Warto żyć

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział IV
TRZY DOTKNIĘCIA ABSOLUTU


Z Nowego Jorku do Stony Brook to jakieś pięćdziesiąt pięć mil.

Półtorej godziny jazdy. Przed I wojną światową była to miejscowość letniskowa dla nowojorczyków stęsknionych kontaktu z przyrodą. Uniwersytet został ufundowany dopiero w latach czterdziestych, przez miejscowego przedsiębiorcę. Po wojnie zaczął się szybko rozrastać. Kiedy ja się tam pojawiłem, był kwintesencją lat sześćdziesiątych. Drugs, sex and rock and roll.

Pokój dzieliłem z Leonem Przytyckim, również wygnańcem z Polski. Świetny kolega, przyjaciel, potem pisał doktorat z literatury francuskiej w Berkeley i prowadził dyskusje z Miłoszem, czego mu wciąż zazdroszczę. Po trzech semestrach wyjechałem.

Dokąd?

Do Francji na Sorbonę.

Rzuciłeś studia?

Nie. Uzyskałem stopień Bachelor of Arts. Czyli ukończyłem college.

Tak szybko?

Żeby otrzymać B.A., należało zdobyć sto dwadzieścia punktów. Ja miałem znacznie więcej. Bo zaliczono mi wiele punktów za trzy semestry na Uniwersytecie Warszawskim i za Sorbonę.

Kułeś?

Chciałem się uczyć, a warunki temu sprzyjały. Miałem motywację imigranta – albo się wybiję, albo będę nikim. Wybić mogłem się tylko dzięki edukacji. Zwolniono mnie z czesnego, dostałem niewielkie stypendium...

Na jakiej podstawie?

Ktoś rzetelnie przeczytał aplikację, w której napisałem, co mnie interesuje i ku czemu zmierzam. Ktoś zajrzał do indeksu z UW, a tam same piątki, i pomyślał, że warto poprzeć. Więc dostałem stypendium, miejsce w kampusie, jedzenie w kafeterii – monstrualne ilości jedzenia. Do tego modna odzież od Matyldy, za darmo (przypomnij, żebym później o tym opowiedział).

Wybrałem trzy majors, a więc trzy główne kierunki studiów: filozofię, historię i nauki polityczne. Kontakty z profesorami były inne niż w Warszawie. Tam zawsze odbywał się wykład, potem ćwiczenia z asystentem, kolokwium i egzamin. Tu od początku dyskusja była prowadzona wedle zasad stworzonych przez Sokratesa: wydobywanie tego, co drzemie w umyśle studenta. Drzemie, trzeba więc to rozbudzić i wydobyć. Do tego konieczna jest rozmowa.

Dzięki dialogicznemu przyuczeniu zacząłem coś bardzo ważnego rozumieć...

Co?

Że drzemie we mnie zasada dialogu. Że to dialog tworzy moją żydowską tożsamość. Martin Buber napisał, iż w każdym spotkaniu z Innym, „w każdym ty zwracamy się ku Ty wiecznemu”[21]. Moja religia – nie, niewłaściwe słowo, bo niestety tak się moje życie ułożyło, że nie miałem szansy uwierzyć. M o j a p e w n o ś ć i żydowska tożsamość zasadzają się nie na wierze, lecz na umowie, iż Bóg rozmawiał z Mojżeszem i Mojżesz rozmawiał z Bogiem. A to oznacza, że wiedzy o tym spotkaniu – nawet jeśli go nie było – nie da się zapomnieć i unieważnić. Żydowska tożsamość to skrót. Bo chodzi mi o tożsamość ludzką, o wszystkie sfery, w których jestem i działam. W domu, w pracy, w teatrze. Prawdziwe życie jest spotkaniem-rozmową. To odkrycie doprowadziło mnie do fenomenologii.

Zapisałem się na kursy fenomenologii na wydziale filozofii. Heidegger, Husserl byli w modzie. Czytałem i fascynowałem się Being and Time[22], zastanawiając się, w jakiej mierze ten kalejdoskopowy świat, w którym się znalazłem i który jest we mnie, może podlegać epoche, redukcji eidetycznej[23]. W jakim stopniu odrzucenie przypadkowości – a przecież nie wiem, co jest naprawdę przypadkowe – może mnie poprowadzić ku pierwotnej intuicji i rozpoznaniu? A czy to odrzucanie kolejnych warstw nie skończy się rozpoznaniem pustki? Traktowałem sprawę osobiście. Więc kiedy dowiedziałem się o uwielbieniu przez Heideggera hitleryzmu i powodach rozstania się z Hannah Arendt, poczułem, jakby napluł mi w talerz. Pozostało mi, odsuwając na bok niesmak, przekonanie, że język, który jest moim byciem w świecie, tyle odsłania, co zasłania, przekonanie o posiadaniu prawdy jedynej może zaś prowadzić do totalitarnej utopii.

Ale nie wykluczam, że Absolut poklepał mnie po ramieniu. Co najmniej trzy razy.

Kiedy?

Po raz pierwszy w grudniu 1971 roku na Jamajce. W czasie przerwy międzysemestralnej. Ellen, moja dziewczyna, znalazła ogłoszenie linii lotniczych o specjalnej obniżce cen biletów dla studentów – do Montego Bay. W samolocie obok nas siedział młody Afroamerykanin, executive z CBS Records, łowca muzycznych talentów. Leciał do Kingston, żeby posłuchać miejscowych muzyków. Nowe rytmy, nowe melodie, nowe głosy – raj dla myśliwego z branży. Lądujemy w Montego. Samolot pustoszeje. Pilot mówi, że jeśli ktoś chce, to może za darmo lecieć dalej. Ten z CBS Records zaproponował, żebyśmy się z nim zabrali, a pokaże nam coś ciekawego. W Kingston poprowadził nas przez shanty town[24] – dzielnicę strasznej biedy, gdzie co noc dochodziło do rozbojów i strzelaniny. Ludzie żyli w blaszakach okalających podwórka, a na każdym podwórku toczyło się rozrywkowe życie. Wszędzie grupki tańczących, pijących piwo lub rum zmieszany z eggnog. Palili wielkie jak ramię skręty, zwinięte z papieru gazetowego. Piękne dziewczyny i niebezpieczni faceci – wszyscy z szaleństwem w oczach. Na środku podwórka, w centralnym miejscu stał patefon, a na nim pocztówka dźwiękowa z nagraniem gospodarza, Johna, Billa czy Boba, zwykle tak mieli na imię. Executive z CBS wsłuchiwał się w prezentację, kiwał głową, coś tam sobie notował i ruszaliśmy na następne podwórko, gdzie stał identyczny patefon. Nocna wędrówka przez labirynt blaszaków. W tle reggae i księżyc. Wyobrażasz sobie?

I spotkałeś Boba Marleya...

Za dużo powiedziane. Rozmawiałem ze wszystkimi. Wśród tych wszystkich był na pewno Marley, z którym człowiek z CBS prędzej czy później podpisał kontrakt. Ale to uświadomiłem sobie dopiero po kilku latach. Marley bywał w Max’s, tam go widziałem. Tak czy inaczej byłem świadkiem etapu jego niezwykłej kariery, którą producenci liczą dzisiaj w miliardach dolarów! Wtedy siedział na podwórku między blaszakami.

Rano wsiedliśmy do pociągu. Jechał z prędkością ośmiu kilometrów na godzinę, przez dżunglę i góry, w kłębach dymu z lokomotywy. Ale nie był to tylko dym węglowy. Być może palacz dorzucał do pieca pół na pół węgla i marihuany... W Montego wzięliśmy autobus do Negril.

Hotele w Negril są bardzo drogie...

Dzisiaj. Wtedy stała tylko jedna chałupka dla gości specjalnych. My wynajęliśmy dwa hamaki pod daszkiem z palmowych liści i od rana do nocy mogliśmy się rozkoszować widokiem. Niekończąca się plaża, turkusowe morze, słońce. Za plecami wzgórza gęsto porośnięte marihuaną. Właściciel hamaków, Fred, o wschodzie słońca wypływał na połów. Sylvia, jego żona, kładła na grillu ryby, kraby, homary, które złowił Fred. Do tego jakieś placki, podpłomyki z ciasta zmieszanego z ziołem, piwo i rum. Prawie raj, cywilizacja patyka, sznurka i wtajemniczenia.

Ludzi niewielu, prócz gospodarzy kilkunastu hippisów ze Stanów i pojawiający się wieczorem miejscowi, rastafarianie, przyjaciele Freda i Sylvii. Przychodzili z wielkimi naręczami zioła ze wzgórz, wrzucali je do ogniska, zasiadali wokół i następowała zbiorowa inhalacja. Miejscowy guru Rasta Bulli częstował nas łykiem tajemniczego napoju, sam brał trzy łyki, czekał, aż zadziała, i zaczynał rytualną recytację opiewającą kolejno króla Dawida, króla Salomona, jego syna Menelika I i dalej, dalej, aż dociągał do Zbawiciela, Króla Królów, Pana Panów, Zwycięskiego Lwa z Plemienia Judy – Imperatora Hajle Sellasjego...

– Haile Selassie? I know this man[25] – rzuciłem lekkomyślnie.

Ledwie to powiedziałem, powiał wiatr i skierował słup ziołowego dymu wprost na mnie. Poczułem coś w rodzaju miękkiego, ale silnego ciosu, opadłem plecami na piasek widząc, że rastafarianie zrywają się, każdy ma nóż w ręku, i ruszają ku mnie. Poćwiartują! Za co? Ellen krzyczy. Ją też poćwiartują? Chyba na moment straciłem przytomność. Kiedy otworzyłem oczy, jeden z nich kucnął przy mnie, machnął nożem i zachrypiał ze złością: – Jak śmiesz tak mówić o Mesjaszu?!

Wciąż leżąc, opowiedziałem o moim spotkaniu z ostatnim cesarzem Etiopii. Nie chcieli uwierzyć. „Opowiedz jeszcze raz”. Opowiedziałem.

Co opowiedziałeś?

Dosłownie nie powtórzę, bo sytuacja wymagała szczególnego tonu. Ale naprawdę było tak, że we wrześniu 1964 roku moją szkołę wyznaczono do powitania Sellasjego. Na Okęciu wręczono nam chorągiewki, ustawiono obok delegacji klasy robotniczej i inteligencji pracującej oraz ubranych w stroje łowickie reprezentantów chłopstwa. Cesarz nosił piaskowozielonkawy mundur podobny do liberii portiera z dobrego hotelu, lśnił gwiazdami orderowymi, na lewej ręce trzymał trzęsącego się pieska. Po ceremoniach powitalnych przeszedł wzdłuż szpaleru witających. Stałem w pierwszym szeregu. Był malutki, wysuszony, w wielkiej czapce ze złoceniami. Zatrzymał się, coś powiedział, ale nie wiem co, i poklepał mnie po ramieniu...

Dotknął! Pobłogosławił!

No właśnie. Rastafarianie wzięli mnie pod ręce, posadzili na honorowym miejscu przy ognisku, obok Rasta Bulli, prosząc, żebym opowiedział jeszcze raz. Opowiedziałem. Po krótkiej naradzie zdecydowali, że będę wraz z Ellen spał w chałupce dla specjalnych gości. Rankiem usłyszałem nieśmiałe stukanie do drzwi. Na progu stali Sylvia i Fred ze śniadaniem na tacy. W ich spojrzeniach odczytałem szacunek pomieszany z lękiem.

Zostałeś szamanem.

 

Mniej więcej...

Mircea Eliade pisał w Szamanizmie i archaicznych technikach ekstazy, że powołanie szamańskie manifestuje się na ogół poprzez nagłą utratę przytomności: młoda osoba pada jak martwa, przeżywa rytuał mistycznej śmierci, sugerowanej przez kawałkowanie ciała, i kiedy odzyskuje siły, oświadcza, że została machi, czyli szamanem. Byłeś młody, padłeś jak martwy, bałeś się poćwiartowania...

Ale nie składałem żadnych oświadczeń... Następnego wieczoru przy ognisku zasiadło ze dwadzieścia osób. Znowu opowiedziałem o spotkaniu z cesarzem. Tym razem dodając nieco barwnych szczegółów. Przejęci prosili o jeszcze. No to dołożyłem jeszcze i jeszcze. W ostatniej wersji cesarz przyleciał do Polski specjalnie dla mnie... Po tym wyznaniu kobiety zaczęły przesyłać mi zachęcające spojrzenia, co zdenerwowało Ellen. Obraziła się i wyjechała po trzech dniach. A ja zostałem w gronie pięknych i chętnych bliższego kontaktu z Wybranym kobiet.

Piątego dnia, snując opowieść o spotkaniu z cesarzem, mianowałem się już jego bliskim doradcą. Stałem się prorokiem w kłębach dymu.

Fałszywy szaman.

Fałszywy? Tak, fałszywy jako Lejb Fogelman, ale prawdziwy jako Wysłannik Mesjasza pobudzający wiernych do przeżycia mistycznego w najczystszej postaci. I tak co wieczór, przy ognisku z zioła. Teatr sprowadzony do swych pierwotnych, religijnych źródeł. Ale po tygodniu poczułem strach.

Przed czym?

A jeśli zamkną mnie w domku, zakują w dyby, żebym do końca życia opowiadał po każdym zachodzie słońca wciąż to samo?! Oni w ekstazie, ja w kajdanach... Pamiętasz film Kobieta z wydm i tego faceta uwięzionego przez japońskich rybaków w norze wygrzebanej w piachu, gdzie miał służyć kobiecie, która utraciła męża? Koszmar!

Uciekłeś?

Wymknąłem się o świcie. W Stony Brook czekał na mnie kolega, Jeremy. Byłem mu winien parę esejów zaliczeniowych.

Pisałeś za niego?

Dług honorowy. Jeremy, z pochodzenia Włoch, trochę ode mnie starszy, niesłychanie przystojny, był dealerem – a to zajęcie czasochłonne, kolidujące ze studiami, które musiał ukończyć z sukcesem, czego żądała rodzina osiadła w Batavii. Rodzinę miał rozległą, choć wyraźnie marnego zdrowia, bo wciąż mu ktoś umierał, pozostawiając w spadku to lodziarnię, to znów pizzerię. W końcu został właścicielem połowy miasteczka, dzięki czemu był w stanie legitymizować znaczne dochody z handlu narkotykami. Nosił się elegancko, jak szefowie mafijni w Ojcu chrzestnym – garnitury szyte na miarę, pod marynarką pistolet. Obok niego zawsze była dziewczyna Liz, modelka znana jako twarz Kodaka, firmy reklamującej się w całym świecie. Jak z okładki. Też bym tak chciał.

Miałem ci przypomnieć o ubraniach od Matyldy...

Za chwilę... Najpierw powiem o długu honorowym. W Max’s była dziewczyna, z którą bardzo chciałem się umówić. Wyniosła, piękna, z ironicznym uśmieszkiem na ustach. Wysiadywała przy barze z koleżankami Liz – z agencji modelek Eileen Ford[26]. Jeśli do nich podszedłeś, żeby zagadać i poderwać, byłeś spalony. Najpierw należało się wyróżnić, na przykład pięknym upierzeniem i godnością. Te dziewczyny miały sławne twarze. Wiedziały, że za dnia są mięsem armatnim dla mediów, dlatego wieczorem szukały rewanżu. To była specyficzna gra męsko-damska.

Powiedzmy, że jesteś pięknie upierzony, siedzisz przy stoliku niedaleko baru, i podchodzi kelner.

– Czego pan się napije? – pyta.

Właściwa odpowiedź brzmi: – A co cię to obchodzi?

Kelner na to: – Bo ta pani pyta.

– Która?

– Trzecia od lewej.

– A co ją to obchodzi?

– Chciałaby panu postawić drinka...

– Nie, dziękuję...

Trzeba było przynajmniej raz odmówić. Kto nie odmówił, wypadał z gry. A gra toczyła się dalej tak: patrzysz na dziewczynę, czujesz, jak cię ogarnia chuć, widzisz, że ona zapala papierosa i wydmuchuje dym jak Lauren Bacall w To Have and Have Not[27], po czym obrzuca cię spojrzeniem władczym i znaczącym: „chcesz mnie, to gwizdnij”...

Znów podchodzi kelner: – Pani pyta, czy chciałby się pan jej przedstawić.

– Raczej nie...

Przeszedłem sprawdzian i umówiłem się z nią na następny wieczór. Teraz potrzebowałem odpowiedniego upierzenia.

Poszedłem do Jeremy’ego, żeby pożyczył mi biały garnitur. Najpierw spojrzał jak na idiotę. Zacząłem błagać i kląć się na naszą przyjaźń. W końcu uległ: – OK, jak pobrudzisz, to cię zastrzelę!

Dziewczyna była tak ponętna, że o groźbie śmierci natychmiast zapomniałem. Z Maxa udaliśmy się w pobliskie krzaki, gdzie nogawki białych spodni na wysokości kolan natychmiast unurzałem w błocie.

Następnego dnia Jeremy spuścił mi bolesny łomot i zażądał rekompensaty w postaci paru esejów. A że pozostaliśmy – jak twierdził – przyjaciółmi, zawiózł mnie do swego batawskiego imperium i poznał z gronem swoich poddanych, czyli z miejscową młodzieżą głównie zajmującą się dealerką, ćpaniem i drobnym rozbojem. Dzięki temu spędziłem kilka dni na badaniach terenowych dotyczących archeologii kultury popularnej w stanie New York, nieopodal wodospadu Niagara. Warstwa po warstwie, w przekroju pionowym i pod rozmaitymi kątami, bo ludzie Jeremy’ego ulegali wszelkim trendom, o których informowały media. Kiedy mówiono dużo o bikersach, stawali się bikersami, jak przyszła moda na dzieci-kwiaty, to kochali swego ciemnoskórego przyjaciela, a jak górował rasizm, to go dręczyli. Do tego wóda, zioło, amfetamina i koks. I dziewczyny, które chętnie zbierały się w pobliskim lesie, przy szopie przerobionej na studio, gdzie ćwiczyła grupa The Band, związana z Bobem Dylanem.

Pewnego dnia Jeremy ze swoimi ludźmi wypatrzyli w barze kobietę przypominającą w połowie Divine, a w połowie La Saraghinę. Wysoka, gruba, podpita, o potężnych udach opiętych minispódnicą i z jaskrawym make-upem, który zdążył się rozmazać. Zaproponowali zabawę. Zgodziła się. Pamiętam jakiś strych, grę w karty, alkohol. Kobieta piła chętnie, ktoś ją rozebrał... Śmiejąc się usiadła na podłodze. Nie, raczej się rozlała po podłodze. A oni zaczęli rechotać. To był straszny, wzgardliwy śmiech. Ona się rozpłakała, włosy opadły jej na twarz, widziałem drgające ramiona. Oni wciąż rechotali, ona płakała coraz głośniej, co ich jeszcze napędzało. I wtedy pojawił się ciemnoskóry chłopak. Klęknął przy kobiecie, rozpiął spodnie i wszedł w nią od tyłu. Wciąż miała opuszczoną głowę, włosy opadły jej do ziemi, aż nagle krzyknęła, odrzucając jednocześnie grzywę na plecy. Wydała z siebie niby krzyk, niby śmiech, jakby rżenie: – Henry, Henry!...

Pewnie myślała o jakiejś dawnej miłości, o młodym kochanku. A ten chłopak powtarzał rytmicznie: – Don’t worry, babe, Henry is right behind you, don’t worry babe[28]...

I nagle na jej twarzy pojawiło się szczęście, spokój, pewność, że już nikt nigdy jej nie skrzywdzi.

– Don’t worry, babe...

Widziałem jego czułość. Wtedy rechoczący umilkli. Opuścili głowy...

Nigdy tego nie zapomnę.

Drugie dotknięcie Absolutu?

No tak.

A trzecie?

Nie śpiesz się. Całe życie przede mną... Teraz opowiem o Matyldzie.

Kochana Matylda. Była sąsiadką mojej mamy w Brighton Beach. Wysoka i szczupła staruszka, z lekkim wąsem, rozwijającą się demencją i szafą pełną fatigues – mundurów polowych w moim rozmiarze. Jej brat walczył w czasie II wojny światowej w Azji, wyglądało na to, że po wojnie pozostał w wojsku, więc się tego nazbierało. Twierdziła, że był autorem Yes, We Have No Bananas. Znasz?

Piosenka z lat dwudziestych, potem śpiewali ją Frank Sinatra, Perry Como, a najładniej Audrey Hepburn w Sabrinie, w scenie z Humphreyem Bogartem na łódce.

Też mogę zaśpiewać...

Wróćmy do Matyldy.

Po jej mieszkaniu biegały karaluchy. Całe stada! Jej to nie przeszkadzało. Nasze spotkania przebiegały zawsze tak samo.

– Dzień dobry, Matyldo, jak się czujesz?

– Bardzo dobrze.

– Przyniosłem czekoladki.

– To miłe... Połóż na stole... Czy wiesz, że mój brat jest autorem piosenki Yes, We Have No Bananas?

– Naprawdę?

– Tak!

– Niesłychane! Nie wiedziałem, że to twój brat jest autorem Yes, We Have No Bananas! Uwielbiam tę piosenkę!

– Chcesz posłuchać?

– Z przyjemnością.

Podchodziła do starego patefonu na siedemdziesiąt osiem obrotów, na którym leżała stara, porysowana płyta. A po płycie spacerowały karaluchy. Kiedy płyta zaczynała się kręcić, rozlegał się przedwojenny, cienki głos piosenkarza, pewnie śpiewającego przez tubę. Najciekawsze rzeczy rozgrywały się jednak na wierzchu płyty. Karaluchy zaczynały wariować. Jedne próbowały zasuwać zgodnie z siedemdziesięcioma ośmioma obrotami, jak na wyścigach. Inne padały do góry brzuchami i zaczynały wierzgać. Niektóre spadały na podłogę. A Matylda wsłuchana w piosenkę.

– Może posłuchamy jeszcze raz? – proponowała.

I kolejna jazda karaluchów...

– Twój brat miał wielki talent – stwierdzałem.

– O tak! Czy ci mówiłam, że jest autorem Yes, We Have No Bananas?

– Podobno służył w wojsku.

– Służył. I walczył.

– Nosił mundur...

– Oczywiście. Mam mnóstwo tych rzeczy... Może coś chcesz?

– To bardzo miłe z twojej strony, ale nie wypada...

– Weź, przyda ci się...

I z tymi rzeczami...

Znowu spakowałem te same tekturowe walizki, z którymi wylądowałem w Nowym Jorku. Przed laty pani Cukierowa szmuglowała w nich towar na trasie Legnica – koszary Północnej Grupy Wojsk Radzieckich. Ułożyłem w nich kilka książek, fatigues od Matyldy, parę zapasowych butów (też od niej) i wsiadłem do samolotu.

Kiedy to dokładnie było?

W lutym 1972 roku. W Paryżu o tej porze roku bywa nawet dosyć ciepło, ale często pada deszcz.

Powinienem był pójść do hotelu, w którym czekała Ellen. Jednak pierwsze kroki skierowałem do miejsca, o którym czytałem sto razy i za każdym razem czułem wzruszenie. Tam, gdzie bohater Łuku Triumfalnego, doktor Ravic, wygnaniec z hitlerowskich Niemiec, taki przemoczony i pięknie nieszczęśliwy, pił kawę z calvadosem... Równie przemoczony siadam przy stoliku, obok stawiam walizki. Jedna na tyle przemiękła, że zaraz może się rozpaść. Zamawiam calvados i kawę, ja, emigrant z PRL-u.

Do kelnerki mówię: – Calva...

Ona natychmiast wymownie się uśmiecha.

Parę stolików dalej siedzi jakiś rudy facet, trochę ode mnie starszy, też z walizką.

Patrzy na mnie i pyta: – Calva?

– Calva – odpowiadam.

– Łuk Triumfalny?

– Łuk Triumfalny.

– Skąd jesteś?

– Z Nowego Jorku. A ty?

– Z Melbourne.

Tak wtedy było. Przed komputerami, przed Facebookiem, międzykontynentalne sprzysiężenie marzycieli. I moje trzecie dotknięcie Absolutu.

Jesteś sentymentalny.

Ktoś napisał, że najpiękniejsze światy to te, które umarły. Chyba miał rację.


21 Martin Buber, Ja i Ty. Wybór pism filozoficznych, przeł. Jan Doktór, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1992.

22 Wyd. polskie: Martin Heidegger, Bycie i czas, PWN, Warszawa 2004.

23 Jedna z metod fenomenologii, starająca się dotrzeć do istoty zjawiska wynikającej z istoty faktu (prafenomenu). „Istota sama w sobie” jest trzonem zjawiska niezależnym od wszelkich uwarunkowań kulturowych, socjologicznych itp.

24 Slumsy.

25 Hajle Sellasje? Znam człowieka.

26 Eileen Ford (1922-2014) – wraz z mężem Gerardem „Jerrym” Fordem założyła w 1946 roku jedną z pierwszych w świecie agencji modelek.

27 Mieć i nie mieć – amerykański film wojenny z 1944 roku na podstawie powieści Ernesta Hemingwaya, w rolach głównych Humphrey Bogart i Lauren Bacall.

28 Nie martw się, mała, Henry jest tuż za tobą, nie martw się, mała...

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?