Ostatnia debiutantka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ostatnia debiutantka
Ostatnia debiutantka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Ostatnia debiutantka
Audio
Ostatnia debiutantka
Audiobook
Czyta Karolina Kalina
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

9

Szła przez pokój w ciemnościach, ledwo przestawiając nogi, wyciągniętymi przed siebie rękami sprawdzając, czy nic nie stoi na przeszkodzie. Nie śmiała włączyć światła i w końcu uderzyła kolanami o łóżko. Uniosła kołdrę i wśliznęła się pod nią. Trzęsła się od pięt po czubek głowy. Podciągnęła kołdrę pod samą brodę i leżała na wznak, odczuwając jedynie straszliwy ból pomiędzy nogami. Miała przyspieszony oddech i poczucie, jakby coś w jej brzuchu wciąż biegało w kółko, usiłując się uwolnić z pułapki. Od chwili, kiedy tamten ją dotknął, przestała myśleć, czuła taką pustkę w głowie, jakby własny mózg próbował ją chronić, zmuszając, aby niczego nie zapamiętała, jeszcze zanim cokolwiek się zaczęło. Wiedziała, do czego Wolf zmierza – aż taka naiwna nie była – lecz miała też świadomość, że dzieje się coś tak niezmiernie poważnego, co przewyższy ją, niebezpiecznego Wolfa i zimną, okrutną Lily... Coś, co zmieni ją na zawsze. Sięgnęła ręką po omacku do stolika nocnego obok łóżka i odszukała notes, który wcześniej tam położyła. Już wyciągała rękę w stronę włącznika lampki nocnej, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Odszukała jeszcze ołówek, który leżał obok notesu, i położyła jedno i drugie na wierzchu kołdry. W świetle księżyca było widać wystarczająco dobrze. Usiadła na łóżku i otworzyła notes na pustej stronie. Napisała wyraźnym, dziecinnym pismem: Lista i podkreśliła tytuł dwa razy. Potem zaczęła pisać, poruszając powoli ustami, gdy uważnie wydobywała kolejne nazwiska z pamięci i zapisywała je linijka po linijce, nazwisko po nazwisku, grupując według tego, jak je zapamiętała. Wydarła ostrożnie stronicę z notesu i wsunęła ją pod poduszkę. Leżała potem jeszcze długo w ciemnościach, wsłuchując się w stłumione, odległe odgłosy nocy.

*

Z samego rana, kiedy tylko się rozjaśniło, a w zamku wciąż panowała cisza, wstała i wykąpała się, dokładnie zmywając zaschniętą krew z nóg i brzucha. Ubrała się, krzywiąc się z bólu, gdy wciągała pończochy. Sprawdziła jeszcze swoje odbicie w lustrze łazienkowym, zanim opuściła pokój. Zupełnie nic. Absolutnie niczego nie było po niej widać.

Zeszła na dół do kuchni. Przez ostatnie trzy dni wujek Faunce codziennie był na nogach wcześniej od niej. Otworzyła drzwi. Już siedział przy oknie z filiżanką gorącej kawy w ręce. Podniósł na nią wzrok, kiedy weszła, i poszukał jej spojrzenia. Niczego specjalnego nie dostrzegł. Podeszła do niego ze złożoną kartką w dłoni.

– Co to? – spytał, kiedy kładła kartkę na stole.

– Tego wuj szukał. Znalazłam.

Znów spojrzał jej w oczy z nieukrywanym zdumieniem.

– Ale... Ale to przecież twoje pismo.

– Zgadza się. – Skinęła głową. – Zapamiętałam nazwiska. Spisałam je wszystkie dzisiaj nad ranem. Są tu wszystkie co do jednego.

– Ale... jak? Kiedy?

– Wczoraj wieczorem. Kiedy wy byliście na przyjęciu. Wiele czasu mi to nie zajęło.

– Nie przyłapał cię? Nikt ciebie nie widział? – Wuj Faunce wziął kartkę do ręki i szybko ukrył w kieszeni marynarki.

Kit pokręciła głową.

– Nie. Nikt mnie nie widział. Weszłam do jego pokoju, a lista leżała na łóżku. Wystarczyło zapamiętać nazwiska. Panna Frogworth nauczyła mnie, jak najlepiej to zrobić. Nikt mnie nie widział, przysięgam. Na liście na pewno są wszystkie nazwiska.

Wujek Faunce wyglądał przez chwilę tak, jakby miał trudności z oddychaniem.

– Nie denerwuj się, wujku – szybko powiedziała Kit. – Wszystko jest w porządku. Zapamiętałam dobrze, co mówiłeś mi na temat konieczności zachowania spokoju. Zachowałam spokój. W ten sposób zdołałam zapamiętać wszystkie nazwiska. Potem, kiedy tylko znalazłam się z powrotem w swoim pokoju, spisałam je wszystkie z pamięci.

Zorientowała się jednak po wyrazie twarzy wujka Faunce’a, że jego wiara w jej słowa nie jest tak niezachwiana, jak jej wiara w samą siebie.

CZĘŚĆ II STRATA 1939–1940 Kit

10

Chalfont Hall, Dorset, listopad 1939

W salonie panowała cisza, gdy służąca nalewała herbatę. Duży talerz kruchych bułeczek – wprawdzie bez masła, ale chociaż z niewielką ilością dżemu – stał przed dwiema kobietami, ale żadna nawet nie popatrzyła na nie dłużej. Lady Wharton i jej gość czekały, aż służąca oddali się z pokoju, żeby dyskretnie zacząć rozmawiać.

Kiedy tylko za służącą zamknęły się drzwi, lady Wharton wybuchła:

– Chyba nie sugerujesz, że miałaby wrócić tutaj?! – Te słowa wystrzeliły jej z ust, zanim zdążyła pomyśleć, że nie powinna ich w ogóle wymawiać. – O czym, do licha, miałybyśmy rozmawiać?

Margaret Arscott popatrzyła chłodno na lady Wharton. Sięgnęła po papierosa, nie zważając na wyraźne obrzydzenie na twarzy gospodyni.

– Co rozumiesz przez „O czym miałybyśmy rozmawiać?”. Przecież ona jest twoją córką, Delphine. Twoją młodszą córką. O ile zaś gazety są wiarygodnym źródłem informacji, może się równie dobrze skończyć na tym, że będzie twoją jedyną córką.

– Jak możesz mówić takie rzeczy! Nie wierzę, że Lily byłaby zdolna do czegoś takiego! Poza tym nie wierzę gazetom. Nigdy nie zdradziłaby własnego kraju! Nigdy! Och, poczęstuj mnie, proszę, jednym.

Margaret wysunęła jeszcze jeden papieros z paczki i obserwowała, jak lady Wharton go zapala. Jej drżące dłonie świadczyły o zdenerwowaniu.

– Trzeba jeszcze wziąć pod uwagę pozycję Harolda w hrabstwie. Co ludzie powiedzą?

– A co tu jest do gadania? To ty ją tam wysłałaś. Nie zapominaj o tym. Oboje przyłożyliście do tego rękę.

– Faunce miał się nią opiekować... – zaczęła lady Wharton.

Wyraz twarzy Margaret na chwilę złagodniał.

– Są jakieś wieści o nim? – spytała.

– Nie. – Lady Wharton pokręciła głową. – Słyszeliśmy... Słyszeliśmy, że widziano go ostatnio w Berlinie, około dwóch miesięcy temu. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego nie wrócił zwyczajnie z Kit.

– Co za bałagan! – westchnęła Margaret. – Co za okropny bałagan! A więc gdzie ona jest teraz?

– Nie wiem. Ostatni list od niej dostałam w marcu. Napisała go zaraz po wyjeździe Kit...

– Nie, nie pytam o Lily. Pytam o Kit. Obie wiemy, gdzie jest Lily. Dokąd wysłałaś biedną Kit?

– Och, Kit. No tak, oczywiście. No cóż... Wysłałam ją do Szkocji. Dalej już nic nie przyszło mi do głowy. Pamiętasz panią Baxter? Zarządzała u mnie personelem przed panią Hudges. Jej siostra mieszka gdzieś daleko na jednej z wysp... Zapomniałam już na której. Prowadzi dom dla dziewcząt, które... Hm... No wiesz... Znalazły się w tarapatach. To bardzo przyjemne miejsce, a przynajmniej tak nam powiedziała. Stosownie oddalone, a w pobliskiej wsi mieszka doktor, który zawsze jest pod ręką. W razie... Hm, w razie czego.

– A co masz zamiar zrobić potem? Śmiem przypomnieć, że jeden skandal w rodzinie to aż nadto, nie sądzisz? – spytała zgryźliwie Margaret Arscott.

Lady Wharton zaczęła się wpatrywać w swoje dłonie.

– No tak – stwierdziła smętnie. – Jeden zupełnie wystarczy. Jednakże ona nie może wrócić tutaj! – powtórzyła, podnosząc na swoją towarzyszkę ogromne, zaczerwienione oczy. – I tak mieliśmy dużo szczęścia, że udało się nam ją stąd wyekspediować, zanim cokolwiek zaczęło być widoczne. Och, Margaret, ja po prostu nie wiem, co mam robić.

Znów zapadła długa cisza. Margaret Arscott popijała herbatę małymi łyczkami.

– No dobrze – odezwała się po długim namyśle. – Pozwól jej przyjechać do mnie.

– Naprawdę byś się zgodziła? – spytała trwożnie lady Wharton. – Nie byłam pewna... Nie śmiałam prosić.

– No cóż, ktoś musi ją przyjąć. Ona ma szesnaście lat, Delphine. Zdaję sobie sprawę, że w obecnej sytuacji twoje myśli zajmuje wyłącznie Lily, ale szczerze... Przecież jesteś jej matką.

– Wiem, wiem. – Głos lady Wharton zaczął drżeć. – Ale muszę przecież myśleć o naszym nazwisku. Ja po prostu... Ja nie mogę myśleć jasno. A co będzie po? Dałabyś radę znaleźć kogoś? No wiesz, żeby wziął dziecko na wychowanie. Ty na pewno wiesz, jak to się robi. Zawsze byłaś bardzo praktyczną kobietą, Margaret. Zawsze.

– Hmm. – Margaret Arscott wydęła usta. – A jeśli nie dam rady? Co wtedy?

– Chyba da radę odesłać ją dokądś, jak sądzę – orzekła lady Wharton. Jej głos odzyskał władczy ton, gdy wpadł jej do głowy pewien pomysł. – Wyślemy ją w jakieś nowe miejsce, gdzie nikt jej nie zna. Do Irlandii? A może do Ameryki? Harold ma tam rodzinę... Musiałaś o nich słyszeć: Crichfordowie? Lord Dunboyne? Mieszkają gdzieś na Zachodnim Wybrzeżu. Nie pamiętam, gdzie dokładnie. W Los Angeles, San Francisco czy jakoś tak. Będzie tam mogła zacząć wszystko od nowa.

– Delphine! Chyba nie mówisz poważnie. Właśnie straciłaś jedną córkę, którą pochłonął faszyzm, a teraz chcesz wyrzucić z domu drugą?! O nie! Ja już podjęłam decyzję. Zabieram ją do siebie zaraz po tym, jak urodzi i poczuje się na tyle dobrze, żeby wyruszyć w podróż. Zajmę się też znalezieniem odpowiedniej rodziny, która adoptuje dziecko. Kit może przyjechać do mojej posiadłości w Norfolk. Nikt tam nie będzie jej niepokoił. Zostanie tak długo, jak zechce. Jest rok tysiąc dziewięćset trzydziesty dziewiąty, nie tysiąc osiemset trzydziesty dziewiąty. Wojna wszystko zmieniła. Wiem, że ty z Haroldem wciąż skłaniacie się ku przeszłości, ale co się stało, to się nie odstanie. Musimy iść z duchem czasu. Poza tym, jak przed chwilą wspominałam, straciłaś już jedną córkę. Bóg jeden wie, co się wydarzy w najbliższej przyszłości, ale ja ci to mówię: Hitler nigdy nie wygra. Nigdy! A kiedy ta okropna wojna się skończy, trzeba się będzie wytłumaczyć z tego, jak komuś wychowanemu w Dorset mogło przyjść do głowy, żeby go popierać. Odrażający mały człowieczek. Tak nikczemny, że nie sposób wyrazić tego słowami. Jak Lily mogła tak postąpić?! Jak mogła być taka zaślepiona?

 

Lady Wharton kręciła głową z niedowierzaniem i w końcu sięgnęła po chusteczkę.

– Też tego nie rozumiem – przyznała, łkając. – Już w ogóle przestałam rozumieć cokolwiek. Co zrobiliśmy nie tak? Obie nasze córki zrujnowały sobie życie. A Lily była przecież taka piękna...

Margaret Arscott wzniosła oczy do nieba. Że też ta niemądra kobieta w takiej chwili myśli tylko o jednym!

– Jak już mówiłam, Delphine, co się stało, to się nie odstanie. Najważniejsze jest teraz, żeby Kit wraz z dzieckiem bezpiecznie do mnie dotarła – powiedziała i wstała. Miała modną, krótką fryzurę z włosami przystrzyżonymi równo z linią szczęki. Spojrzała na przyjaciółkę, która osunęła się jak omdlała na oparcie fotela. Wstanie na nogi zdawało się ponad jej siły. – Twojej córce będzie u mnie dobrze, Delphine – dodała po chwili cieplejszym tonem głosu. – Będziesz musiała stopniowo zaakceptować ten fakt.

Lady Wharton nie odezwała się. Przez pewien czas obie kobiety trwały w bezruchu w zapadającym powoli mroku. Wiszący wciąż w powietrzu zapach dymu z papierosów zmieszał się z lekką wonią ich perfum. W końcu lady Wharton odważyła się podnieść wzrok na Margaret Arscott, którą znała dobre pół wieku. Tak jak wśród wielu innych kobiet w tamtych czasach, należących do ich sfery, łączące ich więzy stały się bardzo mocne i głębokie. Przyjaźnili się ich rodzice, a przed nimi ich dziadkowie. Mimo że Margaret była dziesięć lat młodsza od lady Wharton, to gdy przebywały wciąż ze sobą w młodości, zżyły się, a w końcu zawiązała się między nimi mocna nić przyjaźni, która przetrwała po dziś dzień. Margaret jednak odnosiła się z widoczną dezaprobatą do pewnych spraw, a wiadomo, że miała jeszcze jeden powód niechęci do wojen. Wyszła raz, dawno temu, za mąż, za człowieka o wiele starszego od niej. Jego nagła śmierć w wieku lat pięćdziesięciu czterech zszokowała wszystkich. Byli małżeństwem jedynie przez pół roku. Jako wdowa spędziła tyle lat życia, co lady Wharton jako żona i matka. Nie zdążyła przez ten czas nawet zajść w ciążę. Kiedy zbliżała się do czterdziestki, wyrzuciła ze swojego nazwiska „Lewes” po mężu. Lady Wharton pamiętała jak przez mgłę jej długie włosy, staromodny sposób ubierania się i konserwatywnych rodziców. Chociaż były przyjaciółkami nieomal przez całe życie, to gdy Margaret odsunęła się od kół towarzyskich Londynu i Dorset, gdzie spotykały się głównie pary małżeńskie, ich drogi nieco się rozeszły. Lady Wharton uważała, że stało się tak tylko ze względu na okoliczności. Z czasem fortuna Margaret zaczęła rosnąć prawie w tym samym tempie, co ich własna upadać. Samotna kobieta nie musiała się jednak martwić o przyszłość; jej dostatnia wdowia renta oraz ogromny spadek po rodzicach były wystarczającym zabezpieczeniem. Zawsze prowadziła aktywne życie, zawsze angażowała się w jakieś charytatywne przedsięwzięcia. Była również bystra i inteligentna. Urodziła się w czasach, kiedy wizja kobiety pracującej dla chleba była na tyle obca jej współczesnym, że nawet gdyby otworzyła się przed nią taka możliwość, nie wiedziałaby, jak z niej skorzystać. Może przez to stała się tak wrażliwa na kłopoty innych – myślała lady Wharton. W tak młodym wieku przeżyła tragedię i to odcisnęło na niej piętno na resztę życia. Bez wahania wyruszyła ze swojej posiadłości w Norfolk, kiedy tylko dotarły do niej najnowsze wieści. Dziwne – zastanawiała się dalej, obserwując przyjaciółkę zbierającą po kolei swoje rzeczy: bardzo elegancką torebkę (co zauważyła z pewnym roztargnieniem), rzucający się w oczy modny płaszcz w kolorze karmelu oraz czerwony toczek – że po tak długim czasie zwróciła się z tym akurat do Margaret.

– Marge – powiedziała powoli, używając zdrobnienia z czasów młodości, i spojrzała na nią uważnie. – Nie sądzisz chyba, że... że jestem okropną matką? – Z trudnością przyszło jej wypowiedzieć to pytanie.

Margaret odwróciła się do niej. Wydawało się, że minęły całe wieki, zanim pokręciła przecząco głową.

– Nie, Del, nie sądzę. Chodzi o to, że... Czasami musisz przedkładać własny instynkt ponad wszystko. Ponad zdanie Harolda, Lily czy wszystkich tych śmiesznych ludzików, których zwiesz swoimi przyjaciółmi. Czasami jednak musisz zrobić to, co jest dobre dla ciebie, a nie dla kogokolwiek innego. Kit wkrótce urodzi dziecko. Ona potrzebuje twojej pomocy. Nieważne, co o tym myśli cała reszta tych idiotów.

– Łatwo ci mówić – westchnęła smętnie lady Wharton. – Nigdy nie musiałaś dostosowywać się do innych. Zawsze robiłaś wszystko po swojemu.

– To nie jest prawda i dobrze o tym wiesz. Czy już zapomniałaś, jak trudno mi było choćby uzyskać zgodę ojca na poślubienie Donalda? I potem te kłopoty z powrotem do panieńskiego nazwiska po jego śmierci? Jaka afera się z tego zrobiła? Ojciec groził, że nie da mi ani grosza. Nie pamiętasz? Nie mógł mnie jednak wyrzucić ze swojego życia, tak jak ty prawdopodobnie nie umiałabyś wyrzucić Kit. Chociaż z tego, co mówiłaś, wynika, że chciałabyś, by teraz znalazła się gdzieś daleko, a ty wolałabyś pogodzić się z Lily. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego zawsze faworyzowałaś Lily. Nie, tylko nic nie mów. Zawsze traktowałaś obie inaczej, już odkąd były małymi dziećmi. Nie oceniam cię. Chcę tylko powiedzieć, że Kit cię teraz potrzebuje, a Lily wcale, a przynajmniej nie w tej chwili i nie aż tak mocno. Nie odtrącaj Kit. I nie zwlekaj zbyt długo z przygarnięciem jej z powrotem pod swoje skrzydła. To chcę powiedzieć.

– Oczywiście, że nie będę czekać nie wiadomo na co! – Lady Wharton niespodziewanie się uniosła. – Nie jestem tak całkiem bez uczuć, chyba wiesz. To po prostu niełatwe... Kit zawsze była trudnym dzieckiem. Nigdy nie wiedziałam, co jej chodzi po głowie. Sama wiesz, jaka była. Zupełnie inna niż Lily. A teraz jeszcze to... Nawet nie wiem, czy ktoś inny jeszcze o tym nie słyszał.

– A czy to ma jakiekolwiek znaczenie, Del? Czy to naprawdę ma jakiekolwiek znaczenie? Zabierzmy ją do domu. Pozwól mi wziąć ją do siebie razem z dzieckiem. Zrobimy wszystko jak trzeba, po kolei. W przyszłym roku o tej porze będzie już po wojnie, a Kit wróci do Chalfont Hall. Znajdziemy dobrą rodzinę dla dziecka... Wszystko się ułoży, zobaczysz. Znów wszystko wróci do normalności.

– Do normalności? – Lady Wharton przeciągała każdą sylabę. – Do normalności? Ja już nie pamiętam, co to normalność. Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze zaznamy normalności.

*

Lady Wharton podeszła do okna i stanęła w cieniu udrapowanych zasłon, obserwując samochód Margaret opuszczający z wolna podjazd. Było to długie ciemnozielone auto – bez żadnych wątpliwości najnowszy model. Wstrząsnął nią zimny dreszcz. Naciągnęła rozpinany sweter mocniej na ramiona. W salonie było przejmująco zimno. To kolejna rzecz, z której musieli zrezygnować: węgiel. Po maśle, dżemie, puddingach, mięsie, benzynie... Bóg jeden wie, bez czego będą się musieli obywać w najbliższej przyszłości. Margaret nie musiała. Jej Foulden Hall, przynajmniej trzy razy mniejszy od ich rezydencji, był łatwy w utrzymaniu, szczególnie w tych ciężkich czasach. Miała jeszcze dom w ekskluzywnej dzielnicy Londynu, Belgravii, mieszkanie w centrum Paryża, nie wspominając o wiejskim domu na południu Francji, gdzie spędzała co roku lato. Och, jej nic nie sprawiało kłopotu.

Kiedy błyszczące zielone auto zniknęło za szczytem wzgórza, dała w końcu upust długo tłumionemu żalowi nad sobą. W którym momencie wszystko zaczęło się sypać? Zapaliła kolejnego papierosa. Harold wyjechał do Portsmouth w interesach. Nie wróci do następnego poniedziałku. Miała całą cholerną rezydencję tylko dla siebie i na samą myśl o tym ogarniał ją strach. Bywały czasy, kiedy zdarzała się sytuacja zupełnie odwrotna; weekend bez Harolda oznaczał coś jeszcze. Znów wstrząsnął nią dreszcz. Tego kawałka swojego życia nie lubiła wspominać. Komentarz Margaret trafił w czuły punkt. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego zawsze faworyzowałaś Lily. Nie, tylko nic nie mów. Zawsze traktowałaś obie inaczej, już odkąd były małymi dziećmi. To prawda, lecz Margaret nigdy się nie dowie, dlaczego tak się stało. Nikt tego nie wiedział, a pewnie i sama Kit. Jak do tego doszło? Była wtedy za mała, żeby zapamiętać, a na pewno nie mogła zrozumieć. Lady Wharton próbowała przestać myśleć o tym okropnym sobotnim poranku, lecz nie dała rady powstrzymać wspomnień. Były jak piętno wypalone w jej pamięci na zawsze.

Leżeli w łóżku w jej pokoju, w jej osobistej sypialni, znajdującej się naprzeciwko sypialni małżeńskiej, w której czasem spędzała noc u boku męża. Co zabawne, to jej własna matka uparła się, żeby trzymali się starych zwyczajów.

– Pamiętaj, powinnaś mieć swoją własną sypialnię! – pouczała ją jeszcze kilka tygodni wcześniej, zanim się pobrali z Haroldem. – Wiem, że wy młodzi chcecie robić wszystko inaczej, ale uwierz mi, przyjdą takie czasy, że będziesz wdzięczna za odrobinę prywatności. Kobieta musi mieć własne sanktuarium.

Nigdy więcej matka nie wdała się z nią w żadną dysputę na temat pożycia małżeńskiego. Wprawdzie wątpliwe było, żeby przewidziała taki przebieg wypadków, myślała Delphine, obracając się na bok i wpadając wprost w objęcia leżącego obok niej, gotowego do działania mężczyzny. Tak, była wdzięczna za odrobinę prywatności, lecz z zupełnie innego powodu. Harold wyjechał akurat „w górę” do tego swojego Londynu. Byli małżeństwem od dziesięciu lat. Po takim czasie, jeśliby mu się choć przez chwilę wydawało, że żona się nie zorientowała, co on wyprawia na tych swoich wyjazdach, okazałby się głupszy, niż był w rzeczywistości.

– Tak to jest – stwierdziła jej matka ze znudzoną miną, kiedy któregoś razu Delphine próbowała się poskarżyć. – Mężczyźni! Wszyscy są tacy sami, kochanie. Zresztą nieważne. Masz przecież dziewczynki. I dom. Przynajmniej tyle.

I to był koniec rozmowy.

Właściwie sama nie wiedziała, jak do tego doszło. Jak to się zaczęło. Jak śmiała o tym pomyśleć. Pamiętała, że podawał jej śniadanie w jadalni, a nim się obejrzała, znalazł się w jej pokoju. Nagi. W jej łóżku. Młody, silny i nieprzyzwoicie przystojny jak na służącego. Prawdę mówiąc, było to najmniej ważne w ich układzie, ale czyniło ten związek jeszcze bardziej podniecającym. Ona miała nad nim władzę absolutną i oboje zdawali sobie z tego sprawę. W łóżku jednakże panowały inne zasady i wszystko stawało się jeszcze bardziej smakowite. Nigdy nawet nie podejrzewała, że jest zdolna do takich myśli, takich czynów. I właśnie w trakcie jednego z takich aktów nagle uświadomiła sobie, że coś w pokoju się porusza. Leżała akurat na brzuchu, z twarzą w puchowej kołdrze, z rękami i nogami rozrzuconymi na boki w taki sposób, że przeraziłoby to każdą ze znanych jej osób, gdyby tylko mogła ją teraz zobaczyć. W owalnym lustrze toaletki stojącej nieopodal okna widziała wszystko, co działo się w pokoju: jego bladą, gładką skórę, mocne mięśnie rąk, swoją odchyloną do tyłu głowę i gęstwinę potarganych, rozpuszczonych włosów. Coś się poruszyło. Jakiś cień przesunął się w lustrze. Usłyszała jakiś dźwięk. Zdrętwiała z przerażenia. Peters niczego nie zauważył. Był zbyt zajęty osiąganiem szczytu własnej przyjemności.

– Hej, co się dzieje? – rzucił, sapiąc, kiedy spróbowała się przekręcić. – Spokojnie. No nie! Nie ruszaj się teraz!

– Złaź ze mnie! – syknęła, szarpiąc się w więzach. – Rozwiąż mnie! Szybko!

– Co się dzieje?

– Złaź! Ktoś tu jest.

To go powstrzymało. Błyskawicznie, drżącymi palcami, z sercem walącym jak młot, w absolutnej ciszy owinęła się szczelnie kołdrą.

– Jest tu kto? – Pytanie zabrzmiało głośno jak grzmot w jej uszach.

– Ktoś ukrył się za zasłoną – wyjąkał Peters głosem tak roztrzęsionym, że w życiu czegoś podobnego nie słyszała.

– Wyłaź natychmiast! – Gdyby to była jedna ze służących, problem łatwo dałoby się rozwiązać. Zostałaby zwolniona jeszcze tego samego dnia. – Wychodź stamtąd, kimkolwiek jesteś!

To ona wstała, wciąż owinięta kołdrą. On zajął się wciąganiem swojego uniformu, a jego piękne, silne ciało szybko zniknęło z widoku. Odsunęła zasłonę. To była Kit. Wyraz jej twarzy nie pozostawiał złudzeń. Tuliła w objęciach swojego pluszowego misia. Jak udało się dziecku wejść do pokoju, nie wiedzieli. Oboje w szoku wpatrywali się w pięciolatkę, która odwróciła się i wyszła z pokoju. Nie padło ani jedno słowo.

Peters czym prędzej się oddalił, pozostawiając ją w opadającej zabawnie kołdrze, z kaskadą rozpuszczonych włosów zakrywających plecy. W głowie miała całkowitą pustkę ze strachu i wstydu. Po raz pierwszy w życiu nie miała pojęcia, co robić. Czy powinna pobiec za Kit i próbować jej coś wyjaśnić? Ale co tu wyjaśniać? Przecież ona miała dopiero pięć lat. Nawet nie umiałaby ubrać w słowa tego, co widziała. Pod tym względem było bezpiecznie. Ale czy na pewno? Gdyby jednak próbowała coś powiedzieć... No cóż... Zwali się to na karb dziecięcej fantazji. Ale czy jakiekolwiek dziecko umiałoby samo z siebie coś takiego wymyślić?

 

Na szczęście żadne związane z tym wydarzeniem słowa nigdy nie padły. Kiedy niania jak co dzień przyprowadziła obie córki na dół do salonu tamtego wieczoru, Kit spokojnie nadstawiła mamie policzek do pocałowania. Wciąż trzymała pod pachą tego samego miśka z długimi jak u psa uszami. Delphine patrzyła za nimi, kiedy odchodziły: Lily, podskakując radośnie, jak miała w zwyczaju, Kit natomiast spokojnie i z godnością. Matka wreszcie odetchnęła, spięta przez całe popołudnie. Skończy z tym. Natychmiast. To nie może się nigdy więcej powtórzyć.

Aż do chwili obecnej nie mogła się uwolnić od uczucia wstydu zmieszanego z niechęcią, które odczuwała za każdym razem, kiedy widziała młodszą córkę. Margaret miała rację. Traktowała każdą z nich inaczej, lecz kochała obie, choć jedną mniej. Właśnie ze wstydu. Sama była zaskoczona, gdy zrozumiała, że to wstyd wisiał nad nimi jak cień, niszcząc wszystko, łącznie z miłością.