maleficarum podzielony był na trzy części. Pierwsza zawierała zbiór fragmentów i cytatów z innych dzieł, a także opisy praktyk i wierzeń, często jeszcze z czasów pogańskich, jakie w ówczesnej Europie wciąż były praktykowane. Miało to dowieść, że czary i magia są rzeczywiste i stanowią najprawdziwsze, realne zagrożenie. W drugiej części autor przedstawił formy, w jakich ujawniają się magiczne działania szatana i czarownic, a więc wywoływanie plag chorób i klęsk żywiołowych, niszczenie plonów, a także latanie na miotłach i uprawianie nierządu z diabłem. Trzecia część, dzięki której traktat stał się sławny, opisywała z detalami sposoby wykrywania i zwalczania wiedźm, przytaczając techniczne metody zmuszania do zeznań oraz stosowanie określonych tortur i ich kolejności do osiągnięcia jak najlepszego efektu.

Paulina westchnęła. Czytanie przetłumaczonego na język polski w 1614 roku traktatu mogło przyprawiać o ból głowy: potwornie długie, wielokrotnie złożone zdania i język staropolski, usiany nieużywanymi od lat częściami mowy. Tłumaczenie polskie było w zasadzie tylko opracowaniem na motywach dzieła Kramera, a nie prawdziwym przekładem. W dodatku dotyczyło jedynie dwóch pierwszych części, a pomijało tę najsłynniejszą, poświęconą praktykom inkwizycyjnym i torturom. Mimo to nawet tak trudna językowo i wygładzona w stosunku do oryginału wersja mogła wywołać dreszcz przerażenia.

Pierwsza część dzieła dowodziła, że czary uprawiają prawie wyłącznie kobiety, jako szczególnie przez naturę do tego przystosowane, bardziej podatne na pokusy diabła, chętniej oddające się cielesnym namiętnościom i mniej od mężczyzn inteligentne. Kobiety rzekomo też cechowała mniejsza wiara, czego dowodem miało być etymologiczne pochodzenie łacińskiego słowa femina, składającego się z dwu części: przedrostka fe-, pochodzącego zdaniem autora od słowa fides, czyli wiara, oraz drugiej części -mines, czyli mniej. Niektóre fragmenty były groteskowe, nawet przy ówczesnym stanie wiedzy. Inne dawały jednak pogląd na to, w jaki sposób traktat wpływał na postrzeganie kobiet i jak dzięki przytaczanym bredniom i konfabulacjom, powtarzanym na targach i roznoszonym od wsi do wsi, można było sterować pospólstwem, kierując jego uprzedzenia w określonym kierunku. Jeden z rozdziałów przykładowo w całości poświęcony był akuszerkom: „O sposobie, którym baby czarownice przy rodzeniu posługujące, wielkie szkody czynią, dziatki zabijając abo je szatanom z przeklęctwem oddając i ofiarując”.

Autor przytaczał zasłyszane opowieści o akuszerkach, rzekomo przyłapanych na mordowaniu niemowląt. Jedna z historii dotyczyła kobiety, która, wychodząc z izby po odebraniu porodu, potknęła się o próg i spod fałdów jej sukni wyleciały odcięte dziecięce ramionka. Była to tylko jedna z wielu absurdalnych opowieści, mających dowodzić, że akuszerki potrzebują ciał nieochrzczonych noworodków do wyrabiania wywarów, którymi raczą się z diabłem na sabatach.

Paulina przetarła oczy. Ketonal właśnie przestawał działać i czuła, jak po jej udzie i biodrach powoli rozlewa się promieniujący także na plecy ból. Wpadające do sali światło rzucało słoneczne refleksy na monitor, co męczyło wzrok. Była też zwyczajnie udręczona całym dniem jeżdżenia po mieście, a także czytaniem tych obrażających zdrowy rozsądek i przyzwoitość bredni. Ostatnie fragmenty o akuszerkach od razu przywiodły jej na myśl słynny pogrom kielecki, kiedy to plotka o porwaniu przez Żydów małego chłopca, żeby przerobić go na macę, doprowadziła do trwających cały dzień zamieszek, w wyniku których otępiały tłum zabił czterdzieści osób. A działo się to w połowie dwudziestego wieku!

Odsunęła krzesło i rozejrzała się po prawie już pustej sali redakcji. Przypomniały jej się przeczytane rano słowa księdza z wczorajszej manifestacji: „Tylko zdrowy radykalny nacjonalizm może być lekarstwem na raka lewactwa, który zżera Unię Europejską”.

Pomyślała, że mimo upływu setek lat, mimo odkryć naukowych, rozkwitu medycyny i kultury oraz rozwoju społecznego, w ludziach nic tak naprawdę się nie zmieniło. Kompletnie nic.

*

Igor patrzył oszołomiony na zdjęcia dwóch obrazów. Dopiero po dłuższej chwili podniósł wzrok i z lekką zgrozą spojrzał na Borolę.

– Zawiadomiłeś o tym ten dom aukcyjny? Prokuraturę?

– Oszalałeś? – parsknął Borola. – A co to ja jestem od tego, żeby pomagać im prowadzić śledztwo? Szkoda, że nie widziałeś, jak te prostaki wpadły do galerii. Jak jacyś zomowcy. Banda jełopów, która nie odróżnia siedemnastowiecznego portretu od reklamy drogi krzyżowej na płocie plebanii.

– Ale to są cenne obrazy, które powinny wrócić do katedry. Wisiały tam prawie trzysta lat. To historia…

– Igor! – Borola spojrzał na niego protekcjonalnie. – Jeśli ci prokuratorzy od siedmiu boleści zechcą wyjąć głowy z tyłków i zapytają jakiegoś eksperta, to może przez przypadek do czegoś dojdą. Ja mam to nie muszę ci mówić gdzie.

Igor westchnął. Borola miał raz czy dwa jakieś postępowanie sądowe o rzekome naruszenia finansowe. O nic nie został oskarżony, ale każda z tych spraw oczywiście odbiła się szerokim echem w mediach, wpływając na opinię o nim. W sumie trudno było się dziwić, że nie przepadał za prokuraturą.

Spojrzał ponownie na fotografie dwóch barokowych portretów i nagle dotarło do niego, że właściwie dalej nie wie, jaki bezpośredni związek ma kolekcja obrazów z Gumieniec z zaufanymi Polakami Hasso von Flemminga.

– Powiedziałeś, że to ten Woźniak jest najbardziej interesujący z punktu widzenia twoich ewentualnych poszukiwań.

– Nie żadnych ewentualnych, tylko jak najbardziej konkretnych. – Borola pochylił się nad stołem i postukał palcem w portrety Gerharda Rabenera i jego żony. – Te odnalezione obrazy są dowodem, że skarb nadal może się znajdować na terenie Pomorza.

– Ale ten Woźniak. Co z nim?

– Woźniak pracował razem z Serbem Kostką na folwarku w Pemplowie. Po wojnie znaleziono tam w klepisku stodoły zakopaną kolekcję broni z benickiego pałacu, a według miejscowych tam też właśnie były ukryte obrazy. Wiesz, co się mówi o pochodzeniu kolekcji z Gumieniec?

Igor z namysłem pokiwał głową. Oficjalnie, zgodnie z opowieściami najbliższej rodziny, właściciel kolekcji, emerytowany majster budowlany, był znawcą samoukiem i latami skupywał cenne rzeczy po giełdach staroci i targowiskach. Z linii zeznań rodziny wyłamał się jednak syn. Według niego całą kolekcję obrazów jego ojciec kupił od byłego pierwszego sekretarza PZPR[15].

 

– Rafał… – Igor podrapał się w czoło. Chwilowe zaskoczenie minęło, poczuł, jak jego myśli znowu zaczynają układać się logicznie i racjonalnie. – Te obrazy mogły rzeczywiście przetrwać w jakiejś stodole i po wojnie, za sprawą miejscowych poszukiwaczy skarbów, trafić po prostu na ówczesny czarny rynek dzieł sztuki. Ale co do pozostałej części skarbu, zwłaszcza relikwiarza Korduli, jeśli ten Woźniak mówił prawdę i Serb Kostka wywiózł „świętości” z Benic na Wolin, to nie ma już czego szukać.

Borola uśmiechnął się tajemniczo.

– I tym sposobem w końcu jesteśmy przy moim dworze.

Igor utkwił wzrok w Boroli. Ciekawe, co on jeszcze miał w zanadrzu.

– Trwało to prawie cztery miesiące, ale udało nam się namierzyć Woźniaka. Osiedlił się w Hamburgu. Umarł w siedemdziesiątym trzecim. Miał syna i córkę. Syn już nie żyje, umarł kilkanaście lat temu, ale córka do dzisiaj mieszka z rodziną na przedmieściach Hamburga. Nazywa się teraz Martha Krause, dawniej Marysia. Marysia Woźniak.

Igor patrzył wstrząśnięty na Borolę.

– Jako malutka dziewczynka jechała z ojcem tą kawalkadą wozów z Benic. A później zostali na Wolinie. Jej matka była w ciąży, kiedy wyjeżdżali, ale nie była w stanie dalej telepać się wozem. Dopiero kilka miesięcy później zdecydowali się wyjechać do Niemiec. Po wydarzeniach na moście w Troszynie widziała, jak żołnierze z posterunku kazali Flemmingowi odtransportować dwa wozy do dworu. Zaklinała się, że widziała ten dwór potem. Zapamiętała kartusz herbowy ze stojącym na tylnych łapach wilkiem.

– Herb Flemmingów. – Igor patrzył zdezorientowany w przestrzeń. Nie wiedział jeszcze, co o tym myśleć.

Borola pokiwał głową z uśmiechem.

– No i dokładnie taki herb jest nad drzwiami mojego dworu.

Na moment zapadła cisza. Loża, przy której siedzieli, położona była niedaleko barku, nieco z boku głównej sali. Od strony sąsiednich stolików dochodził cichy szmer rozmów, krótkie wybuchy śmiechu, a od strony barku dobiegała przyciszona muzyka.

Igor, trochę zaskoczony, chociaż w dalszym ciągu pełen dystansu do całej historii, wpatrywał się w przestrzeń nad ramieniem Boroli i myślał o jednej rzeczy, która mniej więcej od połowy rozmowy nie dawała mu spokoju.

– Czy mógłbyś mi coś wyjaśnić? – zapytał.

Borola podniósł wzrok znad talerzyka z brownie, który przed momentem postawił przed nim kelner, i spojrzał na Igora.

– Z jakiego powodu w ogóle mi o tym wszystkim mówisz?

Borola włożył do ust kawałek czekoladowego ciasta i sięgnął do stojącej na sąsiednim krześle torby.

– Przyniosłem ofertę na projekt remontu dworu – powiedział Igor i przesunął w kierunku Boroli cieniutką teczkę, która cały czas leżała z boku na stole. – Ale fakt, że mam się tym zająć, wcale nie wyjaśnia, po co ta cała opowieść.

Borola wyjął z torby plik kartek i trzymając je w jednej ręce, drugą otworzył ofertówkę Igora. Przebiegł szybko wzrokiem tekst oferty.

– Okay, może być. – Odsunął na bok teczkę Igora i położył w jej miejsce swój plik dokumentów.

– Nie będziesz niczego negocjował? – Igor patrzył na niego ze zdumieniem. – Wcześniej nie da się tego załatwić. Taniej też wolałbym…

Borola machnął ręką i skrzywił się lekceważąco. Pochylił się konspiracyjnie w kierunku Igora i postukał palcem w plik kartek.

– Jest pewna rzecz, którą chciałbym, żebyś dla mnie zrobił.

Rozdział 6

Gdy Igor dotarł pod dom, dochodziła osiemnasta. Tuż przed zachodem słońce zdołało się przedrzeć przez zmechacone kłęby chmur i wyzłocić dachy oraz najwyżej położone okna kamienic ostatnimi promieniami. Przy niewielkim placyku, nanizanym na ulicę Kapitańską, przy której znajdowało się jego poddasze, na wysoką skarpę po prawej stronie wspinały się kamienne schody. Jeszcze do niedawna rozpościerała nad nimi gęste konary wielka rozrośnięta lipa. Kilka tygodni wcześniej została ścięta w ramach politycznego oczyszczania miasta z nadmiaru zbytecznej zieleni. Igora za każdym razem, kiedy wracał do domu, trafiał szlag. Oczywiście drzewo zostało ścięte, zresztą razem z wieloma innymi tej wiosny, pod pozorem tak zwanego bezpieczeństwa. Komuś coś się sypało na głowy. Nowa polityka konserwacji terenów zielonych. Właściwie należałoby wyciąć drzewa we wszystkich parkach, gdyż raczej nikt nie był w stanie zagwarantować, że nic z nich tam nikomu na głowę nie spadnie. Zwłaszcza wówczas, gdy zamiast regularnej pielęgnacji, cięć sanitarnych, leczenia zostawia się drzewa samym sobie. Potem po prostu się je wycina. Każdemu, kto usiłował go przekonywać, że jest inaczej, pokazywał palcem ogromne kule jemioły, która pasożytowała na wielu drzewach w mieście, doprowadzając do stopniowego zamierania całych konarów. A wystarczyło wyjechać za zachodnią granicę, żeby obejrzeć wiejskie drogi, wysadzane szpalerami zadbanych kasztanowców i lip. W Polsce drzewa stały się wrogiem publicznym numer dwa. Zaraz po nieobecnych uchodźcach. Żydzi i cykliści, niestety, spadli tej wiosny na dalsze pozycje, chociaż lobby gejowskie tradycyjnie trzymało się dość mocno.

Trzasnął drzwiami i jak zwykle – co miało być alternatywą dla braku czasu na siłownię – ruszył biegiem na samą górę wąskiej klatki schodowej.

Wchodząc zdyszany do mieszkania, uprzytomnił sobie, że zapomniał zadzwonić do Pauliny, żeby ją uprzedzić o wieczornym spotkaniu. Wybierając jej numer, pomyślał, że teraz pewnie będzie zła, bo za późno ją o tym informuje. Właściwie to nie uzgodnili, kto ma zadzwonić. Ba, nawet nie zdołali porozmawiać. Wszystko przez Dorotę. Boże! Po co Gwen ją zaprosiła?

Właśnie zamierzał wybrać połączenie, ale jego palec niezdecydowanie zawisł nad czerwoną strzałką. Jak powie o Dorocie, to… Oczywiście wiedział, co będzie. Paulina po prostu nie przyjdzie. Ale jak nic nie powie, to oczywiście wyjdzie na to, że jej nie uprzedził.

Westchnął. Przez chwilę trzymał telefon, zastanawiając się, co ma zrobić, po czym w końcu pochylił się nad klawiaturą i wpisał krótką wiadomość. Z uśmieszkiem.

Paulina wyszła spod prysznica i wycierając głowę ręcznikiem, stanęła przed lustrem. Przez otwarte drzwi widziała, jak na jej łóżku gruby szary kocur przewraca się właśnie na drugi bok. Nawet tutaj słyszała, jak rozkosznie mruczy. Za oknem zrobiło się już szaro, a przyczajona w mroku wąska uliczka czekała, aż zapalą się latarnie. Pomyślała, że na szczęście zdołała dokończyć szkic artykułu, a jutro zdąży go w spokoju napisać. Miała cały wieczór dla siebie. A jak będzie się coś działo, to najwyżej skończy w sobotę i wyśle do Pawła mailem. Pewnie i tak w poniedziałek rano będzie się czepiał, ale tym będzie się martwić później. Przynajmniej miała sprawę z głowy.

Z pokoju dobiegł plusk kamienia wpadającego w wodę.

Wyszła z łazienki i pochyliła się nad ekranem telefonu. Wiadomość od Igora?

Siema. Johann i Gwen zrobili niespodziankę i wpadli do Szczecina. Spotykamy się o dwudziestej w Browarze. Obecność obowiązkowa!

Paulina, kompletnie zaskoczona, przez chwilę patrzyła na ekran, a potem podniosła wzrok na zegar. Dochodziła dziewiętnasta. Cholera jasna! Nie mógł napisać wcześniej? Na miłość boską! Przecież trzeba się jakoś ubrać!

Boże! Włosy!

*

Stalowe drzwi komory otworzyły się z jazgotem i grzmotnęły z metalicznym trzaskiem w obudowę chłodni. Wewnątrz było pięć rusztów ze stali nierdzewnej, ale tylko na dwóch leżały szczelnie nakryte białym materiałem korpusy. Stół do przewożenia pacjentów, jak nazywali zawartość szaf chłodniczych technicy, uderzył o jeden z rusztów, a następnie powoli obniżył się na elektrycznym podnośniku do poziomu trzeciej półki od dołu. Technik szarpnął za paletę, która, wydając potępieńczy jęk, wyjechała z głębi komory na rolkowych prowadnicach wraz ze swoją zawartością. Po chwili stół odjechał od szafy, a stalowe drzwi z trzaskiem zamknęły się z powrotem. Ubrany w zielony kitel technik pchnął transporter i ruszył z nim w kierunku korytarza. Dwuskrzydłowe drzwi otworzyły się pod naporem kilkudziesięciu bezwładnych kilogramów, a stół, jazgocząc po ceramicznych kaflach, wyjechał na zewnątrz. Na korytarzu paliło się jasne zimne światło, a z sali po drugiej stronie dobiegał brzdęk przygotowywanych do pracy narzędzi.

*

Paulina ominęła stertę worków, leżących na schodach w charakterze scenografii, i wbiegła do wnętrza lokalu. O tej porze było tu już sporo ludzi. Przecisnęła się pomiędzy kilkoma chłopakami przy barze i poszła w głąb pubu. Po drodze minęła nakryty szklaną kopułą dawny dziedziniec, na którym stały kadzie z piwem, i weszła do głównej sali. Zatrzymała się za drzwiami i rozejrzała się dokoła. Nie lubiła tego miejsca. Kilka lat temu lokal kusił nowością, a dzisiaj, mimo całkiem znośnej kuchni, zaczynał cierpieć na brak zdefiniowanego jednoznacznie targetu klientów. Wiszące w wysokiej sali głównej dziesiątki monitorów przyciągały kibiców piłkarskich. Efekt był taki, że podpici faceci nawet w powszednie dni lubili się głośno zachowywać, wrzeszcząc po każdym strzelonym golu. Odstraszało to innych gości, którzy przychodzili tutaj na zwyczajną kolację. Po jakimś spotkaniu z koleżankami, gdy siedziały tuż obok kilku facetów, którzy co pięć minut ryczeli nad ich głowami, chlapiąc dokoła piwem, obiecała sobie solennie, że więcej tu nie wróci. Dotrzymała słowa do dzisiaj. Ale przecież nie miała wpływu na miejsce spotkania.

Rozglądając się dokoła, zrobiła kilka kroków i w końcu ich zobaczyła. Gwen, Johann i Igor. Siedzieli pod oknem, na samym końcu sali. Nie znała tylko wysokiej czarnowłosej dziewczyny, ubranej w cudowną obcisłą grafitową sukienkę, opinającą jej iście posągowe kształty. Długie włosy opadały jej swobodnie na ramiona. Myśląc o swoich dopiero co wysuszonych i sterczących na wszystkie strony kłakach, westchnęła w duchu z rezygnacją i ruszyła w kierunku stolika. Johann zobaczył ją pierwszy. Z uśmiechem podniósł się i pomachał do niej ręką. Wysoka dziewczyna odwróciła się.

I wtedy ją poznała.

Paulina spóźniła się prawie godzinę. Igor, jednym okiem obserwując wciąż doskonale bawiącą się Dorotę, drugim zerkał w kierunku wejścia. Po cichu liczył na to, że Dorota, która na samym wstępie zapowiedziała, że wpadła tylko na chwilę, bo musi gdzieś tam jechać, wyjdzie przed przybyciem Pauliny.

Niestety, tak się nie stało. Dostrzegł ją pierwszy pomiędzy filarami. Widział, jak przy wejściu rozglądała się dokoła. Od razu zauważył, że miała na sobie dopasowane dżinsy, w których wyglądała świetnie. No i te włosy. Jak gdyby potargane przez wiatr, ale był pewny, że to ściśle kontrolowany nieład, nad którego ogarnięciem spędziła co najmniej godzinę.

Tymczasem Dorota doskonale się bawiła. Opowiadała zabawne historie ze swojej kariery projektantki wnętrz w Berlinie. Rozbawiła nawet Johanna, wspominając o nieszczęsnym feralnym mieszkaniu w Barcelonie, które kupiła, pewna, że to świetna inwestycja. Okazało się ruiną i do dzisiaj się go nie pozbyła. Gdy więc Paulina stanęła jak wryta na jej widok, wszyscy akurat wyglądali na bardzo szczęśliwych.

To się nie mogło dobrze skończyć.

*

Mężczyzna ubrany w zielony fartuch poprawił białą maseczkę na twarzy i pochylił się nad stołem. Powiódł wzrokiem za palcem lekarza sądowego.

– Głowa odcięta mechanicznie. Prawdopodobnie piłą spalinową. Trzeba będzie zrobić badania mikrośladów i kształtu krawędzi, może da się ustalić producenta. Na całym ciele liczne ślady uszkodzeń mechanicznych. Część z nich powstała niewątpliwie, zanim ciało znalazło się w wodzie.

– Była torturowana?

– Jeszcze trudno to stwierdzić. – Lekarz pokręcił głową. – Możliwe też, chociaż mniej prawdopodobne, że to ofiara wypadku, którego sprawca pozbył się ciała.

– Zadał sobie sporo trudu, żeby uniemożliwić identyfikację.

– Tak. – Lekarz na moment podniósł wzrok i spojrzał na prokuratora. – Tylko dziwnie niekonsekwentnie.

– Czemu?

– Popatrz tutaj. – Mężczyzna wskazał palcem kark ofiary. – Tutaj jest zachowany tatuaż. Czytelny nawet. Natomiast z ramienia został pracowicie usunięty.

– Może po prostu tamten był charakterystyczny.

– Pewnie tak. W zasadzie ta niekonsekwencja wskazywałaby właśnie na wypadek. Kierowca, który ją na przykład potrącił, wpadł w panikę. Zdecydował się pozbyć ciała i w stresie zrobił kilka błędów.

 

– Jakich jeszcze?

– Gazy gnilne w żołądku, nawet o tej porze roku, przy bardzo niskiej temperaturze wody, sprawiły, że wór zaczął dryfować.

– Plamy opadowe nie wskazują na utopienie.

– Nic nie wskazuje na utopienie. – Lekarz pokręcił głową. – Tego możemy być raczej pewni. Przeobrażenie tłuszczowo-woskowe zaczęło się już dość dawno i mocno postąpiło w głąb ciała. Czyli zwłoki dryfowały w wodzie co najmniej dwa miesiące. Procesy gnilne zatrzymała niska temperatura, ale spójrz tylko tutaj.

Lekarz powiódł palcem po małych rowkach na skórze.

– To mogą być uszkodzenia od lodu.

– Prawie nie było zimy w tym roku. – Prokurator zmarszczył czoło.

Lekarz pokiwał głową.

– Jedynie dwa tygodnie od połowy stycznia, ale za to rzeczywiście było mroźno. Dąbie nie zamarzło, ale przy brzegach tworzyły się cienkie pokrywy lodowe. To wskazuje, że ciało mogło trafić do jeziora właśnie na początku roku.

– A czemu nie wcześniej?

– Wcześniej było ciepło. Do połowy grudnia temperatury były dodatnie. Gdyby zwłoki wrzucono do wody wówczas, bakterie gnilne miałyby więcej czasu na zrobienie większych spustoszeń. Tak, jestem przekonany, że worek z trupem bez głowy i rąk znalazł się w jeziorze na początku stycznia.

*

Paulina, gdy już doszła do siebie po pierwszym szoku na widok Doroty, stwierdziła, że skoro nie może cofnąć się niezauważona, to, niestety, musi przez to przebrnąć. Nie mogła uwierzyć, że Dorota w doskonałej komitywie zaśmiewa się z Johannem i Gwen. Czy oni zwariowali? Rzuciła Igorowi mordercze spojrzenie i podeszła do stolika. Igor odpowiedział jej w jakiś nieokreślony sposób. Widziała, że jest zakłopotany. No ale czemu tu się dziwić? Jak mógł zaprosić tutaj swoją byłą żonę po tym wszystkim, co się stało? W dodatku to najlepiej ilustrowało jego stosunek do niej. Napisał o tym spotkaniu w ostatniej chwili, jakby nie potrafił zrozumieć, że kobieta potrzebuje trochę czasu, żeby się przygotować. Ta wiedźma, biorąc pod uwagę, jak wyglądała, pewnie co najmniej trzy godziny spędziła przed lustrem z maseczką na twarzy.

Johann wyszedł zza stolika i szeroko się uśmiechając, podszedł do niej i pocałował w policzek.

– Miło cię widzieć. Postanowiliśmy zrobić wam niespodziankę.

– Właściwie to ja to wymyśliłam. Johann miał obiekcje. – Gwen przywitała się z nią radośnie. – Ale już zaczęłam tego żałować…

Paulina skinęła głową Igorowi i dopiero wtedy odwróciła się do Doroty.

– Będę szczera. – Uśmiechnęła się. – O ile spotkanie z Gwen i Johannem to miła niespodzianka, to ciebie raczej nigdy bym się tu nie spodziewała.

– Ja natomiast strasznie się cieszę, że cię widzę. – Dorota obrzuciła ją taksującym spojrzeniem. – Doskonale wyglądasz.

Paulina ponownie z wysiłkiem uniosła kąciki ust. Przemknęło jej przez głowę, że od takich uśmiechów mięśnie żuchwy będą ją boleć chyba przez tydzień.

– Ty także.

– Wiem, kochana, dziękuję.

– Przyjechałaś tym razem, żeby spróbować sprzedać nas handlarzom organami?

– Skoro o organach mowa. – Dorota wciąż uśmiechała się słodko. – Od czasu do czasu także powinnaś się jakimś zająć. Dobrze ci to zrobi.

– Potraktuję to jako radę profesjonalistki.

Jako że obie rozmawiały ze sobą po polsku, z pozostałej trójki tylko Igor wiedział, do czego prowadzi ta rozmowa.

– Skoro wreszcie jesteś, możemy zamówić coś do zjedzenia. – Pomachał ręką w kierunku kelnera i spojrzał na Paulinę. – Pizza? Sałatka? Tylko nie bierz tego piwa co Johann. Twierdzi, że smakuje kiełbasą.

– Nie przeprosiłam za spóźnienie. – Paulina uśmiechnęła się do Gwen i usiadła na wolnym krześle obok niej. – Wybaczcie, dowiedziałam się w ostatniej chwili…

Igor popatrzył na nią urażonym wzrokiem.

– Nie miałem na myśli, że się spóźniłaś. To znaczy…

– Bo to lager z dodatkiem wędzonego słodu. – Dorota spojrzała na Igora protekcjonalnie. – Kurt na przykład lubi to piwo. No to, które zamówił Johann – dodała wyjaśniająco, widząc zdezorientowane spojrzenie Igora.

– Ja jestem po wczesnej kolacji. – Paulina pokręciła głową. – Nie będę nic jadła, dziękuję.

– Bardzo słusznie. – Dorota obrzuciła ją wzrokiem. – Ja też musiałam się nieźle napracować, żeby się pozbyć nadwagi.

Paulina spojrzała na Igora w taki sposób, jakby chciała go zabić.

Igor umknął wzrokiem, zastanawiając się, czemu akurat do niego ma pretensję.

– Po tej kontuzji dwa lata temu mało się ruszałam…

– To nie była kontuzja, kochanie. – Paulina pokręciła głową. – Pewnie po prostu zapomniałaś. Postrzelił cię jeden z tych bandziorów, z którymi chciałaś się nas pozbyć.

– To twoja wersja. Przykro mi, że masz takie luki w pamięci. – Dorota uśmiechnęła się do niej pobłażliwie, a następnie spojrzała na zegarek, odsunęła krzesło i podniosła się. – Ale na mnie czas. Już i tak jestem spóźniona.

Igor, gdyby tylko mógł, głośno odetchnąłby z ulgą.

– Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. Miło było cię poznać. – Dorota uśmiechnęła się do Gwen i sięgnęła po swoje okrycie. Johann szybko się podniósł i pomógł jej się ubrać. Dorota odwróciła się i chciała się właśnie pożegnać z pozostałymi, gdy poła jej długiego jasnego płaszcza zawadziła o stojący na brzegu stołu wysoki szklany kufel. Naczynie zachybotało się i wyrżnęło o drewnianą podłogę, rozchlapując na boki swoją zawartość.

Tylko świetny refleks Pauliny sprawił, że pachnące wędzonką piwo Johanna nie wylądowało na jej kolanach. Ale i tak ucierpiały buty i nogawki dżinsów.

*

Lekarz obszedł stół dokoła i stanął od strony, gdzie powinna znajdować się głowa. Spojrzał na technika, który pochylił się nad notatnikiem, i zamarł w oczekiwaniu.

– Kobieta, wiek około trzydzieści, czterdzieści lat. – Popatrzył na ciało na stole tak, jakby usiłował ocenić jego gabaryty. – Wzrost około sto sześćdziesiąt, sto siedemdziesiąt. Znaki szczególne: tatuaż na karku i ślady po drugim, usuniętym, na ramieniu. Poza tym blizna po cesarskim cięciu. Prawdopodobne ślady po wykonanej dawno temu aborcji. Oprócz tego liczne blizny i ślady cięć, najprawdopodobniej z okresu tuż przed śmiercią.

– A to? – Prokurator pochylił się nad zwłokami.

Lekarz podszedł i spojrzał w ślad za jego wzrokiem. Na piersi kobiety widać było drobne czarne punkty.

– Worek uderzył w burtę łodzi poniżej poziomu zanurzenia. Możliwe, że to ślady jakiegoś smaru. Wygląda jak jakaś powłoka bitumiczna. Mógł też wcześniej wpaść pod inną łódź albo barkę. Wyspa Robiena leży tuż obok toru wodnego.

– Ślady do analizy. – Prokurator westchnął. – I trzeba oczywiście zbadać DNA. To potrwa.

– Spróbujemy przyśpieszyć. Może do poniedziałku zrobią.

Prokurator pokiwał głową bez specjalnego przekonania.

– Dobra. – Lekarz sięgnął na tacę i wziął do ręki nożyce. – To przystępujemy do oględzin wewnętrznych. Z uwagi na brak głowy zaczniemy je od jamy opłucnej. – Przeszedł dwa kroki wzdłuż stołu i pochylił się nad ciałem.

*

Paulina odsunęła krzesło i usiadła. Spędziła kilka minut w łazience, czyszcząc buty i nogawki dżinsów z mokrych plam po piwie. Mała apokalipsa, zaraz po zrzuceniu przez Dorotę kufla ze stolika, na szczęście została zażegnana przez kelnera, który posprzątał cały bałagan i przyniósł Johannowi nowe piwo. Tym razem, na jego prośbę, jasne.

– Zrobiła to specjalnie. Jestem o tym przekonana. Śmierdzę teraz cała wędzonką.

– Chyba jednak tylko zawadziła płaszczem. – Johann uśmiechnął się do niej ugodowo.

– Skąd w ogóle ona się tutaj wzięła? – Paulina spojrzała gniewnie na Igora.

Gwen westchnęła.

– Obawiam się, że to…

– Nie rozumiem, Igor, jak mogłeś ją tu zaprosić. To znaczy, rozumiem, że jesteś przez nią, jak widać, ubezwłasnowolniony, ale mogłeś nam oszczędzić jej towarzystwa. Przecież…

– To nie Igor…

– …przez nią dwa lata temu o mało nie zginęliśmy w podziemiach. Już o tym zapomniałeś? Ja wiem, że ona jest rzeczywiście wyjątkowo seksowna. Ma bardzo dobre cycki, notabene chyba je sobie poprawiła w Berlinie, bo nie pamiętam, żeby miała aż takie wielkie…