Biblia diabła

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

Gdzieś na początku czwartego wieku, kiedy miało to miejsce, dokładnie nie wiadomo, od brzegów Kornwalii odbiła ogromna flota rzymskich galer. Na pokładzie jednej z nich, a mogła to być zwrotna, poruszana mięśniami stu kilkudziesięciu wioślarzy oraz wielkim kolorowym żaglem trirema[8], wyruszyła w swoją ostatnią podróż rzymsko-brytyjska księżniczka Urszula. Jej ojciec – król Brytów Donaut – wydał ją za mąż za legendarnego królewicza Conana Meriadoca z Bretanii i to do niego właśnie zmierzała. Księżniczce towarzyszyło dziesięć najbliższych, zaufanych dwórek oraz orszak dziesięciu tysięcy dziewic służebnych. W połowie drogi, na środku przeprawy wiele lat później nazwanej kanałem La Manche, rozpętał się potężny sztorm, który zniósł całą flotę daleko na wschód, do galijskiego portu u ujścia Renu. Księżniczka Urszula wraz z całą swoją dziewiczą świtą wpadła tam w łapy niemogących pewnie uwierzyć w swoje szczęście Hunów, którzy, przez opanowane przez barbarzyńców prowincje, uprowadzili ją do Kolonii. Według innych źródeł Urszula postawiła przyszłemu mężowi warunek, że zanim do niego przyjedzie, uda się wraz z całym swoim orszakiem na pielgrzymkę do Rzymu i dopiero w czasie powrotu została pojmana przez Hunów i wywieziona na północ.

Legenda głosi, że odrzuciła tam zaloty Attyli, na skutek czego wraz ze wszystkimi swoimi towarzyszkami została zamordowana. Historię tę rozpowszechniły średniowieczne podania, według których na przedmieściach ówczesnej Kolonii odnaleziono ogromną liczbę kobiecych szczątków. W miejscu tym, ku czci zmarłej męczeńską śmiercią księżniczki, wybudowano kościół pod wezwaniem świętej Urszuli. W przylegającej do niego kaplicy, nazywanej Złotą Komnatą, do dzisiaj spoczywają relikwie zamordowanych kobiet.

I to tutaj dopiero zaczyna się zupełnie inna historia.

Według któregoś z późnych żywotów świętych, przypisywanego arcybiskupowi Kolonii z dziesiątego wieku Geronowi, jedną z owych dziesięciu najbliższych dwórek księżniczki Urszuli była Kordula. Jako jedynej udało jej się uciec katom Attyli i ukryć na którymś z okrętów. Dręczona wyrzutami sumienia, na drugi dzień sama oddała się w ręce Hunów i tym samym podzieliła los swoich towarzyszek. Wiele lat później jej szczątki zostały złożone w kościele Świętego Jana w Kolonii, a następnie jako relikwie trafiły do wielu kościołów w Europie. Jedna z relikwii, a konkretnie górna część czaszki świętej, trafiła do niewielkiego księstwa nad Bałtykiem. Do ogromnej ceglanej katedry nad brzegiem Zatoki Kamieńskiej.

I pozostała tam do końca drugiej wojny światowej.

*

Toyota przemknęła przez oświetlony wysokimi latarniami odcinek wylotowy z węzła drogowego nad Dziwną i wjechała w mrok drogi w kierunku Troszyna. Tylne światła panamery Boroli migotały czerwono jakieś trzydzieści metrów dalej.

Pomysły Boroli oczywiście irytowały Igora. To całe szukanie skarbu w jeziorze, zamiana starej pomorskiej tajemnicy w komercyjną awanturkę dla hotelowych gości. Ale zdawał sobie sprawę, że jedynie komercja jest w stanie przyciągnąć ludzi do zagadek z przeszłości, a tym samym do historii Pomorza. Może więc nie był to taki zły pomysł? Zawsze to jakaś promocja regionu, nawet jeśli za pomocą takich głupawych happeningów.

Westchnął i poprawił się na siedzeniu. Czekała go godzina za kierownicą. W radiu leciał właśnie jakiś modny kawałek, który słyszał już dzisiaj z pięć razy.

Pomyślał, że znowu daje się wkręcić w jakąś dziwaczną inwestycję. Projekt renowacji dworu to oczywiście sama przyjemność, ale fakt, że będzie musiał jakoś pogodzić nietuzinkowe pomysły swojego inwestora z charakterem zabytkowego domostwa Flemmingów, napełniał go niepokojem. Znowu będą niezbędne jakieś kompromisy, do których w dodatku, występując jako adwokat diabła, będzie musiał także przekonać służbę konserwatorską. Westchnął i odsuwając od siebie myśli o pracy, zaczął sobie przypominać rozmowę, którą przed chwilą odbył z Borolą. Kryminalna afera ze szczecińską kolekcją obrazów w tle, a do tego zaginiony skarb z katedry kamieńskiej, w mediach nazywany często skarbem świętej Korduli. W jaki sposób Borola zdołał połączyć jedno z drugim? Czego on się mógł dowiedzieć w tej Warszawie? No chyba że wyciągnął takie same pośpieszne wnioski jak z odkrycia, że skoro za Sedinum Exploration kryje się jakiś Fleming, to od razu akurat musi chodzić o tę historię. Uśmiechnął się pod nosem.

Na horyzoncie pojawił się masyw lasu wokół Troszyna. Rozciągały się tam w okolicach podmokłe tereny, bagniska, a wśród nich leżały dwa spore jeziora. Poczuł, jak w jego pamięci odżywają czytane wiele razy opisy tamtych wydarzeń.

*

Do katedry kamieńskiej od północnej strony przylega jedyny taki w Polsce zachowany wirydarz. Powstał on na początku czternastego wieku jako miejsce kontemplacji oraz pochówku biskupów i kanoników. Okolony gotyckimi krużgankami, porośnięty ogromnymi kilkusetletnimi drzewami, prawdziwy tajemniczy ogród, a raczej średniowieczne symboliczne wyobrażenie rajskiego ogrodu. Krótko po powstaniu wirydarza nad jego wschodnim skrzydłem zbudowano pomieszczenia dla kanoników – cztery połączone amfiladowo sale, nakryte krzyżowo-żebrowymi sklepieniami i oświetlone wysokimi ostrołukowymi oknami, przez które światło wpadało do wnętrza długimi, jasnymi ostrzami przypominającymi miecze średniowiecznych rycerzy. Jeszcze w wiekach średnich, chociaż nie wiadomo dokładnie kiedy, kanonicy przenieśli się do innego budynku, a cztery gotyckie komnaty przeznaczono na skarbiec, w którym godne miejsce znalazły, gromadzone już wówczas od stuleci, bezcenne zbiory kamieńskiej katedry. Najcenniejszym z nich była szkatuła zdobiona okuciami w postaci smoków ze złoconego brązu. Zbudowano ją z misternie rzeźbionych tafli, wykonanych – w zależności od źródła opisu – z poroża łosia, kości słoniowej lub kłów morsów. Od średniowiecza służyła jako relikwiarz i to w niej właśnie złożono szczątki świętej Korduli. Szkatuła powstała w dziesiątym wieku w warsztacie skandynawskim, w stylu charakterystycznym dla sztuki wikingów, prawdopodobnie jako szkatuła na biżuterię. Jedna z legend głosi, że wykonano ją na zlecenie Swena Widłobrodego, władcy Danii, Norwegii i Anglii, który miał ją podarować swojej żonie Świętosławie, córce Mieszka I, nazywanej przez wikingów Storradą.

Według najstarszych zachowanych spisów inwentaryzacyjnych z połowy piętnastego wieku, przez kilkaset lat zgromadzono w skarbcu katedralnym ponad tysiąc niezwykłych eksponatów, bezcennych dzieł sztuki, kielichów i szat liturgicznych, a także rzeźb sakralnych i obrazów z warsztatów całej Europy i Bizancjum. O zawartości skarbca krążyły legendy. Pośród innych bezcennych artefaktów rzekomo miały się tutaj znajdować bicz, którym Jezus przepędził kupców ze świątyni jerozolimskiej, trąba, na której Izraelici grali przed przejściem przez Morze Czerwone czy koszula i trzewik Marii Panny. Część z tych skarbów rozproszyła się po wprowadzeniu na Pomorzu reformacji, część trafiła do zbiorów Gryfitów w ich zamkach, część do innych świątyń. O tym, jak gigantyczne bogactwo wciąż mogło się w nim jednak znajdować, świadczy pośrednio decyzja Wielkiego Elektora Brandenburskiego Wilhelma Fryderyka, który w 1682 roku kazał przewieźć najcenniejsze arcydzieła do Berlina. A przecież to, co pozostało, wciąż było najwspanialszą kolekcją dzieł sztuki średniowiecznej w północnej Europie. Do końca wojny znajdowało się tutaj sześćdziesiąt przedmiotów o niemożliwej do oszacowania wartości materialnej i kulturowej, po wielokroć przewyższające pod względem wartości słynną bursztynową komnatę, w której cieniu zaginiony pod koniec wojny skarb kamieński pozostał jednak na zawsze.

*

Gdy Igor mijał malutką osadę zaraz za Wolinem, znów zaczął padać śnieg. Wielkie białe płatki sypały na szosę, migocząc w przednich światłach reflektorów toyoty. Igor w zamyśleniu patrzył na pracujące rytmicznie wycieraczki. Po chwili po obu stronach drogi pojawił się gęsty las. Za masywem dębów i sosen, po lewej stronie szosy, leżało polodowcowe jezioro. To tam stał dwór, po którego wnętrzach przechadzał się niecałe dwie godziny temu. Na wysokości przejazdu przez tory Igor zwolnił. Zobaczył, jak tylne światła panamery Boroli szybko się oddalają i znikają w mroku.

O tym, jak zbiory katedralne przepadły, czytał już niejeden raz. Było wiele różnych teorii, często wykluczających się wzajemnie. Sprzeczne relacje przedstawili nawet bezpośredni uczestnicy tamtych wydarzeń. Rekonstruowanie tego, co stało się całe lata temu, oczywiście nie mogło być precyzyjne. Pamięć ludzka jest zawodna.

Jeszcze w czasie wojny, zaraz po pierwszych nalotach na niemieckie miasta, ówczesne władze zadecydowały o ukryciu wszelkich skarbów kultury w małych wiejskich kościołach i zamkach. W maju czterdziestego drugiego roku skarbiec kamieński, zapakowany w skrzynie, trafił do majątku hrabiego Hasso von Flemminga w Benicach. Trzy skrzynie ze zbiorami katedralnymi złożono w pałacu, a bezcenne zabytkowe wyposażenie katedry, między innymi ołtarz z XV wieku oraz kilkanaście renesansowych portretów, w dwóch wielkich kufrach, trafiło do benickiego kościoła. Cały ten majątek przeleżał tam prawie trzy lata. Do momentu, gdy u granic Pomorza stanęła Amia Czerwona.

Droga rozszerzyła się i zamieniła w wielki węzeł komunikacyjny, oświetlony wysokimi latarniami, w świetle których widać było prószące płatki śniegu. Igor zwolnił. W prawo odbiegał zjazd, którym można było zawrócić i starą drogą wzdłuż lasu znowu jechać szosą na Wolin. Kierowany impulsem wrzucił kierunkowskaz i toyota potoczyła się łagodnym łukiem, wspinając się na estakadę nad trasą krajową na Szczecin.

*

W kompletnych ciemnościach, w nocy piątego marca tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku, z podjazdu przed starym pałacem w niewielkiej wsi nieopodal Kamienia Pomorskiego wyruszyła kawalkada wozów, wyładowanych po brzegi dobytkiem.

 

Jeden z nich, ciągnięty przez dwa ciężkie perszerony, nakryty rozpiętą na stalowym rusztowaniu plandeką, wyglądał jak wóz amerykańskich osadników z Dzikiego Zachodu.

Pozostałe zaprzęgi, przy których strzygły uszami, gniade, kare i białe pociągowe chabety, ciągnęły wozy drabiniaste, na których wznosiły się góry pozawijanego w prześcieradła majątku. Gdzieś na boku stał wielki traktor lanz bulldog, nad którym z pękatego komina unosił się kłąb dymu. Kilku mężczyzn jechało konno, a wśród nich Hasso von Flemming, właściciel pałacu, z którego przed samym wyjazdem wyniesiono i ukryto pomiędzy walizkami i tobołami na wozach kilka wielkich kufrów. Ostatni kufer załadowano do wnętrza ciągniętego przez dwa wałachy, zadaszonego plandeką wozu, którym jechało kilka kobiet z małymi dziećmi.

Hasso von Flemming ściągnął wodze i zatrzymał się. Na końcu alei wjazdowej do pałacu majaczyły światła palące się w pomieszczeniach parteru. W majątku został zarządca z kilkoma pomocnikami oraz spora grupa polskich pracowników, którzy na początku wojny trafili tu ze Wschodu. Hasso rzucił ostatnie spojrzenie na pogrążony w ciemności park. Nie wiedział, kiedy tu wróci. Czy będzie do czego wracać. Armia Czerwona na swojej drodze pozostawiała zgliszcza. Rosjanie wdarli się na Pomorze już miesiąc temu, gdy doszło do przełamania frontu na Wale Pomorskim w okolicach Wałcza. Od tego momentu nieprzerwanie parli do przodu, zdobywając kolejne miasta i wsie. Tej nocy 2 Front Białoruski pod wodzą Konstantego Rokossowskiego dotarł już do oddalonego zaledwie o dziesięć kilometrów Golczewa.

Hasso popuścił wodze wałacha i ruszył kłusem za kawalkadą wozów. Od wielu dni usiłował wymóc na lokalnych władzach NSDAP zgodę na ewakuację wsi, ale odpowiedź była wciąż ta sama – należy bronić ojczyzny! Uciekinierom, którzy pozostawiali gospodarstwa i bez zgody gauleitera uciekali na Zachód, groziło oskarżenie o zdradę i kara śmierci. W dodatku większość mężczyzn ze wsi po drodze od razu mogła zostać wcielona do Volkssturmu[9]. Zgoda na wyjazd przyszła prawie w ostatniej chwili, kiedy Rosjanie byli dosłownie tuż za progiem. Wiadomość dostał późnym wieczorem, a o godzinie trzeciej w nocy wyruszyli. Wybrali dłuższą drogę przez Rzewnowo i Dobropole. Trasa w kierunku Golczewa przez Niemice i Dargoszewo byłaby może i krótsza, ale po pierwsze, pchaliby się prosto w łapy Rosjan, a po drugie, tamtejsze dukty były w znacznie gorszym stanie. Marcowe roztopy, błoto. Maksymalnie obciążone dobytkiem wozy utknęłyby w pierwszej dziurze.

Karawana dotarła do skrzyżowania dróg na Kamień Pomorski, Wolin i Przybiernów około południa. Wąska asfaltowa szosa odbijała tu na zachód w kierunku Wolina, zostawiając po wschodniej stronie niewielką wieś Parłówko. Płynęła tutaj struga, przez którą przerzucony był most. Od strony Kamienia zbliżała się wielka kolumna samochodów wojskowych wycofującego się Wehrmachtu. Hasso wyprzedził kawalkadę wozów i kazał wszystkim zjechać na pobocze, aby przepuścić wojsko. Po chwili minęły ich ciężarówki z siedzącymi na pace wynędzniałymi i markotnymi żołnierzami oraz kilka wozów pancernych, które przetoczyły się po asfalcie jak ogromne stalowe nosorożce. Z kierunku wschodniego rozległy się strzały. Rosjanie, którzy zbliżali się od strony Golczewa, byli coraz bliżej. Gdy zadudniły działa, kilka koni się spłoszyło i zaczęło na oślep ciągnąć wozy przed siebie. Hasso ruszył galopem wzdłuż kolumny, krzycząc, żeby natychmiast ruszali przez most. Rozległy się przerażone krzyki kobiet. Z jednego z wozów pospadały jakieś tobołki. Hasso znalazł się na samym przedzie taboru. Obejrzał się za siebie. Część wozów ruszyła w kierunku mostu. Woźnice dwóch dalszych zaprzęgów starali się uspokoić konie, a jakieś kobiety zbierały z pobocza porozrzucane manele. Niedaleko, tuż za lasem, był majątek jego kuzyna. Mieścił się tam teraz sztab wojskowy. Hasso początkowo zakładał, że będzie miał czas, żeby zajechać do dworu Richarda. Liczył na jakąś pomoc od wojska. Jego nazwisko wciąż otwierało wiele zamkniętych pozornie drzwi. Ale sytuacja się skomplikowała. Obawiał się, że wozy pancerne Rosjan za chwilę pojawią się na skraju lasu za Parłówkiem, a zgodę na przejazd trzeba było załatwić na posterunku policji przed mostem w Troszynie. Na krótki moment złowił spojrzenie Luizy. Żona, obejmując dwóch chłopców, siedziała na pierwszym wozie obok kilku innych kobiet. Hasso posłał jej uspokajający uśmiech i ruszył galopem, mając nadzieję, że kolumna wozów zdoła przebić się pod sam most. Gnając, słyszał za plecami kolejne wystrzały z dział.

*

Toyota wjechała na estakadę nad drogą krajową numer trzy. Zjazd z głównej trasy o tej porze i od tej strony był kompletnie pusty. Pod wiaduktem co chwila przemykały samochody w kierunku Szczecina, ukazując się na moment w rozświetlonym węźle drogowym i niknąc w ciemności dalszej trasy. Dalej było rondo z rozjazdem na Golczewo i Kamień Pomorski. Także i tutaj stały wysokie latarnie. Igor zjechał na drogę wojewódzką numer siedem w kierunku Kamienia i zwolnił. Rozpływała się ona w rozświetlanej jedynie reflektorami samochodu ciemności. Kilometr dalej od głównej szosy odbiegał długi nasyp zjazdu na Troszyn. W tle majaczył ciemny zarys drzew.

Igor zwolnił i wrzucił kierunkowskaz. Toyota powoli stoczyła się z nasypu i ruszyła wąską drogą w kierunku sosnowego lasu. Po lewej stronie otworzył się widok na pole, a kawałek dalej ukazał się szeroki wyasfaltowany zjazd prowadzący na pobocze. Samochód wtoczył się tam i zatrzymał. Igor wyłączył silnik. Reflektory wydobywały z ciemności czarny nadgryziony już mocno zębem czasu asfalt, a dalej szumiące cicho pojedyncze drzewa, za którymi stała wielka, pogrążona w mroku ściana lasu.

Igor się rozejrzał. To tutaj właśnie, siedemdziesiąt lat temu, wszystko się wydarzyło. Jeszcze parę lat wstecz skrzyżowanie wyglądało dokładnie jak przed wojną, dopiero w dwa tysiące dziesiątym wybudowano ten ogromny węzeł drogowy, a stara droga wzdłuż lasu została z boku. Igor wysiadł i wzdrygnął się. Noc była przeraźliwie zimna. Pomyślał, że wtedy także mogło być tak zimno. W dodatku od wschodu dochodził pewnie huk wystrzałów i odgłos pocisków artyleryjskich zbliżającej się Armii Czerwonej. Kolumna wozów stała zapewne na poboczu, pod tym szumiącym teraz groźnie szpalerem drzew.

Odwrócił się i spojrzał w mrok czający się poza linią światła reflektorów.

Za tym lasem, raptem dwa kilometry dalej, rozciągało się jezioro, nad którym stał dwór.

*

Ponowny ostrzał rozpoczął się zaraz po tym, gdy Hasso von Flemming zniknął między drzewami gęsto porastającymi pobocze drogi wiodącej do Troszyna. Luiza, zmartwiała ze strachu, siedziała na drewnianej ławeczce, mocno przytulając synów do siebie. Jeszcze godzinę temu straszliwie marzła, ale po pierwszym ostrzale przerażenie spowodowało, że kompletnie o tym zapomniała. Dawny świat właśnie konał na jej oczach. Myślała, jak bardzo chciałaby mieć teraz tutaj swojego mercedesa i Kurta, który potrafił ją zawieźć do Szczecina w półtorej godziny. Ale i mercedesa, i Kurta armia zabrała jeszcze dwa lata temu. W majątku zostały tylko konie. I to w dodatku nie najlepsze. Dobre konie pod siodło i do zaprzęgów także zabrało wojsko. Kolejny pocisk wybuchł tak blisko, że poczuła, jak zadrżało powietrze. Pomyślała, że Rosjanie prawdopodobnie ostrzeliwują wycofujące się samochody Wehrmachtu. Usłyszała, jak w ostatnich wozach ktoś zaczyna krzyczeć. Zobaczyła, że jakiś wóz na tyłach się przewraca, a konie, wlokąc za sobą orczyki i połamanie resztki dyszla, galopują w panice w kierunku lasu. Podniosła się przerażona, i trzymając ręce na głowach synów, usiłowała dojrzeć, co się dzieje na końcu kolumny. Świst następnego pocisku spowodował kompletne zamieszanie. Konie wyrwały się do przodu, ciągnąc za sobą wozy, z których spadały kolejne toboły. Wzdłuż całej karawany przejechał wielki traktor, przeraźliwie warcząc i płosząc już i tak przerażone konie.

Luiza odwróciła się gwałtownie do woźnicy i krzyknęła, żeby jechał szybciej. Gdzieś na granicy lasu, od strony Parłówka, mignęły kształty wozów pancernych. Jeszcze kilkanaście minut i znajdą się przy moście. Woźnica szarpnął lejcami i wóz gwałtownie ruszył do przodu. Obładowany walizkami z dobytkiem, kuframi i wielkimi, przytaszczonymi z pałacowych piwnic skrzyniami, stanowił nie lada ciężar dla dwóch białych wałachów. Pomiędzy drzewami pokazały się pierwsze zabudowania Troszyna. Luiza jeszcze raz podniosła się i obejrzała. Kawalkada wozów podzieliła się na dwie grupy, z których druga została daleko z tyłu. Chwilę później kilka wozów przetoczyło się przez most w Troszynie, a stojący niedaleko żołnierze zaczęli gorączkowo machać rękami, nakazując, żeby woźnice zjechali na pobocze. Oddalili się może na dziesięć metrów, może więcej, gdy z tyłu rozległ się głośny huk.

Betonowe przęsło mostu wyleciało w powietrze.

*

Reflektory toyoty wycinały w mroku szeroką plamę światła, w której, niczym na scenie, stały obok siebie pnie wysokich sosen z rozczapierzonymi i splątanymi ze sobą gałęziami. Przypominały gromadę trzymających się za ręce ludzi, za których plecami czaiła się czarna, nieprzenikniona ciemność.

Igor postawił kołnierz kurtki i odszedł kawałek dalej od samochodu. Z daleka dochodził pomruk przejeżdżających ciężarówek. Rzucił spojrzenie w kierunku lasu i pomyślał, że nie chciałby zostać tu sam, bez kojącej świadomości, że w każdej chwili może się schować w ciepłym wnętrzu auta i odjechać. Rozejrzał się. Dawniej musiał przepływać gdzieś tutaj niewielki strumyk, który meandrował w kierunku Parłówka. Tu był pierwszy most. Jakiś kilometr dalej, w Troszynie, była następna rzeczka, Grzybnica, i kolejny most. I wreszcie przeprawa przez Dziwnę. Tak naprawdę to nie wiadomo było nawet, o który most chodziło. Gdzie w rzeczywistości utknęła karawana wozów? W większości publikacji podawano, że to przed Dziwną. Hasso von Flemming twierdził, że część wozów zdołała przejechać przez most w Troszynie, ale kryty wóz, w którym rzekomo znajdował się kufer ze skarbem z katedry, został po drugiej stronie. Inną wersję opowiadały kobiety z jednego z zaprzęgów. Według nich, konie spłoszyły się jeszcze przed mostem w Parłówku i to tam rzekomo ktoś widział przy drodze przewrócony wóz.

Igor westchnął. Nieprawdopodobne, że dał się Boroli wciągnąć w tę sprawę. O zaginionych skarbach katedry kamieńskiej oczywiście czytał bardzo dużo i często. Wielokrotnie pisała o tym prasa, również ogólnopolska, a także portale internetowe. Na rozmaitych stronach w bezmiarze sieci do dzisiaj można było znaleźć mnóstwo rozważań i teorii na temat tego, gdzie przepadł skarb. Od końca wojny pojawiło się sporo świadków, którzy rzekomo coś widzieli lub ktoś im coś opowiadał. Jak do tej pory nikogo ani na jotę nie zbliżyło to do rozwiązania tajemnicy.

Ponownie spojrzał w kierunku lasu.

Jeśli jednak Hasso von Flemming mówił prawdę i wozy utknęły przed mostem w Troszynie, to do brzegu jeziora było stamtąd nie więcej niż czterysta metrów. Dwóch mężczyzn nawet pieszo mogło spokojnie dowlec tam kufer.

Pokręcił głową. Tak czy siak, choć było to grubymi nićmi szyte, podstawy do zorganizowania kampanii reklamowej nowego hotelu i knajpy w odrestaurowanym dworze wydawały się solidne.

*

Do wschodu słońca zostały może dwie godziny. Niebo nad drzewami w pałacowym parku powoli jaśniało, przybierając kolor przetartej szarymi maźnięciami pędzla czerni. Od wschodu dochodziły dalekie odgłosy wystrzałów i salw z dział pancernych. Wieś, przycupnięta od północy pod rozciągającym się wokół starej rezydencji angielskim parkiem, pogrążona była w mroku i ciszy. Większość mieszkańców, zabierając swój najcenniejszy dobytek, wyjechała godzinę wcześniej wraz z wozami z majątku. Ci, co pozostali, przerażeni kryli się po domach, nie wiedząc, jaki los czeka ich z rąk rosyjskich żołnierzy. W pogrążonym w ciemności dworze paliły się tylko światła w hallu na parterze i malutkich okienkach, doświetlających wielkie, nakryte sklepieniami piwnice. W półmroku uwijali się tutaj trzej mężczyźni – zaufany stangret hrabiego, zarządca i murarz. Na posadzce pośrodku lochu stały trzy drewniane, zapięte stalowymi okuciami kufry. W jednej ze ścian ziała wielka dziura, kiedyś dół jednego z nieczynnych przewodów kominowych. Jeden z mężczyzn pracowicie powiększał go ciężkim młotem i co chwilę wyjmował poluzowane cegły, które odkładał na bok. Gdy otwór był już na tyle duży, że można było wsunąć przez niego skrzynie, zarządca i stangret dźwignęli jedną z nich i wepchnęli w ciemną paszczę ceglanej ściany. Po chwili wszystkie trzy zniknęły w mroku, a mężczyzna w poplamionym drelichu zabrał się za staranne zamurowywanie dziury.

 

Niebo na wschodzie zrobiło się granatowoniebieskie.

*

Igor powoli zjechał z pobocza i skręcił w stronę Troszyna. Nikt o tej porze tędy nie jeździł, droga była więc kompletnie pusta. Jasna plama światła przed maską powoli przesuwała się razem z samochodem, a stojące przy poboczu drzewa odprowadzały ją ponurym wzrokiem i niknęły w ciemności. Dokładnie tędy jechały wozy w czterdziestym piątym roku i gdzieś tutaj nastąpił ten splot dramatycznych wydarzeń. Ostrzał, panika, nakryty plandeką wóz przewraca się na drogę i zostaje tam razem ze skrzynią ze skarbami z katedry. Czy bezcenne artefakty zostały po prostu zmiażdżone kołami wozów pancernych i gąsienicami czołgów? Istniały jednak inne możliwości. Według przekazanych przez samego Flemminga informacji we dworze pozostali jego zaufani pracownicy, aby ukryć w lochach skrzynie z cennym wyposażeniem pałacu. Prawdopodobnie bezpieczeństwo miał im zapewnić fakt, że jeden z nich był Polakiem wywiezionym tu na roboty. W wielu opracowaniach pojawiało się nawet jego nazwisko – Kuchta. Dwaj pozostali to murarz o nazwisku Kapsel i zarządca majątku Mattern. Igor w swoim czasie czytał o tym tyle razy, że nazwiska trójki spiskowców wyryły mu się w pamięci. Tak naprawdę nikt nie wie, co kryło się w zamurowywanych w pałacu skrzyniach. Czy to możliwe, że kamieński skarb nigdy nie opuścił Benic?

Igor przyśpieszył. W perspektywie drogi zamigotały pierwsze światła wioski, a raczej pozostałości tego, co z tej wioski zostało. Po lewej stronie stał ceglany budynek dawnej stacyjki, dalej droga zakręcała i włączała się do ruchu na głównej szosie.

Samochód powoli dotoczył się do zjazdu na drogę krajową i stanął niepewnie. Ruch był tutaj praktycznie zawsze. Oczywiście o tej porze roku i o tej godzinie był sporo mniejszy, ale i tak co jakiś czas z łoskotem przewalał się TIR lub samochód dostawczy. W lecie bywało jednak, że szosa korkowała się na amen.

Igor rozejrzał się, odczekał, aż na drodze zrobi się pusto i z premedytacją łamiąc przepisy, przejechał przez podwójną ciągłą i skręcił na Szczecin. Żeby zawrócić zgodnie z przepisami, musiałby przejechać co najmniej kilka kilometrów. Przyśpieszył i patrząc, jak prędkościomierz szybko przesuwa się w kierunku setki, znowu zaczął myśleć o wydarzeniach z końca wojny.

*

Armia Czerwona wkroczyła do Wolina 6 marca. Gdy pod ciągłym ostrzałem dział obrona mostu na Dziwnie się poddała, wojska 9 Korpusu Pancernego Armii Pancernej pod dowództwem kapitana Mikołaja Sanajczewa wdarły się do miasta. Cała wyspa była potężnie ufortyfikowana, a samego Wolina broniło kilka pułków dywizji fortecznej oraz piechota morska, walki w mieście zakończyły się więc odparciem Rosjan ponownie poza Dziwnę. W owych starciach praktycznie zostało jednak zniszczone całe miasto. Osiemdziesiąt procent starówki legło w gruzach, a prowadzący przez Wolin korytarz ewakuacyjny dla ludności niemieckiej spowodował, że drogi do Wolina i dalej w kierunku Świnoujścia dosłownie usłane były zniszczonymi wozami, porozrzucanym na poboczach dobytkiem oraz ciałami zabitych ludzi i zwierząt. Po tym nieudanym abordażu wojska radzieckie ponownego ataku na miasto dokonały dopiero dwa miesiące później, wzmocnione kolejnymi oddziałami Armii Pancernej. Przez te dwa miesiące, do 4 maja, na wyspie trwała gorączkowa ewakuacja ludności i dobytku. Mieszkańcy wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, a czego nie byli w stanie zabrać ze sobą, ukrywali w piwnicach, zamurowywali pod posadzkami domów i kościołów lub zakopywali w lasach. Wtedy jeszcze wszyscy byli przekonani, że tutaj wrócą, może za rok, może za dwa lata, ale wrócą. Gdy wozy pancerne Armii Czerwonej wdarły się na wyspę, zaczęły od penetracji stanowisk oporu, sztabów i fortów. Za nimi jechały jednak ciężarówki brygad trofiejnych, przeczesujących miasta i wsie w poszukiwaniu wojennych zdobyczy.

W niewielkiej wsi na skrzyżowaniu głównej szosy do Świnoujścia były jednak chwile, gdy wydawało się, że wszystko jest jak dawniej. Tak jakby po prostu przyszła kolejna wiosna. W ogrodach za kamiennymi murkami zakwitły forsycje, których intensywnie żółte pędy wylewały się na drogę. Przy ogrodzeniu dużego ceglanego domu zaraz za zakrętem stało kilkoro dzieci, a wśród nich dziewczynka w granatowej sukience i starym, przewiązanym sznurkiem, o wiele na nią za dużym płaszczyku. Wpatrywały się, jak gruntową drogą od strony lasu jadą w ich kierunku wielkie brunatne ciężarówki z czerwonymi gwiazdami na bokach. Ich warkot stopniowo narastał, a po chwili, w tumanie kurzu przetoczyły się wąską wiejską drogą i skręciły na główny trakt.

*

Toyota mknęła drogą krajową, co chwilę wyprzedzając jadące wolniej samochody. Sosnowe lasy po obu stronach jezdni stapiały się w mgliste pasy ciemnej zieleni i czerni. Myśli Igora meandrowały pomiędzy pilnymi sprawami, które trzeba było załatwić następnego dnia, a rozmaitymi zmartwieniami, takimi jak opóźniony projekt, który już miesiąc temu powinien był znaleźć się w urzędzie, różne ciągnące się w nieskończoność uzgodnienia i leżący w szufladzie obok schodów stos rachunków. Na tym tle powracające myśli o skarbcu kamieńskim wydawały się prawdziwą przyjemnością, a ta ciemna droga i padający za oknem deszcz miały działanie wręcz terapeutyczne.

W siedemdziesiątym czwartym roku został nakręcony film dokumentalny o losach dzieł sztuki z kamieńskiej katedry. Wciąż jeszcze można go było odnaleźć na wielu portalach. To stamtąd pamiętał wątek o powojennych poszukiwaniach, prowadzonych przez mieszkańców Benic oraz rozmaitych awanturników, którzy tam docierali. Ktoś natrafił na zakopaną w parku skrzynię ze srebrną zastawą stołową z herbami Flemmingów, ktoś inny znalazł pudło z porcelaną, a jeszcze ktoś zabytkową broń. Podobno jeden z mieszkańców Benic namierzył kufer z markowym szampanem i starym winem. Ale oprócz dawnych dóbr Flemmingów odnalazły się także niektóre dzieła sztuki z kolekcji katedralnej. Jakiś czas po wojnie w benickim kościele odkryto gotycki tryptyk z głównego ołtarza katedry oraz średniowieczny futerał na mitrę biskupią, który, jak gdyby nigdy nic, wisiał na ścianie, co niedzielę oglądany przez nieświadomych jego wartości wiernych. Odnalazł się także bezcenny trzynastowieczny krucyfiks, wykonany w warsztacie w Limoges we Francji, który był częścią kamieńskiego skarbca. Nikt nigdy nie odkrył natomiast tajemniczych skrzyń, zamurowanych rzekomo w piwnicach pałacu. Zaginęło także kilkanaście renesansowych obrazów zdobiących niegdyś północną kaplicę katedry w Kamieniu Pomorskim, a wśród nich pięć owalnych portretów rodziny kamieńskiego patrycjusza Gerharda Rabenera. Czy to możliwe, że wszystkie po wojnie zostały zabrane przez kogoś, kto dobrze znał miejsce ich ukrycia? W artykułach prasowych ciągle przewijały się oczywiście nazwiska polskiego stangreta Kuchty oraz Matterna, dawnego zarządcy dóbr Flemmingów. Ich powojenny los był zupełnie nieznany. Spekulowano, że to oni mogli dobrać się po wojnie do skarbu. Którejś nocy pod koniec lat pięćdziesiątych pod stary cmentarz rodowy, leżący na wzniesieniu niedaleko wsi, podjechał bowiem samochód ciężarowy, zaś nad ranem mieszkańcy Benic znaleźli rozkopany i kompletnie zniszczony grób, a obok niego resztki pogniecionej tektury i papieru oraz starą, bogato zdobioną ramę od obrazu

Światła skrzyżowania pod Przybiernowem wybiły Igora z zamyślenia. Spojrzał na ekran nawigacji. Do Szczecina było jeszcze jakieś pół godziny.