Czarne tango

Tekst
Z serii: Czarna Seria
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



—————————

Warszawa 2013

Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

1. Turystka ze Szwecji

2. Blogerka ze Sztokholmu

3. Dziecko ze Sztokholmu

4. Pacjentka z Vimmerby

5. Samobójcy ze Sztokholmu

6. Dziewczyna z klubu Pussycat

7. Mężatka z hotelu Park Tower

8. Ciężarna znad jeziora Skiresjön

9. Dziewczyna z garażu w Saltsjöbaden

10. Topielica znad jeziora Skiresjön

11. Kobieta z dziecinnego pokoju

12. Chłopiec z baraku

13. Mężczyzna z Buenos Aires

14. Matka ze Szwecji

15. Kochanka ze Szwecji

16. Kobieta z poddasza

17. Imigrantka z Polski

Tytuł oryginału: SVART TANGO

Redakcja: MIROSŁAW GRABOWSKI

Korekta: EWA JASTRUN

Projekt okładki: AGATA JAWORSKA

Adaptacja okładki i skład: DARIUSZ PISKULAK

DTP: MARCIN LABUS

Zdjęcia na okładce:

129938128 - Yadid Levy/age fotostock/Getty Images/FPM162521037 - Trish Punch/Lonely Planet Images/Getty Images/FPM167439597 - Alfredo Maiquez/Lonely Planet Images/Getty Images/FPM

Copyright © Lena Oskarsson, 2013

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2013

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-7554-754-2

Wydawnictwo Czarna Owca

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

tel.: (+48 22) 616 29 36

fax. (+48 22) 433 51 51

e-mail: wydawnictwo@czarnaowca.pl Zapraszamy do naszego sklepu internetowego: www.czarnaowca.pl

Konwersja: eLitera s.c.


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej na www.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

Markusowi, Magnusowi i Arundhati

Tango to smutna myśl, którą się tańczy.

Enrique Santos Discépolo

1

TURYSTKA ZE SZWECJI

Pięć lat wcześniej,

Buenos Aires

– Buenos Aires to raj dla samotnych kobiet – odezwał się recepcjonista w hotelu Park Tower.

Szwedka z pokoju numer 1205 wyglądała na smutną. Wzięła klucz, poszła w kierunku windy i wjechała na dwunaste piętro.

Pokój był doskonale wyciszony. Cały w bieli, pachniał środkiem dezynfekującym. Czuła się, jakby ktoś zamknął ją w szpitalnej izolatce. Serce biło nierówno, z wysiłkiem. Powracały złe wspomnienia. Zdecydowała, że natychmiast wyrwie się do miasta. Wróci dopiero rankiem, lekko pijana i potwornie zmęczona. Prześpi następny dzień i jakoś dotrwa do odlotu. Chciała być już u siebie, w Sztokholmie.

Miała nadzieję, że wszystkie ślady zostały usunięte. Wejdzie do czterech ścian, które nie będą jej się z niczym kojarzyć. Pozostanie tylko jedna pamiątka. Zakopana w ogrodzie, za pergolą. Właśnie dlatego nie wyprowadziła się do nowego domu. Nie potrafiła. Może kiedyś w przyszłości, gdy stanie się silniejsza...

Hotelowe mydło ślizgało się w rękach. Wzięła zimny prysznic. Włożyła lnianą sukienkę, płócienne sandały na koturnie i opuściła hotel.

Był początek upalnej nocy. Spacerowała wąskim chodnikiem, zatłoczonym przez hałaśliwe grupki. Ludzie wpadali na nią, potrącali i bez słowa szli dalej. Czyżby stała się niewidzialna? Powoli stawiała krok za krokiem. Szła bez celu. Dokądkolwiek. Tam, gdzie oczy poniosą.

W końcu zawędrowała w ciemne uliczki z dala od tłumu, aż do lichego lokalu Promesa Amarga. Nazwa pasowała jak ulał. „Gorzka Obietnica”. Nic więcej i nic mniej. Opary taniego wina mieszały się z zapachem spoconych tancerzy. Przeważali miejscowi robotnicy, było też trochę turystów. Wszyscy mieli taki wyraz twarzy, jakby pragnęli nie tyle tańczyć, ile zatańczyć się na śmierć.

Turystka ze Szwecji przyciągała spojrzenia. Piękna twarz, długie blond włosy i biżuteria. Pomyślała, że powinna być bardziej przezorna. Nie chodziło o pierścionki i kolczyki. W hotelowym sejfie powinna była zostawić tylko ten list. To jej relikwia.

Szybko przełożyła pasek przez głowę i przycisnęła do brzucha torebkę. Potem z trudem przepchała się pomiędzy tańczącymi parami w kierunku kontuaru.

Usiadła na wysokim stołku. Metalowe chybotliwe nogi i klejące się siedzenie ze skaju. Niewygodnie, ale za to blisko wina. Piła czerwone, niezbyt kwaśne, zaskakująco dobre.

Z nudów obserwowała jedną z tancerek. Kobieta wyglądała na niemiecką księgową po sześćdziesiątce. Zniszczona przez czas tania podróbka Claudii Schiffer. Sunęła w objęciach lokalnego przystojniaczka z niższej półki. Tańczyli policzek przy policzku. Z zamkniętymi oczami. Powoli. Zgodnie, chociaż nie do rytmu. Dobrze im wychodziła ta miłość instant.

Caminito que el tiempo ha borrado, que juntos un día nos viste pasar, he venido por última vez, he venido a contarte mi mal – zawodziła pieśniarka. Wydawało się, że gardło ma przeżarte alkoholem i melancholią.

Tango Caminito. Turystka ze Szwecji nie rozumiała jego słów. Nie wiedziała, że ich autorem jest Gabino Coria Peñaloza. Zobaczyła swoje odbicie w barowym lustrze. Szybko opuściła głowę i bezmyślnie zagapiła się w lepki blat.

Nagle jakiś mężczyzna porwał ją na parkiet. Gwałtownie. Wszystko stało się tak szybko. Była zbyt słaba, żeby się opierać.

Przyciągnął ją do siebie, a ona dała się prowadzić. Mimo zadyszki i przesyconego dymem powietrza, które rozrywało płuca. Pospieszne kroki i ostre obroty. Takiego tanga nie zaczyna się grzecznym skinieniem głowy i nie kończy ukłonem na parkiecie. Mieszkańcy Buenos Aires mówią, że to gad, który uciekł z burdelu.

Chłonęła ostrą woń potu tancerza. Wszyscy jej kochankowie pachnieli prawie jak niemowlęta. Żadnego brudu. Prysznic zaraz po seksie. Woda toaletowa rozpylona w sferach intymnych.

Ten przynajmniej nie udawał. Był samcem i chciał mieć przed sobą tylko samicę. Rozchylał i zaciskał usta. Jakby ssał niewidoczną szyjkę butelki. Popielaty język zatrzymywał się na granicy czerwieni, a żuchwa poruszała niespokojnie. Otwarte oczy z przekrwionymi białkami. Rozbiegane i nieobecne. Nie chciał pochwycić jej wzroku. Nie pragnął kontaktu. Patrzył przez nią, jakby była przezroczysta. Jakby w ramionach trzymał tylko jej ducha. Widmo kobiety, którą była. Jakby tańczył solo.

Po dwóch latach cierpienia jej ciało odzyskiwało zdolność odbierania przyjemności. Zaczynała czuć wilgoć między udami. Brodawki zesztywniały. Policzki płonęły, jakby w czasie tańca on wchodził w nią i wychodził, a przecież tylko jej dotykał. Jak tancerz tancerki.

Trafił mi się idealny łajdak do tańca, pomyślała. Porządni chłopcy nie potrafią tak prowadzić kobiety.

Caminito que el tiempo ha borrado, que juntos un día nos viste pasar, he venido por última vez, he venido a contarte mi mal – niestrudzenie śpiewała pieśniarka.

Nagle on gwałtownie zwolnił tempo, nachylił się i językiem zmusił ją, by uchyliła wargi.

 

Była uległa. Bardzo posłuszna. Robiła, co jej kazał.

Językiem zaczęła pieścić wnętrze jego ust. Odważnie i najlepiej jak umiała. Przykładała się do tej roboty, choć odnosiła wrażenie, jakby lizała ostry nóż.

A może właśnie dlatego to robiła?

2

BLOGERKA ZE SZTOKHOLMU

1 maja, wtorek,

nad jeziorem Skiresjön

Mężczyźni znad jeziora Skiresjön twierdzili, że pięćdziesięcioparoletni Anders Madstedt wygląda jak po nieudanej operacji plastycznej twarzy.

Znał każde drzewo w lesie. Zaczynał i kończył dzień, okrążając jezioro. Raz było granatowe, prawie czarne, kiedy indziej sinozielone. W bliskim sąsiedztwie wody czuł się spokojny. Odpowiadało mu, że nikogo tam nie spotykał i nie musiał tracić czasu na głupie rozmowy. Gdy chciał pogadać, szedł na stację Statoil napić się kawy.

Ale tego chłodnego dnia w samym środku lasu natknął się na kobietę. Wolno paliła papierosa, oparta o pochylone drzewo. Lekko znudzona, patrzyła w stronę szuwarów. Szybko schował się za gruby pień i przyczajony obserwował.

Wyglądała jak z obrazka. Doskonałe ciało. Piękna jasna twarz w aureoli ciemnych włosów. Krótka sukienka, do tego czarne podkolanówki przydające nieznajomej dziewczęcego wdzięku. Nie była zbyt blisko, ale i tak do nozdrzy Andersa dochodził zapach jej perfum. Pachniała świątecznie. Trochę jak te kruche ciastka, które matka piekła pod koniec adwentu. Żadna z tutejszych tak nie pachniała. Ani tak nie wyglądała. Żadna.

Westchnął zbyt głośno. Usłyszała go i zląkł się, że ucieknie. Ale ona tylko odwróciła głowę w jego kierunku i uśmiechnęła się. Nie spuszczała zeń oczu. Aż się spocił od naporu tego spojrzenia, mimo to zdobył się na odwagę i zrobił krok do przodu. Tylko jeden mały krok, żeby być bliżej niej.

Niepotrzebnie się bał. Nie uciekła. Zrobiła taką minę, jakby właśnie na niego czekała.

Usłyszał jej głos:

– Jej! Ale jesteś... – Przez moment szukała odpowiedniego słowa, lecz w końcu zapytała tylko: – Mogę zrobić ci fotę? – i zaczęła czegoś szukać w przewieszonej przez ramię torebce.

Pomyślał, że może śni. Podszedł jeszcze bliżej. To nie może być prawda. Niedawno odławiał szczury, a teraz stoi przed nim najpiękniejsza kobieta świata. I jeszcze mówi wprost, że on jej się podoba. Poczuł od niej lekki zapaszek alkoholu, to fakt, ale nie była pijana. Raczej wprawiona w dobry nastrój.

Wyciągnęła komórkę, a kiedy przykładała do niej oko, patrząc w jego stronę, Anders zdał sobie sprawę, że właśnie teraz nerwowy tik szatkuje mu policzek od oka do żuchwy. Przypomniał sobie, jak się z niego naśmiewali. Rechotali, dowcipkując, że jego twarz wygląda, jakby ktoś przeszczepił mu tam skórę z jaj.

Ale kobieta była zadowolona. Aż rozstawiła nogi z radości, kiedy oglądała ujęcie na wyświetlaczu.

– Fajne! – pisnęła z zachwytu. – Jak masz na imię?

– Anders – odparł, a potem niespodziewanie dla samego siebie wszystko jej opowiedział. Nie miał pojęcia, dlaczego tak się rozgadał. Mówił o mrówkach w wielkim kopcu, o latach, kiedy był chłopakiem, o zimach, które przesypiał w psiej budzie, choć na dworze było minus dwadzieścia. O matce i jej chorobie.

Nigdy nikomu się nie zwierzał. Nie lubił wspominać tamtych czasów, ale ona po prostu go słuchała. Ani na ułamek sekundy nie spuszczała z niego wzroku, a w pewnym momencie szybko zdjęła bluzkę. Nie nosiła stanika. Miała drobne piersi obsypane rdzawymi piegami.

– No... chodź – powiedziała już całkiem stanowczo.

Ujęła jego wielkie, mięsiste dłonie i zaczęła pocierać nimi brodawki.

Rzucił się na nią. Najpierw poszło mu za szybko, ale za drugim i trzecim razem trwało to tyle, ile ona potrzebowała.

Kiedy było już po wszystkim, wyczerpany legł na plecach. Dyszał, a ona sunęła ustami po jego ciele. Po jakimś czasie zrozumiał, że przyszła kolej na niego. Zaczął ją lekko tarmosić i szczypać ustami.

W pewnym momencie jedna z jej podkolanówek zsunęła się prawie do kostki i zobaczył tatuaż. Od kolana w dół. Atramentowy rysunek przedstawiał mnóstwo mniejszych i większych cipek.

Anders znieruchomiał. Nigdy czegoś takiego nie widział. Chciałby patrzeć dłużej, ale ona niespokojnym, szybkim ruchem naciągnęła materiał aż za kolano i usiadła.

Wyjęła z torebki szminkę i pomalowała usta. Z bliska jej zęby nie były już takie białe. Ten z przodu całkiem zszarzał, a kolejny się ukruszył. Pod oczami miała cienie, a ręce wyglądały jak po ukąszeniach komarów.

Zauważyła jego wzrok:

– Nadal ci się podobam?

– Tak – wydukał zawstydzony. – Bardzo. Jesteś najpiękniejszą kobietą świata.

Parsknęła śmiechem tak głośnym, że aż kropelki śliny spadły mu na twarz. Ukradkiem wytarł się wierzchem dłoni. Znowu poczuł kwaśny odór alkoholu.

Podparła się na przedramieniu i spojrzała mu w oczy.

– Przypominasz mi zwierza. Leśnego. I kompletnie dzikiego.

Szybko sięgnęła po bluzkę, wstała i włożyła ją przez głowę.

– Mieszkasz tu gdzieś? – zapytała.

Przytaknął i wskazał ręką dom. Z tej odległości widać było tylko ciemny dach i fragment bordowej ściany.

– Nie nudno ci?

– Wcale – zaprzeczył zbyt gwałtownie.

Znów parsknęła śmiechem.

– A gdzie zabito te kobiety?

– Tam wyżej – pokazał, wysuwając podbródek.

– Znałeś je?

– Wszyscy się tu znamy.

– Maczałeś w tym paluchy?

– Co?!

– Majstrowałeś przy tych morderstwach? – zapytała, nie przestając się uśmiechać.

– No co ty...?

– To co złego zrobiłeś?

– Nic – zaparł się. – Nic a nic.

– A może tylko tak ci się wydaje, co?

– Nic nie zrobiłem – odpowiedział głośniej. – Ja tylko zabijam szczury.

Zmierzwiła mu czuprynę jak małemu łobuziakowi.

– Masz rację, jak nie będziemy zabijać szczurów, wlezą nam na głowę. I co wtedy zrobimy? – Spojrzała na niego uważniej. – Muszę iść.

Wstydził się ją zatrzymać.

Pomachała mu, a on patrzył, jak odchodzi.

Poszła wzdłuż jeziora w kierunku stacji benzynowej. Pewnie zostawiła tam samochód. Znikała za drzewami i wyłaniała się za następnymi.

A kiedy już całkiem stracił ją z oczu, podniósł się, nabierając w garść igliwia zmieszanego ze spermą. Uszedł parę metrów i wrzucił to w mrowisko.

Dopiero wtedy wciągnął majtki, włożył spodnie i zapiął rozporek.

18 czerwca, poniedziałek,

Sztokholm

Anne-Marie Sigfridsson zaczęła tydzień od wpisu na swoim blogu:

Już odliczam dni do wyjazdu. W sobotę Maraton Czarnego Tanga. Trzymajcie kciuki! Mam zamiar ostatnia zejść z parkietu!

Potem zerknęła na licznik. Całkowita liczba odwiedzin – 121031. Odwiedzających dzisiaj – 34, on line – 12 osób, a jest dopiero dziesiąta rano!

Kiedy dwa lata temu zakładała internetowy poradnik makijażu, Pięćdziesiąt twarzy Anne-Marie, nawet nie przypuszczała, że wkrótce odniesie swój mały sukces.

Odeszła od biurka i pobiegła do garderoby. Spryskała nagie stopy lakierem do włosów, a potem wsunęła je w buty do tanga. Po latach spędzonych w sportowym obuwiu, idealnym do spacerów z dzieckiem, na obcasach od razu poczuła się bardziej kobieco.

Wyprostowała się, zrobiła parę ruchów, a potem tanecznym krokiem przeszła do salonu.

– Amelko, jak ci się podoba mamusia? – zapytała. – Zobacz. Mam nowe buciki do tanga.

W różowym dresie mała wyglądała tak słodko. Siedziała na dywanie i bawiła się klockami. Oczywiście były różowe. Pięciolatka wkroczyła w okres różowy i uznawała tylko ten kolor.

– Podobam ci się?

– Mama jest ładna – odpowiedziała zbyt cicho Amelia.

Anne-Marie zamartwiała się o córkę.

„Szczęśliwe dzieci nie są grzeczne – skarżyła się mężowi.– Rozpiera je energia. Coś musi jej dolegać”.

„Przesadzasz. Nic jej nie jest” – odpowiadał znudzonym głosem Widmar.

„Niby nic jej nie dolega, ale jakby brakowało jej... jakiejś mocy...”

„Mocy! – zakpił. – Chcesz, żeby miała turbodoładowanie w tyłku?!”

„To twoja córka! Mówisz o niej jak o dziwce!”

„Teraz to ty przesadziłaś! – Widmar podniósł głos. – Mała nie jest taka jak ty. Jest rozsądna. To wszystko”.

„Pięcioletnie dziewczynki nie są rozsądne” – upierała się Anne-Marie.

Wtedy Widmar tak na nią spojrzał, że gdyby można było zabijać wzrokiem, już leżałaby martwa.

„To chyba ty nie potrafisz być szczęśliwa, co? – zasyczał. – Zawsze szukasz dziury w całym. Przecież masz wszystko! Do cholery, Anne-Marie! Całe dnie i noce siedzę w studiu, żebyś miała wszystko!”

Może gdy wyjadą razem potańczyć, między nimi się poprawi.

Kilka tygodni temu, na skrzynkę pocztową bloga dostała zagadkowego maila:

Hej, Anne-Marie,

Twoje pomysły na malowanie oczu do tanga i salsy były nieziemskie! Musisz być z nami w noc świętojańską! Oprócz butów do tanga spakuj też męża i córkę. Życie dostarcza nam samych przykrości, o przyjemności musimy zadbać sami. Czekamy! Nie zawiedź fanów swojego bloga.

Oto szczegóły i mapa.

Flash mob: Czarne Tango

Planowane działanie: maraton tanga

Czas: noc świętojańska

Miejsce: molo nad jeziorem Skiresjön.

Flash mob. Co to właściwie jest?

Wyszukała w Google: NIEZNANI SOBIE LUDZIE SKRZYKUJĄ SIĘ PRZEZ INTERNET CZY SMS, ŻEBY DOBRZE SIĘ ZABAWIĆ.

Czyste szaleństwo! – pomyślała. Odkąd rok temu popełniono tam morderstwa, jezioro Skiresjön zrobiło się na swój sposób modne. Było jej wszystko jedno, dokąd wyjedzie. Wyrwie się z domu i spędzi czas z normalnymi ludźmi, a nie tymi snobami ze świata reklamy, którymi otaczał się Widmar.

Zerknęła na Amelię. Dziewczynka cicho siedziała na różowym kocu.

– Znowu jesteś smutna?! Dziecko!

– Amelia nie jest smutna – padła smętna odpowiedź.

– Pojedziemy nad cudowne jezioro, a potem wstąpimy do Świata Astrid Lindgren – próbowała ją rozweselić. – Zobaczysz konia w kropki i Pippi.

Mała nawet nie zerknęła w stronę matki. Ze skupioną miną wczepiała jeden klocek w drugi.

– Zobacz, jak mamusia tańczy! – wykrzyknęła Anne-Marie w stronę córki. Starała się być maksymalnie podekscytowana. W ten sposób chciała ją nauczyć entuzjazmu.

Dziewczynka podniosła głowę znad klocków. Postawiła już całkiem dużą budowlę.

– Ależ piękny zamek! – Anne-Marie uśmiechnęła się przesadnie. – A jaki piękny ten lakier! – pochwaliła malutkie paznokcie. – Już dawno nie widziałam tak różowego różu!

Chciała wycmokać córkę w nadgarstki, ale Amelia delikatnie wymknęła jej się z ramion i nerwowo zaczęła grzebać w koszyku z klockami.

– Co ci jest? Powiedz mamusi... – zachęcała Anne-Marie.

Usta małej wygięły się jak do płaczu.

– Ale tato nie będzie zadowolony z moich paluszków.

– Dlaczego?! Masz najpiękniejsze paluszki na świecie!

Anne-Marie szybko podbiegła do córki. Objęła ją. Dziewczynka pachniała poziomkowym mydłem.

– Ten lakier chyba nie jest eko... – wydusiła, pokazując paznokcie.

– Ależ jest bardzo eko – pocieszyła ją matka, przytulając i kołysząc. – To jest najzdrowszy i najbardziej ekologiczny lakier. Zatańczymy! Chodź! – Próbowała wyciągnąć Amelię na środek salonu, ale ona skuliła się i pokręciła głową.

Anne-Marie ciężko westchnęła. Może to o takich dzieciach się mówi, że mają stare dusze.

Wstała i poszła w kierunku szafki ze sprzętem. Włączyła muzykę. Z okazji maratonu kupiła nowe płyty z klasycznymi argentyńskimi tangami.

Caminito que el tiempo ha borrado, que juntos un día nos viste pasar, he venido por última vez, he venido a contarte mi mal – zaśpiewał mężczyzna o szorstkim, zmysłowym głosie.

Caminito que el tiempo ha borrado, que juntos un día nos viste pasar... – zanuciła Anne-Marie i zrobiła kilka kroków, poruszając biodrami.

Zaczęła tańczyć z niewidzialnym partnerem. Ręce trzymała tak, jakby tancerz był od niej znacznie wyższy.

– Tatuś jest niższy od ciebie – skarciła ją Amelia.

Anne-Marie posłusznie opuściła nieco ręce i poczuła ulgę. Tak jest przynajmniej wygodniej. Mięśnie ramion nie były tak napięte i obciążone. W dodatku porada z „Elle” się sprawdziła. Buty przestały ją palić. Lakier do włosów położony na stopy zrobił swoje.

Przecież masz wszystko, pomyślała.

Znowu uniosła ramiona i bezkarnie tańczyła swoje tango z potężnym mężczyzną.

 

– Olé! – krzyknęła tak głośno, że Amelia aż skuliła się ze strachu.

Pięćdziesięcioczteroletni Henrik Hasselberg nie pragnął ani pieniędzy, ani miłości czy zawodowego sukcesu – miał to wszystko od dawna.

W młodości widywano go z różnymi kobietami. Potem znudziło go życie bon vivanta. Ożenił się z Tessan, kilka lat starszą od niego wdową z dzieckiem, pochodzącą z zacnej rodziny von Sydow, tyle że z jej zubożałej gałęzi.

W posagu panna młoda wniosła lęk przed nędzą – pamiątkę po nagłym bankructwie dziadka – a potem szybko zbrzydła i przytyła.

Henrik liczył na to, że urodzi mu potomka, dlatego ciężko przeżył diagnozę o własnej bezpłodności. Z tym większą pasją skupił się na inwestycjach w tereny pod zabudowę na hiszpańskiej riwierze. Miał do tego nosa. W ciągu niespełna dwóch dekad prasa przestała nazywać go playboyem, a okrzyknęła królem nieruchomości.

Zbliżała się gorączka świętojańskiej nocy. Henrik nienawidził tego ogólnokrajowego zrywu do chlania i żarcia w terenie niezabudowanym. Ale Tessan była jak wszyscy. Właśnie wróciła z zakupów, przyniosła pierwsze truskawki i nowinę, że sąsiedzi już się szykują do wyjazdu.

Spojrzał na żonę. Przysiadła na brzegu fotela i łapczywie zajadała się krwistymi owocami. Jak mała dziewczynka. Ten widok niespodziewanie go rozczulił. Henrik dbał o jej finansowe potrzeby, ale nigdy nie był w niej zakochany.

– Chciałabyś gdzieś pojechać? – rzucił.

Chyba obydwoje byli zdziwieni, że porusza ten temat. Rzadko gdziekolwiek wyjeżdżał. Wszystkie decyzje dotyczące firmy podejmował telefonicznie lub drogą elektroniczną.

– Chyba to by mi poprawiło humor. – Tessan przełknęła owoc.

– Ale żadne tam tropikalne bzdety! Mam dość Madery! – powiedział zbyt głośno.

– Przecież wiem. – Wzruszyła ramionami. – Ja marzę o wsi.

– Szwedzka przaśna nuda. Przerażająco przewidywalna – rzucił szybko i odnalazł wzrokiem kopertę na stoliku przy sofie. – Tango... To przecież tylko kroki. Żadna tam idiotyczna galopada w tę i we w tę po parkiecie.

– Masz rację. Tango jest dobre na wszystko – uśmiechnęła się Tessan. – W samą porę przysłali to zaproszenie. – Pochyliła się i wzięła do ręki list. – Elegancka koperta...– Przyglądała się. – Coś czuję, że to z Gold Club Gym. Przysyłali nam już podobne informacje. Musisz być na ich liście VIP-ów... – Zaczęła czytać. – Wiele razy chciałam tam iść. Chyba mają niezłą salę do tańca.

– Do yogi! Nie do tanga! Mają salę do yogi! – Henrik poprawił żonę ze złością. – Byłem tam i nigdy nie widziałem, żeby ktoś tańczył – odburknął.

– W każdym razie takie tango w plenerze to naprawdę wspaniały pomysł. Ubóstwiam taniec. Pamiętasz..? Nasze pierwsze spotkanie... – Tessan rozmarzyła się zbyt ostentacyjnie.

Henrik szybko ukrył twarz za filiżanką herbaty. Po kilku łykach cierpkiego earl greya powiedział:

– Nie wiem, po co się tam zapisałem. Gold Club Gym – wypowiedział z jawną pogardą. – Wszędzie angielskie nazwy. A te ich ćwiczenia na kręgosłup nic mi nie pomogły.

– Byłeś tylko na kilku zajęciach. – Ton głosu Tessan był zawsze irytująco łagodny. Miała zwyczaj przemawiania do męża jak do dziecka.

Przez moment milczeli, a twarz Henrika Hasselberga wyglądała tak, jakby niecierpliwie ważył decyzję.

– Możemy pojechać na ten taneczny wygłup – dokonał wreszcie wyboru. – Pojedziemy – powtórzył. – Czemu nie?

– Zabierzesz mnie? To cudownie! – rozpromieniła się Tessan.

Henrik nie cierpiał słowa „cudownie” i tego szczebiotu, z jakim je wymawiała.

– Ale jak mi się nie spodoba, zaraz wracamy – wycedził.

– Czarne Tango... – Tessan powachlowała się kartką z zaproszeniem. – Tak nazwali ten maraton... Czarne Tango. Ekscytująco, prawda?

Nie odpowiedział. Co w tym ekscytującego? Czarne Tango. Tandetna reklama mocnych wrażeń. Ale specjalnością Tessan był fałszywy entuzjazm. Nauczyła się tego z tych poradników psychologicznych, którymi zagraciła swoją część domu. Z huraoptymizmem rozbierała każde gówno na atomy i jak idiotka cieszyła się z potęgi swojej podświadomości.

Henrik zaczepił wzrok na żonie. Dopiero teraz zauważył, że przewiązała włosy opaską w kolorze truskawek, która wyglądała jak biała wstążka przeciągnięta przez kałużę krwi.

– Pamiętasz film Czyż nie dobija się koni? – zapytał, poprawiając się w fotelu.

– Oczywiście! – roześmiała się zadowolona.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu mąż chciał z nią porozmawiać.

– „Czyż nie dobija się koni?”. Wstrząsające pytanie – zasępiła się melodramatycznie i według Henrika fałszywie. – To był mocny obraz. Biedni ludzie. Chyba bezrobotni... Tańczyli do upadłego. Dniem i nocą. Nie pamiętam, jak to się wszystko skończyło, ale chyba happy endu nie było.

Hasselberg nie spuszczał z niej oczu:

– Najpierw był maraton, a potem rzeź – poinformował spokojnie.

Tessan była pewna: Henrik przemawiał wyjątkowo powoli, bo chciał przedłużać moment przyjemności, jaki wywoływało w nim wypowiadanie słowa „rzeź”.

– Najpierw maraton, potem rzeź – powtórzył i dolał sobie herbaty.

19 czerwca, wtorek,

nad jeziorem Skiresjön

Anders przypomniał sobie słowa ojca: „Na nowych sąsiadów trzeba uważać. Są jak ptaki – widzą wszystko z góry. Mogą więcej zobaczyć”.

Dlatego kiedy szedł napić się kawy na Statoil, lubił nadłożyć drogi i pogapić się na Marianne Fogler.

Zarozumiała dupa ze Sztokholmu. Po co właściwie się tu przeprowadziła? Już kiedyś tu była. Rok temu. Jak zamordowano te baby. Chodziła i węszyła jak policyjna suka. Teraz też nie była milsza. Ledwo odpowiadała na pozdrowienia. W niczym nie przypominała jego leśnej kochanki. Chodziła po męsku, szybko, na rozstawionych nogach. Zwykle w workowatych spodniach i podkoszulku.

Często pływała. Piekielnie dobrze jej to wychodziło. Kraulem, szybko i zamaszyście. Od brzegu do brzegu. Jak młody sportowiec.

Anders zawsze czekał, aż w końcu zmęczy się i wyjdzie z wody. Wilgotna, lekko zdyszana i zadowolona.

Przyszło mu na myśl, że tak właśnie musi wyglądać, jak wyłazi spod chłopa. Wiele razy chciał sobie wyobrazić, jak wychodzi spod jego brzucha, ale kiepsko mu szło. Nawet mu nie stanął. Poczuł gniew i w jego głowie pojawił się plan. Właśnie dziś go zrealizuje. Musi działać, bo lada dzień ci szurnięci mogą się zjechać na maraton.

Zszedł ze zbocza i stanął na wysokości domu Fogler, który dla niego zawsze będzie domem jego przyjaciela – przedwcześnie zmarłego Gunnara.

Okna były otwarte. Jeszcze raz rzucił okiem na jezioro. Zmrużył powieki i zobaczył, że ona pływa, jest daleko.

Sprawdził, czy młotek nie wypadł mu z kieszeni kamizelki. Wszystko w porządku, był tam.

Mocniej ścisnął parciany uchwyt drucianej klatki i podszedł do budynku.

Schylił się. Podrzucił większy kamień. Ten odbił się od okna i po parapecie wślizgnął do środka.

19/20 czerwca, noc z wtorku na środę

Ach, jak dzisiaj pięknie nic nie widać! – pomyślała Marianne Fogler.

Przypomniała sobie te beztroskie dzieciaki z Bullerbyn, które krzyczały: „Ach, jak dzisiaj pięknie kurzy!”.

Zawsze była ciekawa, co się z nimi stało, gdy dorosły? Ze szczęśliwych dzieciaków mogą wyrosnąć bardzo smutni dorośli. Coś o tym wiedziała.

Stała w oknie i popijając alkohol, patrzyła na wodę. Mgła coraz szybciej parowała z powierzchni jeziora.

Wzięła z parapetu lornetkę i zobaczyła, że molo na drugim brzegu zostało już poszerzone, pomalowane na czarno i udekorowane lampionami na obchody nocy świętojańskiej.

Widoczność szybko się psuła. Miała wrażenie, że jej nowy dom został wrzucony w kosmos z waty. Nie było to fajne uczucie.

Odłożyła lornetkę, dopiła alkohol, usadowiła się w fotelu i przykryła dzierganym pledem. Miała zamiar, jak zawsze, zdrowo pospać w tej skulonej i mało komfortowej pozycji.

Ale nie było jak wczoraj.

Najpierw usłyszała szuranie. Gdzieś w głębi domu. Szybko zlokalizowała źródło dźwięku. W sypialni.

Pomimo oporów podniosła się i stanęła na palcach, nadsłuchując. Odstawiła kubek i zebrała się w sobie. Meksykańska wódka zawsze zgubnie dodawała jej odwagi. Nie powinna pić, siedząc sama w domu na odludziu.

Ruszyła. Z każdym krokiem nabierała pewności, że po sąsiednim pokoju ktoś chodzi. Ale kto? Podsłuchiwała. Jakoś dziwnie chodzi. Jakby chaotycznie, od okna do łóżka. Potem po skosie, aż do bieliźniarki. Pospiesznie. I znowu szybko w okolice łóżka, tam gdzie podłoga najbardziej skrzypi.

Takie ruchy budziły strach. Przypominały noce z dzieciństwa, kiedy budziła się nagle i słyszała, jak matka w sąsiednim pokoju przemieszcza się bezwładnie. Raz była na czworakach, innym razem biegała, strącała książki z półek, rzucała szufladami.

Niekiedy Marianne nie słyszała żadnego odgłosu, tylko ciszę. Ta była najgorsza. Nie potrafiła jej ostrzec, czy matka zasnęła, czy może zbliża się do drzwi i zaraz otworzy je z hukiem.

Niepewność i wyczekiwanie również teraz, po wielu latach, były nieznośne. Marianne zaczerpnęła głęboko powietrza i ostrożnie nacisnęła klamkę.

Najpierw zobaczyła odstającą od podłogi jedną z desek. Potem wzrok natknął się na... Nawet nie potrafiła krzyknąć. Wybiegła z domu.

O mało nie rozbiła się na pierwszych drzewach. Mgła zatrzymała ją po kilku krokach. Wiedziała, że kilka metrów od domu zaczyna się zwarty las. Nie sposób biec przy tak kiepskiej widoczności.

Zdyszana, próbowała uspokoić puls i chociaż trochę zapanować nad przerażeniem. Wtedy pomyślała o samochodzie. Po omacku dotarła do swojego morrisa mini. Wsunęła się na tylne siedzenie, skuliła i postanowiła przeczekać do rana.

Żałowała jednego. Że nie ma ze sobą choćby małej butelki mezcalu.

20 czerwca, środa

Od kilku tygodni na stacji benzynowej nie mówiono o niczym innym, jak tylko o nowej mieszkance.

Przedstawiała się jako Marianne Fogler. Ustalili, że już po samym sposobie podawania ręki na przywitanie można było uznać, że kłamie. Musi być kimś innym.

I zapewne ma niezły powód, żeby mijać się z prawdą. Ale jest głupia, skoro myśli, że tutejsi dadzą się na to nabrać.

– Może i jest Marianne Fogler, ale jest też kimś innym – powiedziała Camilla Bergman, uśmiechając się do czekoladowych babeczek, które ustawiała na paterze.

Zawsze zamawiała ich zbyt mało. A kiedy brała więcej, nie schodziły. Przeczuwała, że z babeczkami jest jak z miłością albo z seksem, ale wciąż nie mogła rozgryźć tej zależności.