Biblia diabła

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Igor ponownie westchnął. Dwór rzeczywiście mógł wzbudzać mieszane uczucia. Wydłużona bryła, kryta prostym dwuspadowym dachem z rzędem zgeometryzowanych lukarn, laikowi mogła się wydawać brzydka. Do tego dochodziły lata zaniedbań oraz wcześniejsze przebudowy i zmiany, które wprowadzili użytkownicy dworu w latach powojennych. Wprawne oko mogło jednak łatwo dostrzec w architekturze budynku ślady zbrutalizowanego klasycyzmu, który zaczął dominować w Niemczech od początku lat trzydziestych za sprawą Alberta Speera, nadwornego twórcy Adolfa Hitlera. Tajemnicą było jedynie, jak to się stało, że ten totalitarny styl architektoniczny, zarezerwowany dla budynków użyteczności publicznej i obiektów wojskowych, spodobał się Richardowi von Flemmingowi, przedstawicielowi jednego z najstarszych i najzamożniejszych rodów pomorskich. W tysiąc dziewięćset trzydziestym pierwszym roku postawił tu dwór, przed którym właśnie stali.

– Słuchasz mnie?

Igor, wyrwany z zamyślenia, drgnął i lekko zdezorientowanym wzrokiem spojrzał na Borolę.

– Pytałem, czy nie można by chociaż jakichś dekoracji dodać. Profili, opasek wokół okien albo jakichś pilastrów? Może jakąś płaskorzeźbę?

Igor skrzywił się z niesmakiem.

– Poczekaj, aż zrobię wizualizację. Jak się przywróci stolarkę okienną, okiennice i zmieni ten podjazd, to budynek od razu nabierze wyglądu.

Borola bez przekonania przytaknął.

– Wejdźmy do środka. Powiem ci, jak planuję urządzić restaurację. Wszystko już sobie obmyśliłem.

Igor powlókł się za Borolą, pomny, że za chwilę pomysły jego inwestora zaczną się kolejno roztrzaskiwać o rafy przepisów budowlanych. Dobrze przynajmniej, że to nie jest starożytny Rzym, bo musiałby dać za to głowę.

Po chwili stali w hallu. Po jego lewej stronie łukową kaskadą wznosiły się na piętro schody zabiegowe, a raczej ich marne pozostałości. Na wprost rozciągała się wielka przestrzeń dawnej reprezentacyjnej sali, z której wychodziło się do ogrodu zimowego, a dalej na ogromny trawnik, który łagodnym spadkiem spływał na sam brzeg jeziora. Sala była otwarta do sąsiedniego salonu, w którym znajdowały się resztki zrujnowanego kominka z zachowanym herbem Flemmingów – wilkiem trzymającym w łapach klejnot. Wszędzie walały się resztki dawnego wystroju, pokruszone kafle ceramiczne, tynk, połamane fragmenty drewnianych dekoracji.

Igor, słuchając jednym uchem Boroli, który roztaczał przed nim swoje wizje wskrzeszenia dworu i uruchomienia eleganckiej restauracji, myślał jednocześnie o całkiem niedawnej historii pałacyku. Była tak samo tajemnicza jak nazistowskie gusta jego dawnego właściciela.

Po wojnie mieściło się tutaj, jak w prawie wszystkich dawnych majątkach na terenie kraju, państwowe gospodarstwo rolne. Niedługo potem urządzono we dworze harcerski ośrodek kolonijno-wypoczynkowy, aż wreszcie, w latach osiemdziesiątych zeszłego stulecia, posiadłość przeszła w prywatne ręce. Nowy właściciel urządził w niej hotel z dość popularną w tamtych czasach restauracją, a nieopodal dworu postawił nowy stylizowany budynek hotelowy. I zdawać by się mogło, że wszystko zaczęło się układać znakomicie, gdy któregoś dnia ośrodek został zamknięty. Z dnia na dzień dwór opustoszał, a właściciel wyjechał i wszelki ślad po nim zaginął. Opuszczone budynki bardzo szybko rozszabrowano. Włamywacze porozbijali okna i ukradli wszystko, co dało się wynieść, nie wyłączając fragmentów wystroju i dekoracji rzeźbiarskich. I wreszcie, kilka lat temu, wybuchł pożar, który strawił reprezentacyjne sale parteru. Z dawnego, pięknie odrestaurowanego zabytku została smętna ruina.

– Czy ty mnie słuchasz?

Igor podniósł głowę i z roztargnieniem spojrzał na Borolę.

– Przepraszam, zamyśliłem się.

– Mówiłem o tym, że to jest idealne miejsce na wesela. Kamień Pomorski, Wolin, Świnoujście. Pewnie ludzie będą rezerwować tutaj miejsce z rocznym wyprzedzeniem.

Igor pokiwał głową.

– Popatrz tylko na ten trawnik. – Borola stanął przy drzwiach tarasowych i wskazał ręką na ciągnącą się ku brzegowi jeziora zarośniętą płaszczyznę. Po obu jej stronach wielkie stare dęby pochylały rozłożyste, rozczapierzone konary.

– Na końcu postawi się baldachim, namioty. Białe obrusy, jakieś lodowe rzeźby. Śluby będą wyglądały jak z amerykańskiego filmu. Ludzie będą się zapożyczać, żeby tu wydać za mąż swoją córeczkę.

Igor, upewniwszy się, że jego towarzysz tego nie widzi, wzniósł oczy do nieba.

Borola szarpnął częściowo zabite dechami drzwi. Rozległ się zgrzyt pokiereszowanych kafli podłogowych i wyjście na ogród stanęło otworem. Do środka wpłynęło mroźne, orzeźwiające powietrze. Niebo nad taflą jeziora powoli ciemniało.

– Idziemy na brzeg. Opowiem ci jeszcze o czymś. – Borola zgrabnie ominął kawałki szkła i wyszedł.

Igor, rad nierad, naciągnął mocniej czapkę na uszy i ruszył za nim.

*

Paweł usiadł za swoim biurkiem, położył łokcie na blacie, oparł brodę na zaciśniętych pięściach i podniósł wzrok.

– Czy wam już kompletnie odbiło w tym lewacko-feministycznym zacietrzewieniu?

Paulina otworzyła usta, ale Paweł uciszył ją wściekłym machnięciem ręki.

– Dobra osobiste człowieka – wysyczał – a w szczególności zdrowie, wolność, ble ble ble, wizerunek, pozostają pod ochroną. „Ten, czyje dobro osobiste zostaje zagrożone cudzym działaniem, może żądać zaniechania tego działania”. Artykuły dwudziesty trzeci i dwudziesty czwarty Kodeksu cywilnego! Powinnyście znać je już na pamięć! Nawet policja nie publikuje wizerunków przestępców bez zgody sądu.

Paulina i Baśka spojrzały na siebie. Paulina sięgnęła po torebkę, wyjęła z niej plik kserokopii formatu A4 i rzuciła Pawłowi na biurko.

– Czy tobie w tym prawacko-faszystowskim otumanieniu nie przyszło do głowy, że to pierwsza rzecz, o jaką zapytałam Martę?

Zacisnęła usta i patrzyła, jak Paweł pochyla się nad kartkami.

– „Nie wymaga zezwolenia rozpowszechnianie wizerunku osoby stanowiącej jedynie szczegół całości, takiej jak zgromadzenia, krajobraz czy publiczna impreza”. Artykuł osiemdziesiąty pierwszy ustawy o prawie autorskim.

Pochyliła się nad biurkiem i wskazała palcem zakreślony czerwonym mazakiem ustęp.

– I dodatkowo… – uśmiechnęła się zjadliwie – „Kto używa przemocy lub groźby bezprawnej w celu zmuszenia dziennikarza do opublikowania lub zaniechania opublikowania materiału prasowego albo do podjęcia lub zaniechania interwencji prasowej, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech”. Artykuł czterdziesty trzeci prawa prasowego.

Przez chwilę panowała cisza. Paweł przez moment szeleścił kartkami, po czym podniósł oczy i spojrzał na Paulinę złym wzrokiem.

– To jest prawniczy bełkot. Myślisz, że nasze szefostwo będzie zainteresowane użeraniem się z prawnikami i procesem sądowym?

– A kto ma nas podać do sądu? – Paulina postukała się palcem w czoło. – Ten bandzior? A może ten klecha?

– Jesteśmy dziennikiem. – Paweł odwołał się do ostatecznych argumentów. – Nie tabloidem. Dostarczamy informacji, a nie sensacyjnych filmików, jak jakiś brukowiec. Musimy respektować pewne wartości.

– Jak masz zamiar tak bredzić, to ja od razu idę z tym do „Wyborczej”. – Paulina podniosła się z fotela i chwyciła swoją torebkę.

– Przestań mnie szantażować tym gównem! To nie ty potem musisz wysłuchiwać wrzasków i gróźb! Wiesz, kto od razu zacznie wydzwaniać do szefów z pretensjami?

Paulina podniosła do góry spódnicę i odsłoniła wielki fioletowy siniak, który powiększał się coraz bardziej na jej udzie.

– Facet szarpnął mnie i uderzył – powiedziała cicho. – Popchnął mnie tak, że wywróciłam się na ten cholerny beton przełomów pod tym pieprzonym aniołem wolności, a ty stajesz po jego stronie?

– Nie staję po żadnej stronie!

– Puścimy bez komentarza – odezwała się nagle Baśka.

– Co takiego? – Paweł spojrzał na nią zdezorientowany.

– Puścimy bez komentarza. Jedynie z informacją, że w proteście brali udział dziennikarze „Dziennika Szczecińskiego”. Resztę zrobią za nas ludzie na forum.

W pomieszczeniu znowu na moment zapanowała cisza.

– Świetny pomysł. – Paulina pokiwała głową. – Nikt nie będzie mógł powiedzieć, że ferujemy wyroki czy oskarżamy kogoś, a na forum pewnie i tak po kilku minutach wywloką wszystko na ich temat.

Paweł przez dłuższą chwilę milczał. Z sali obok dochodziły strzępy rozmów.

– Dobra! – westchnął głośno. – Dobra, do diabła! Puszczamy! Ale jak dobiorą się nam do tyłków, to do końca roku będziecie pisały nekrologi.

– Nie zamieszczamy nekrologów. – Paulina uśmiechnęła się po raz pierwszy od początku rozmowy i podniosła się z fotela.

– Czekaj! – Paweł sięgnął do szuflady i wyjął notes. – To nie wszystko.

Baśka spojrzała na Paulinę i zmarszczyła czoło. Wstała z fotela i uśmiechając się triumfalnie, wyszła do głównej sali.

– Miałem to dać tej nowej, ale w takim razie za karę zrobisz to ty.

Paulina westchnęła. Miała złe przeczucia.

– Góra wymyśliła, że w kontekście tych wydarzeń i tych waszych protestów…

– Naszych?

– Nie zaczynaj! – Paweł podniósł wzrok. – Stwierdzili, że w kontekście tych feministycznych manif to będzie się dobrze komponowało. Napiszesz krótki cykl. Dwa, trzy artykuły na temat pomorskich czarownic.

Przez kolejną chwilę w gabinecie Pawła panowało milczenie.

– Chyba żartujesz? – Paulina uśmiechnęła się z niedowierzaniem.

– Nie. – Paweł pokręcił głową z satysfakcją. – I zrobisz to szybko, tak żeby poszło w kolejnych odcinkach jeszcze w marcu. Dopóki gazety nadal o tym wszystkim piszą.

– Myślisz, że na tym proteście się skończy? Że przestaną pisać? Dopóki rząd nie zmieni tej swojej absurdalnej, zakłamanej, podyktowanej hipokryzją i obskurantyzmem retoryki pod adresem kobiet i nie wycofa tych absurdalnych projektów na temat…

 

– Paulina!

– Co Paulina?

– To ma pójść w marcu! Najpóźniej do świąt! Trzy, cztery artykuły. Co tydzień. A wy możecie sobie protestować do Gwiazdki nawet.

*

Park dworski, mimo że sam dwór został wybudowany na początku dwudziestego wieku, miał kompozycję czysto barokową. Całość rozpięta była na linii prostej osi kompozycyjnej, która zaczynała się na bramie wjazdowej, a kończyła nad brzegiem jeziora. Znajdował się tu taras ziemny, podtrzymywany przez kamienny mur oporowy, po którego obu stronach spływały nad samą wodę schody z granitowych bloków. Obejrzawszy się do tyłu, można było podziwiać długą, okoloną koronami starych drzew fasadę pałacyku. U stóp muru rozbijały się teraz o brzeg cicho szemrzące fale, a nad lasem powoli zapadał zmrok.

Choć w ciągu dnia marcowe słońce dość mocno przygrzewało, wieczorem zrobiło się przeraźliwie zimno.

Igor podniósł kołnierz kurtki i wsadził ręce do kieszeni.

– Popatrz tam! – Borola wyciągnął palec w kierunku wystających drewnianych kikutów, ledwie widocznych nad lustrem wody. – Tam był kiedyś pomost. I to jeszcze za Niemców. W latach osiemdziesiątych go tylko wyremontowali. Teraz zdziczała swołocz z okolicy wszystko wyrwała.

– Pomost to akurat najprościej odbudować.

– A tam – Borola machnął ręką w kierunku masywu drzew po zachodniej stronie polany – za tymi dębami, blisko wsi, jest taki nieduży dom. To była kiedyś rządcówka. Zastanawiam się, czy nie skłonić jakoś właścicieli do jej sprzedania. Przydałby się taki budynek na uboczu, w którym mógłbym zakwaterować pracowników albo szefostwo.

Igor przez moment zastanawiał się, czy określenie „skłonić do sprzedania” nie zabrzmiało jakoś złowrogo, ale doszedł do wniosku, że jeśli tak, to tym bardziej lepiej nie kontynuować tego tematu.

– A co w końcu z tym zrujnowanym dworem Raminów za Tanowem? Miałeś tam sobie urządzić dom, a ja miałem dostać zlecenie na jego remont. I co?

Borola wykrzywił twarz ze złością.

– Lepiej o tym nie mów – warknął. – Prawie pół roku negocjowaliśmy z Parsov Park, żeby to kupić, a jak już wszystko było zapięte, to, kurwa, właściciel umarł.

– Heinrich von Parsov nie żyje? – Igor otworzył oczy ze zdumieniem.

– No, on miał prawie dziewięćdziesiątkę. – Borola wzruszył ramionami. – Nic dziwnego w zasadzie. A co cię to tak zainteresowało? Znałeś go?

– Nie, no skąd. – Igor wciągnął powietrze nosem i zasłonił twarz ręką.

Borola, czekając, aż Igor wytrze nos i schowa opakowanie chusteczek higienicznych do kieszeni, patrzył na niego podejrzliwie.

– No przecież opowiadałeś mi o nim, a poza tym prasa pisała. – Igor wzruszył ramionami. – Czyli co? Z kupna tamtych ruin nic nie wyszło?

Borola pokręcił głową.

– Spadkobiercy Parsova nie chcieli pozbywać się tej nieruchomości, więc, póki co, nadal jestem praktycznie bezdomny.

Igor parsknął pod nosem. Pomyślał, że jeśli definicja bezdomności to gigantyczna willa z basenem na Osowie, to nie miałby nic przeciwko temu, żeby także być bezdomnym.

Okłamał Borolę. Znal Parsova. Niecałe dwa lata temu, na skutek śledztwa dziennikarskiego jednej takiej, wpadli na ślad zaginionego majątku szczecińskiej loży masońskiej. W szczecińskich podziemiach. Wplątali się wówczas w poważne kłopoty, a Parsov i jego banda wynajętych zbirów, którym, jak się okazało, stanęli na drodze, chcieli się ich pozbyć.

Westchnął. Następstwa tamtych wydarzeń wciąż się za nimi ciągnęły.

– Chcę przeszukać jezioro. Wystąpiłem już o wszystkie pozwolenia. Mam też sprzęt i nurków. Oficjalnie będziemy prowadzić badania czystości dna i wody po latach wylewania tutaj gnojówki z obór we wsi.

Igor, wciąż pogrążony we wspomnieniach niedawnych wydarzeń ze Szczecina, nie od razu zarejestrował, co do niego powiedział Borola, ale słowo „oficjalnie” w końcu zadźwięczało w jego głowie jak alarm.

– Oficjalnie? Dlaczego oficjalnie? A co nieoficjalnie chcesz tutaj robić?

– Nie domyślasz się? – Borola uśmiechnął się ironicznie z tajemniczą miną.

Igor wydął usta. Przez dłuższą chwilę patrzył na Borolę, a potem spojrzał na ciemniejące wody jeziora. I nagle się domyślił.

– Żartujesz? – Spojrzał wstrząśnięty na swojego uśmiechającego się radośnie inwestora.

– Nikt nigdy tego nie zrobił. Wyobrażasz sobie? To znaczy, tutejsi mieszkańcy coś tam próbowali. – Borola skrzywił się lekceważąco. – Nurkowali z rurkami albo zarzucali jakieś sieci, ale nikt nigdy niczego nie znalazł.

– Ale skąd ci to w ogóle przyszło do głowy?

– Kupić ten dwór, nad tym jeziorem, i tego nie zrobić? To tak jakby kupić zamek Urquhart nad Loch Ness i nie szukać Nessie. Poza tym, nawet jak niczego nie znajdziemy, to zrobimy z tego w mediach kampanię reklamową dla przyszłego zajazdu.

Borola uśmiechnął się radośnie.

Igor, który zorientował się, że od dłuższej chwili nie wierzy własnym uszom, głośno przełknął ślinę. Pomyślał, że to już pewne, iż ciąży nad nim jakieś fatum. Dopiero co wspominał dramatyczne wydarzenia sprzed dwóch lat i tropienie depozytu szczecińskiej loży, a teraz właśnie Rafał Borola poinformował go beztrosko, że zamierza prowadzić poszukiwania…

– Wyobrażasz sobie? Nie dość, że miejsce jest fantastyczne na restaurację, to jeszcze nagłośnimy jej powstanie, wypuszczając do prasy przecieki o poszukiwaniach w jeziorze zaginionego skarbu katedry kamieńskiej…

*

U samego wylotu Dąbskiego Nurtu na Regalicę, przy brzegu Sadlińskiej Łąki, nazywanej potocznie Wyspą Robiena[3], kołysała się niewielka łódź kabinowa. Na brzegu, na wąskim pasie utwardzonego gruntu, stały dwa znaki żeglugowe, nakazujące zachowanie szczególnej ostrożności podczas wpływania na Regalicę – główną drogę wodną. Nad wodą powoli zapadał zmierzch. Niebo na wschodzie i północy zrobiło się ciemne, a nad miastem pojawiła się łuna tysięcy zapalających się świateł. Wąska wydeptana ścieżka prowadziła od brzegu do miejsca, w którym niegdyś stała leśniczówka Paula Robiena, słynnego przed wojną „rewolucjonisty przyrody”. Na niewielkiej polance znajdowały się oczyszczone z samosiewów fundamenty budynku, a na zachowanych schodach wznosiła się kamienna tablica pamiątkowa. Miejsce to od dawna było popularnym celem wycieczek szczecińskich wodniaków, przypływających na wyspę, żeby złożyć kwiaty.

Niewielka grupka, która zawitała tutaj kilkanaście minut temu, właśnie szykowała się do powrotu. Mężczyzna, ubrany w grubą czarną bluzę od dresu i sztormiak, odwiązywał zaplątaną wokół obalonego konara linę, a szczupła blondynka usiłowała okiełznać dwóch ganiających po pokładzie chłopców.

– Trochę za późno się tu wybraliśmy. Zaraz będzie ciemno – rzuciła do wchodzącego na pokład łódki męża.

– I co z tego? – odburknął. – Do przystani jest pięć minut.

– Dwadzieścia konkretnie.

– Nawet jakby było ciemno jak w d…

– Jacek!

– …to i tak nie ma najmniejszej nawet szansy, żebyśmy się zgubili. – Mężczyzna dokończył wśród śmiechów synów. Odepchnął łódź od brzegu bosakiem i stał przez moment, patrząc, jak zielonoszare nabrzeże powoli oddala się od burty.

Łódka odpłynęła może na dwa metry. Mężczyzna właśnie się odwrócił, żeby uruchomić silnik, gdy rozległo się głuche uderzenie, a krypa łagodnie odwróciła się rufą w stronę brzegu.

– Zaczepiliśmy o jakiegoś gałęziora! – wrzasnął jeden z chłopców i dopadł do prawej burty. Brat natychmiast znalazł się obok niego.

– Odsuńcie się! – Ojciec chłopców wziął do ręki bosak i wbił go w dno obok łódki. Przez chwilę mocował się, usiłując odepchnąć łódź od brzegu.

– To przy rufie – mruknął. Odwrócił się i wyjrzał. Pod silnikiem widać było ciemny kształt, a wokół niego poszarpany sznur, który zaplątał się o ster.

Mężczyzna wsunął bosak do wody i zaczął rozplątywać linę.

– Co za cholerstwo. Ludzie wyrzucają do wody nie wiadomo jakie rzeczy. Powinno się to karać więzieniem.

– Zobaczmy, co to jest! – Jeden z chłopców oparł ręce na ławeczce przy burcie, wyglądając ciekawie na zewnątrz.

– Może to skarb tego Robiena? – Brat klęknął obok niego i oparł głowę o reling.

Z kabiny wyjrzała ich matka i z niepokojem obserwowała poczynania synów.

– Odsuńcie się, bo któryś z was wypadnie.

– Oj, mamo…

– Odsuńcie się! – z irytacją rzucił mężczyzna. – Słuchać, co matka mówi!

– Nie mów przy nich o mnie „matka”!

– Cholera jasna! Nie mów mi, co mam mówić! – Mężczyzna szarpnął bosakiem i zaczął ciągnąć ciemny kształt na powierzchnię. Po chwili na wodzie ukazał się brezentowy worek z zawiązanym na końcu sznurem. Szarpnięcie musiało poluzować węzły, a może rozwiązały się one już wcześniej, poruszane przez prąd.

Mężczyzna skrzywił się i silniej pociągnął bosakiem. Worek rozwiązał się jeszcze bardziej i wtedy kobieta, która właśnie stanęła nad głowami synów, krzyknęła na cały głos, podnosząc dłonie do twarzy. Jej głos, zwielokrotniony przez echo, poniósł się po wodzie.

– Natychmiast do kabiny! – Blady jak ściana ojciec krzyknął do chłopców, którzy w całkowitym milczeniu, jak zahipnotyzowani, wpatrywali się w unoszący się na wodzie kształt. – Do środka, powiedziałem! Dzwoń na policję! – rzucił do żony, która stała oniemiała i wpatrywała się w wodę za rufą.

Z oplątanego liną worka wystawała ręka.

Trupio blada, miejscami sina i pozbawiona dłoni.

Rozdział 2

Gdy Paulina dojechała do domu, zrobiło się już całkiem ciemno. Wąska spokojna uliczka, ocieniona starymi lipami, była pogrążona w ciszy, a w oknach domów paliły się światła. Wieczór był zimny, ale w powietrzu wyczuwało się już ten nadchodzący moment, gdy drzewa i rozrośnięte wylewające się z ogrodów krzewy wybuchną świeżutką zielenią, ukrywając w niej zabudowę dzielnicy.

Pierwszym, co zrobiła po wejściu do domu i poczochraniu obskakującego ją z entuzjazmem wielkiego długowłosego owczarka niemieckiego, było zadarcie spódnicy przed lustrem w łazience i dokładne zlustrowanie strat. Po kilku godzinach siniak zdążył się już rozlać w wielką fioletową plamę. Wyglądało na to, że z basenu w najbliższym czasie raczej nic nie będzie. Z seksu także. Westchnęła, zgasiła światło i weszła do kuchni, żeby pomyśleć o jakiejś kolacji.

Na żaden seks się zresztą nie zanosiło. Po zeszłorocznych wrześniowych wakacjach, gdy o niczym wcześniej nie mówiąc, jej chłopak przyjął ofertę kontraktu w Wielkiej Brytanii, poważnie się pokłócili. To Mateusz zaproponował, żeby podczas jego dwutygodniowego pobytu w Londynie nad wszystkim się zastanowili i przemyśleli, co ich łączy, ale to ona spakowała wówczas wszystkie swoje rzeczy i wyniosła się z jego mieszkania na Podzamczu. Mimo że w gniewie zarzekała się, że ma go już dość i czas najwyższy, żeby zniknął z jej życia, w praktyce okazało się to jednak trudniejsze, niż myślała. Byli ze sobą w końcu już sześć lat. Z przerwami wprawdzie, ale to jednak szmat czasu, który nie tak łatwo wymazać z pamięci.

Westchnęła i wyciągnęła z szafki czerwony pękaty kubek.

No i Igor…

Problem w tym, że nie była gotowa na nowy związek, a już na pewno nie na nowy burzliwy związek. Relacje z Mateuszem miała pogmatwane. Niby się rozstali, a niby nie rozstali. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że związek z Igorem – przy założeniu, że on w ogóle byłby zainteresowany, co też nie było znowu takie pewne – oznaczałby nie tyle wpadnięcie z deszczu pod rynnę, co z deszczu w sam środek burzy z piorunami. Z jednej strony potrafił ją błyskawicznie zirytować swoją pewnością siebie i arogancją, ale z drugiej czekała na każde spotkanie z nim. A spotykali się dość często, bo od kilku miesięcy łączyło ich coś na kształt interesów. Po wakacjach w Darłowie, chociaż to określenie było raczej mało adekwatne do zeszłorocznych wrześniowych wydarzeń, wraz z przyjaciółmi z Londynu zawiązali pewne stowarzyszenie, a właściwie spółkę, której szumna nazwa Sedinum Exploration spędzała obecnie sen z powiek wielu wysoko postawionym osobom w Kopenhadze i Szczecinie. Za pośrednictwem prawników usiłowali właśnie wymóc zgodę władz na prowadzenie poszukiwań pewnych artefaktów, na których ślad natknęli się na dnie morza w duńskiej strefie ekonomicznej i w podziemiach Szczecina. Biorąc jednak pod uwagę bezwład administracyjny urzędów obu miast, nie zanosiło się na to w najbliższej przyszłości.

 

Paulina wyłączyła gwiżdżący głośno czajnik. Zalała wrzątkiem herbatę, wsypała łyżeczkę cukru i usiadła przy kuchennym stole, wpatrując się w okno.

Po tych cholernych wakacjach myślała nawet, głupia, że coś między nimi może zacząć iskrzyć. Tylko że on albo był chłodno zdystansowany, albo robił sobie żarty z Mateusza. Sama nie wiedziała, co gorsze. No dobra, cały czas opowiadała mu o Mateuszu, w kółko go zanudzała swoimi zwierzeniami pełnymi żółci, że Mateusz jest niereformowalny, że to pracoholik, że jest taki, że jest owaki… A Igor pokpiwał sobie z korporacyjnej lojalności Mateusza i czasem ją rozśmieszał, a czasem irytował. W pewnym momencie jego atakowanie Mateusza zaczęło ją drażnić. Pokłócili się raz czy dwa, w dodatku w necie, pisząc do siebie. Oczywiście wiedziała, że w internecie nigdy nie należy poruszać istotnych kwestii, bo prawie zawsze i prawie z każdym prowadzi to do kłótni. Taka rozmowa była pozbawiona podstawowych elementów komunikacji – tonu głosu, mimiki, uśmiechu – i przez to szybko stawała się walką o przekonanie do swoich racji. A często połowa tego, co się pisało w zdenerwowaniu, umykała, nie było czasu na poprawne formułowanie zdań, pojawiało się mnóstwo niedopowiedzeń. Tylko co innego wiedzieć, a co innego zrobić. Po którejś z kolei kłótni Igor zarzucił jej, że jest od Mateusza uzależniona. Że jest tego typu kobietą, która, nawet jak partner zacznie ją źle traktować lub co więcej bić, usprawiedliwia go i atakuje wszystkich starających się otworzyć jej oczy. Zabolało ją to oczywiście i oczywiście rozwścieczyło. Bo kto to mówił? Były mąż swojej cholernej żony!

Nie odzywali się później do siebie przez miesiąc. Cały styczeń. Najgorszy miesiąc w roku, w którym statystycznie jest najwięcej samobójstw.

Czy to możliwe, że sama go do siebie zraziła? Chociaż, gdyby rzeczywiście był jakoś bardziej zainteresowany, to chyba powinien mieć więcej cierpliwości. Sam przecież wie najlepiej, jak ciężko jest wyleczyć się z kilku lat wspólnego życia, wspólnych wyjazdów, żartów, miejsc, w których się bywało. Że ciągle daje się sobie kolejne szanse, mimo że za każdym razem kończy się to coraz gorzej.

Potrząsnęła głową ze złością. Może to i lepiej. Nie chciała o tym wszystkim myśleć.

Sięgnęła po torbę i wyjęła z niej teczkę z krótkim planem artykułów, wymyślonym przez szefostwo jej gazety. Miała nadzieję, że Paweł poprze jej pomysł na demaskatorski, ilustrowany przypadkowym nagraniem artykuł na temat stowarzyszeń pro-life i tym podobnych, a on zamiast tego wcisnął jej konspekt na cykl tekstów o pomorskich czarownicach.

Niechętnie otworzyła teczkę, rzuciła okiem na pierwszą stronę, po czym westchnęła i sięgnęła po kubek z herbatą.

W tym kontekście gorszy byłby chyba jedynie cykl artykułów o kołach gospodyń wiejskich.

*

Restauracja mieściła się w niepozornym budynku, a właściwie w pawilonie przypominającym barak, którego okres świetności przypadał na lata siedemdziesiąte dwudziestego wieku. Na zarośniętym wewnętrznym dziedzińcu zachowały się nawet obite deskami pulpity imitujące dachy i siermiężna, charakterystyczna dla tamtych lat, metaloplastyka. Wnętrze było natomiast z innego świata – na siłę wtłoczono do niego sosnowo-dworkową przytulność, którą miały tworzyć drewniane ławy i obite barwną tkaniną fotele. Z okien widać było szeroko rozlewającą się Dziwnę i wielki pusty parking, oświetlony stylizowanymi latarniami. W ich mlecznej poświacie prószyły wymieszane z deszczem płatki śniegu. Zimno robiło się na sam widok.

Igor wzdrygnął się i oderwał wzrok od ciemnego okna. Wnętrze oświetlone kiczowatymi żyrandolami, ogrzane kominkiem oraz wielkim paleniskiem grilla, na którym skwierczały już szaszłyki i pieczone kartofle, emanowało ciepłem.

Rafał Borola zżymał się wprawdzie, że zatrzymują się u konkurencji, a kilkanaście kilometrów dalej w stronę Szczecina mogli przecież zjeść w należącej do niego przydrożnej gospodzie, ale Beata Borola była nieugięta. Synowie mieli ochotę na pizzę, a w ich karczmie jej nie podawali.

Igor patrzył z mieszanymi uczuciami na talerze na sąsiednich stołach. Jedzenie serwowano tutaj doskonałe, ale w żaden kreatywny sposób nie można było nazwać go zdrowym czy dietetycznym. Noworoczne postanowienia o zrzuceniu kilku kilogramów z okolic paska oczywiście już dawno przestały być aktualne. Czas oszukiwania się w tej kwestii mijał zazwyczaj wraz z końcem stycznia. Ale teraz był już marzec i pojawiła się kolejna motywacja – nadchodzący sezon plażowy. Pieczone ziemniaki z chrupiącą skórką oraz szaszłyki z przepysznymi plastrami słoniny były jednak jak walec, rozjeżdżający fantazje o płaskim brzuchu na cieniutki placek.

– A na tej plaży, przy tych pomostach, postawi się takie łodzie wikingów. – Borola od dobrych piętnastu minut roztaczał przed Igorem swoje wizje planowanej przebudowy dworu. – A wzdłuż trawnika będą płonące pochodnie. Wieczorami to będzie wyglądało po prostu zajebiście. We wnętrzu też można by zrobić jakieś takie akcenty z czasów wikingów.

Igor, rozkoszując się kolejnym kęsem pieczonego ziemniaka, w roztargnieniu pokiwał głową, zanim dotarło do niego, co właśnie usłyszał.

– Jakie akcenty z czasów wikingów? – parsknął. – Nazistowski neoklasycyzm z międzywojnia. Zachowały się nawet niektóre elementy wystroju, a ty chcesz to obić jakimiś deskami?

– No zaraz deskami. Przecież można jakoś pomyśleć, żeby połączyć jedno z drugim. Co to szkodzi? Wolin z tym całym festiwalem i wioską wikingów jest o rzut kamieniem. Trzeba wykorzystać ten potencjał.

– I jeszcze do tego zaginiony skarb z katedry kamieńskiej.

– Właśnie! – przytaknął Borola z entuzjazmem.

Igor westchnął. Ironiczny komentarz przeszedł niezauważony.

– Dogadałem się już z nurkami ze Szczecina. Poszukiwania planuję uruchomić zaraz, jak tylko zaczniemy wstępne prace porządkowe.

– Po omacku? – Igor spojrzał na Borolę z niedowierzaniem. Na załatwienie zgody na prace porządkowe w obiekcie wpisanym do rejestru zabytków potrzeba było z miesiąc. „Już zaraz” zabrzmiało mocno optymistycznie.

– No, mam pewne ekspertyzy. – Borola zmarszczył brwi. – Wiadomo, że nie ma potrzeby szukania w północnej części jeziora, bo to mało prawdopodobne, że Niemcy tam zatargali skrzynie.

– Czyli chcesz po prostu pogrzebać przy brzegu koło dworu?

– Jeśli skrzynie ze skarbami utopiono w jeziorze, to tylko z łodzi, które zabrano z pomostów przy dworze. W rachubę wchodzi zatem południowy i zachodni brzeg oraz środek jeziora.

– A wschodni brzeg?

– Od wschodu leży wieś. – Borola wzruszył ramionami. – Hasso von Flemming nie ryzykowałby raczej topienia skrzyń ze skarbami pod samym nosem wieśniaków.

Igor wpakował do ust kolejny kęs szaszłyka. Przeszło mu przez myśl, że jeżeli poszukiwanie skarbu katedry kamieńskiej, przy całej beznadziei tego pomysłu, jest jedynie szytą grubymi nićmi akcją promocyjną dla nowego hotelu i restauracji, to może rzeczywiście nie jest to najgłupsza koncepcja. Prace zaczną się na wiosnę. Jak znał Borolę, część robót zostanie wykonana, jeszcze zanim dostaną pozwolenie na budowę. Jak wszystko pójdzie dobrze, to na jesieni otworzą lokal, w końcu dwór nie jest taką kompletną ruiną. Dachy stoją, stropy są nienaruszone. A poszukiwanie skarbu w sezonie ogórkowo-wakacyjnym będzie rzeczywiście doskonałą reklamą.

– Skoro już rozmawiamy o tym skarbie, to muszę ci coś zdradzić. – Borola ściszył głos i pochylił się nad stołem.

Żona rzuciła mu ironiczne spojrzenie i zagadnęła o coś synów.

Borola przez chwilę milczał, wpatrując się intensywnie w swojego rozmówcę.

Igor wsadził do ust kawałek pieczonego ziemniaka i tylko uniósł brew. Projekt projektem, ale nie miał najmniejszego zamiaru zdradzać się z jakimkolwiek zainteresowaniem tymi bzdurami.

– Słyszałeś o Sedinum Exploration?

Igor w tym momencie się zakrztusił.

*

Paulina z niechęcią patrzyła na leżącą przed nią ofertówkę z wpiętymi dwiema stroniczkami formatu A4. Tak zwany pomysł na artykuł, który ktoś ważny wymyślił na naradzie na samej górze. Z reguły tego nie robiono. Dziennikarze najbardziej na świecie nienawidzą pisania na podsuwane im tematy, najczęściej od początku mające tezę, którą trzeba tylko udowodnić. Tutaj taka teza oczywiście też była, choć mocno zawoalowana. Ze spisanych krótkich haseł, które pewnie rzucali mędrcy z sali konferencyjnej w ramach burzy mózgów, jawiła się śmiała hipoteza, jak dobrze jest dzisiaj kobietom, jak wiele mają ułatwień i jak bardzo ich życie różni się od życia ich prababek. Wszystko to w kontekście strasznego losu nieszczęśnic spalonych na stosie. Na przykładach regionalnych procesów. Nikt się nawet nie pokwapił, żeby to jakoś zredagować. Paulina, czytając konspekt po raz trzeci, dotarła do kilku złotych rad i oczywiście po raz trzeci poczuła irytację. „Bez zbytecznego epatowania okrucieństwami i fizjologią”, „bez nieudokumentowanych zarzutów pod adresem Kościoła”, „z dystansem”. Na koniec ktoś dorzucił jeszcze jeden postulat, którego jednak sam do końca nie był pewny, bo hasło było wyposażone w pytajnik – „Może w nieprzesadnie poważnym tonie?”.