Ostatnia debiutantka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ostatnia debiutantka
Ostatnia debiutantka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Ostatnia debiutantka
Audio
Ostatnia debiutantka
Audiobook
Czyta Karolina Kalina
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

11

Zmiana pogody nadeszła od strony Kanady, mknęła z odległego lądu przez setki kilometrów. Jakieś siły natury gdzieś daleko, nad bezkresnym oceanem na północy, wywołały spadek ciśnienia i nad Atlantykiem rozpętała się burza. Ruszyła na Irlandię, a potem na wyspy Tiree, Coll, Rum i Uist, w drodze na północ, wprost na Lochmaddy. Kawałek dalej przystanęła, zbierając siły i wyciszając wszystkie dźwięki, i nagle skręciła ku jednemu z brzegów wyspy, zginając drzewa tak mocno, aż cienkimi gałęziami omiatały ziemię raz w jedną stronę, raz w drugą. Czoło burzy skręciło na wschód, pozostawiwszy gwałtowną ulewę, która smagała bez litości lustrzaną powierzchnię jeziora, zajmującego centralną część wyspy, biła w kamienne płyty, tłukła w szyby okien, waliła w drzwi. Trwała przez cały dzień.

– Deszcz dobry – zauważyła pani McPherson. – Potrzebujemy go po lecie.

Powiedziała także, że ziemia jest spieczona czy coś w tym rodzaju.

W drzwiach stała młoda kobieta. Spoglądała ponad wodą na pazury lądu, znaczące kraniec wyspy. Milczała. Poruszała się niezgrabnie: wysoka, nie radziła sobie z nadmiernym ciężarem, który musiało dźwigać jej ciało. Deszcz lał całą noc i cały kolejny dzień.

*

– Leje jak z cebra. Tak tutaj mówimy – powiedziała pani McPherson następnego poranka, kiedy wpadła do pokoju z mahoniową tacą, na której stał talerz pełen połyskujących jajek w koszulkach i tosty. Odstawiła ją na toaletkę i przeszła szybkim krokiem przez pokój.

Leżąca dotąd na plecach dziewczyna wsparła się na łokciach, co uwydatniło jej znacznych rozmiarów brzuch.

– Jak się czujesz dzisiaj? – zainteresowała się pani McPherson. Rozsunęła kotary i ukazało się pochmurne niebo.

Zapytana aż się wzdrygnęła. Wyglądała na oniemiałą z wrażenia, jednak trudno byłoby orzec dlaczego. Czy może z powodu zbyt słabego światła dziennego wpadającego przez okno, czy też apatii spowodowanej jej stanem? Dźwignęła się w końcu do pozycji siedzącej, lecz bardzo ostrożnie.

– N-nic mi nie jest – odparła w końcu, lecz tak, jakby kosztowało ją to dużo wysiłku.

– Nie powinnaś już wstawać – stwierdziła dziarsko pani McPherson, oceniając ją na oko, choć było to oko nieomal profesjonalistki. – Zanim się obejrzysz, będzie po wszystkim.

Dziewczyna nie odpowiedziała. Wpatrywała się w ten skrawek nieba, za którym kryło się słońce, przeświecając słabo przez grubą warstwę chmur.

– Czy... Czy mogłabym poprosić o herbatę? – spytała uprzejmie.

– Tak, oczywiście! Tu jest imbryk. – Pani McPherson pokazała na wełniany ocieplacz, niedorzecznie zabawny w pokoju, który wydawał się pogrążony w smutku. – Zostawię cię samą, mogę?

Odpowiedzią było skinienie głową. Nastąpiła chwila niezręcznej ciszy, gdy obie kobiety patrzyły na siebie, biorąc pod uwagę swoje dotychczasowe krańcowo różne doświadczenia życiowe. Potem pani McPherson spuściła wzrok, mruknąwszy coś niezrozumiałego pod nosem, i opuściła pokój.

Dłuższą chwilę zajęło dziewczynie wyplątanie się z poskręcanego prześcieradła i puchowej kołdry, a następnie odszukanie stopami porzuconych wieczorem obok łóżka kapci. Zaczęła wstawać ostrożnie, najpierw stawiając jedną stopę na ziemi, potem drugą i dopiero później dźwigając cały ciężar ciała, a przy tym jedną ręką podtrzymując wielki brzuch, który wywoływał grymas bólu na jej młodym obliczu. Podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz. Znów lunął deszcz. Patrzyła, jak mężczyzna w żółtym sztormiaku zachwiał się, gdy próbował przejść przez drogę poniżej. Rozstawił szeroko ramiona, żeby złapać równowagę, lecz znów się zachwiał, i wtedy zmienił zdanie: wyciągnął ręce z powrotem w stronę schronienia, które przed chwilą opuścił. Spojrzała na wzburzone morze za jego plecami, na linię wzgórz rozmywających się w deszczu i ginących gdzieś w mokrej dali.

Lało i lało bez przerwy.

12

– To twoje wody. Odeszły. – Pani McPherson przyglądała się badawczo przemoczonej pościeli. – Wszystko z tobą w porządku. Wezwę położną. Teraz to już długo nie potrwa. Pomogę ci wstać. Zmienię pościel, choć za chwilę będzie równie mokra.

– Czy... Czy ja umieram? – spytała przerażona Kit. Nigdy jeszcze nie doświadczyła tak okropnego bólu w podbrzuszu.

Pani McPherson zdusiła śmiech.

– Nie, jeszcze nie umierasz. Zaczynasz rodzić. Teraz się podnieś... O tak. I do góry. Bridie! – krzyknęła głośno do dziewczyny na dole. – Postaw czajnik na ogniu i znajdź kilka garnków. Będziemy potrzebować tyle gorącej wody, ile tylko się da. – Pomogła Kit wstać z łóżka. – Tak dobrze, przytrzymaj się mnie. Pamiętaj, że to jest najbardziej naturalne na świecie. Nie ma się czego bać.

*

Była przytomna przez cały czas, ale właściwie pracę wykonało jej ciało. Słyszała głosy, odróżniała kształty, widziała dłonie... W pewnej chwili zdawało się jej, że w małym pokoiku znajdowało się z sześć osób, ale potem zorientowała się, że musiała mieć przywidzenia z bólu. Czuła się, jakby coś wyrywano z jej ciała. Coś, nie kogoś. Jakoś nie potrafiła myśleć o dziecku jako o osobie – żyjącej, oddychającej istocie. Wciąż uważała, że to „rzecz”. Rzecz, którą jej zrobiono. Już w chwili, kiedy Wolf wyciągnął rękę, żeby złapać ją za przedramię, coś się w niej zamknęło. Wiedziała, co ją czeka. Nie była aż tak nieświadoma jak inne dziewczęta w jej wieku. Wiele o różnych faktach z życia dowiedziała się z książek ojca. W tej samej chwili napłynęło inne wspomnienie i zatarło to tu i teraz, co na szczęście pozwoliło jej skryć się w odległej przeszłości, gdzie to, co miało dopiero stać się z nią, wówczas działo się z udziałem kogoś innego. Nie potrafiła określić precyzyjnie, kiedy to miało miejsce; w jakiś swój dziwny sposób, rekonstruując po latach wydarzenia, doszła do wniosku, że przyłapała matkę na czynie niedozwolonym. Ciało poruszające się nad matką nie należało do ojca – to wiedziała na pewno. Było w tej sytuacji coś potwornie wstydliwego, choć nawet nie dlatego, że ich widziała razem, lecz bardziej w tym, jak matka zachowała się po wszystkim w stosunku do córki: odepchnęła ją. Zrozumiała jakimś cudem, że nie powinna już nigdy do tego wracać nawet w myślach. Nigdy nie mogłaby się bezpiecznie poruszać w ponurych wspomnieniach przeszłości. Musiała wyprzeć obrazy, zablokować dźwięki... uciec od tego, co widziała. To samo instynktowne działanie uratowało ją zarówno wtedy, jak i ostatnio. Właśnie dlatego Wolf mógł robić, co chciał, a ona czuła się tak, jakby to jej nie dotyczyło.

Kiedy kilka miesięcy później ciąża stała się widoczna, Kit potrafiła żyć w przekonaniu, że nic podobnego nigdy nie miało miejsca.

Aż do teraz. Teraz ból stał się nie do wytrzymania, a jego natężenie przebiło ochronne zasłony pamięci i wyrzuciło ją jak z katapulty z powrotem ku rzeczywistości, gdzie rozlegające się krzyki pochłonęły pozostałe dźwięki do tego stopnia, że sama już nie wiedziała, kto krzyczy głośniej: ona czy jej nowo narodzone dziecko.

13

Otwierały się przed nią kolejne widoki pokrytych śniegiem pól, które przemierzała kilometr po kilometrze po rozmiękłych, wąskich drogach o oszronionych brzegach. Były jak scenki z innego życia, które wiodła w zamierzchłej przeszłości. Nawet w uścisku zimy najsroższej od niepamiętnych lat (za pamięci żyjących, jak ktoś ośmielił się to ująć) miękko falujące pagórki i obramowane żywopłotami drogi miały w sobie coś łagodnego, nieomal kobiecego. Żywopłoty stały jak parawany z zielono-srebrzystych koronek, czasami podparte niskimi kamiennymi murkami; kanciaste stodoły wznosiły się dumnie na szczytach pagórków, a nie kuliły w deszczu jak w Szkocji. Tam pogoda wydawała się raczej wrogiem niż zwykłym żywiołem; całe życie koncentrowało się wokół chronienia się przed jej zachciankami i kaprysami. Jednego dnia niebo było błękitne jak kacze jajo, a już następnego rozszalałe morze wznosiło się ku niebu, pełnemu burzowych chmur. Kit spędziła okrągły miesiąc w malutkim pokoiku na wyspie Uist, ostatnim skrawku nieurodzajnych wzgórz i urwistych wąwozów, za którymi otwierał się ocean tak szeroki i przepastny, że trudno sobie wyobrazić za nim gdzieś stały ląd. Wciąż jeszcze brzmiał jej w uszach dziwny akcent tamtejszego języka, ni to angielski, ni to gaelicki. Od chwili, kiedy urodziło się dziecko, pojawiły się kolejne dokuczliwe odgłosy rozsadzające jej czaszkę: krzyki dziecka, pociągania nosem, kwilenia, chlipania i popłakiwania, beknięcia, a potem coś w rodzaju śmiechu, choć raczej to niemożliwe. Jednak ani jej, ani jemu nie było wcale do śmiechu. Popatrzyła w dół, na zawiniątko, które trzymała w ramionach. Jakaś odległa część mózgu Kit zachwycała się sposobem, w jaki trzymała dziecko: tak naturalnie i troskliwie. Pani McPherson powiedziała kilka dni temu, że jeszcze nie widziała dziewczyny, która tak naturalnie by do tego podeszła.

– Taka z ciebie chudzina – stwierdziła, patrząc na swą podopieczną. – Szczerze mówiąc, nie jesteś wiele większa od niego, a poradziłaś sobie ze wszystkim jak kaczka z wodą. Oj, tak, tak.

Kit nie wiedziała, co powiedzieć. Trzymała dziecko w zgięciu ramienia, dokładnie tak, jak pokazała jej położna, a drugą ręką przytrzymywała przy jego ustach butelkę z podgrzanym mlekiem.

– Nie martw się, nie będziesz musiała karmić małego piersią, o nie... – poinformowała ją położna. – To nie byłby dobry pomysł. Morag mówiła mi, że będziesz go oddawać najszybciej, jak to możliwe. Nie, panienko. Lepiej nie zaczynać.

– Ona ma rację – wtrąciła swoje trzy grosze pani McPherson. – Lepiej nie zaczynać.

– Twoje piersi szybko wyschną – dodała raźnie położna. – Będzie ci łatwiej, kiedy nadejdzie czas.

„Kiedy nadejdzie czas”. W ciągu ubiegłego roku aż za często słyszała te słowa. Kiedy nadejdzie wojna. Kiedy nadejdzie dziecko. Kiedy nadejdzie czas... Brzmiało to tak, jakby jej życie miało się składać z nieustannego oczekiwania na nadejście kolejnego „kiedyś”.

 

Dziecko nagle zakwiliło i w jednej chwili skierowało na siebie uwagę Kit. Był to silny maluch, pulchnymi rączkami ściskający kocyk nawet przez sen. Minęła godzina od ostatniego karmienia i ku jej ogromnej uldze nie obudził się jeszcze, odkąd wsiadły do pociągu na stacji King’s Cross.

Bridie, kuzynka pani McPherson, towarzyszyła jej przez całą drogę od wyspy Uist do Mull, a potem do Oban, gdzie złapały pociąg do Inveraray. Z całej podróży Kit zapamiętała tylko ciągły stukot i hurgot, okropne zgrzyty metalu o metal, wysokie, przeszywające gwizdy konduktorów i dziwną chwilę, kiedy pociąg zaczyna powoli ruszać z miejsca niezależnie od stacji, na której się akurat znalazły. Postacie ludzi na peronie zaczynały się stapiać ze sobą; tu i tam machała jeszcze jakaś uniesiona na pożegnanie dłoń, a potem pociąg zwiększał prędkość i peron razem z obcymi ludźmi zostawał daleko w tyle. Jechały wciąż na południe w stronę granicy. Dziecko spało w ramionach Bridie, najwyraźniej zadowolone. Gdy przeciskali się w trójkę wąskim korytarzem wagonu do przedziału zarezerwowanego na nazwisko Arscott, czasem napotykali zaciekawione spojrzenia starszych kobiet. Tu i tam znaczące spojrzenie, nieomal niezauważalnie uniesiona brew, nagłe przechylenie głowy na bok. Jak one musiały wyglądać? Dziewczyna o zmęczonej twarzy, raczej już nie uczennica, młoda, zatroskana kobieta i śpiące niemowlę... i ani cienia podobieństwa pomiędzy nimi. Bridie Stuart była rudowłosa, Kit blondynka, a dziecko włoski miało czarne. Trochę dziwna trójka. Nic dziwnego, że ludzie się gapili.

Odwróciła się, żeby wyjrzeć przez okno wagonu. Zabudowania hrabstwa Norfolk coraz szybciej migały za szybą. Nazwę stacji można było odczytać dopiero wtedy, kiedy pojawiała się za oknem i w tej samej chwili uciekała z pola widzenia. Swaffham, Hilborough, Foulden. Wszędzie wokół drogi prawie puste. Był dwudziesty dziewiąty grudnia. Jechali przez bezludne okolice w tygodniu pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Wszyscy marzyli o tym, żeby rok tysiąc dziewięćset trzydziesty dziewiąty wreszcie się skończył, choć obawiali się, co przyniesie tysiąc dziewięćset czterdziesty. Nie był to czas na świętowanie. Nie dalej jak kilka dni temu dwa brytyjskie statki zderzyły się blisko wybrzeża Kintyre. Tragedia pochłonęła ponad sto istnień.

Następnego ranka po wysłuchaniu tej informacji w radiu Kit pozwoliła pani McPherson trochę dłużej pospać. Zawinęła dziecko tak ciasno, że przypominało jedną z tych egipskich mumii, którą widziały razem z Lily w British Museum dawno, dawno temu, za czasów zapomnianego już dzieciństwa, i zeszła z nim na plażę. Spienione fale uderzały ze złością o brzeg. Skłębione chmury na niebie i powierzchnia morza poruszały się w jednym rytmie, przewalając się ociężale z boku na bok. Od samego patrzenia Kit zrobiło się niedobrze. Stała na końcu drogi we mgle opadającej delikatną mżawką na ziemię i patrzyła w stronę, gdzie zatonęły oba statki. Wydawało się jej to niemożliwe do pojęcia. Statek to przecież ogrom żelaza i stali, i taki niesamowity ciężar...

Tysiąc trzysta pięćdziesiąt siedem ton standardowych... – jak poinformował dochodzący z radia bezosobowy głos spikera, który wypełnił mały pokój od frontu, w którym Kit i pani McPherson przesiadywały rankami i późnymi popołudniami przy kominku, słuchając radia i dotrzymując sobie towarzystwa.

W dawnych czasach – jak obecnie zawsze myślała o swoim życiu sprzed pobytu w Niemczech – natychmiast spytałaby: „Co to takiego ta tona standardowa?”. Ktoś na pewno udzieliłby jej odpowiedzi. Może Bignell, choć istniało duże prawdopodobieństwo, że tego akurat by nie wiedział. Mogła sobie wyobrazić, jak mówi: „No cóż, milady, jednak nie znam poprawnej odpowiedzi”. A może Caruthers: „Tona standardowa to...”. Jeśli odpowiedź nie satysfakcjonowała Kit – a zwykle tak się działo – zawsze pozostawał ojciec albo biblioteka i przyjemne oczekiwanie podczas kartkowania tomów, dopóki odpowiedź się nie znalazła. Odpowiedź poprawna. Taka, której szukała samodzielnie i którą samodzielnie odnajdywała... Dojmujące poczucie straty, podobne do uczucia głodu, skręciło jej trzewia i zagrażało, że pochłonie ją całą.

Patrzyła w dal, w mglisty, nieskończony przestwór, gdzie kolory i tekstury powierzchni zdawały się przenikać i zlewać ze sobą, po czym znikały sprzed jej oczu jak tonący marynarze. Znów poczuła, że jest smukła i lekka. „Chudzina”. Uniosła rękę, żeby odgarnąć pasmo włosów z twarzy. Wyszła z domu bez kapelusza. A co by to było, gdyby tak ruszyć przed siebie wprost w tę szarość, trzymając na ręku dziecko, które do tej pory nawet nie pisnęło? Nikt chyba by za nią nie zatęsknił. Matka i ojciec w końcu odetchnęliby z ulgą, że się od niej uwolnili, a Lily i tak już pewnie więcej nie zobaczy. Matka dała jej jasno do zrozumienia, że do Chalfont nie ma dla niej powrotu. Za kilka tygodni, kiedy będzie „zdatna do podróży”, zostanie odeskortowana do hrabstwa Norfolk, do jednej z przyjaciółek matki, pani Margaret Arscott. Kit pamiętała ją głównie ze względu na jej charakterystyczny śmiech, a śmiała się bardzo często. W sumie pamiętała tylko tyle.

– Pani Arscott zajmie się tobą, kochanie. – Usłyszała głos matki przez trzaski na linii telefonicznej. – Ona wszystko załatwi. To już zdecydowane. Jak tylko będziesz zdatna do podróży. Musisz odzyskać siły.

Wszystkie kobiety mówiły do niej tak, jakby zapadła na jakąś niewyobrażalną chorobę, do której nazwania brakowało im słów. Teraz jedna przez drugą zapewniały ją, że znów poczuje się „lepiej”. Żadna ani słowem nie wspomniała o dziecku.

Ktoś złapał ją pod ramię. Drgnęła, wystraszona. Odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z panią McPherson.

– Wracajmy do domu – powiedziała cicho pani McPherson. Jej głos zabrzmiał nieoczekiwanie łagodnie. – Można tu tylko doczekać się śmierci... albo przeziębienia. Nie włożyłaś nawet płaszcza. – Nieoczekiwany poryw wiatru zagłuszył jej ostatnie słowa.

Kit dała się odciągnąć od brzegu i poprowadzić drogą pod górę na niewielkie wzniesienie, gdzie stał dom. Gdy już weszły do środka, stanęła bez sił i pozwoliła biegać wokół siebie pani McPherson, która owinęła ją czym prędzej jednym z grubych koców w szkocką kratę, porozwieszanych po całym pokoju w każdym możliwym miejscu, w oczekiwaniu, aż się do czegoś przydadzą. Dziecko było karmione w kuchni przez ciotkę pani McPherson – jedną z wielu kobiet zaglądających do nich co pewien czas przez cały dzień, dla których nakarmienie noworodka zdawało się równie łatwe i zwyczajne jak przygotowanie herbaty.

– Chodź no tu, chudzinko. Usiądź tu, przy oknie. Dobrze. O to chodzi... Bardzo lubisz świat tam, za oknem, co? Bóg jeden wie dlaczego... Nic tam nie ma oprócz deszczu i widoku tego posępnego morza. – Stała przez chwilę, wyglądając na zewnątrz, a potem potrząsnęła głową. – W piękny, słoneczny dzień to rozumiem... Kto teraz chciałby patrzeć na deszcz?

– Lubię deszcz – przemówiła nieoczekiwanie Kit, zaskakując i siebie, i opiekunkę.

Pani McPherson popatrzyła na dziewczynę z zaciekawieniem.

– Tak, oczywiście, jestem przekonana, że lubisz – orzekła. – No cóż, zostawię cię tu samą na chwilkę. Będę tu zaraz obok w kuchni z dzieciaczkiem.

Dotknęła Kit lekko w ramię – a zrobiła to po raz pierwszy od jej przyjazdu tutaj – i się oddaliła.

Z kuchni dobiegały odgłosy rozmowy obu kobiet i krzątaniny pani McPherson, która zapewne przygotowywała kolejny imbryk herbaty. Kit oparła głowę o kłujące obicie, wsłuchując się w raz głośniejszy, raz cichszy ton ich głosów, nie starając się nawet zrozumieć, o czym rozmawiają. Dziecko zachowywało się bardzo spokojnie. Tuż za oknem widziała ogromną kałużę, w której odbijał się do góry nogami otaczający świat. Kamienna elewacja domu podziurkowana była ukłuciami kropel deszczu, uderzającymi teraz w powierzchnię wody. Umysł Kit zamarł; wszystkie bezustannie drążące ją pytania – jak powidoki, na długo pozostające pod powiekami po wygaśnięciu źródła światła – przycupnęły gdzieś w kącie. Odpoczywała, tak jak pomiędzy jednym a drugim skurczem porodowym odpoczywają rodzące się dzieci – z jej własnym włącznie – sądząc być może, że już przyszły na świat.

*

– Panienko! Panienko! – cichy, ale natarczywy głos szofera przerwał otulającą ją ciszę. Zasnęła. Wyprostowała się z wysiłkiem, lecz ostrożnie, modląc się, by nie obudzić dziecka.

– Czy już jesteśmy na miejscu? – spytała, wpatrując się w mrok późnego popołudnia.

Zbliżała się czwarta i szybko zapadał wieczór. Na wyspie Uist, z której przyjechała, byłoby już zupełnie ciemno. Ugryzła się w język na czas, żeby nie powiedzieć „w domu”. Gdzieś kiedyś przeczytała, że wystarczy wrócić dwa razy do tego samego miejsca, żeby zacząć nazywać je „domem”. Może to być pokój w hotelu, pokój gościnny, wolny pokój w czyimś mieszkaniu albo też pokój, do którego zostałaś zesłana, żeby wydać w nim na świat dziecko.

14

Margaret Arscott wstała, ubrała się i w pełnej gotowości zaczęła wyglądać ich przyjazdu, jeszcze zanim zasiadła do śniadania. Sama nie bardzo wiedziała, dlaczego zbliżająca się nieuchronnie godzina przyjazdu Kit wywołała w jej sercu takie poruszenie. Oczywiście było jej przykro z powodu tego, co stało się dziewczynie, ale czuła, że przejmuje się bardziej, niż powinna. Minął już ponad rok, odkąd widziała się ostatni raz z kimkolwiek, nawet z własną siostrą. O ile pamięć dobrze jej służyła, było to w tygodniu poprzedzającym bal debiutantek, na którym miała wystąpić Lily. Tamten dom przewrócono wtedy do góry nogami. Krawcowe przychodziły i wychodziły; od tygodni w kuchniach pieczono ciasta; goście przyjeżdżali nieomal codziennie... Można by pomyśleć, że dziewczyna wychodzi za mąż. Oczywiście potem wyszła za mąż, co ogłoszono niezliczoną ilość razy i opisano w gazetach. Fakt, że on był prawie dwadzieścia lat od niej starszy i w dodatku to Niemiec, zdawał się nie robić na nikim żadnego wrażenia, a już najmniej na głównych zainteresowanych, czyli Delphine i Lily. Był bogaty i nic poza tym się nie liczyło.

Pamiętała, jak kiedyś, dawno temu, wpadła na Kit, która czytała książkę, siedząc we wnęce okiennej salonu na piętrze. Poczuła ogarniającą ją falę czułości na widok zaczytanej dziewczyny wspartej brodą na rękach.

– Witaj! – powiedziała i przeszła przez wzorzysty dywan do miejsca, gdzie siedziała Kit, podwinąwszy nogi. – Całkiem sama?

Kit podniosła na nią wzrok. Miała niezwykle ożywiony wyraz twarzy, jakby szła pod ostry wiatr. To nie było plastikowe, nudne piękno jak u siostry; jej atrakcyjność polegała na pokazywaniu wszystkich uczuć, które jak żywe srebro przelewały się na powierzchni skóry, były jak błysk słońca czy zmarszczki od wiatru na powierzchni wody. Kit miała bystrą, inteligentną twarz; biła z niej pasja i życiowa energia. Gładka skóra, ładnie zarysowane kości policzkowe i lśniące brwi, zaskakująco ciemne u kogoś o jasnych włosach: takie oblicze musi ujawnić swoje prawdziwe piękno później, w wieku dojrzałym – myślała Margaret, sadowiąc się na wygodnym siedzisku obok Kit. Jako dziecko była wyjątkowo niezgrabna; później, w wieku dojrzałym, stanie się imponująco piękną kobietą – rozważała dalej Margaret – może nawet o władczym typie urody.

– Sądziłam, że nie powinnam nigdy zostawać sama – stwierdziła, uśmiechając się, Kit, jak zwykle z książką w dłoni.

– Czy czegoś potrzebujesz? – spytała Margaret, która w niewytłumaczalny sposób pragnęła wynagrodzić Kit brak zainteresowania ze strony wszystkich pozostałych domowników.

– Czego na przykład? – zdziwiła się Kit, kierując na nią szczere, niewzruszone spojrzenie.

– Och, sama nie wiem... Może czegoś do picia? Nie nudzi ci się tutaj?

– Nie, skąd. Wcale. – A po chwili dodała: – Wiem jednak, co ma pani na myśli. Co pewien czas napotyka się kogoś, z kim nie bardzo wiadomo, o czym rozmawiać.

Taka odpowiedź i roztropność dziewczyny zadziwiły Margaret. Roześmiała się, dochodząc do wniosku, że Kit potraktowała to jako przyznanie się do winy. Ta sytuacja stworzyła idealny klimat dla czegoś w rodzaju wymiany pewnych tajemnic pomiędzy nimi.

– Tak – przyznała zamyślona. – Odnoszę wrażenie, że masz rację. Kiedy dorośniesz, będzie ich wciąż więcej i więcej... tych innych ludzi. W końcu któregoś dnia zdasz sobie sprawę, że jesteś jedną z nich. Mam na myśli tą inną.

Ile lat miała wtedy? Piętnaście? To jednak zbyt mało, żeby potrafić sensownie skomentować jej wypowiedź, której zapewne nie była w stanie dobrze zrozumieć.

– No cóż, chyba już pójdę – powiedziała w końcu Margaret i wstała.

Kit nawet nie uniosła głowy znad książki. Margaret miała niedorzeczne wrażenie, że to ona popełniła gdzieś błąd.

 

*

Teraz, patrząc na Kit idącą przez hol, dostrzegła, że dziewczyna zmierza w jej stronę pewnym krokiem z wyrazem twarzy kogoś, kto wie, iż jest obserwowany. Miała dziwne przekonanie, że widzi na twarzy Kit dokładnie to samo, co ona u niej: poczucie winy. Coś tak mocno ścisnęło ją w piersi, że o mało się nie rozpłakała. Dlaczego biedna dziewczyna miałaby się czuć winna? To oni – świat dorosłych, łącznie z jej matką – powinni być pociągnięci do odpowiedzialności.

– Kit, kochanie! – krzyknęła głośno, bardziej żeby ukryć własne zakłopotanie niż się przywitać. Zbyt głośno, jak zauważyła natychmiast po reakcji Kit: dziewczyna aż się wzdrygnęła, choć zrobiła wszystko, by to ukryć. – Moja najdroższa dziewczynka! – powtórzyła, tym razem zdecydowanie łagodniej, i szeroko rozpostarła ramiona. Kit zatrzymała się i stała sztywno, pozwalając się wyściskać. Podążająca krok w krok za nią pani Wright, zaufana gospodyni Margaret od nieomal dwudziestu lat, niosła w białym koszyku dziecko stanowiące główny powód i punkt centralny dramatu. Było tak szczelnie okręcone kocykiem, że sterczała z niego tylko kępka czarnych włosków.

– Czy trudno się podróżowało? – spytała z troską.

– Nie. – Kit pokręciła głową. – Wszystko się udało. Trochę męcząco, ale on spał prawie cały czas.

– Chodź, moja droga. Pokażę ci twój pokój. Umieściłam was oboje w skrzydle, którego okna wychodzą na park. Jest śliczny, szczególnie o tej porze roku. Pani Wright zostanie z tobą pierwszej nocy. – Rozpromieniła się, patrząc na nich. – Pani Wright, będzie pani tak miła i pójdzie z lady Katherine do jej pokoju, żeby się rozpakowała. Kolacja będzie o siódmej. Pani Wright pokaże ci, kochanie, gdzie jest pokój. Nie musisz się specjalnie przebierać do kolacji. Będziemy tylko my. A teraz nie chcę, żebyś się czymkolwiek martwiła. Jesteś tutaj, żeby wypocząć i dojść do siebie. – Uśmiechnęła się, mając nadzieję, że uśmiech wypadł szczerze i wesoło, a potem patrzyła za nimi, gdy pani Wright żwawo ruszyła naprzód, obejmując prowadzenie.

Jeszcze przed końcem tygodnia wszystko zostało ustalone. Przez kościół parafialny znaleziono uczciwą, ciężko pracującą, bezdzietną rodzinę. Zgodnie ze słowami pani Wright uważali oni szansę na adopcję „wysoko urodzonego” jednomiesięcznego niemowlęcia za prawdziwy cud. Nikt nie spytał, kto jest ojcem. Tajemnice i kłamstwa; to niewypowiedziane, to przemilczane – tak zawsze działali ludzie z jej sfery i tak zapewne będą działać. Przyzwoitość lub jej pozory zawsze pozostawały sprawą nadrzędną. Kobiety w rodzaju Delphine traktowały małżeństwo i macierzyństwo przede wszystkim jako relację społeczną, a nie coś osobistego. Zadowolenie z życia dawało im obracanie się w zrozumiałych dla siebie granicach. Wkroczenie w wielki świat w wieku lat osiemnastu było pierwszym krokiem z wielu, które decydowały o kursie, który obierało potem ich życie. Za kolejne dwadzieścia lat lub nieco więcej ich córki zrobią to samo i w ten sposób tradycja będzie kontynuowana. Czasem, jak teraz, może się zdarzyć, że dziewczyna uczyni błędny krok, potknie się... wykona zły ruch.

Konsekwencje tego mogą się odbić – i zwykle się odbijają – na całym jej przyszłym życiu.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?