Ostatnia debiutantka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ostatnia debiutantka
Ostatnia debiutantka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Ostatnia debiutantka
Audio
Ostatnia debiutantka
Audiobook
Czyta Karolina Kalina
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kit przytuliła Maisie mocniej z miną winowajcy.

– Zabiorę ją na górę. – W drzwiach pojawiła się nieoczekiwanie Sophie, pokojówka mamy, ze stosem zwiewnych półprzezroczystych ubrań na rękach. – Chodź, Maisie! – Odwróciła się i zaczęła szybko wchodzić po schodach, a w ślad za nią pobiegła Maisie.

– Kto przyjechał? – Kit spytała ponownie.

Nastąpiła chwila konsternacji. Kucharka i pani Baxter, ochmistrzyni, wymieniły pospieszne ukradkowe spojrzenia. Kit ściągnęła brwi. Coś było na rzeczy.

– Nie interesuj się – opryskliwie rzuciła kucharka. – A teraz zmiataj stąd, umyj twarz i zrób porządek z włosami. Jaśnie pani zarządziła, że za pół godziny masz zjeść kolację. W pokoju zabaw przy waszych sypialniach – dodała stanowczo.

– Ale...

– Żadnych „ale”. Już cię tu nie ma!

Kit przygryzła dolną wargę. Lepiej się nie kłócić. Kucharka potrafiła być równie przerażająca jak matka, kiedy się rozzłościła, więc sobie poszła. No cóż, jeśli nawet tutaj nie chcą jej powiedzieć, kto będzie na obiedzie, to zna kogoś, kto na pewno ją o tym poinformuje: jedyna osoba w całym Chalfont, która nigdy nie potrafiła utrzymać języka za zębami, to jej własna siostra.

*

Otworzyła drzwi do pokoju Lily, dwa razy większego niż jej własny i niemal tej samej wielkości co mamy, ze względu na „ubrania i różne inne drobiazgi”, jak ujęła to Lily w jednej z rozmów z kuzynkami, które z rzadka przyjeżdżały do nich z Borders. Glenda, najstarsza z nich, uznała, że nigdy jeszcze nie widziała tylu sukien w jednym miejscu, „nawet w żadnym ze sklepów przy Princes Street”. Lily – co zapamiętała Kit – była komicznie uszczęśliwiona takim komentarzem.

– Czy ty nigdy nie pukasz do drzwi? – spytała ze złością Lily, spoglądając na odbijający się w lustrze obraz tego, co miała za swoimi plecami.

Siedziała przed toaletką z rozmarzoną miną, podziwiając swoje odbicie. Tuż za nią stała pokojówka, bez końca poprawiając sposób upięcia jej włosów.

– Przepraszam – wymamrotała Kit. Dlaczego właściwie siostra była w tak złym humorze?

– No co? Wykrztuś wreszcie! O co chodzi? – spytała zniecierpliwiona Lily.

Kit przysiadła ostrożnie na brzegu łóżka. Wprawdzie były siostrami, lecz to jedyne, co je łączyło. Nie trzymały się ze sobą blisko, miały całkowicie odmienne gusta i zainteresowania. W obecnej sytuacji, gdy Lily była o krok od debiutu w świecie dorosłych, jej szanse na szybki wyjazd z Chalfont stawały się coraz większe i coraz bardziej prawdopodobne. W tej sytuacji Kit chciała się też dowiedzieć, jak starsza siostra się na to wszystko zapatruje. W Chalfont obie wiodły samotne życie. W okolicy mieszkało niewiele osób w ich wieku. Kiedy były młodsze, miały wspólny pokój do zabawy, obie uczyły się w tym samym pokoju, odkąd sięgała pamięcią. Obie spacerowały w tych samych miejscach, obie zajmowały te same sypialnie na piętrze, które pozostawały w ich rodzinie sypialniami od wielu pokoleń, i spędzały w swoim towarzystwie całe godziny, szczególnie we wczesnym dzieciństwie. Właściwie nie za bardzo lubiła Lily. Już dawno dotarło do niej, że skoro jest się rodziną, nie oznacza to, że wszyscy jej członkowie powinni się lubić, jednak kochała siostrę. Wydawało jej się, że nigdy nie nadejdzie ten czas, kiedy Lily przeniesie się do świata dorosłych, który znajdował się poza jej światem. Teraz tak się stało. Kit odczuła to dotkliwie, obserwując siostrę wpatrującą się w swoje odbicie z jeszcze większym roztargnieniem, niż robiła to mama, gdy zatracała się bez reszty w identycznej milczącej kontemplacji własnego piękna. Prawdę mówiąc, nie dało się temu zaprzeczyć: Lily była naprawdę piękna. Na początek zwracały uwagę jej włosy: gęste, ciemnokasztanowe, opadające lśniącymi kaskadami na ramiona i plecy, potem zielone oczy w kształcie migdałów, okolone gęstymi czarnymi rzęsami, i mały, kształtny, zadarty nos. Nosek. „Kochany malutki guziczek”, jak mawiała o nim ich babka, wdowa po pierwszym lordzie Whartonie. Po tych słowach zawsze następowało rzucone z ukosa spojrzenie na nos Kit, który za nic nie chciał być ani odrobinę zadarty. Wręcz przeciwnie. Ona odziedziczyła po ojcu rysy twarzy: mocną, kwadratową szczękę i szaroniebieskie oczy o przeszywającym spojrzeniu, które byłyby interesujące u mężczyzny, lecz drażniły u nastoletniej dziewczyny. A także gęste włosy w kolorze ciemnego blondu.

Jednakże – jak zwykła dodawać babcia – nic się nie poradzi. Dziecko musi się nauczyć żyć z tym, co ma.

Kit nie była pewna, co też takiego miała lub mieć mogła, ale to coś zupełnie wystarczało, żeby zadowolić matkę.

– Dlaczego schodzisz na dół na obiad z nimi, a ja nie? – spytała w końcu siostrę. – Kto do nas przyjechał? I dlaczego wszyscy nagle dostali amoku?

– Bo tak – odpowiedziała Lily w ten nowy dla niej, wkurzająco dorosły sposób.

– Bo jak?

– Ponieważ to obiad dla dorosłych.

– Przecież jeszcze nie jesteś dorosła! No i przecież jeszcze nie zadebiutowałaś w towarzystwie! – wybuchła Kit.

– Ma to nastąpić za trzy tygodnie. A zresztą papa czyni specjalne ustępstwo na dzisiejszy wieczór. To bardzo ważny obiad i papa uważa za niezwykle istotne, żebym akurat ja uczestniczyła w tym obiedzie.

– Ale dlaczego? I dlaczego nie chcesz mi powiedzieć, kto przyjechał?

W tej samej chwili na podjazd pod oknem zajechał kolejny automobil. Głośno zachrzęścił żwir pod jego kołami. Kit wstała z łóżka i podeszła do okna. Na podjeździe stało teraz sześć, może siedem limuzyn z szoferami, ustawionych w półokrąg przed wejściem do domu. Zerknęła za siebie, na siostrę, która wciąż nie mogła się zdecydować, który naszyjnik założyć. Pokojówka stała cierpliwie obok, gotowa na każde skinienie. Kit pokręciła głową. Nic więcej z niej nie wyciągnie. Lily pogrążyła się w rozważaniach, jak doprowadzić do perfekcji swój wygląd.

– Wychodzę! – oznajmiła Kit głośno z ręką na klamce.

Ani Lily, ani pokojówka nawet nie spojrzały w jej stronę.

Kit jednakże nie dała za wygraną. Trzasnęła za sobą drzwiami najmocniej, jak się dało, i ruszyła szybkim krokiem korytarzem w stronę klatki schodowej. Na półpiętrze znajdowała się przechodnia szafa na szczotki i akcesoria do sprzątania, przez którą można było się dostać na schody dla służby, lecz zanim tam dotarła, doszły do niej głosy z korytarza na parterze. Zatrzymała się i przykleiła do ściany. Serce waliło jej jak młotem. Gdy mama ją zauważy, będzie miała szczęście, jeśli uda jej się wyjść z tego bez porządnego klapsa. Jedyne, czego nie tolerowała matka, to podsłuchiwanie.

– Jak to miło z pana strony, że zdołał pan do nas przyjechać, panie ministrze! Oczekujemy pańskiej wizyty od dobrych kilku tygodni. – Głos matki był jedwabisty, z radością witający gościa.

– No właśnie! – przemówił ojciec, poświadczając tymi słowami swoją obecność i przy okazji przypominając o własnym autorytecie.

– Ależ, lordzie Wharton! To ja dziękuję za zaproszenie.

Głęboki, niski głos z mocnym obcym akcentem. Nazwisko wypowiedział twardo „Łorrten”. Kit zmarszczyła czoło. Powoli coś zaczynało jej świtać. To na pewno Niemiec.

– Baronowo von Riedesal... Czuję się zaszczycony, że jest pani z nami.

To głos ojca.

Teraz zadźwięczał krótko kobiecy śmiech.

– Bardzo państwu dziękujemy, my również czujemy się zaszczyceni. Chciałabym przedstawić mojego kuzyna, Hansa-Georga Schmidta von Altenstadta.

– To dla nas zaszczyt! Proszę, panowie... Baronowo... Zapraszam tędy. Obiad zostanie podany za godzinę, a najpierw musicie się rozgościć. Mam nadzieję, że podróż przebiegła bez zakłóceń?

– Ja, ja. Wszystko w porządku. Jechaliśmy przez Paryż. Na promie też nie było tak źle.

– Mimo to z Berlina jest jednak kawał drogi. Zapraszam tędy.

Kit się skrzywiła. A więc jednak wszyscy oni to Niemcy. Czy to możliwe, że wizyta miała coś wspólnego z mową wygłoszoną przez premiera, którą słyszała kilka dni temu w radiu? Coś wspólnego z Hitlerem i złamaniem postanowień traktatu wersalskiego? Pytała nawet pannę Frogworth, ich nauczycielkę, co to wszystko miało znaczyć, lecz ta albo nie chciała, albo nie umiała udzielić jej odpowiedzi.

Poczekała, aż odgłos oddalających się kroków ucichnie, a potem ostrożnie otworzyła drzwi do przechodniego schowka gospodarczego i drugimi drzwiami wyszła na klatkę schodową dla służby. Schodziła szybko po kamiennych stopniach, wymyślając kolejne pytania, na które nie znała odpowiedzi.

*

Kolacja była niemiłym przeżyciem. Wszystko w dziecinnej bawialni wzmacniało przekonanie Kit, że została skazana na banicję z ekscytującego świata dorosłych. Nawet ciastka, które przysłała na górę kucharka – klementynki z polewą lukrową i wiórkami ze skórki cytrynowej – nie poprawiły jej nastroju.

– Nie chcesz ani jednego ciasteczka? – spytała niania i sama zaczęła jeść ze smakiem, nie czekając na odpowiedź.

– Nie! – Kit buntowniczo potrząsnęła głową.

– Są pyszne – powiedziała, biorąc kolejne. – Naprawdę pyszne – dodała na wszelki wypadek, gdyby do dziewczyny nie dotarło przesłanie.

– Mogę już sobie iść?

– Iść dokąd? – zdenerwowała się niania.

– Do łóżka. Mam zamiar poczytać książkę.

Dochodziło dopiero wpół do ósmej. Niedawno rozbrzmiał gong zwołujący gości na obiad. Niania była rozdarta pomiędzy chęcią spałaszowania ostatniej klementynki a zmuszaniem się do rozmowy z nadąsaną nastolatką.

– Niech ci będzie – złamała się w końcu, gdy zwyciężyło łakomstwo. – Poproszę Mary, żeby przygotowała ci kąpiel.

– Kąpałam się wczoraj – pospiesznie odpowiedziała Kit już spod drzwi. – Mama mówiła, że nie muszę się kąpać aż do weekendu.

Zobaczyła cień niedowierzania na twarzy niani. Niestety, nie mogła ona teraz zweryfikować tego u źródła.

 

– Niech ci będzie – powtórzyła i otwierała usta, żeby wygłosić kolejne przykazania, ale dziewczyny już nie było.

Kit zamknęła cichutko drzwi za sobą i pobiegła korytarzem ile sił w nogach. Była zdeterminowana, żeby się dowiedzieć, dlaczego rodzice zaprosili akurat tych Niemców do Chalfont Hall i dlaczego tak im zależało, żeby Lily zasiadła z nimi do obiadu. Dobrze wiedziała, jak powinna postąpić, aby osiągnąć zamierzony cel. Choć było to rozwiązanie nikczemne i niesmaczne, tylko tak mogła się czegoś dowiedzieć: musiała zacząć ich szpiegować. Zdawała sobie sprawę z tej niegodziwości, lecz wobec zaistniałych okoliczności uznała swoje działanie za jedyny sposób, by się dowiedzieć, o co naprawdę w tym wszystkim chodzi, a skoro miała zaspokoić własną ciekawość, wydało jej się to wystarczającym powodem. W dążeniu do prawdy nic nie mogło – i nie powinno – być wykluczone. Co też takiego czytała nie dalej jak wczoraj?

„Piękno jest prawdą, prawda pięknem” – bo z tą wiarą

Żyjesz i nic do szczęścia nie trzeba ci więcej.[1]

Keats. Wydało jej się to najdoskonalszą oceną życia, jaką kiedykolwiek przeczytała, choć całościowo wolała poezję lorda Byrona. Cechowała go mądrość pełna humoru i sarkazmu, która niezwykle do niej przemawiała. Szczególnie podobały jej się opisy kobiet.

Miłość mężczyźnie nie jest życiem całym –

Dla kobiet miłość – jedyne istnienie (...)

W pierwszej miłości kochanka kobieta

Kocha, w następnych już miłość jedynie (...).[2]

Pamiętała dokładnie ten dzień, kiedy panna Frogworth dała im obu po cienkim tomiku poezji Byrona do przeczytania. Otworzyła go na czwartej czy piątej stronie i zaczęła chłonąć wers za wersem, uśmiechając się szeroko.

– Co cię tak śmieszy w tych wierszach, Kit? – spytała z lodowatą miną nauczycielka.

Kit, zdziwiona, oderwała wzrok od książeczki.

– Nie, to nie to. Poezja wcale nie jest śmieszna – odrzekła. – Uważam po prostu, że ma całkowitą rację. – Zwróciła spojrzenie na Lily, która, podpierając brodę dłonią, patrzyła gdzieś w dal za oknem. – A ty, Lily, co o tym sądzisz?

Siostra odwróciła powoli głowę w jej stronę z nieprzytomnym spojrzeniem. Leżała przed nią jeszcze nieotwarta książka.

– O czym? – spytała Lily zdziwiona, że ktokolwiek mógł skierować do niej jakieś pytanie.

– O tym, czy to prawda – wyjaśniła Kit.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz. – Lily wzruszyła ramionami. – A zresztą nic mnie to nie obchodzi. Czy możemy już skończyć lekcję, panno Frogworth? Siedzimy tutaj w zamknięciu od niepamiętnych czasów.

Panna Frogworth otworzyła usta – być może, żeby nie wyrazić zgody – ale najwidoczniej się rozmyśliła i zrezygnowana, pozwoliła im wyjść z klasy.

Kit spoglądała to na jedną, to na drugą. Jak zwykle jej zdanie okazało się zupełnie nieistotne. Nikogo nie interesowało, czy lekcja się jej podobała, czy nie. Liczyło się tylko zdanie Lily – a największy paradoks sytuacji polegał na tym, że ona generalnie nie miała zdania na żaden temat.

Kit wzięła ze sobą książeczkę, która wywołała całe zamieszanie, i powlokła się smętnie do wyjścia. Lekcje się skończyły. Kiedy wróciła do swojego pokoju i rzuciła się na łóżko, książeczka otworzyła się przez przypadek na zdaniu jakby napisanym specjalnie dla niej. Tylko dla niej.

Gdybym tak mógł zawsze czytać, nie odczuwałbym w ogóle potrzeby towarzystwa.[3]

*

Teraz, w oczekiwaniu na odpowiednią chwilę, nasłuchiwała, aż ucichł odgłos kroków dwóch lokajów, którzy schodzili po schodach, i szybko jak błyskawica przebiegła na drugi koniec korytarza, gdzie wśliznęła się do biblioteki. Serce waliło jej mocno w piersi zarówno z ekscytacji, jak i ze strachu. Podeszła do półki z książkami za biurkiem ojca, wyciągnęła dwa tomy skrywające zatrzaskowy zamek, zwalniający obrotową półkę, i naparła na nią całym ciałem. Odsunęła się, poskrzypując. Wionęło zza niej stęchłym, zimnym powietrzem. Kit odetchnęła mocniej i zamknęła ją za sobą. Opanowała ściskający za gardło strach. We wnęce za półką było ciemno jak w nocy, a miejsca między jadalnią a biblioteką trochę więcej niż szerokość kredensu, znajdującego się od strony jadalni. Bała się ciemności, lecz strach to niewielka cena, jak postanowiła z niezwykłą stanowczością. Jeśli mocno przyłoży ucho do ściany, usłyszy dokładnie każde słowo wypowiedziane przy stole, jakby się znajdowała wśród gości. Przysunęła się jeszcze bliżej do ściany i zrobiła tak, jak zaplanowała. Usłyszała nagły wybuch śmiechu i odgłos odsuwanych od stołu krzeseł.

– Czy mógłbym wznieść toast? – To był ten sam głos, który wcześniej witał się z ojcem i matką.

– Cisza! Cisza! – Zewsząd odezwały się odgłosy aprobaty. Ilu gości znajdowało się w jadalni? Trudno było powiedzieć...

– Za naszych gospodarzy, lorda i lady Whartonów! Chcemy wam podziękować... Całe Niemcy chcą wam podziękować za waszą niesamowitą gościnność. Dobrze wiedzieć, że mamy przyjaciół w tych trudnych czasach.

– Słusznie! – To odezwał się ojciec. – Najważniejsza jest solidarność. Szczególnie teraz.

– Solidarność! – A słowo poniosło się echem wokół stołu.

– Oraz, za pozwoleniem, kolejny toast. – Modulowany z niemiecka głos przykuł uwagę wszystkich. – Tym razem za państwa piękną córkę, Lilliane. Za Lilliane!

– Za Lilliane! – Po raz kolejny toast obiegł echem cały stół.

Kit skrzywiła się, nie wierząc własnym uszom. Przecież siostra nie miała na imię Lilliane, lecz Elizabeth! Słyszała nowy śmiech Lily, pełen uprzejmości, o dźwięcznej, wysokiej nucie, który ani trochę nie przypominał jej prawdziwego śmiechu. Kit poczuła falę zażenowania. To było takie... głupie!

Przez ścianę dotarł do niej basowy głos ojca:

– Pozwolą państwo!

Był to znak dla wszystkich, żeby wstać od stołu. Panie udadzą się zaraz do salonu od frontu, gdzie Lily, o ile zostanie poproszona, będzie mogła zagrać na fortepianie, a mężczyźni podążą za ojcem do biblioteki na kieliszek porto i cygaro. Rozległ się przytłumiony gwar rozmów. Skończyła się pierwsza część wieczoru i po chwili jadalnia opustoszała. Kit zza półki słyszała kroki mężczyzn wchodzących do biblioteki, a zza ściany po przeciwnej stronie – służących, krzątających się w jadalni. Przykucnęła, uwięziona pomiędzy dwoma światami, przysłuchując się obu.

– ...Macie tutaj imponujące domostwo, lordzie Wharton. Musicie koniecznie przyjechać do nas, do Niemiec, kiedy to wszystko się skończy.

– Byłoby wspaniale, doprawdy. Nie byłem ponownie w Niemczech od czasu, kiedy... hm... od dłuższego czasu.

A od drugiej strony:

– ...Eddie! Ruszaj się żwawiej, chłopcze! Nie jesteś tutaj, żeby gapić się na obrazy.

– Przepraszam, panie Edwards, już idę, panie Edwards.

– Kto idzie ze mną, żeby podać porto? Annie, masz napoje dla pań?

– Tak, panie Edwards, mam już tutaj przygotowaną tacę.

Głosy zza półki:

– ...w takiej sytuacji, lordzie Wharton... może moglibyśmy...?

– Ach, tak... tak, oczywiście... Może porozmawiajmy o tym tam, przy oknie. Nie wypada, żeby wszyscy słyszeli.

I znów zza ściany:

– ...Pospiesz się, James! Nie możemy pozwolić, żeby jaśnie pan na nas czekał...

*

Kit wydawało się, że sprzątnięcie resztek obiadu ze stołu zajęło służbie całe wieki, lecz w końcu doczekała się chwili, kiedy ich kroki ucichły na końcu długiego korytarza. Otworzyła drzwiczki kredensu i wystawiła ostrożnie głowę na zewnątrz. W jadalni nikogo nie było. Szybko podeszła do drzwi, sprawdziła, że korytarz jest pusty, i ruszyła chyłkiem w stronę schodów. Była już w połowie biegu, gdy do jej uszu dotarł głos Lily. Przykucnęła i zerknęła w dół zza tralek balustrady. Lily stała w holu na parterze, ukryta za ogromną palmą. Rozmawiała z kimś niewidocznym z góry. Jej głos nabrał wysokich tonów, tak bardzo coś ją podekscytowało.

– Naprawdę tak umiesz? Och! Strasznie chciałabym to zobaczyć!

– No cóż, musimy umówić się na spotkanie. Z największą przyjemnością ci to pokażę.

I znowu ten niemiecki akcent!

Kit odetchnęła głęboko. Ten facet był Niemcem! Lily rozmawiała z jednym z Niemców! Przez dłuższy czas żadne z nich nie odezwało się ani jednym słowem. Wyciągnęła szyję, ale dojrzała jedynie parę wypolerowanych na błysk oficerek, a potem drzwi do biblioteki się otworzyły i mężczyzna zniknął. Znów zaległa głucha cisza. Przez liście palmy Kit zobaczyła rękę siostry unoszącą się ku górze, jak na zwolnionym filmie, do swoich ust. Znaczyło to, że została pocałowana! Po chwili drzwi do biblioteki znów się otworzyły i nastąpiła lawina przeprosin ze strony służącego, który wychodząc, wpadł prosto na Lily stojącą wciąż bez ruchu, jakby wrosła w ziemię. Za chwilę rozległ się głos matki:

– Lily? Gdzie się podziewasz? Panie oczekują, że nam zagrasz.

– Już idę, mamo. Już idę.

Oddech Kit stał się krótki i urywany. Nagle ów kres, którego nadejścia spodziewała się od dłuższego czasu, nastąpił. Granica została przekroczona. Lily przepadła.

1 John Frogworth, Oda do urny greckiej, przeł. Maciej Froński, Nowy Filomata, nr 1, 2002, s. 39–40.

2 George Byron, Don Juan, przeł. Edward Porębowicz, Warszawa 1954.

3 George Byron, Listy i pamiętniki, przeł. Z. Kubiak, S. Kryński, B. Zieliński, H. Krzeczkowski, M. Skroczyńska, Warszawa 1960.

2

Rezydencja Chalfont Hall, 1939 (sześć miesięcy później)

Dlaczego zawsze tak się działo – zastanawiała się Kit, nakładając sobie pospiesznie na talerz dodatkową porcję tłuczonych ziemniaków, zanim spostrzeże to matka – że o wszystkich ważnych rodzinnych sprawach musiała się dowiadywać z rozmów zasłyszanych od innych, a nigdy, przenigdy nikt nie mówił jej niczego wprost? Przez te sześć miesięcy od pospiesznego ślubu Lily i równie pospiesznego wyjazdu do Niemiec nieomal wszystko, czego dowiadywała się o siostrze i jej nowym życiu, pochodziło z drugiej ręki, z czyichś wspomnień lub relacji. Dlaczego nikt a nikt, włączając w to Lily, nie uznał za istotne, żeby poinformować ją, co się dzieje? Dlaczego nikt nie pomyślał, że to może mieć dla niej znaczenie?

– Co, u licha, chcesz przez to powiedzieć?! – Głos ojca przerwał ciszę panującą za stołem.

Kit zastygła z łyżką w pół drogi do ust i wpatrzyła się w matkę, która z trudem próbowała rozczytać tekst z cienkiej kartki pergaminu.

– Ja... Ja nic z tego nie rozumiem – wykrztusiła w końcu ledwie słyszalnym głosem.

Nastąpiła chwila milczenia, a potem pięść ojca rąbnęła z całej siły w blat stołu, aż podskoczyły szkła i sztućce. Kątem oka Kit zauważyła, że Bignell się wzdrygnął.

– Powiedz to, do cholery! Co ta przeklęta dziewucha narobiła i dokąd ją zaniosło?

– Ja... Ja nie... Tak dokładnie to ja nie wiem – wyjąkała matka. Kit po raz pierwszy słyszała, żeby matce zabrakło słów. Ona, zawsze komenderująca wszystkim i wszystkimi, zawsze w pełni kontrolująca każdą swoją wypowiedź, zaczęła się jąkać! – Ona... wygląda na to, że... że poznała tam kogoś. Ma przyjaciółkę w swoim wieku, również Angielkę.

– Kogo? Mów, kobieto, do jasnej cholery, co tu się dzieje!

– Ja... Ona pojechała z U...

– Katherine! Wyjdź, proszę. – Głos ojca, nieoczekiwanie spokojny, zabrzmiał groźnie.

– Ale...

– Kit, zrób to, o co prosi ojciec.

– Ale...

Pięść ojca po raz drugi wylądowała na stole. Tym razem grzmotnął mocniej. Nawet Bignell, usiłujący stać spokojnie na baczność, podskoczył.

Kit nie czekała na kolejną powtórkę. Ześliznęła się z krzesła i cichcem opuściła pokój. Przeszła na drugą stronę korytarza, lecz zamiast iść w stronę schodów, otworzyła drzwi do biblioteki i pospieszyła w najdalszy kąt pokoju, gdzie mieściła się jej wypróbowana kryjówka. Drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem, dziewczynę owiało chłodne powietrze. Wśliznęła się w ciemność i przykucnęła. Głos matki przedostał się przez ściankę kredensu.

– Sądzę, że tym razem naprawdę tam była i to zrobiła.

– Wykrztuś wreszcie, kobieto, co takiego zrobiła!

– Ona... Ona jest z tą przeklętą dziewuchą Mitfordów. Razem pojechały zobaczyć się z... z... z Hitlerem.

Nagle zapadła cisza jak makiem zasiał.

– Bignell! Wyjdź!

 

– Tak jest, jaśnie panie.

Kit usłyszała odgłos otwieranych, a potem cicho zamykanych drzwi, zagłuszony przez swój chrapliwy, głośny oddech.

– A więc co proponujesz? Czy powinniśmy... wysłać tam kogoś? – spytała matka.

– Masz na myśli kogoś konkretnego? I co właściwie ten ktoś miałby zrobić? – prychnął ojciec.

– Przywieźć ją z powrotem do domu! – Głos matki był pełen udręki.

– Przecież jest mężatką, na litość boską! Wyszła za tego nieznośnego szkopa. Nie pamiętasz już, jak skakałaś z radości, gdy to wszystko się działo? No i patrz, dokąd nas to przywiodło!

– Jesteś niesprawiedliwy, Haroldzie! Ty też piałeś z zachwytu. Zresztą jakie mieliśmy wyjście? Był nią całkowicie zauroczony. A teraz, kiedy to pójdzie w świat... Ech, kto by tam chciał po tym wszystkim, żeby opowiedziała się po stronie naszych? Nikt!

Znowu zapanowała pełna napięcia cisza.

– No cóż, nie ma co wałkować dalej tych przykrych spraw – stwierdził w końcu skwaszony ojciec. – Chodzi o to, że my nie możemy nic zrobić. Ona stanowi teraz problem dla niego, nie dla nas.

– Haroldzie! Jak możesz tak mówić! Przecież musimy myśleć o przyszłości Kit... Jeśli się wyda, że Lily spiknęła się z tą Mitfordówną...

– To już poszło w świat, kobieto! – Ojciec stracił panowanie nad sobą. – Możesz mi wierzyć lub nie, ale Liddell już się o tym dowiedział. A jeśli on wie...

– Nie możemy tak po prostu się od niej odwrócić. Ona jest naszą córką, Haroldzie. I tak jak przed chwilą wspomniałam, jest jeszcze Kit, o której nie możemy zapominać. To o Kit przede wszystkim musimy teraz myśleć. Jakie będzie miała szanse, jeśli...

– Och, na litość boską! Czy nie mamy dość innych problemów, żeby teraz martwić się jeszcze o przyszłość tej pokręconej dziewuchy? Choć swoją drogą nie widzę, żeby robiła cokolwiek w celu zwiększenia swoich szans. I ta jej pociągła twarz... Zaczyna się upodabniać do tych cholernych koni, z którymi spędza całe dnie. Nie wierzę, żeby taka kiedykolwiek...

– Haroldzie! – przerwała mu przerażona jego słowami matka.

– No cóż, taka jest prawda. Och, na miłość boską! Zmieńmy lepiej temat. – Kit usłyszała, że ojciec podnosi dzwonek i ze złością zaczyna nim wymachiwać. – Ach, Bignell, jesteś wreszcie! Już zaczynałem się obawiać, że o nas zapomniałeś.

– Nie śmiałbym, jaśnie panie!

– Dobrze. Co mamy na deser?

I tyle. Na tym skończyli tę kwestię. Kit czekała w napięciu, lecz więcej nie poruszyli tego tematu. Słyszała tylko odgłosy sztućców, postukujących o porcelanową zastawę, gdy ojciec pałaszował ze smakiem galaretowaty, mięsny pudding, najpierw swój, a potem matki. Kit obserwowała kucharkę poprzedniego wieczoru, gdy przygotowywała to danie, bynajmniej nie na słodko. Żadnych dżemów, oczywiście. Był rok tysiąc dziewięćset trzydziesty dziewiąty i cukru wciąż brakowało. Nie zmarnuję przecie pół kilograma cukru na pudding! – prychnęła kucharka. – Musi polubić puddingi bezcukrowe! Za każdym razem śmieszyło Kit niepomiernie, jak kucharka wyraża się o jego lordowskiej mości, kiedy jej słowa nie mają szans dotrzeć do jego uszu. W jego obecności ośmielała się najwyżej unieść brew lub zrobić niezadowoloną minę.

Teraz słyszała z jadalni kroki Bignella roznoszącego talerze. Atmosfera była napięta i ostra jak brzytwa.

– Dziękuję ci, Bignell.

– Dziękuję jaśnie panu.

Nie padło więcej żadne słowo. Matka i ojciec wstali od stołu i w milczeniu opuścili pokój.

Kit usiadła na podłodze, zbyt oszołomiona tym, co usłyszała, żeby tak po prostu wyjść. Wzięła do ręki koniec grubego warkocza i zaczęła przesuwać nim po ustach. To wszystko się nie kleiło. O jakie „przykre sprawy” chodziło ojcu? „Ta dziewucha Mitfordów” to zapewne Unity Mitford[4]. Czytała o niej w egzemplarzu „Daily Mirror”, który ojciec zostawił w jadalni. W artykule pisali o liście nazwisk, którą najprawdopodobniej wręczyła niemieckiemu przywódcy. Znaleźli się na niej ludzie, którzy według niej powinni zostać rozstrzelani. Naturalnie wywołało to głosy protestu w Wielkiej Brytanii. Jednakże w jaki sposób wmieszała się w to wszystko Lily? Polityka nigdy jej nie interesowała, wręcz jej nienawidziła! Cóż, cokolwiek się działo, było to o wiele bardziej interesujące niż drugi wątek rozmowy: „To o Kit przede wszystkim musimy teraz myśleć... Zaczyna się upodabniać do tych cholernych koni...”.

Często się zastanawiała, czy oni wiedzieli, jak mało ją to wszystko obchodziło. Zawsze to samo. Była w pełni świadoma delikatnego, acz skomplikowanego związku pomiędzy swoją „przyszłością” (gdziekolwiek i jakkolwiek miałaby się toczyć) a powierzchownością. Nic poza tym zdawało się nie mieć znaczenia, a już całkiem nie doceniali tego, że w wieku lat piętnastu stała się najbardziej kompetentną znawczynią koni w całej okolicy i że przeczytała praktycznie każdą książkę z biblioteki ojca. Mogła – i często to robiła – prowadzić dysputę w zasadzie na każdy temat, o ile ktokolwiek zechciał zwrócić się do niej z zapytaniem. Nie dalej jak miesiąc temu z tego właśnie powodu panna Frogworth załamała ręce w rozpaczy i z goryczą westchnęła, że niczego więcej nie da rady dziewczyny nauczyć.

– Nie mam pojęcia, skąd ona to wszystko wie. – Kit pewnego razu usłyszała rozmowę matki z lady Wendham, ich sąsiadką z posiadłości zza rzeki, jedną z niewielu odwiedzających ich dom ostatnimi czasy. – Na pewno nie ode mnie. Harold powiada, że nie powinnam jej zachęcać, ale co ja mogę zrobić? Przecież nie mogę zakazać córce czytania, nieprawdaż?

– Lepiej położyć temu kres, zanim będzie za późno! – przyciszonym głosem doradziła matce lady Wendham.

– Sądzę, że już jest za późno – odparła z westchnieniem matka.

Na co właściwie jest za późno? – zaczęła się zastanawiać Kit. Teraz, siedząc w niewygodnej pozycji z kolanami pod brodą, gdy już wszystko zaczynało ją boleć, wytężała słuch, żeby zrozumieć ostatnie fragmenty rozmowy, które mogły rzucić nieco światła na to, co działo się z Lily setki kilometrów od rodzinnego domu. Jasne było, że wszystko skomplikuje się jeszcze bardziej. Już teraz zaczęło się jej mieszać w pamięci: Lily, „dziewczyna od Mitfordów”, państwo niemieckie, rozmowy o zbliżającej się wojnie, „szanse” Kit. Fakty i urywki rozmów zaczęły zlewać się ze sobą, aż w końcu nie mogła ich rozróżnić i wybrać, czego naprawdę warto było słuchać, żeby ona sama miała z tego jakąś korzyść.

Wysuwała się stopniowo z drzwiczek kredensu, zatrzymując się co pewien czas, żeby sprawdzić, czy na pewno nikogo nie ma po drugiej stronie, zanim w końcu się wyprostowała i otrzepała z kurzu. Poprawiła warkocz i jeszcze raz rzuciła okiem na sukienkę, czy się przypadkiem nie ubrudziła. Musiała porozmawiać z matką, żeby się koniecznie czegoś dowiedzieć.

*

– Skąd znasz to nazwisko? – Matka oderwała wzrok od pasjansa i popatrzyła na córkę z niepokojem.

– Eee... Ja... – Kit się zająknęła. Na takie pytanie nie była przygotowana. – Ja... Usłyszałam w wiadomościach w radiu.

– A co takiego usłyszałaś?

– Nic takiego – skłamała Kit. – Tylko... Tylko nazwisko. Pomyślałam, że znam... To znaczy pomyślałam, że może to być ktoś, kogo znasz.

– Nie, chociaż znam oczywiście rodzinę o takim nazwisku. Bardzo dobrą rodzinę – dodała pospiesznie matka.

– A co takiego ona zrobiła?

– Kto?

– Unity. Ta dziewczyna... Mitfordów.

Nastała chwila kłopotliwej ciszy. Matka zaczęła się wpatrywać w karty, przełożyła kilka z nich zdecydowanym ruchem ręki, a potem podniosła wzrok na córkę.

– Pojechała razem z twoją siostrą i przedstawiła ją Hitlerowi. Temu odpychającemu małemu człowieczkowi.

– To właśnie powiedzieli.

– Kto?

– No w radiu. Prezenter wiadomości. Powiedział, że ona... że one pojechały do Norymbergi na zjazd partii. Podobno zrobili im tam zdjęcie.

– Święty Boże! – Matka pobladła. – A więc już po wszystkim – dodała ze ściśniętym gardłem. – Przypieczętowała swój los.

– To znaczy, że co?

Znów zapadła pełna udręki cisza. Po chwili matka się odwróciła i popatrzyła prosto w oczy córki. W jej twarzy było tyle bólu, że Kit bezwiednie cofnęła się o krok. Nigdy jeszcze nie widziała matki tak przerażonej. Pod pudrem na policzkach czaiła się bladość, która świadczyła o emocjach dotąd obcych rezydencji Chalfont Hall. Matka należała do generacji i sfery kobiet, które zawsze wszelkie uczucia pozostawiały dla siebie: skryte głęboko, schowane za zaciśniętymi zębami, w cichych westchnieniach i tylko czasami – z rzadka – przejawiające się w mocniejszym oddechu.