Ostatnia debiutantkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ostatnia debiutantka
Ostatnia debiutantka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Ostatnia debiutantka
Audio
Ostatnia debiutantka
Audiobook
Czyta Karolina Kalina
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Podziękowania

Główni bohaterowie

Prolog

CZĘŚĆ I. Wojna (1938–1939) Kit

CZĘŚĆ II. Strata (1939–1940) Kit

CZĘŚĆ III. Szczęście (1941) Kit

CZĘŚĆ IV. Smutek (1942) Kit

CZĘŚĆ V. Pokój (1957–1958) Libby / Kit

CZĘŚĆ VI. Ucieczka (1958) Kit

CZĘŚĆ VII. Rewolucja (1958–1959) Libby / Kit

CZĘŚĆ VIII. Seks (1961) Libby

CZĘŚĆ IX. Zdrada (1963) Libby / Lily / Kit

CZĘŚĆ X. Prawda (2014) Kit / Libby / Ro

Epilog


Tytuł oryginału

THE LAST DEBUTANTE

Wydawca

Urszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzący

Iwona Denkiewicz

Redakcja

Elżbieta Kobusińska

Korekta

Jolanta Spodar

Irena Kulczycka

Copyright © Lesley Lokko 2016

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Hanna Kulczycka-Tonderska 2020

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2020

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Joanna Duchnowska

Dystrybucja

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-8031-775-8

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Mojej siostrze Debbie

PODZIĘKOWANIA

Bez żadnych wątpliwości największe podziękowania należą się moim fanom, którzy tak cierpliwie czekali, aż ta powieść wreszcie pojawi się na rynku. Wasze cudowne, przemiłe wiadomości (Hmm, kiedy możemy się spodziewać...?) trzymały mnie na obranej drodze przez ostatnie trzy lata. Dziękuję również dwóm Kate – wydawcy i mojej agentce – za cierpliwość i zrozumienie. Żonglerka pomiędzy dwoma wykonywanymi równocześnie zawodami, delikatnie mówiąc, nie jest łatwa, lecz sądzę, że wzbogaciła oba. Lista materiałów źródłowych, z których korzystałam podczas pisania tej powieści, zapewne sięgnęłaby kilku stron, jednak na jej szczycie bez wątpienia znajduje się Small Island autorstwa Andrei Levy (Wysepka, Warszawa 2006). To wspaniała książka. Jak zawsze najserdeczniejsze podziękowania składam całej mojej rodzinie i przyjaciołom, którzy cierpliwie przetrzymywali każdy mój kolejny ruch. Obiecuję, że ten będzie ostatni. Na pewien czas.

GŁÓWNI BOHATEROWIE

KATHERINE ALGERNON-WATERS (KIT)

ur. 9 września 1923

ELIZABETH ALGERNON-WATERS (LILY)

ur. 27 maja 1920

SYN KIT

ur. 23 listopada 1939

EARL HIGHTOWER

ur. 4 kwietnia 1917

ELIZABETH KENTRIDGE (LIBBY)

ur. 25 listopada 1942

ELUNED KENTRIDGE

ur. 13 grudnia 1956

MAEV KENTRIDGE

ur. 10 kwietnia 1961

RO KENTRIDGE

ur. 9 października 1964

PHOEBE KLEIN

ur. 9 października 1999

W początkach istnienia tej tradycji debiutantki były prezentowane zarówno jako młode damy wchodzące w dorosłe życie, lecz także jako panny na wydaniu. Niektórzy badacze historii twierdzą, że w rzeczywistości zjawisko „debiutowania” pojawiło się w tym samym czasie, w którym rodziny o historycznie zagwarantowanej przynależności do klas wyższych zaczęły tracić na znaczeniu ekonomicznym w stosunku do umacniającej się burżuazji. Debiutantka jako towar wystawiony na sprzedaż spełniała podstawową funkcję ekonomiczną poprzez zasilenie swojej spłukanej z gotówki arystokratycznej rodziny „nowymi” pieniędzmi.

Robert Weir, Class in America: An Encyclopedia

(Klasy wyższe w Ameryce: zestawienie encyklopedyczne)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PROLOG

Posiadłość Crabtree Wood w hrabstwie Kent

wrzesień 2014

Libby Mortimer stała przez chwilę bez ruchu, obserwując oddalające się światła samochodu, dopóki nie zniknęły za drzewami. Słyszała jeszcze warkot silnika, gdy auto mozolnie pięło się na szczyt wzgórza, a potem dom i najbliższa okolica zatonęły w ciszy. Otuliła się mocniej długim kardiganem i wsłuchała w odgłosy nocy: pohukiwania sowy, szelesty dobiegające z kwiatowych rabat, odległy szum silnika jakiegoś samochodu, zjeżdżającego z pagórka gdzieś wśród pól. Dom stał w pewnym oddaleniu od głównej drogi, ukryty za rzędem wysokich topoli. Kiedyś była to wiejska posiadłość, otoczona kilkoma hektarami lasów, lecz prowadzona systematycznie wyprzedaż gruntów leśnych ograniczyła ten teren do ogrodu i sadu w najbliższym otoczeniu domu. Jesienią Libby zbierała tam jabłka i gruszki dla wnuków, które przyjeżdżały do niej w odwiedziny.

Odwróciła się i popatrzyła na okazały budynek. Mimo że upłynęło już trzydzieści lat, jego wyważona elegancja wciąż robiła wrażenie. Jej dom. Wychowała tu czworo dzieci. Stworzyła im pełne ciepła, bezpieczne niebo na ziemi, czego jej matce, Kit, nigdy nie udało się dokonać. Fasada domu z bladożółtego piaskowca skierowana była wprost na rząd topoli, którymi obsadzono podjazd. Prawdziwe oblicze domu kryło się jednak po przeciwnej jego stronie, gdzie na zboczu opadającym w stronę długiej doliny przecinającej hrabstwo Kent założono ogród pełen kwiatów, z mnóstwem pszczół i motyli.

Ktoś w końcu wpadł na to, żeby wyłączyć odtwarzacz grający w salonie od kilku godzin. Zanim zaczęli popijać porto i palić cygara, ponad godzinę tańczyli do muzyki, o której – jak sądziła – już dawno zapomnieli. Puszczali płyty Beatlesów, Rolling Stonesów i zespołu The Clash. Kiedy Kit weszła do pokoju, popatrzyła na młodzież z udawanym przerażeniem.

– Babciu! Chodź tu do nas! Zatańcz ze mną! – krzyknął do niej Tim, najstarszy syn Maev.

– Co za niedorzeczny pomysł! W moim wieku?! – półżartem odpowiedziała mu Kit, choć nieco wbrew własnej chęci.

– Babciu, rusz się! Dobrze ci to zrobi! – Nie dawał za wygraną.

– Przestań, wariacie! Zostaw mnie w spokoju!

Jednakże Tim zignorował protesty Kit i wyciągnął ją na środek parkietu. Babcia to nieprzeciętna kobieta. Była już po dziewięćdziesiątce, ale jej zgrabne nogi wciąż miały eleganckie przewężenia pod kolanami i nad kostką. Z lekkością, choć ostrożnie, złapała rytm tańca. Wszyscy patrzyli na nią z prawdziwą przyjemnością. Miło było widzieć, że dobrze się bawi.

*

Libby zatrzymała się i przeciągnęła dłonią po krzewach lawendy, rosnących w donicach ustawionych po obu stronach głównego wejścia do domu. Wciągnęła do płuc ostry zapach, aż załaskotało ją w nozdrzach. Zbliżała się północ i powietrze nagle się ochłodziło. Wstrząsnął nią dreszcz. Wrześniowe noce stawały się coraz zimniejsze. Jesień, widoczna w kolorze liści, nabierających złocistego zabarwienia, była tuż-tuż. Pchnęła ciężkie drewniane skrzydło drzwi i weszła do domu, ale nie zamknęła ich za sobą na klucz. Pewnie z godzinę zajmie Toby’emu odwiezienie babci do domu seniora, odprowadzenie jej do pokoju i powrót tutaj. Otworzyła drzwi do kuchni i rozejrzała się po pomieszczeniu. Długi dębowy stół zastawiony był nie do końca opróżnionymi kieliszkami i pustymi butelkami wina, kilkoma talerzykami z niedojedzonymi tartaletkami oraz tym okropnym puddingiem, którego zawsze domagała się Eluned (na wierzchu pianka, pod spodem coś mętnego i galaretowatego), a którego nikt poza nią nie tknął. Skrzywiła się paskudnie (o tej porze nikt nie zobaczy!) i zamknęła drzwi za sobą. Katie, dziewczyna ze wsi, która pomagała przy sprzątaniu, przyjdzie jutro z samego rana i uporządkuje wszystko ze zwykłym u niej zapałem.

W całym domu panowała cisza, a jednak żył on, jak każdy stary dom: poskrzypywaniem drewnianych podłóg, odległym stuknięciem domkniętych mocniej drzwi od łazienki gdzieś na górze, pacnięciem czegoś (jabłka? kamienia?) na ziemię na zewnątrz. Libby policzyła jeszcze raz w pamięci swoich gości. Eluned i Luca oraz Loïca, ich siedemnastoletniego syna, zakwaterowała w przebudowanym na dom letni budynku gospodarczym przy sadzie. Maev i jej mąż Bill spali w pokoju gościnnym na parterze, a Tim, ich najstarszy syn, w małym pokoju na półpiętrze, razem ze swoim przyrodnim bratem Cameronem, synem Billa z pierwszego małżeństwa. Daisy i Zoe, ich córki, wybrały mały pokoik na piętrze, który kiedyś służył za pomieszczenie gospodarcze. Trin rozgościła się w swoim dawnym pokoju, Emily w swoim, wraz z Declanem, chłopakiem, którego bez uprzedzenia przywiozła na przyjęcie. Została jeszcze Ro i jej trzynastoletnia córka Phoebe – obie spały w dawnym pokoju Ro. Brakowało tylko Duncana. Przebywał akurat w Tajlandii. Zajmował się tam nauczaniem języka angielskiego szczerbatych, czarnowłosych dzieciaków, które wpatrywały się z zaciekawieniem w okienko aparatu fotograficznego jego dziewczyny Pim, wyglądającej na niewiele starszą od swoich uczniów. Libby obawiała się, że syn może nigdy nie wrócić do Anglii.

 

Razem naliczyła czternaście osób: pełny dom. Rozkoszowała się tym uczuciem, jako że od miesięcy nie udawało jej się zebrać rodziny razem. Organizację późnego śniadania dla wszystkich w dniu jutrzejszym pozostawiła Maev, która uwielbiała takie wyzwania. Natomiast ona razem z Ro wymkną się do Rye na małe zakupy, na lunch, a może nawet zdążą pospacerować nad rzeką. Uśmiechnęła się na samą myśl o tym. Całe wieki minęły, odkąd ostatnio miały czas tylko dla siebie. Oczywiście rozmawiały ze sobą przez telefon co tydzień, ale to nie to samo. Żadne z jej czworga dzieci nie mieszkało w pobliżu. Ro osiadła w Hammersmith, gdzie kupiła mieszkanko niewiele większe od holu wejściowego ich rezydencji, i twierdziła, że jest całkowicie wystarczające dla niej i dla Phoebe. Jake, eks-mąż Ro, ojciec jej jedynego dziecka, nadal mieszkał w Nowym Jorku, gdzie Phoebe przyszła na świat. Wnuczka wciąż miała lekki amerykański akcent, choć Ro odeszła od męża dobre pięć lat temu, z dwiema walizkami i siedmioletnią córką. Jake brał do siebie córkę na lato i na co drugie święta Bożego Narodzenia – i pewnie dlatego jej amerykański akcent nie zniknął na dobre, choć Libby podejrzewała, że mogła być inna, znacznie poważniejsza przyczyna tego stanu rzeczy. Jake nie miał nic do gadania w sprawach dotyczących Ro. Temat utrzymującego się uparcie amerykańskiego akcentu Phoebe nie był w ogóle poruszany. Libby zupełnie nieoczekiwanie ciężko westchnęła. Troje dzieci, dwa rozwody. Tak szybko. Co poszło nie tak?

Wzrok Libby nagle spoczął na pudle ze zdjęciami, które na odchodnym wręczyła jej matka.

– Włóż je do swoich pięknych albumów – powiedziała, trzymając córkę za przedramię w niespodziewanie mocnym uścisku.

– Co tu masz? – zainteresowała się Libby.

– Och, nic takiego... – odrzekła Kit. – Kilka starych zdjęć. Znalazłam je ostatnio podczas sprzątania w jednej z szafek. Może spróbowałabyś je posegregować, kochanie? Mogą zaciekawić dzieci. Pokaż im, jak wygląda prawdziwy taniec. – Oczy matki rozjarzyły figlarne ogniki.

Libby z roztargnieniem skinęła głową i odstawiła pudło na bok, zapominając o nim nieomal natychmiast, ponieważ musiała pożegnać się z kolejnymi opuszczającymi dom gośćmi. Teraz podniosła pudło i zdziwiła się, że jest ciężkie. Musiało tam być o wiele więcej niż tylko kilka starych fotografii. Zaniosła je do najbliższej kanapy, postawiła na siedzisku i usiadła obok. Na stoliku kawowym stała do połowy opróżniona butelka wina. Wzięła ją do ręki i zaczęła się wpatrywać w etykietkę, jednocześnie szukając okularów. Bordeaux – najprawdopodobniej jedna z butelek, którą przywieźli z Francji Eluned i Luc. Nalała sobie pół kieliszka. Pomoże jej zasnąć. Upiła mały łyk i poczuła na języku przyjemny, aksamitny, pełen aromatu trunek. Postawiła sobie na kolanach pudło ze zdjęciami i otworzyła je. Prosto w nos buchnął jej zapach starych fotografii, lekko stęchły, zmieszany z nutką perfum L’air du Temps i dymu z papierosów – bez żadnych wątpliwości mieszanka woni kojarząca się z matką. Zamknęła na chwilę oczy. To był zapach dzieciństwa, zapach dzieciństwa ich wszystkich. Potem wzięła do ręki zdjęcie, które leżało na samej górze. Przedstawiało Kit jako małą dziewczynkę, może sześciolub siedmioletnią, siedzącą okrakiem na kucyku. Rozpoznała ogrodzony padok za lasem w Chalfont Hall. Zdjęcie było oczywiście czarno-białe, lecz mimo upływu lat Kit patrzyła na świat tym samym spojrzeniem, będącym zręcznym połączeniem ciekawości i zuchwałych oskarżeń, typowym tylko dla niej.

Libby ostrożnie przewróciła pudełko do góry dnem. Wysypało się zeń kilkadziesiąt fotografii w kolorze sepii, wymieszanych z kolorowymi, zrobionymi ostatnimi czasy, i utworzyło spory stosik na dywanie u jej stóp. Pochyliwszy się, szybko rozsuwała kartoniki na boki i już układała je w myślach w nowym albumie ze skórzaną oprawą, z welinowymi kartkami, z opisem wykonanym odręcznie odpowiednio dobranym krojem pisma. Uwielbiała to zajęcie. Kiedy odstawiała na bok pusty karton, poczuła, że coś przesunęło się gdzieś w środku. Ściągnęła brwi i potrząsnęła pudełkiem koło ucha. Mimo że było puste, usłyszała znów głuche postukiwanie czegoś ukrytego pomiędzy ściankami. Zajrzała jeszcze raz do środka i zauważyła, że papier, którym je wyłożono, został oderwany i ponownie niezbyt dokładnie przyklejony. Zaczęła podważać paznokciem wyściółkę, uważając, żeby jej przypadkiem nie rozerwać. Okazało się, że kartonowe pudło ma podwójne dno, a w środku, w wąskiej szczelinie, ukryta jest gruba koperta. Wyciągnęła ją ostrożnie. Nie była zaklejona i Libby otworzyła ją bez problemu. Spomiędzy cienkiej błękitnej papierowej przekładki wyśliznęły się dwa zdjęcia. Odwróciła je i natychmiast rozpoznała pismo matki, tyle że kreślone pewną ręką młodej dziewczyny. 18 grudnia 1958, Maskat – brzmiał pierwszy podpis. Na drugim w poprzek nakreśliła jedno zdanie: Jedziemy do Dagmaru z al-Saidem na spotkanie z Edenem i starym Glubbem. Nieomal słyszała dziewczęcy, rozkazujący ton głosu matki z perfekcyjną wymową i dykcją charakterystyczną dla arystokracji z tamtych czasów.

Następnie wyjęła list i zaczęła go czytać. Był bardzo długi, zajmował pełne pięć kartek. Napisany został zupełnie niedawno.

Jest coś, o czym już dawno chciałam Ci opowiedzieć. Wiele razy się do tego przymierzałam, lecz zawsze w końcu rezygnowałam. Brakowało mi odwagi – dobrze to wiem. Jak sądzę, to dla Ciebie co najmniej dziwne, że piszę o sobie w ten sposób, ale taka jest prawda. Zachowałam się jak ostatni tchórz, szczególnie w stosunku do Ciebie.

Serce Libby zaczęło bić jak oszalałe. Odkładała kartkę listu za kartką ze ściśniętym gardłem, z narastającym niedowierzaniem.

*

Było już dobrze po północy, kiedy skończyła czytać. Przeniosła się na fotel, zbyt oszołomiona, by rozsądnie myśleć.

Kit! Och, Kit! Dlaczego czekałaś z tym tak długo?

CZĘŚĆ I WOJNA 1938–1939 Kit

1

Rezydencja Chalfont Hall, Portersham, Dorset, 1938

Po wijącej się zboczem wzgórza drodze prowadzącej ku domowi jechał powoli samochód. Obserwowała go kątem oka, stojąc na krześle i obracając się powoli – pół stopy i znów zatrzymanie w bezruchu – w oczekiwaniu, aż krawcowa skończy swoją pracę. W ten sposób mogła spokojnie śledzić wzrokiem samochód, mozolnie wspinający się pod górę ponad czubkami okazałych cedrów, które porastały wzniesienie od brzegu rzeki aż po dom. Stanęła na palcach i wyciągnęła szyję, żeby zobaczyć, jak wóz zajeżdża pod dom szerokim łukiem, rozrzucając na boki żwir. Z pomieszczeń służby, położonych na dolnej kondygnacji, dobiegł jej uszu słaby dźwięk dzwonka i trzaśnięcie drzwi. Przybył jakiś ważny gość.

– Na litość boską, Kit, stój prosto i się nie ruszaj! Ona nigdy nie skończy podkładać dołu sukienki, jeśli będziesz się tak wiercić! – skarciła ją matka, siedząca w rogu pokoju.

Krawcowa miała usta pełne szpilek, więc nie mogła nic dodać od siebie. Na podłodze leżało pełno ścinków materiału, przypominających rozsypane kawałki potłuczonego szkła. Bladozielona suknia miała podwyższony stan i długie bufiaste rękawy. Niespecjalnie się podobała Kit. Materiał był sztywny i źle się układał, a przede wszystkim uważała, że w tym kolorze jest jej nie do twarzy i wygląda jak nieboszczyk. (Wprawdzie nigdy jeszcze nie widziała nieboszczyka, ale opis ciała pechowca Ratchetta z Morderstwa w Orient Expressie okazał się tak niezwykle obrazowy, że była święcie przekonana, iż przez chwilę naprawdę go widziała: skóra blada, podbarwiona sino, z widoczną siatką naczyń krwionośnych). Aż nią wstrząsnęło. Znów się obróciła. A potem znów. Powoli. Jeszcze raz spojrzała przez okno na idealnie błękitne niebo bez jednej chmurki. Czerwiec, upalna pogoda, dni długie i zdające się ciągnąć bez końca, a ona zamiast uciec od wszystkich i skryć się z książkami i kanapką z dżemem przy stawie na samym dnie doliny – myślała z urazą – musiała sterczeć na krześle w bawialni, podczas gdy klęcząca przy niej Francuzka o ziemistej cerze kłuła ją szpilkami po łydkach. Całe zamieszanie spowodowała jej starsza siostra Lily. Lily skończyła właśnie osiemnaście lat i miała wkrótce wziąć udział w balu debiutantek. Od tygodni więc dom postawiony był na głowie w ferworze przygotowań. Nikt nie potrafił mówić i myśleć o niczym, co nie wiązało się w jakiś sposób z Lily. Kit również.

– Och! Nie mogę się już doczekać! – Na początku od rana do wieczora co chwila wznosiła egzaltowane okrzyki w stronę każdego, kto akurat znalazł się w pobliżu, łapiąc się rękami za piersi w przerysowanej pozie, mającej wyrażać rosnące zniecierpliwienie. – Naprawdę nie mogę się już doczekać! To dopiero będzie zabawa!

Teraz jednak coraz bardziej przestawało się jej to wszystko podobać. Jak można uważać za dobrą zabawę stanie w jakimś pełnym przeciągów holu w stroju, którego włożenie na siebie zajmuje dwie godziny, w dodatku w ciasnych butach i z głupawym uśmieszkiem przyklejonym do twarzy, słuchając jakiegoś tępego, pryszczatego młodziana, który znalazł się obok ciebie tylko dlatego, że jego rodzice znają twoich rodziców?

– Kit! Może byś trochę uważała z łaski swojej. Obróć się. Powoli. Powoli!

– Jak długo jeszcze, mamo? – spytała z westchnieniem Kit.

– Tyle, ile będzie trzeba. Dopóki krawcowa nie skończy. Unieś ręce nad głową, bo w przeciwnym razie sukienka nie będzie się dobrze układać. Czy nie mam racji, mademoiselle Founard?

– Oui, madame.

Mademoiselle Founard nie wypowiadała zwykle ani słowa więcej oprócz tych dwu. Kiedy w końcu kobieta z trudem podniosła się na nogi, Kit wreszcie uzyskała pozwolenie na zejście z krzesła. Wydostała się ze zwojów bladozielonej materii i szybko wrzuciła na siebie swój stary bezrękawnik w nadziei, że uda jej się wymknąć z pokoju, zanim znów znajdzie się coś, co będzie musiała przymierzyć, aby krawcowa mogła to przyszpilić, dociągnąć i dopiąć na niej tak, żeby nabrała chociaż odrobinę kobiecych kształtów... jakichkolwiek kształtów. Dziewczynie brakowało trzech miesięcy do ukończenia piętnastu lat, a wciąż była chuda jak tyczka i płaska jak deska – w przeciwieństwie do siostry, której kształty w budzący niepokój sposób zaczęły się wylewać ze wszystkich sukienek. Kit raczej nie miała szans, żeby jakakolwiek część jej ciała wylała się z jakiegokolwiek ubrania, a już na pewno nie z sukienki.

– Kit? – Głos matki zatrzymał ją, gdy znalazła się tuż przy drzwiach.

– Tak, mamo. – Odwróciła się zniecierpliwiona, z ręką na klamce.

– Dziś zjesz kolację w dziecięcej bawialni. Lily dołączy do mnie i papy. Wydajemy proszony obiad.

– Ale to niesprawiedliwe! – jęknęła Kit. – Wczoraj powiedziałaś, że...

– Żadnych „ale”! Zjesz kolację z nianią i ani słowa więcej, proszę.

Twarz matki szybko przyjęła wyraz zdystansowanego chłodu, którego Kit nie znosiła. Przełknęła chęć zaprotestowania.

– Tak, mamo – powiedziała potulnie.

Otworzyła drzwi i zamknęła je dokładnie za sobą. Zegar stojący w holu wybił głośno godzinę piątą. Jeśli się szybko uwinie, zdąży pobiec do stajni i dać koniom trochę smakołyków, zanim nadejdzie czas na samotną kolację.

*

Schodziła ze wzgórza na tyłach domu, głośno tupiąc piętami o ziemię, co miało dać wyraz jej buntowniczemu nastawieniu. Maisie, długoucha cocker-spanielka matki, biegła posłusznie truchcikiem przy jej nodze, zwracając co chwila wilgotne, zaniepokojone spojrzenie w górę, w oczekiwaniu na jakiekolwiek polecenia. Kit szła przed siebie zamyślona, wciąż rozdrażniona zamieszaniem spowodowanym przez Lily i jej zbliżające się nieuchronnie wejście do świata dorosłych, pełna obaw, że za trzy lata to samo może spotkać i ją. Po części taki debiut wiąże się ze sprawami finansowymi. Wszyscy snuli rozważania, czy Lily uda się – jak to oni nazywali – „zrobić dobrą partię”. Bardzo dobrze zdawała sobie z tego sprawę, mimo że nikt nie mówił o tym otwarcie, a już na pewno nie rozmawiał o tym z nią. W oczach wszystkich, a szczególnie Lily i rodziców, Kit nadal uchodziła za dziecko niebędące w stanie zrozumieć spraw ważnych, a w szczególności spraw świata dorosłych. Jednakże Kit już dawno doszła do wniosku, że jedynym sposobem dotarcia do sedna czegokolwiek nie było zapytanie rodziców o coś wprost, lecz zwyczajne słuchanie. W tym akurat okazała się bardzo dobra, w przeciwieństwie do swojej siostry, która zajmowała się głównie mówieniem, i to o sobie samej. Kit zawsze trzymała się nieco z boku. Już jako małe dziecko nauczyła się wykorzystywać umiejętność milczenia, kiedy trzeba, i czerpania z tego korzyści. Podczas gdy Lily absorbowała uwagę otoczenia, bo nie mogła znieść sytuacji, gdy oczy wszystkich wokół nie były skierowane wyłącznie na nią, Kit wręcz przeciwnie: umiała zachowywać się tak, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Jeśli ludzie rozmawiali, uważnie się im przysłuchiwała, a jeszcze większą uwagę niż na słowa zwracała na towarzyszące im reakcje: znienacka poczerwieniałą twarz, szybkie spojrzenie w bok, zdradzające nerwowość, skrzyżowanie rąk na piersi, drapanie się bez wyraźnej przyczyny. Prawdziwa rozmowa toczyła się na zupełnie innym poziomie – do takich wniosków doszła Kit w zaskakująco młodym wieku – i była niezmiennie prowadzona gdzieś indziej, skryta pośród mnóstwa wysyłanych bezwiednie i nieświadomie przez ciało znaków, które często nie współgrały lub nawet nie miały nic wspólnego z wypowiadanymi słowami.

 

Pewnego razu Kit przypadkiem usłyszała rozmawiającą z kimś matkę, która stwierdziła, że „z Lily nie będziemy mieć żadnych kłopotów. Wyjdzie za mąż, kiedy tylko skończy osiemnaście lat. Zapamiętaj moje słowa! Ale Kit... Sama nie wiem. Kit jest... No wiesz, jest inna”. Tu matka roześmiała się krótko i dodała: „Jest trudnym dzieckiem. Moja matka zawsze twierdziła, że zada nam ona jeszcze fernepiksu”.

Kit nie czekała, żeby się dowiedzieć, z kim też rozmawia matka, lecz czym prędzej odeszła od drzwi i udała się prosto do biblioteki. Ściągnęła z półki gruby tom słownika, oprawiony w tłoczoną skórę, który był jedną z jej ulubionych książek. Z niecierpliwością ją kartkowała w poszukiwaniu nieznanego określenia.

fernepiks, farnapiks (łac. infernalis pix, smoła piekielna) – w wyrażeniu: dać komu fernepiksu = dać się komu we znaki, sprawić łaźnię.

Zamknęła z trzaskiem słownik i zmarszczyła brwi. Smoła piekielna? Dam się wszystkim we znaki? Nie zabrzmiało to zbyt sympatycznie.

*

Pchnęła drewniane wrota, które prowadziły do stajni, a potem dokładnie je za sobą zamknęła. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu Lily nagle zachciało się pojeździć konno i kazała Benny’emu, chłopakowi stajennemu, który akurat miał służbę w stajni, osiodłać jej ulubioną klacz. W ostatniej chwili, jak to u Lily było w zwyczaju, zmieniła zdanie i kazała osiodłać sobie jednego z wierzchowców papy. Zostawiła Midnight osiodłaną na placu przed stajnią i wyjechała galopem, zostawiwszy otwartą bramę na dziedziniec. Midnight nie dała szczęściu długo czekać i oczywiście czmychnęła. Benny i pan Hinkley, gajowy papy, szukali jej przez cały wieczór, zanim w końcu udało im się przyprowadzić ją z powrotem.

– Naprawdę? – zdziwiła się uprzejmie Lily następnego dnia przy śniadaniu i dodała jeszcze: – Co za niesforne stworzenie!

Kit wstrzymała oddech w oczekiwaniu na wybuch gniewu papy zza płachty porannej gazety. Nic takiego nie nastąpiło. Gazeta zaszeleściła tylko raz i drugi, lecz żadne słowa nie padły. Kit siedziała naprzeciwko niepomiernie zdumiona, że wszystko uchodzi siostrze bezkarnie. Nie poczuła się urażona; szczęśliwie dla obu tak się składało, że każda z nich chciała czegoś zupełnie odmiennego – nawet jako małe dziewczynki – i nigdy o nic ze sobą nie rywalizowały. Kit podziwiała Lily (oczywiście jeśli akurat nie była przez nią zirytowana) i już dawno temu zrozumiała zasadniczą różnicę pomiędzy sobą a siostrą. Ona, Kit, wykazywała niezwykłe wprost zainteresowanie otaczającym światem i wszystkim, co miał do zaoferowania: tym dobrym, złym, okropnym czy też tym radosnym. Lily wcale. Ją interesowało tylko jedno: Lily. Świat – na tyle, na ile raczyła go dostrzec – po prostu istniał, w ogólnym zarysie możliwy do zaakceptowania jako tło jej pasji, które koncentrowały się głównie wokół imprez, ubrań, młodych mężczyzn i wesołej zabawy, przy czym najważniejsza była oczywiście dobra zabawa.

Kit weszła w wilgotny chłód podcienia, gdzie stały konie. Miejsce to miało swój niezapomniany klimat, było przesiąknięte wilgocią i swoistą słodkawą wonią. Uniosła wieko beczki, gdzie Benny przechowywał przejrzałe jabłka, które zbierał w sadzie z ziemi specjalnie dla koni, i wyjęła kilka sztuk. Maisie wciąż podążała krok w krok za nią, węsząc dokoła w podnieceniu. Kit zatrzymała się obok boksu swojego ulubionego kuca Hands-Down. Musiał wyczuć jej obecność, bo kiedy otworzyła górną część drzwi jego stanowiska, od razu wystawił smukłą głowę na zewnątrz i zaczął z niecierpliwością wpatrywać się w wypchane kieszenie jej fartuszka.

– Mam coś dla ciebie – powiedziała z uśmiechem na twarzy i wyjęła małe rumiane jabłuszko, które zniknęło nieomal natychmiast.

Przez chwilę w stajni słychać było tylko odgłos chrupania. Kit obserwowała konia pałaszującego przysmak z widocznym zadowoleniem. Wróciła myślami do domu i przyjazdu nieznanych gości. Zaczęła się zastanawiać, kim mogli być. Doszła do wniosku, że to jacyś ważniacy. W innym wypadku nie zostałaby odesłana do swojego pokoju. Dobrze, że w końcu ktoś ich odwiedzi, bo atmosfera w domu ostatnimi czasy stała się dość ponura. W powietrzu wisiała niepewność jutra, którą musiały wyczuwać nawet zwierzęta. Widać ją było w sposobie, w jaki ojciec palił fajkę: z desperacją, jakby chciał wraz z gryzącym dymem wciągnąć do płuc cały zakrzywiony drewniany cybuch. Dostrzegała ją w twarzy matki za każdym razem, kiedy dzwonił telefon, i w zachowaniu ojca, kiedy znów zapominał wyłączyć radio, jak wychodził z jadalni. Twarze rodziców wyrażały stałe napięcie i przemęczenie, jakby wciąż oczekiwali na jakieś okropne wieści. Kit wyczuwała tę niepewność również na dolnej kondygnacji, gdzie rezydowała służba. Działo się tak za każdym razem, gdy wchodziła do kuchni, szczególnie wśród męskiej części personelu. Caruthers, lokaj jej ojca, walczył kiedyś w zamierzchłej przeszłości na jakimś odległym lądzie w wojnie burskiej. Pewnego razu prawie wpadła na niego, jak akurat rugał Billy’ego Marchmonta.

– Jeśli tylko wybuchnie wojna, zaraz się zaciągnę. Nie mogę się już doczekać! – usłyszała głos Billa, kiedy otworzyła drzwi do kuchni.

– Mój chłopcze, wojna wcale nie jest czymś wspaniałym – odrzekł ze stanowczością Caruthers. – Nie ma niczego wzniosłego w wojnach. Tej informacji mogę ci udzielić zupełnie za darmo. A ci, którzy twierdzą, że jest, są albo zwykłymi ignorantami, albo głupkami, albo i jednym, i drugim.

– Mówię tylko, że... – zaczął widocznie urażony Bill zirytowanym tonem głosu.

– To nie mów – uciął krótko Caruthers. – Sam nie wiesz, o czym mówisz, i nie będziesz wiedział, człowieku. Teraz lepiej mi powiedz, czy skończyłeś pastować i polerować buty, które dałem ci po południu? Nie? No to na co jeszcze czekasz? Dawaj, z życiem, Bignell! Jaśnie pan nie płaci nam za wystawanie w miejscu i wygadywanie byle czego. – Powiedziawszy to, Caruthers odszedł gdzieś dalej, stukając obcasami o kamienną posadzkę.

Kit odczekała jeszcze chwilę za drzwiami, bo chciała usłyszeć, co Billy Marchmont i Bignell naprawdę myślą o wojnie, lecz rozeszli się bez słowa, każdy w swoją stronę.

*

Opróżniła kieszenie przed wpół do szóstej. Zniknęły wszystkie owoce, łącznie z ogryzkami, pestkami, skórkami i czymkolwiek, co mogłoby pozostać po zjedzeniu jabłka. Pogłaskała po raz ostatni Hands-Down i przywołała do nogi Maisie. Ruszyły energicznym marszem z powrotem pod górę. Zbliżała się pora kolacji, a jeśli się spóźni, nie dostanie puddingu. Gdy przechodziły obok ogrodzonego murem ogrodu i szklarni, zobaczyła długą, czarną, błyszczącą limuzynę, przemykającą za drzewami w stronę domu, a za nią kolejną. Zatrzymała się. Maisie stanęła obok i zaniepokojona uniosła pysk do góry w oczekiwaniu na polecenia. Kit wzięła ją na ręce i poczuła przyspieszone bicie serca podenerwowanego psa.

– Wiesz co, Maisie? – szepnęła, gładząc jasną, kudłatą sierść suczki. – Chodźmy do kucharki. Dowiemy się, kto przyjechał.

Zaciekawiona Maisie nastawiła uszy, choć z innego powodu niż Kit. Za każdym razem, gdy kucharka stawała na jej drodze, zawsze mogła liczyć na jakąś drobną przekąskę. Kit pospieszyła do tylnego wejścia do domu, z wysiłkiem trzymając na rękach psa i o włos mijając się w drzwiach z dwoma lokajami, którzy wybiegli na spotkanie samochodom.

*

W kuchni i przyległych pomieszczeniach wrzało jak w ulu.

– Kto przyjechał? – spytała kucharkę, wytrzeszczając oczy ze zdumienia. Nigdy jeszcze nie widziała ponadtrzydziestoosobowego personelu uwijającego się jak w ukropie. Kucharka pokrzykiwała na trzy pomoce kuchenne nieomal bez przerwy; kamerdyner Doyle wybierał wina do obiadu z takim zaangażowaniem, jakby od tego zależało jego życie; trzech lokajów polerowało z zacięciem srebrne tace. Maisie, podekscytowana zgiełkiem i hałasem, zaczęła szczekać.

– Zabieraj stąd tego psa! – Kucharka odwróciła się w stronę Kit i zaczęła na nią krzyczeć. – Zmiataj stąd! Wiesz dobrze, co sądzę o psach w kuchni.