HonorTekst

Autor:Lene Wold
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W serii ukazały się ostatnio:

Paweł Smoleński Królowe Mogadiszu

Rob Schmitz Ulica Wiecznej Szczęśliwości. O czym marzy Szanghaj

Marek Szymaniak Urobieni. Reportaże o pracy

Ola Synowiec Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci

Marcin Michalski, Maciej Wasielewski 81 : 1. Opowieści z Wysp Owczych (wyd. 2)

Ilona Wiśniewska Lud. Z grenlandzkiej wyspy

Remigiusz Ryziński Dziwniejsza historia

Maria Hawranek, Szymon Opryszek Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji

Mariusz Surosz Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów (wyd. 2 zmienione)

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 3)

Wojciech Górecki Buran. Kirgiz wraca na koń

Piotr Lipiński, Michał Matys Niepowtarzalny urok likwidacji. Reportaże z Polski lat 90.

Grzegorz Szymanik, Julia Wizowska Długi taniec za kurtyną. Pół wieku Armii Radzieckiej w Polsce

Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy (wyd. 2)

Paweł Smoleński Wnuki Jozuego

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 3)

Dionisios Sturis, Ewa Winnicka Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey

Marta Madejska Aleja Włókniarek (wyd. 2)

Grzegorz Stern Borderline. Dwanaście podróży do Birmy

Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Biała gorączka (wyd. 4)

Kate Brown Czarnobyl. Instrukcje przetrwania

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 3 zmienione)

Liao Yiwu Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych (wyd. 2)

Renata Radłowska Nowohucka telenowela (wyd. 2 zmienione)

Aleksandra Boćkowska Można wybierać. 4 czerwca 1989

Agnieszka Rybak, Anna Smółka Wieża Eiffla nad Piną. Kresowe marzenia II RP (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader W rajskiej dolinie wśród zielska (wyd. 3)

Marta Sapała Na marne

Piotr Lipiński Gomułka. Władzy nie oddamy

Karolina Przewrocka-Aderet Polanim. Z Polski do Izraela

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć (wyd. 3)

Lars Berge Dobry wilk. Tragedia w szwedzkim zoo

Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi, pod red. Małgorzaty Nocuń

Jelena Kostiuczenko Przyszło nam tu żyć. Reportaże z Rosji

Jacek Hołub Niegrzeczne. Historie dzieci z ADHD, autyzmem i zespołem Aspergera

W serii ukażą się m.in.:

Małgorzata Sidz Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii

Wolfgang Bauer Nocą drony są szczególnie głośne. Reportaże ze stref kryzysu


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Tytuł oryginału norweskiego Ære være mine døtre: En fars fortelling om å drepe sitt eget barn

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Andrea Gjestvang / Panos Pictures / Forum

Copyright © by Kagge Forlag AS, 2017

Norwegian edition published by Kagge Forlag AS, Oslo

Published by arrangement with Hagen Agency, Oslo

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2020

Copyright © for the Polish translation by Mariusz Kalinowski, 2020

Redakcja Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska

Konsultacja arabistyczna Hanna Jankowska

Korekta Sylwia Paszyna / d2d.pl, Magdalena Jakubowska / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

This translation has been published with the financial support of NORLA.


Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-970-6

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Od autorki

I Czerwone sandałki

II Drzewo figowe

III Raz na zawsze

IV Bóg dla niewidomego

Jak powstała ta książka

Podziękowania

Literatura

Przypisy

Kolofon

Pamięci wszystkich jordańskich kobiet zamordowanych w imię honoru.

Od autorki

Ta książka ma charakter dokumentu. Opiera się na relacjach naocznych świadków wydarzeń oraz na informacjach zaczerpniętych ze źródeł wtórnych w postaci archiwaliów prasowych, dokumentów prawnych, raportów z obdukcji i innej literatury fachowej.

Także szczegółowe opisy myśli i zachowań przedstawionych osób oparłam na intymnych wywiadach z nimi lub na relacjach bezpośrednich świadków tych zachowań.

W przypadku ujawnienia tożsamości głównych postaci książki nadal grozi im śmierć albo więzienie. Dlatego ich imiona i nazwiska, stosunki pokrewieństwa, dane geograficzne i czasowe oraz inne szczegóły, które mogłyby zdemaskować je same albo ich rodziny, zostały zmienione albo pominięte.

Bliższe informacje o metodzie i przebiegu mojej pracy zawarte są w końcowej nocie Jak powstała ta książka.

To była jedna z tych wilgotnych, hałaśliwych letnich nocy w Akabie. Wołania muezinów niosły się między meczetami w małym jordańskim porcie, leżącym dwie godziny drogi na południe od starożytnej Petry, w tym punkcie na mapie, gdzie spotykają się Jordania, Izrael i Arabia Saudyjska. Nawoływaniom towarzyszył łopot wentylatora pod sufitem dzielnie mieszającego żar trzydziestu pięciu stopni. Wycieńczona, leżałam na łóżku, gapiąc się na wirujące łopatki.

Szast.

Szast.

Wilgotne powietrze muskało perły potu na moim czole.

Myślałam o artykule, który powinnam skończyć. Przybyłam do Jordanii jako świeżo upieczona dziennikarka, freelancerka, na zlecenie brytyjskiej gazety „The Independent”. Przyjechałam po krótkim pobycie w Libanie, skąd musiałam się ewakuować, kiedy porwano czterdziestu obcokrajowców i rozeszły się słuchy, że dżihadyści mają łapać i ścinać zagranicznych dziennikarzy. To było na początku wojny w Syrii, w 2011 roku, gdy takie nowiny jeszcze nie stały się chlebem powszednim, a my, dziennikarze, nie przywykliśmy do publikowania zdjęć i filmów wideo z egzekucjami naszych kolegów. Zatem przejęłam się tymi groźbami i na kwadrans przed zablokowaniem dróg taksówka z piskiem opon dowiozła mnie na lotnisko.

Realistka we mnie była wystraszona, idealistka jednak nadal chciała dokumentować łamanie praw człowieka.

Musiałam wrócić na Bliski Wschód: obiecałam gazecie i sobie, że dam głos tym, którzy zazwyczaj go nie mają. W najlepiej udokumentowanej strefie konfliktu na świecie. Nie wystawiając się przy tym na zbyt wielkie ryzyko.

Jordania była więc najlepszą opcją. Dawała mi pośrednio dostęp do konfliktów w Syrii, Libanie i Iraku oraz do wszystkich uchodźców z tych krajów.

Nagle ktoś załomotał w cienkie jak papier drzwi do mojego pokoju, prosząc, żebym otworzyła. Zdziwiłam się. Byłam w tym kraju po raz pierwszy, nikogo jeszcze nie znałam. Nie miałam pojęcia, kim może być ten ktoś po drugiej stronie. Wtedy męski głos powiedział moje imię.

 

– Kto tam? – spytałam i podkradłszy się do drzwi, spróbowałam wyjrzeć przez szczelinę przy framudze.

Mężczyzna załomotał mocniej i szarpnął za klamkę. Odskoczyłam w tył.

– Otwieraj! – powtórzył agresywniej. Zrozumiałam, że zamierza włamać się do środka. Nie miałam jak stamtąd uciec. Nie miałam do kogo zadzwonić po pomoc. Krzyczeć czy kontaktować się z recepcją też nie było sensu. A co, jeśli za drzwiami jest ich kilku? Co jeśli ci z recepcji są z nim w zmowie? Bo skąd inaczej ten ktoś znałby moje imię?

Zastanawiałam się, czy nie spróbować wydostać się przez okno, z trzeciego piętra, ale było już za późno. Zamek puścił i drzwi się otworzyły. Wszedł do środka. W momencie, gdy nasze spojrzenia się spotkały, uświadomiłam sobie, co się dzieje.

Rozpoznałam go. To był tęgi starszy mężczyzna, który przez cały dzień za mną chodził. Miał siwą brodę. Wydatny nos. Poplamioną koszulę. I wielkie krzaczaste brwi. Zauważyłam go, gdy minęliśmy się na podmiejskim targu z warzywami. Przewiercił mnie spojrzeniem na wskroś przez płaszcz i hidżab, który założyłam, aby uniknąć właśnie takich spojrzeń. Zawołał za mną. Cmoknął. I zagwizdał. Spojrzałam w inną stronę i zignorowałam go. Przyspieszyłam kroku. Myślałam, że tylko mi się zdawało, że za mną poszedł.

Lecz teraz stał przede mną. W moim pokoju hotelowym i znów rozbierał mnie spojrzeniem. Usiłowałam zamknąć drzwi, lecz on pchnął mi je prosto w twarz tak mocno, że upadłam. W oczach mi pociemniało. W ustach miałam smak krwi. Pomyślałam, że to się chyba skończy źle.

Wtedy wszedł inny mężczyzna, w okularach i z czarną brodą, objął pierwszego ramieniem i przemówił do niego spokojnie. Potem wyciągnął go z pokoju i ostrożnie zamknął za sobą drzwi. Zniknęli obaj. Bez jednego spojrzenia, bez słowa.

Ciągle leżałam, przekonana, że zaraz wrócą. Patrzyłam na drzwi z wyłamanym zamkiem. Nadal nie miałam jak się bronić.

Gdy wstałam, krew zaczęła kapać na podłogę. Krople spadały mi na stopy. Zrobiłam głęboki wdech, oszołomiona, kręciło mi się w głowie. Stałam tak parę minut, potem ostrożnie uchyliłam drzwi i wyjrzałam na korytarz. Pusto. Byłam sama. Lecz strach mnie nie opuścił.

Na skutek tego przeżycia zaczęłam zadawać sobie pytania, które wcześniej nie przyszłyby mi do głowy. Na przykład: jakie prawa miałabym w Jordanii, gdybym tego wieczoru została zgwałcona? Czy mogłabym zgłosić to na policję? Pojechać do szpitala i otrzymać tam pomoc? Przepracować wewnętrznie tę traumę i rozmawiać o niej z przyjaciółmi i rodziną?

Szukałam odpowiedzi. Pożyczałam książki. Oczytywałam się. Dyskutowałam z imamami, dziennikarzami, adwokatami i różnymi organizacjami. Odwiedzałam więzienia. Szpitale. Rodziny. Miejsca pochówku.

Moje pytania przyniosły nieprzyjemne odpowiedzi. Bo gdybym pochodziła z bardzo konserwatywnej rodziny w Jordanii i została tamtego wieczoru zgwałcona, moje otoczenie uważałoby, że sama jestem sobie winna. I że trzeba mnie zabić, aby ocalić honor. Nie mogłabym zgłosić sprawy na policję, bo gdybym to zrobiła, najprawdopodobniej uznano by to za pogwałcenie lojalności wobec rodziny oraz islamskiej tradycji. I mogłabym zostać skazana za uprawianie seksu poza małżeństwem. Aby wstąpić na drogę sądową, musiałabym mieć czterech świadków gotowych potwierdzić, że to był gwałt. Tych oczywiście bym nie miała. Nieczęsto da się znaleźć czterech świadków gwałtu.

Na pogotowiu także nie wyjawiłabym, co się naprawdę stało – z obawy, że szpital zgłosi to na policję. Nie powiedziałabym też o zdarzeniu przyjaciołom ani bliskim. Bo gdybym to zrobiła, okryłabym hańbą siebie i rodzinę, a zatem dałabym najbliższym podstawę prawną do tego, aby mnie zabili. Splamiłabym honor rodziny. Zwłaszcza gdybym na skutek gwałtu zaszła w ciążę.

Sam system prawny w Jordanii pośrednio legitymizował takie zabójstwo honorowe. Wygląda to tak, że małżonek albo bliski krewny, który zabija kobietę, aby zmyć z rodziny hańbę, dostaje wedle jordańskiego prawa złagodzoną karę[1]. Może się ona wahać od trzech miesięcy do dziesięciu lat więzienia. Gdyby zatem moja rodzina stwierdziła w sądzie, że nie pragnie zemsty za zabójstwo – co w podobnych przypadkach w Jordanii jest normą – sprawcę skazano by najwyżej na parę miesięcy.

Innymi słowy: gdybym została zgwałcona i zamordowana w Jordanii, sprawca nie siedziałby dłużej niż kilka miesięcy. W istocie większe jest prawdopodobieństwo, że ja sama trafiłabym do więzienia. A to dlatego, że kobiety, którym grozi śmierć ze strony rodzin, często osadza się w więzieniu, aby uchronić je przed ich własnymi krewnymi. Ustawa o zapobieganiu przestępczości z 1954 roku daje gubernatorom w Jordanii prawo do przetrzymywania kobiety w tak zwanym areszcie administracyjnym bez sądowego wyroku, jeśli jej uwolnienie może sprowokować czyn przestępczy[2]. W takim areszcie kobiety pozostają zwykle około roku, ale nierzadko zatrzymuje się je na czas nieokreślony. Jedynie gubernator ma prawo rozstrzygnąć, czy zagrożenie zmalało na tyle, by kobietę można było wypuścić. Tak więc karę przerzuca się bezpośrednio na ofiarę. Zamyka się ją, podczas gdy niedoszły sprawca zbrodni chodzi wolny.

Uzmysłowiłam sobie, że w praktyce oznacza to, że w jordańskich więzieniach przebywa dziś nieznana liczba kobiet odsiadujących kary za morderstwa, do których nigdy nie doszło. Morderstwa, których one same miały być ofiarami. Ta rzeczywistość mną wstrząsnęła i przesądziła o kolejnych czterech latach mego życia.

Bo kiedy tamten obcy facet wdarł się do mojego hotelowego pokoju w samym centrum Akaby, poczułam mocno, że coś jest mi odbierane. Poczułam, że nie byłam dość ostrożna. Że to z własnej winy wplątałam się w tę sytuację i zgrzeszyłam naiwnością, jadąc do Jordanii jako samotna kobieta. Przejął mnie wstyd. Nie byłam więcej nietykalna, silna, niezależna. Poczułam, że mam obowiązek chronić własne ciało. Jakby to była moja wina, gdyby tamtemu obcemu mężczyźnie udało się mnie zgwałcić.

Tym samym doświadczyłam, czym naprawdę jest godność. I w jaki sposób może zostać odebrana. Tym razem historia dosłownie załomotała do moich drzwi. Dotarło do mnie, że zabójstwo honorowe to problem o wiele bardziej złożony, niż mi się dotąd wydawało, i uznałam, że powinnam zbadać go bliżej. Bo czym można usprawiedliwić morderstwo w imię honoru?

To pytanie kazało mi wniknąć głęboko w jordańską kulturę, zaprowadziło mnie za mury więzienne w Akabie i na bezkresną pustynię w Wadi Rum. Przeglądałam dokumenty sądowe i archiwa prasowe w poszukiwaniu wzmianek o zabójstwach honorowych w latach 1995–2014, aby w końcu sporządzić listę stu trzydziestu dziewięciu nazwisk. To było sto trzydzieści dziewięć kobiet, które zostały zastrzelone, zamęczone elektrowstrząsami, spalone, ścięte toporem, ukamienowane, rozjechane samochodem albo zmuszone do wypicia trucizny. Z powodów takich jak gwałt, niemoralne prowadzenie się, niewierność, stosowanie makijażu lub zbyt późne powroty do domu.

Historie były szokujące, szybko jednak pojęłam, że to nie wśród ofiar znajdę odpowiedź na swoje pytanie. Bo tylko sami sprawcy mogą mi wyjaśnić, czym się usprawiedliwia honorowy mord. Jedynie ojciec, który zabił własne dzieci, wie, co go do tego popchnęło. Jedynie brat, matka albo siostra, którzy brali udział w zabójstwie, wiedzą, co sami potem myśleli i co czuli. Dlatego postanowiłam wybrać się w okolice, gdzie te ofiary dorastały. Chciałam odnaleźć ich siostry, ojców i matki, którzy je zamordowali, aby zapytać: dlaczego.

W ciągu następnych lat spotkałam mężczyzn, których jeszcze jako dzieci zmuszono, by zabili własne matki, chłopców, którym kazano zamordować rodzone siostry, i mężów, którzy z dumą mi opowiadali, jak zamęczyli na śmierć swoje żony.

Historii było wiele, ale jedna różniła się od pozostałych. Spotkałam Aminę, która uszła z życiem, gdy ojciec chciał ją zamordować, i jej ojca Rahmana, który zabił siostrę Aminy, strzelając jej parokrotnie w głowę. Ich historia była wyjątkowa, ponieważ mogłam ją poznać, wysłuchując obu stron.

Nikt przedtem nie obudził we mnie takiego gniewu jak Rahman. I nikogo przedtem nie było mi tak żal jak Rahmana. Bo choć on sam przyznaje, że próbował zabić obie swoje córki i rzeczywiście zamordował jedną z nich, to nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności za swe czyny. Przeciwnie, sam przedstawia się jako ofiara subkultury przedkładającej honor nad życie. Co mnie zastanawia. Bo jeśli zamordował dla honoru, to należałoby chyba się spodziewać, że będzie z tego dumny?

Jednak w oczach Rahmana niewiele widać dumy i honoru. A jego perspektywa podważyła moje własne przesądy. Bo kiedy mowa o zabójstwach honorowych, zwykle kobiety przedstawia się jako ofiary, mężczyzn jako potwory, islam zaś jako przyczynę. Teraz już wiem, że to z gruntu fałszywe rozumienie zjawiska o bardzo złożonej naturze, w którym chodzi o wiele innych spraw. Bo mord honorowy nie ma nic wspólnego z szariatem, Koranem czy islamem. Tu chodzi o kulturę stawiającą honor ponad życie. Którą możemy zakwestionować i zmienić.

„Co sprawia, że ojciec może chcieć zabić własne dzieci?”, spytałam Rahmana pod koniec naszych trudnych rozmów.

„Czym można usprawiedliwić honorowy mord?”, spytałam Aminę, kiedy spotkałyśmy się na pustyni w pobliżu Wadi Rum.

Ich odpowiedzi złożyły się na tę książkę.

Dziękuję wam za wasze opowieści.

I

– Odrąbałbym ci ręce, dokładnie tu – mówi i przeciąga palcem po moim przegubie, potem uśmiecha się i jeszcze raz zapewnia, że dokładnie tak by postąpił, gdyby się dowiedział, że jestem związana z inną dziewczyną.

Patrzę na mój przegub, na moje palce, na pierścionek. Potem znów w ciemnobrązowe oczy mężczyzny przede mną.

– Ale dlaczego? – pytam.

Spogląda na mnie, przez chwilę zwleka z odpowiedzią.

– Bo przyniosłabyś hańbę rodzinie. Bo zasłużyłabyś na śmierć albo przynajmniej na obcięcie rąk.

Rahman Abd al-Kadir, lat sześćdziesiąt cztery, pociąga dym z fajki wodnej i odchyla się do tyłu. Opodal biegną ruchliwe ulice Ammanu. Wedle statystyki dziewięćdziesiąt sześć procent przechodniów podziela jego opinię[3]. Uważają, że homoseksualizm jest niemoralny. Dziewięćdziesiąt siedem procent jest zdania, że państwo nie powinno go tolerować. Jestem w tym kraju osobą niepożądaną. Z powodu mojej orientacji.

– Zna pan kogoś, kto jest związany z osobą tej samej płci? – pytam.

Podnosi na mnie wzrok.

– Nie!

– Skąd pan wie? – pytam i ściskam filiżankę z kawą tak kurczowo, że bieleją mi kostki.

– Wiedziałbym przecież, gdybym spotkał niewiernego – mówi i szybko dodaje: – Rozpoznałbym to po oczach gadziny. – Potrząsa głową z dezaprobatą.

– No tak. Inszallah, jeśli Bóg pozwoli – odpowiadam i przenoszę wzrok na jeden z minaretów w tle. Gdy mrużę oczy, jego szczyt wygląda jak kapelusik na głowie mojego rozmówcy. Morderca z minaretem na głowie, myślę. Wygląda, jakby był zły. Wiercę się na krześle. Bluzkę mam wciąż mokrą od potu, ponieważ wcześniej tego dnia biegałam między biurami służby bezpieczeństwa, próbując uzyskać zezwolenie na wizytę w kobiecym więzieniu w Ammanie, gdzie podobno przebywa jego córka Amina. Myślę, jaki to absurd. Że ją uwięziono, podczas gdy człowiek, który próbował ją zabić, żyje na wolności.

Szukałam go ponad rok. Miesiącami planowałam ten wywiad. Nawiązałam właściwe kontakty. Próbowałam skłonić go do spotkania za pośrednictwem przyjaciół i znajomych. Już miałam dać za wygraną, gdy nadszedł od niego esemes: jest gotów się ze mną zobaczyć. Wyjaśniłam mu wcześniej, że pracuję nad książką o pojęciu honoru w Jordanii. Że chciałabym z nim porozmawiać, ponieważ cieszy się w swoim sąsiedztwie opinią mądrego człowieka o dużym życiowym doświadczeniu.

Chcąc zrobić z nim wywiad, musiałam kłamać, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo. Zmyśliłam historyjkę o mężu i dzieciach w Norwegii. Zataiłam, że żyję z dziewczyną. Niejedna z tych, które wybrały odważniejszą drogę, spoczywa w grobie na którymś z ammańskich cmentarzy. Pogrzebano je tam, aby zaginął po nich ślad, lecz bezimienne nagrobki nie pozwalają zapomnieć, że kiedyś żyły. Córka człowieka przede mną spoczywa pod jednym z nich.

– To mój obowiązek, bronić honoru rodziny – mówi, ściągając popękane wargi i podkreślając słowa żywym gestem.

Gdy przyszłam do kawiarni, podałam mu rękę. Przywitałam grzecznie człowieka, który by mnie zabił, gdybym należała do jego rodziny. Odrąbałby mi dłonie, gdyby wiedział, kim naprawdę jestem. Teraz jego toporne łapska majstrują przy ustniku fajki wodnej. Prawa dłoń wyraźnie mu się trzęsie. Uciąłby krzywo, myślę. Znów zaciąga się dymem.

 

Wpatruję się w jego oczy, zmarszczki śmiechowe, bujną brodę. Wiem, że ponad trzydzieści lat temu próbował zabić obie swoje córki. Zastanawiam się, co kazało mu je torturować tamtego ranka, podczas gdy nad ulicami Ammanu niosły się zaśpiewy muezinów. Może wstał parę godzin wcześniej, aby jak zwykle napić się swojej mocnej arabskiej kawy? Przejrzał się w lustrze ostatni raz, nim postanowił zabić własne dzieci?

Słyszałam tę historię z ust młodszej córki. Teraz chcę poznać jego wersję.

– Niech mi pan opowie o swoich dzieciach – zwracam się do niego. – O rodzinie, o pana plemieniu i domu.

Patrzy na mnie. Otwiera i zamyka usta. Potem palcami przeczesuje brodę, pochyla się ku mnie.

*

Gdy słowo „honor” pierwszy raz pojawiło się w jego życiu, Rahman miał dziesięć lat. To był bezchmurny czerwcowy dzień i rozżarzona kula słońca wisiała wysoko nad jordańską pustynią. Rahman i jego starszy brat Nasir stali ramię w ramię na jednym z targowisk pod Ma’anem – miastem leżącym ponad dwieście kilometrów od stolicy, Ammanu, w południowej części Jordanii, gdzie swoje piętno odcisnęła konserwatywna kultura beduinów.

W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku Ma’an był ważnym skrzyżowaniem szlaków i naturalnym miejscem postoju dla pielgrzymów z Jordanii, Libanu, Izraela czy Palestyny zmierzających do Mekki w Arabii Saudyjskiej. Zjeżdżali się tu pątnicy ze wszystkich plemion i warstw społecznych – z plemion Wadi Sirhan na północnym wschodzie Jordanii, Bani Sachr w centrum, Huwajtat na południu, a także palestyńscy podróżni z Beer Szewy. W tamtych czasach tylko siedem procent ludności kraju nadal stanowili koczownicy, ale w Ma’anie można było zobaczyć rozległe skupiska czarnych, długich i wąskich namiotów czepiających się zboczy podmiejskich wzgórz.

Rahman i jego rodzina nie należeli do żadnego plemienia beduinów, lecz do częściowo osiadłego rodu z okolic Ma’anu. Mieszkali zwykle w jednym miejscu przez okrągły rok, w czymś w rodzaju niedużej wioski. Rodzice, stryjowie i dziadkowie ze strony ojca hodowali owce i kozy, zarabiając na życie handlem wymiennym.

Tego dnia musiało być co najmniej czterdzieści stopni. Rahman miał na sobie jasnoniebieską dżalabiję z paroma żółtymi plamami po obiedzie z poprzedniego dnia. Pot sączył się z niego, perlił się na ramionach i skapywał na suchy piasek pustyni. Rahman był dumny, że jest na targu z Nasirem, najpopularniejszym chłopakiem w szkole, znanym ze swego donośnego głosu i długiej ciemnej brody. Nasir miał więcej zarostu na twarzy niż reszta klasy razem wzięta na głowach, mawiał ojciec i dodawał, że brat wyglądał na dorosłego mężczyznę już jako dziesięciolatek. Jego słowa sprawiały, że Rahman czuł się mały i nic niewart, bo właśnie też już skończył dziesięć lat, ale na brodzie miał zaledwie cztery jasne włoski.

Rahman uwielbiał przebywać z bratem sam. Mógł wtedy robić, co mu się podoba, a ojciec o niczym nie wiedział. Z Nasirem wszystko było dozwolone, i dopóki był obok niego, nikt nie ważył się mu dokuczać.

Na małym placu ludzie tłoczyli się wokół dołu w gorącym piasku. Mężczyźni wyciągali szyje, a kobiety stawały na palcach, żeby lepiej widzieć. Mlaskały językami, pogadywały z sąsiadkami, dreptały tam i z powrotem, żeby znaleźć najlepsze miejsce.

Wcześniej tego ranka Rahman nie miał odwagi iść na targ. Bał się, że zacznie krzyczeć albo zwymiotuje, albo, w najgorszym razie, się posika. Ale teraz, gdy już się tu znalazł, przestał się bać, jak zareaguje. Nasir stał tuż obok niego i wyglądał bardziej na zaciekawionego niż wystraszonego tym, co miało nastąpić. Rahman pomyślał, że wszystko pójdzie dobrze, jeżeli tylko będzie zachowywał się jak starszy brat.

W dole, na drodze, pojawiła się czarna jak smoła furgonetka podskakująca na wybojach. Zebrany tłum zamarł, odwróciły się głowy.

Za samochodem pędzącym przez piaszczysty teren wzbijała się kłębiasta chmura kurzu, która zawisła na jaskrawobłękitnym niebie.

– Niech Allah ma nas w opiece – wyszeptała jedna z kobiet w pobliżu. Rahman spostrzegł, że ma zaczerwienione oczy.

Pomyślał o Masumie. O jej zabawnym małym nosku i oczach, które były szafirowe w słońcu, za to zielone w cieniu. Wyglądała inaczej niż pozostałe dzieci, jej rodzina wywodziła się spoza Jordanii. Przypomniał sobie, jak chwaliła się, że jest od niego silniejsza. „Masuma mocna”, przedstawiła mu się, gdy pierwszy raz się spotkali. Nie była jak inne dziewczynki. Przypominała raczej chłopca. Małego chłopca w hidżabie i czerwonych sandałkach.

Furgonetka zahamowała ostro na skraju placu, obrzucając tłum tysiącem ziaren piasku. Kobiety odwracały głowy i zakrywały twarze szalem, żeby ochronić oczy.

Z samochodu wysiedli dwaj mężczyźni, których Rahman nigdy wcześniej nie widział. Jeden miał turban i bujną brodę do piersi. Twarz drugiego, poza wąską szczeliną na oczy, całkiem zasłaniał czarny szal.

Strasznie wygląda, pomyślał Rahman, widząc ciemne oczy obcego, który intensywnie wpatrywał się w tłum.

– To najstarszy stryj – wyszeptał Nasir, wskazując na mężczyznę w czerni. Rahman słyszał o nim wcześniej, że to uczony mąż, który potrafi rozsądzić między dobrem a złem. Nie żaden zwykły człowiek jak Rahman czy Nasir. Przypuszczalnie przybył z Arabii Saudyjskiej lub z Iraku, gdzie mędrcy zdobywali wykształcenie w porządnej madrasie – uczelni, w której studiowali islam.

Salam alejkum – powiedział ten w czarnym ubraniu i utkwiwszy wzrok w jednym z mężczyzn w tłumie, podszedł do niego. Ten, jak się okazało, był ojcem Masumy; drobny, wątły człowieczek o ciemnej twarzy pooranej zmarszczkami. Nos miał płaski, szeroki, a oczy przekrwione od słońca. Głowę zakrywała mu klasyczna chusta w czerwoną kratę, zwana hatta, jaką nosi większość beduinów, opasana agalem z grubego czarnego sznura. Wyglądał na smutnego, lecz przywitał przybysza z szacunkiem.

Ten w czerni otworzył skrzynię ładunkową furgonetki i w środku ukazała się para dziecięcych stóp. Przez tłum zebranych znowu przebiegł szmer. Mężczyzna schylił mocny kark, podniósł dziewczynkę z samochodu i ostrożnie postawił ją na ziemi. Miała na sobie biały strój, kontrastujący ostro z czarnym mężczyzną i brązowym krajobrazem.

To Masuma, rozpoznał Rahman, i zauważył, że mała ma na stopach ciemnoczerwone sandałki, które tak bardzo lubiła, prawie nieużywane.

– Zakopią ją z jej wszystkimi rzeczami? – zapytał brata, ale Nasir tylko spojrzał na niego z góry i powiedział mu, żeby nie zadawał głupich pytań.

Ten w czerni kazał Masumie iść w stronę dołu w piachu, wokół którego czekał tłum. Podniosła oczy na obcego mężczyznę i zmrużyła je od słońca. Potem ruszyła przed siebie niepewnie, a Rahman zobaczył, że ręce ma związane z tyłu.

– Czemu związali jej ręce?

Brat popatrzył na niego i pokręcił głową.

Kiedy Masuma brnęła przez pustynny piach, Rahman poczuł, jak z każdym jej krokiem narasta podniecenie tłumu. Próbował spotkać jej wzrok, ale ona nie zwróciła na niego uwagi. Może go nie widziała wśród tych wszystkich obcych dorosłych. A może tylko udawała, że nie widzi. Jak zawsze, gdy była smutna albo zła.

Miał ochotę pomachać do niej, lecz ona nie podnosiła głowy. Wbiła spojrzenie w cień na piasku, jej i człowieka idącego przy niej. Może liczyła swoje ostatnie kroki.

Wygląda inaczej niż zwykle, pomyślał Rahman. Włosy miała zmierzwione. Ciało zmizerniałe.

– Masuma – wyszeptał, ale go nie usłyszała przez gwar tłumu.

Przez moment zapragnął, żeby wszystko mogło być jak dawniej. Żeby znów mogli się spotkać. Jak już będzie po wszystkim. Chciał ponownie usłyszeć jej śmiech i zobaczyć kształtny charakter pisma zdobiący jej książki. Z kim ma się bawić i kogo ma winić, jeżeli ona teraz zniknie? Masuma nigdy go nie zdradziła. Nie wypaplała, że to on podkradał świeży chleb, ledwo co upieczony przez jej mamę. Że brał go do domu, dla rodziny. Masuma nigdy go nie spytała dlaczego. Nie wybrzydzała na brudne ciuchy, w których chodził. Nie zwymyślała go, gdy ukradł papier z jej szkolnego plecaka. Obrzuciła go tylko wymownym spojrzeniem – i na tym koniec, rozumiała. Zła była jedynie wówczas, kiedy ją wyśmiewał przed innymi dziećmi. Nikt nie potrafił się tak złościć jak ona wtedy.

Może kiedyś by się pobrali, pomyślał Rahman, ale teraz ona to zaprzepaściła. Zgrzeszyła cudzołóstwem, tak powiedział Nasir, chociaż Rahman nie całkiem rozumiał, co to znaczy. Jeszcze nie wiedział, czym sobie zasłużyła na tę karę, słyszał tylko, jak jego ojciec mówi, że to ohydne karać w ten sposób jeszcze dziecko i że ci, którzy chodzą oglądać coś takiego, nie rozumieją islamu.

Rahman rozejrzał się dokoła, patrzył na mężczyzn i kobiety. Wyglądali zwyczajnie, jak ludzie, ale żadna z kobiet nie miała rozpuszczonych włosów i nie była ubrana w sukienkę jak jego mama. Kobiety miały na sobie madragi – czarne stroje kryjące je od stóp do głów – albo sauby – długie czarne suknie zdobione różnymi haftami. Mężczyźni zaś nosili tradycyjne dżalabije, jasnobrązowe, niebieskie lub szare. Większość kobiet miała na głowach szale.

Pośrodku tłumu tamten obcy kazał Masumie się zatrzymać. Przystanęła, podniosła wzrok na zgromadzonych dookoła. Oczy miała błyszczące, dolna warga lekko jej drżała. Wszyscy byli wyżsi i starsi niż ona. Pewnie myślała, że jest tu jedynym dzieckiem, bo nie spostrzegła ani jego, ani Nasira. Znowu spróbował wspiąć się na palce i wyprężyć, ale ona nadal go nie widziała.

– Klęknij – powiedział ten w czerni.

Masuma jeszcze raz spojrzała na stojących w kręgu ludzi, potem przysiadła i spuściła nogi w czerwonych sandałkach do wąskiego dołu. Zsuwała ciało powoli, aż stopy dotknęły dna. Ziemia sięgała jej teraz do ramion, bezwładne ręce spoczywały przed nią na piasku.

– Opuść ręce wzdłuż ciała i patrz w dół – rzucił mężczyzna i ciężką dłonią zgiął jej kark. Rahman podniósł oczy na brata, który bawił się suwakiem swojej kurtki i niespokojnie przebierał nogami. Raz po raz się rozglądał, prawdopodobnie żeby się upewnić, że nikt, kto mógłby ich rozpoznać, nie odkrył, że tu są. Rahman popatrzył znowu na Masumę i poczuł, że właściwie nie chce tutaj być. Ale już było za późno, nie miał odwagi odwrócić się i zwiać. Nie chciał wyjść na smarkacza. Mężczyźni wokół niego wciąż coś dogadywali, czasami uśmiechali się szyderczo, wskazując na Masumę. Nie czuli lęku ani grozy, Rahman wolałby być taki jak oni.