W emigracyjnym labiryncieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Zachodni detoks Tyrmanda i Mrożka – Dariusz Pachocki

W EMIGRACYJNYM LABIRYNCIE. LISTY 1965–1982 – SŁAWOMIR MROŻEK, LEOPOLD TYRMAND

1965-1969

1970-1979

1980-1982

Tyrmand. Zawsze pod prąd – Tadeusz Nyczek

Mrożek. Ironiczny pesymista – Tadeusz Nyczek

Aneks. Listy Chiary i Leszka Zawiszów do Sławomira Mrożka

Nota edytorska

Informacja o fotografiach

Przypisy

Opieka redakcyjna: BARBARA GÓRSKA

Redakcja: MARIA WOLAŃCZYK

Korekta: ANNA RUDNICKA, LIDIA TIMOFIEJCZYK, ANETA TKACZYK

Projekt okładki i opracowanie graficzne wersji papierowej: MAREK PAWŁOWSKI

Przypisy: DARIUSZ PACHOCKI

Na okładce wykorzystano zdjęcie: Sławomir Mrożek i Leopold Tyrmand nad rzeką Hudson, 1974. Archiwum rodzinne Tyrmandów

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket

© Copyright by Susana de Osorio Mrożek

© Copyright by Matthew Tyrmand

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017

© Copyright for editing by Dariusz Pachocki

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06620-1

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Zachodni detoks Tyrmanda i Mrożka

Edycja korespondencji Tyrmanda z Mrożkiem dla wielu może być zaskoczeniem. Z opracowań dotyczących obu twórców nie wynika, że łączyła ich jakaś szczególna więź. Przeciwnie – informacje w nich zawarte są ograniczone do pojedynczych fraz, informujących, iż poznali się w Polsce. Także w dziennikach i listach Mrożka, które dotąd się ukazały, nazwisko Tyrmanda pojawia się okazjonalnie. Jak to się zatem stało, że w pewnym momencie między pisarzami intelektualnie i towarzysko zaiskrzyło? Co sprawiło, że ich korespondencja przepełniona jest szczerymi wypowiedziami, analizami i autoanalizami?

Poznali się na początku lat sześćdziesiątych dzięki żonie Tyrmanda Barbarze Hoff, zaprzyjaźnionej z Mrożkiem[1]. Być może wtedy właśnie zawiązała się między nimi nić porozumienia, które po kilku latach mogło się w pełni rozwinąć. Po dwu latach korespondowania Tyrmand napisał:

„Zrodziła się między nami dziwna wspólnota, nikt by takiej w Polsce nie przewidywał, a mimo to jest. Tak to czytam i myślę sobie, że rozmawiamy we czwórkę: Ty, ja i każdy ze sobą, przez długie lata. Bo to, co Ty nazywasz, że gnębi Cię poczucie losu, to ja już sobie na własną rękę dywaguję od jakichś 10 lat. Tylko że ja to nazywam inaczej: niemożliwością otrzymania tego, co się należy” (18 V 1967).

Wszystko wskazuje na to, że zbliżył ich do siebie wspólny los. Chociaż ich status materialny, zawodowy, towarzyski i osobisty nie był tożsamy, to generująca zbieżne problemy emigracyjna codzienność w dużym stopniu katalizowała wzajemne zrozumienie. Ponadto sytuacja życiowa obu pisarzy miała bezpośrednie przełożenie na, można by rzec, jakość listów. Ich lektura pokazuje prostą zależność: im bardziej fortuna była nieprzychylna, tym ciekawsze powstawały listy. Łatwo wyśledzić cezurę, która oddziela permanentne życiowe trudności od względnej finansowej i osobistej stabilizacji. Listy stają się coraz bardziej zdawkowe, informacyjne, coraz mniej w nich intelektualnego fermentu. Można by zaryzykować twierdzenie, że gdyby pisarzom od początku wiodło się znakomicie, ta fascynująca korespondencja nie miałaby racji bytu. Najpierw jednak trzeba było jakoś wyjechać.

Urzędowe zasieki

W najnowszej, napisanej na dużym oddechu, biografii autora Złego czytamy:

„Tyrmand coraz bardziej czuł się jak w pułapce – pułapce życia towarzyskiego i uczuciowego. Nie dostawał paszportu. Gdy wylądował w szpitalu z żółtaczką, nie przyjęli go i odesłali do domu, żeby się wykończył. Cierpiał na depresję i bezsenność. W latach 60. całymi nocami walił pięściami w łóżko i przez zaciśnięte zęby syczał: «Nie wytrzymam, ja nie wytrzymam w tym kraju!»”[2].

Po długich staraniach o uzyskanie paszportu[3] w marcu 1965 roku Leopold Tyrmand przekroczył granice Polski. W deklaracji, którą wypełnił 13 marca na przejściu granicznym w Cieszynie, jako przybliżoną datę powrotu podał 16 września 1965 roku. Prawdopodobnie wówczas jeszcze nie wiedział, że wyjeżdża na zawsze:

„Dokąd zmierzał? Jaki był cel jego wyprawy? Miał w kieszeni zaproszenie do USA, ale gdy wyjeżdżał z Krakowa, o Ameryce jeszcze do końca nie było mowy. Miał «pojechać na kilka miesięcy» – stąd mały bagaż. Wszystkie rzeczy zostały na Mariensztacie...”[4].

Przez kilka miesięcy podróżował po Europie. Miał o czym myśleć. Wiele wskazuje na to, że blokada wydawania jego utworów nie była przypadkowa, a Tyrmand poza pisaniem nie istniał. Podjął decyzję. Pod koniec lipca nadał z Paryża dwie przesyłki: swój samochód (opel rekord) posłał do Polski – Barbarze Hoff, natomiast przesyłkę bagażową skierował do Tel Awiwu (na adres matki i jej męża Jakuba Lewita). Wkrótce potem sam wylądował w Izraelu, skąd wyruszył prosto do USA. Tam zaczęło się jego nowe życie.

Sławomir Mrożek stał się emigrantem odrobinę wcześniej. Jednak jego droga do decyzji o pozostaniu na Zachodzie przebiegała inaczej. W Moim życiorysie wspominał:

„Trzeciego czerwca 1963 roku wsiadłem z żoną do samolotu lecącego do Rzymu. Oficjalnie był to turystyczny wyjazd do Włoch, lecz w rzeczywistości zamierzałem tam zostać nieco dłużej niż na kilka tygodni – tempo indeterminato – spróbować życia i pisania z dala od zniewolenia, gdzieś w otwartej przestrzeni, w świecie pełnym nieznanych możliwości”[5].

Mrożek odnosił się tam także do problemów związanych z uzyskaniem paszportu. Zwracał uwagę, że był to jeden z największych przywilejów. Każda osoba, której w końcu udało się ów dokument otrzymać, była dla władz PRL potencjalnym uciekinierem, a „ucieczkę z komunistycznego państwa poczytywano za zdradę stanu”. Problemy nie kończyły się wraz z przekroczeniem granicy. Podróżujący musiał pilnie zwracać uwagę na to, co i komu mówi, gdyż po powrocie należało zdać szczegółową relację. Choć Mrożek nie planował szybkiego powrotu, to mimo wszystko nie myślał o emigracji. Starał się o przedłużenie ważności paszportu, pojawiły się jednak problemy:

„władcy Polski zaproponowali mi pewien układ [...]. Wydadzą mi ważny, długoterminowy paszport, usłyszałem, jeśli podejmę się współpracy w przekonaniu Zachodu, że w Polsce sprawy wcale nie mają się tak źle, że życie umysłowe toczy się w sposób nieskrępowany [...]. W subtelny sposób zaproponowano mi pracę, fach mający długą tradycję”[6].

Zaszczyty i przywileje to była wielka pokusa, jednak – jak sam pisał – nie mógł jej ulec. Bezpośrednią przyczyną wystąpienia o azyl polityczny była nerwowa reakcja polskich władz na publiczny protest Mrożka przeciwko interwencji polskich wojsk w Czechosłowacji w 1968 roku. W liście z 21 października Mrożek skarżył się Tyrmandowi:

„PRL postanowiła się oczyścić ze mnie i odmówiła mi przedłużenia ważności paszportu, proponując w zamian natychmiastowy powrót do Polski. Ci, którzy tak postąpili, stwarzając mi jednocześnie w Polsce sytuację niemożliwą dla egzystencji i zagrażającą prawnie (zlikwidowanie mnie jako pisarza, pozbawienie mnie możności uprawiania zawodu oraz oskarżenie mnie o zdradę stanu), mają zamiar po prostu wypchnąć mnie na formalną już tym razem emigrację, co im się uda”.

Koleje losu sprawiły, iż do kraju wrócił dopiero po piętnastu latach. Jak się później okazało, tylko na chwilę.

Uciekinierzy z obozu

Pisarze poprzednio odgrodzeni żelazną kurtyną chcieli nadrobić stracony czas i starali się zorganizować spotkanie na terenie Europy. W 1965 roku Tyrmand odwiedził Włochy w związku z przygotowywanym tam wydaniem powieści Zły. W liście do Mrożka zarysowywał szlak swojej podróży po Włoszech, dodając, że na dłużej zatrzyma się w Rzymie i planuje spotkanie z Mrożkiem:

„Wobec powyższego – co zrobić? Albo napisz do tego przedstawiciela Garzantiego w Rzymie [...], albo jak przyjedziesz do Rzymu, to szukaj mnie u niego. Ja natychmiast po przyjeździe, tzn. w poniedziałek, a najpóźniej we wtorek rano, uprzedzę go, że może coś się zdarzyć na jego adres odnośnie mnie (zdanie, co?)” (3 IV 1965).

 

Mrożek odpowiedział:

„Najlepiej by było, gdybyś w dalszym ciągu podawał mi swoje adresy, jeżeli masz do tego jeszcze cierpliwość, i w ten sposób się spotkamy, prędzej czy później. Być może, że w ciągu kilku dni ruszę do Rzymu, ale to nic pewnego, ponieważ jestem zależny od rozmaitych okoliczności. W każdym razie uprzedź także, gdybyś już ciągnął na północ, w naszą stronę. Co do mnie, moja baza tutaj jest stabilna i adres ten ciągle ważny” (6 IV 1965).

Ostatecznie pisarze spotkali się na krótko w Portofino, czego echa będą się pojawiały w późniejszych listach. Obu zależało na bezpośrednim kontakcie. Zdarzało się, że znajdowali się w pobliżu, ale spotkania nie udało się zorganizować. Jak się okaże – bezpośrednie kontakty będą rzadkie. Znajomość trwała przede wszystkim dzięki zaangażowaniu w utrzymanie kontaktu. Co ciekawe i ważne, korespondencja nie ograniczała się do kurtuazyjnej wymiany uprzejmości i zdawkowych relacji z minionego dnia. Widać wyraźnie, że pisarze obdarzali się dużym zaufaniem. Ciekawe frazy dotyczą kuchni literackiej, twórczej kondycji emigrantów oraz słuszności ich życiowych decyzji. Mrożek wyznawał:

„Zmienić się każdy by chciał. Ja także. Trudność nie w tym, że nie wiem jak, tylko że nie umiem być konsekwentny dostatecznie. Najgorsze, że z wiekiem coraz mniej człowieka samo niesie do pisania. Dawniej wszystko było warte napisania, teraz prawie nic. Dawniej byle pomysł był dobry, teraz prawie żaden. Gdybym był bogatym człowiekiem, to może bym tylko żył sobie po prostu, nie mordując się żadną literaturą. A jeżeli bym pisał, to widocznie już tylko z prawdziwej wewnętrznej konieczności, jak owi wszyscy dobrze z domu uposażeni literaci amatorzy w przeszłości. W pisaniu zawodowym jest coś upokarzającego i nieczystego, jak w sporcie zawodowym [...]. Zapewniam Cię, że dzielę z Tobą złe samopoczucie w ogólności i szczegółach, o ile mnie upoważniasz do takiej spółki” (14 X 1965).

Czasami jednak wyrażał także wątpliwość co do słuszności zawodowego wyboru. W tym samym liście pisał, że czasem zazdrości ludziom, „którzy w pracy mają jasno wytyczone zadanie i na nim się koncentrują. A że tę pracę lubią i jest ona bardzo absorbująca, więc niewiele im zostaje czasu na rozterki, choć przecież nie są od nich wolni. Zalety dyscypliny”.

Niestabilność finansowa wynikająca ze specyfiki wykonywanego zawodu wywoływała powracającą falami irytację, czasem zazdrość o osiągnięcia kolegów po fachu. Dotyczyło to obu pisarzy, jednak Mrożek częściej to niezadowolenie artykułował. Bywało, że posługiwał się aluzją, innym razem stwierdzał wprost:

„Gnębi mnie nie tylko ponure powietrze, które ostatnio nas otacza. Gnębi mnie poczucie losu. Dochodzą mnie wieści o moich rówieśnikach. Każdy już jakoś osiadł i teraz się poprawia. Ja też jestem człowiekiem i też bym chciał. Tylko... czy pamiętasz ulubioną przypowieść Krzysia [Toeplitza] o obrazie, przedstawiającym powołanie – bodaj św. Mateusza. I wyraz twarzy świętego: «Panie, dlaczego na litość boską akurat ja?». I ja bym sobie wybudował domek nad Wisłą, i ja bym się zestarzał spokojnie pod opieką prawnuka Putramenta (ma chyba jakieś potomstwo), Ubezpieczalni i Wojska Polskiego. Może bym też jakiś order wreszcie dostał albo nagrodę... hej. Słowo daję, czasami nie rozumiem, dlaczego już się do tego nie biorę. A ty rozumiesz?” (14 V 1967).

Kilka dni później Tyrmand przekonywał Mrożka, że nie widzi powodu, by ważnych spraw nie artykułować wprost. Deklarował, że nie zazdrości sukcesów Gombrowiczowi czy Herbertowi, bo na nie zasługują, jednak nie może pogodzić się z konstrukcją świata, w którym wygrywają kanalie.

„I tu zaczyna działać metafizyka zła, które musi zwyciężyć. Powiedzmy to sobie raz na zawsze i skończmy ze złudzeniami i powołaniem. Masz rację, my jesteśmy skazani na skromnie i godnie, i chędogo – jest to najwstrętniejsza rzecz pod słońcem, oznacza szalenie klawych, ubogich krewnych, przeciw którym nie ma się nic a nic, ale z którymi także nie chce się mieć nic a nic wspólnego. A gdybyśmy mieli własny domek, to byśmy się przynajmniej nie naprzykrzali. Ale nie mamy” (18 V 1967).

Poetyka poważnych rozmów, które przetykane były różnej klasy żartami, determinowała czasem szczere konkluzje. W jednej z nich Tyrmand stwierdzał, że w Polsce nie dostrzegał specjalnych analogii pomiędzy losem swoim i Mrożka, który był dlań przykładem krakowskiego pragmatyka. Okazało się jednak, że ich emigracyjne życie katalizowane jest problemami tego samego autoramentu, co wiąże się z podobnym scenariuszem zdarzeń:

„nagle widzę, że się w identycznie tym samym kwasie kisisz, to samo Cię żre, przez to samo nie śpisz. Przeczytaj sobie w majowym numerze «Kultury» Marka Hłaskę, List z Ameryki, i znowu znajdziesz to samo; on w ogóle dziwnie dojrzał w tym tekście. Czyżby w tym była jakaś prawidłowość? I czy to dobrze, czy źle? Na razie jestem bez mieszkania, prawie bez forsy i zupełnie bez ochoty do czegokolwiek” (18 V 1967).

Jakiś czas później Mrożek konstatował, że gdyby został w Polsce, jego codzienność mogłaby wyglądać zupełnie inaczej:

„Grałbym sobie w tenisa z Krzysiem Toeplitzem (podobno nauczył się wreszcie) i jeździł «mustangiem», jak Skolimowski i Agnieszka Osiecka, która tą ckliwie zeprzałą liryką daje narodowi złudzenie, że jest wrażliwy, bo docenia za jej pośrednictwem uczucia krasnoludka do leszczyny. Jaki diabeł mi na to nie pozwolił, jakie głody mnie wyrzuciły z tej norki. A przecież możliwe, że byłem za duży na nią, ale jestem za mały na wszechświat. Że tam było mi za ciepło, ale gdzie indziej jest mi za zimno. Może jednak wolę zdychać z zimna niż ze smrodu” (11 XI 1968).

Co więcej, Mrożek, chcąc nieco usprawiedliwić nazbyt szczery ton ostatnich wypowiedzi, zrzucał to na karb okoliczności, które sprawiły, że stali się niejako „kolegami z wojska”. Zbliżyło ich „strzaskanie przytulnych sadyb” oraz wyrzucenie „poza rozmaite orbity”. Drążąc to zagadnienie, pisał: „Wypadliśmy z układów, i podobieństwo sytuacji wewnętrznych sprawia, że bardziej liczę na Twoje współbrzmienie niż na współbrzmienie kogoś, kto jest tym czy innym obudowany, ustawiony, wyznaczony” (11 XI 1968).

Paralelność niesprzyjających okoliczności katalizowała i pogłębiała porozumienie między pisarzami. Dlatego też korespondencja, która mogłaby się zatrzymać na poziomie czysto informacyjnym, po krótkim okresie wzajemnej ostrożności przeobraziła się w soczysty dialog intelektualistów. Nie powinny więc dziwić nas frazy, które mogą przypominać wypowiedziane na głos myśli. W tej poetyce mieściłaby się dokonana przez Mrożka rekapitulacja losu polskiego emigranta oraz – będąca tego bezpośrednią przyczyną – próba redefiniowania pojęcia „pisarz”:

„Co do mnie, najwłaściwszy mi się wydaje model człowieka, który zrobiwszy testament i rachunek sumienia, zostawił sobie tylko dwie walizki. Bo i siebie trzeba przemyśleć całkiem na nowo, bo ten, jaki jest, pochodzi z innej epoki, z innego układu, i jest tylko manekinem przeszłości. Pisarz? Co to teraz ma znaczyć? Uciekinier z jednego do drugiego obozu? Niby tak, ale też wymykam się definicji. Nawet ja, jako palacz fajki, też wydaję mi się podejrzany. Więc co dopiero wszystko dookoła” (11 XI 1968).

Podobne myśli dopadły Tyrmanda zaraz po przekroczeniu granicy. Zwierzał się w jednym z pierwszych listów:

„A w ogóle jestem w nastroju kompletnego dodupizmu, jadąc samotnie przez Hiszpanię, rozmyślałem dużo na swój temat, doszedłem do katastrofalnych wniosków i bardzo jestem z siebie niezadowolony. Postanowiłem się zmienić, ale nie wiem jak” (21 IX 1965).

Wspólnota odczuwania i myśli dotyczyła także innych obszarów. Powodowało to pielęgnowanie przez obu twórców poczucia wzajemnej bliskości i łagodziło poczucie intelektualnego odosobnienia. Warto zwrócić uwagę na fakt, że emigracja Tyrmanda miała chyba nieco inną naturę i była boleśniejsza w skutkach niż emigracja Mrożka. Przede wszystkim dlatego, że po wyjeździe nigdy już do Polski nie powrócił, co więcej, jego emigracja dotyczyła także ojczystego języka. Tyrmand próbował stać się pisarzem anglojęzycznym. Przedsięwzięcie to mogłoby się zakończyć pełnym sukcesem, gdyby nie jego radykalizm i bezkompromisowa postawa polityczna. Była to jednak cena, którą prawdopodobnie zapłacił w pełni świadomie.

Ameryka, spalone mosty, pisanie

Leopold Tyrmand stanął na amerykańskiej ziemi w 1966 roku i spędził tam niemal dwie dekady. Decydując się na wyjazd, na pewno zdawał sobie sprawę z trudności, które będzie musiał pokonać. Pełen zapału, ambicji i determinacji zapewne nie wyobrażał sobie rezygnacji ze statusu inteligenta i pisarza. Na drodze do osiągnięcia tego celu stała przede wszystkim bariera językowa. Wiedział, że nie może zmarnować szansy, jaką było prestiżowe stypendium, podczas którego mógł objechać Amerykę, prowadzić wykłady i kolekcjonować kolejne ważne znajomości. Tak poznał między innymi Irvinga Stone’a, Erskine’a Caldwella, Saula Bellowa czy Philipa Rotha. W liście z 30 marca 1966 roku zdawał relację z pierwszych doznań:

„Mrożku, Kochanie, przejechałem Luizjanę, Texas, Nowy Meksyk, Arizonę, Kalifornię, Nevadę, Utah, Colorado, Illinois, Michigan. Trochę mam obłęd w oczach [...]. Do Europy na razie nie wracam, przynajmniej dopóki nie rozstrzygnie się sprawa tej mojej książki, tytuł której Ci zapewne wspominałem. A w ogóle – chyba będę trochę w Twojej sytuacji, tylko tu. Jak wiesz: życie jest gówno na kole – raz jest w górze, raz jest w dole – i to jest właśnie ze mną”.

Ameryka wielkich możliwości i wpływowych postaci nieco oszołomiła Tyrmanda. Szybko jednak przyszło otrzeźwienie, gdyż – jak się okazało – poza uśmiechami i poklepywaniem po plecach niewiele się działo. W liście z 16 września 1966 roku pisał:

„U mnie gówno, to znaczy nie mogę nic osiągnąć z tego, co zamierzałem osiągnąć; ale ponieważ nigdzie nie jest powiedziane, że życie ma się składać z osiągnięć, przeto trwam mizernie, zgodnie z prawidłami życia. Ponieważ zaś bezruch jest korzystniejszy od ruchu, przeto zamierzam się także nie ruszać stąd (na razie), stosując Twoją taktykę przedłużania paszportu, niezrywania z nikim i niezaczynania z nikim. Poza tym – naprawdę nie mam nic ciekawego do zakomunikowania: nie zdobyłem niczego, nie otrzymałem niczego, nic mi się nie udało i tyle”.

Zimna wojna powodowała, że polityczne odległości między krajami były daleko większe niż geograficzne. Dlatego też wyjeżdżając za ocean, Tyrmand tylko pozornie zwiększył odległość od Mrożka. Faktycznie mieli o wiele większą szansę na spotkanie niźli poprzednio. Starali się do niego doprowadzić, ale niestety nie wszystko szło po ich myśli. Pod koniec listopada 1966 roku Mrożek donosił:

„Ameryka wciąż nie wychodzi. Mam wprawdzie zaproszenie do wzięcia udziału w bardzo poważnej dyskusji o roli architektury w teatrze, która ma się odbyć w Montrealu kanadyjskim (więc niby już blisko), z ramienia Canadian Theater Centre w Toronto. Poprosiłem dyplomatycznie o informacje. Przysłali wielki plik, ale w tym pliku nie ma nic o tym, czy płacą podróż, czy nie, więc dalej nic nie wiem. Ma się to odbyć w lecie przyszłego roku. Czy dotrwałbyś tam do tego czasu? [...] Tak więc ni to, ni owo, tędy i owędy, czasem ani tak, ani siak”.

Pomimo niesprzyjających okoliczności Mrożek nie traci swojego, przez lata szlifowanego, poczucia humoru i szybko dodaje:

„Napisałem ze dwie jedno-aktówki, ale nie całkiem dobre. Jedno, co mi wychodzi bezbłędnie, to starzenie się. Jedną z oznak jest łysienie. Zapuściłem baki, żeby jakoś powiększyć metraż.

Daj co znać, pielgrzymie, niech pielgrzym pielgrzyma na duchu podtrzyma, żeby już puścić się na tak płaskie dowcipy. Ale co robić innego?”.

Amerykański sen Tyrmanda z wolna zaczynał rozpływać się we mgle Brooklynu:

„U mnie niewiele nowego, prócz tego, że mnie już 15 maja wyrzucają z mieszkania na oślizgły bruk i czeka mnie okres upiorny. Ale nic na to nie mogę poradzić [...]. Miałem szereg odgłosów z kraju, które dały mi wiele do myślenia i upewniły, że aczkolwiek decyzje i życiowe wolty zawsze są ułomniejsze, niż to się z początku wydaje, ale ja niczego nie żałuję, co jest pocieszające”.

Mimo wszystko nie żałuje podjętej decyzji o wyjeździe i nie traci nadziei, że w końcu przyjdą lepsze czasy. Najlepszym dowodem niezłej kondycji jest powrót twórczej energii:

„Jak się osiedlę na nowym mieszkaniu – co nastąpi dopiero w połowie czerwca, a do tego czasu tułaczka po znajomych – to zacznę pisać. Coś nabrałem na nowo ochoty do tego zajęcia, po wielu latach obrzydzenia” (1 V 1967).

 

Fakt, że w końcu pisarzom udało się spotkać na amerykańskiej ziemi, niewątpliwie stał się przyczyną wielu pozytywnych odczuć. Poza tym wizyta Mrożka w USA zainicjowała korespondencyjną wiwisekcję poglądów na temat tego kraju. 21 października 1968 roku Mrożek widział Amerykę jako kraj anglosaski, nie zaś germański czy łaciński:

„To już jest nie bardzo polskie, bo dla Polaka przecież Francja jest pożywna, bliska. I Europa – dużo by o tym mówić. Mam wrażenie, że Europa to końcówka. Choć jestem tak bardzo z Europy, Ameryka – nie wiem”.

Poza tym Mrożek zwrócił uwagę na to, że Ameryka

„ma wielki niepokój szukania Boga, siebie, podczas kiedy Europa niczego już w gruncie rzeczy nie chce, uważa, że przeżyła wszystko i wie wszystko. Idiotyzmy, błędy amerykańskie – choć ogromne, są chyba inne niż błędy radzieckie, bo te biorą się z pewności – i zamknięcia, tamte z niepewności i otwarcia, z pewnego rodzaju naiwności, może katastrofalnej, ale otwartej. Jakby więcej prawdy jest w Ameryce”.

Odpowiedź Tyrmanda przyszła miesiąc później:

„Ta tutaj Ameryka to dziwny kraj: niby tępy i głupi, ale nie za głupi, co to to nie; niby chamski, brutalny, morderczy, ale niezupełnie. Idiotyzm nie jest tu zinstytucjonalizowany, wobec tego nie krzepnie i nie grozi katastrofą. Wierz mi, życie moje tutaj to nie dywan z kwiatów, deszcz z perfum ani nieustanne pasmo szczęścia, mam mnóstwo ponurych klęsk i problemów, ale coś jest tu zdrowego mimo wszystko i to była dobra decyzja, że zdecydowałem się tu zostać” (25 XI 1968).

Co ciekawe, Ameryka, przy wszystkich swoich wadach, miała też dla twórców propozycje nie do pogardzenia:

„Nie mogę Ci przyrzec ani ocalenia, ani wyzwolenia, ani zrzucenia więzów i pętów, ani zbawienia duszy, ani jedynego kremu na kłopoty z metafizyką i ontologią, ale wydaje mi się, że nie ustępując, możesz tu odzyskać jakieś sensy. I nie będzie to już żadną emigracją, wychodźstwem, samospaleniem w obcości, ale dość gówiennym szamotaniem się z idiotyzmami nowego kontekstu, w którym takie same imponderabilia grają jak gdzie indziej, a przecież trochę inaczej” (25 XI 1968).

Tymczasem Tyrmand spalił za sobą mosty, drukując na łamach paryskiej „Kultury” rozliczeniowy tekst pt. Porachunki osobiste. Tuż po jego publikacji pisał do Mrożka:

„Ciekawi mnie, czy czytałeś mnie w marcowej «Kulturze» i co o tym sądzisz? Pytanie jest zresztą skonstruowane naiwnie, bo o takich rzeczach i artykułach nigdy nikt nic nie sądzi, tylko nie chcąc wyrządzać przykrości facetowi, mówi mu, że coś sądzi i w ogóle uważa. Wobec tego nie sądź, jeśli masz to totalnie (już popadam w nomenklaturę!) w nosie, ale pisz do mnie, bo uwielbiam Cię czytać...” (28 III 1967).

Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. 31 marca 1968 roku Mrożek poinformował Tyrmanda, iż tekst jest mu znany. Zwracał też uwagę na to, że w pewnym sensie wypowiedź tego typu była oczekiwana i potrzebna, jako diagnoza jednak może być dla wielu nieprzyjemna, czy wręcz nie do przyjęcia:

„Polacy mają twarze powykręcane we wszystkie strony, uśmiechają się lewą połową, prawą płaczą, ustami czczą, myślą bluźnią, prawym okiem ronią łzę, lewym mrugają porozumiewawczo, wysuwają energicznie podbródek, a kręcą nosem. Strzygą też uszami, buzię w ciup, albo odwrotnie, wszystko jednocześnie, bo są rozpięci na wielu krzyżach, siedzą na wielu stołkach i leżą na wielu kanapach naraz. Klinicznie to może ciekawe, ale po ludzku nieznośne i dla Polaków samych, i dla otoczenia”.

Jakby tego było mało, pod koniec sierpnia 1968 roku Tyrmand – na łamach „New York Timesa” – zrzekł się polskiego obywatelstwa. Więzi łączące pisarza z Polską zostały zerwane. Zostały jeszcze te europejskie, gdzie miał między innymi przyczółek w postaci „Kultury”, ale – jak się wkrótce miało okazać – nie na długo. Silne osobowości pokroju Giedroycia i Tyrmanda z trudem się docierały przy współpracy. Ich niepublikowana dotąd korespondencja ujawnia, że próby porozumienia nierzadko okupione były wysiłkiem obu stron. Różnice osobowości oraz wyznawanych ideologii powodowały, że eskalacja konfliktu była naturalnym następstwem zdarzeń. W końcu Tyrmand przerwał współpracę z „Kulturą”, co oczywiście odbiło się echem w listach do Mrożka. Na początku Tyrmand starał się przedstawić ten „rozwód” w dość łagodnej optyce. W liście z 11 października 1968 roku wyjaśniał swoją decyzję, która w jego pojęciu jest elementem odrywania się od polskości:

„Ja chcę za wszelką cenę pisać po angielsku, nawet rzeczy w założeniu mniej ważne od tego, co mógłbym pisać po polsku. Po prostu mam w sobie jakieś dławiące przekonanie, że pisanie rzeczy ważnych po polsku jest jakoś mało ważne i niczego donikąd nie wnosi, zaś pisanie rzeczy mniej ważnych po angielsku daje mi jakieś prawo udziału w czymś poważniejszym”.

Sprawa nie była dlań łatwa, czego dowodzą emocje, które nieubłaganie wpływały na ton jego wypowiedzi:

„Giedroyc [...] miał mi jakoś za złe, że ja się całkowicie nie angażuję, i zamiast mnie hołubić i pieścić, co by mu się opłacało ze względu na usługi, jakie mogłem mu oddać, raczej chciał mnie «trzymać krótko». No więc... sam rozumiesz”.

Podobne żale znajdziemy także w listach Tyrmanda do Redaktora. Autor Złego czuł się niedoceniony. Wzajemnych zadr oczywiście było więcej. Gwoździem do trumny stały się dwie kwestie. Giedroyc odmówił Tyrmandowi przedrukowania na łamach „Kultury” tekstu z „New York Timesa”, w którym zrzekł się polskiego obywatelstwa. Ponadto nie był zadowolony ze współpracy z Tyrmandem nad antologią tekstów „Kultury” w języku angielskim. Dlatego też rozstanie było chyba dobre dla obu stron, choć każdy z nich miał wrażenie, iż w tym sporze jest stroną poszkodowaną i oczekiwał raczej przeprosin oraz wdzięczności.

Zakończenie współpracy z „Kulturą” nie było zdarzeniem, nad którym Tyrmand przeszedł do porządku dziennego. Sprawa ta wielokrotnie powracała w jego listach, nawet wówczas, gdy rozmowa dotyczyła na pozór zupełnie innej tematyki. Radykalne działania Tyrmanda niejako skazały go na pisanie w języku angielskim, wiele wskazuje na to, że postępował z rozmysłem. Wszystko postawił na jedną kartę. Mrożek słał listy w tonie wspierającym:

„całkowicie rozumiem i popieram Twój imperatyw pisania nie-po polsku. Jeżeli tylko znajdujesz w tym coś więcej czy coś innego, czego Ci brak w pisaniu po polsku, dlaczego byś miał tego nie robić? Zrobiłbym to sam, gdyby mnie było na to stać. I mnie się wydaje, że utwór, który bym napisał np. po angielsku, byłby inny nie tylko w warstwie języka, że może mógłbym wyrazić coś, co wyrażane po polsku kończy się tylko na stękaniu niemowy. O tym jednak na serio mógłbym myśleć tylko wtedy, gdybym mieszkał w kraju anglosaskim i przy odpowiednich wysiłkach z mojej strony. Ani jedno, ani drugie teraz w rachubę nie wchodzi” (21 X 1968).

Pisarz dopowiadał, że język nie ma aż tak dużego znaczenia jak jakość tego, co się napisało. Rozmowy na temat tworzenia sprawiły, że Mrożek zaczął się zastanawiać nad własnym pisarstwem: „Nie wiem, co wiesz o swoim pisarstwie, jako «tym». Ja niestety nie jestem rasowym, czystym pisarzem. Tacy spełniali się w tym. Mann, Dostojewski, Faulkner. Pisali, jak oddychali. Ja nie mam tego talentu, który ogarnia całą osobowość, nie jestem tym, który się spełnia w pisaniu. Przekleństwo na moją głowę. Moje pisanie to za krótka kołdra, spod której zawsze wystaje mi albo głowa, albo nogi. Ulgą są te chwile, w których wystają nogi. Ostatnio wystaje mi głowa” (11 XI 1968).

W rozmowach z Tyrmandem był stonowany, pytania dotyczące jednak mechaniki jego twórczości wyraźnie go irytowały. Chcąc odpowiedzieć hurtowo wszystkim ciekawskim czytelnikom, na początku lat osiemdziesiątych opublikował tekst pt. Jak pan tworzy?:

„Często spotyka mnie pytanie: «Jak pan pisze, że pan pisze, jak pan napisał to czy tamto?». Rozumiem tę ciekawość, choć nie jest ona moją. Udzielam wymijających odpowiedzi albo wręcz oświadczam, że nie wiem [...]. Pytający podejrzewa, że chcę zachować jakiś sekret dla siebie. Kiedy mówię, że ten problem mnie nie interesuje, również jest nieprzyjemnie”[7].

Żeby nie wyjść na aroganta, starał się przekonać swych czytelników, że pisanie jest niezwykle absorbującym, wycieńczającym i przerastającym go zadaniem. Dlatego też brakuje mu czasu na zajmowanie się czymś innym. Najważniejszym według niego zadaniem jest samo pisanie, a teoretyzowanie na ten temat jest absolutnym naddatkiem:

„Ja muszę coś wymyślić, jakim sposobem, jakim trybem? Mogę tylko odpowiedzieć: jakimkolwiek, wszystko mi jedno, byle skutecznym. Kierowca, który prowadzi samochód, nie zastanawia się nad prawami fizyki i chemii, które działają, aby samochód mógł jechać. On naprawdę musi być czymś innym zajęty i gdyby się nad tym zastanawiał, nie dojechałby nigdzie, a może nawet nie ruszyłby z miejsca”[8].