Dziewiąty domTekst

Z serii: Aleks Stern #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Od autorki

2  Pro­log. Począ­tek wio­sny

3  1. Zima

4  2. Zeszła jesień

5  3. Zima

6  4. Zeszła jesień

7  5. Zima

8  6. Zeszła jesień

9  7. Zima

10  8. Zima

11  9. Zima

12  10. Zeszła jesień

13  11. Zima

14  12. Zima

15  13. Zeszła jesień

16  14. Zima

17  15. Zima

18  16. Zima

19  17. Zima

20  18. Zeszła jesień

21  19. Zeszłe lato

22  20. Zima

23  21. Zima

24  22. Zima

25  23. Zima

26  24. Zima

27  25. Zima

28  26. Zima

29  27. Zima

30  28. Począ­tek wio­sny

31  29. Począ­tek wio­sny

32  30. Począ­tek wio­sny

33  31. Począ­tek wio­sny

34  32. Wio­sna

35  Domy Zasłony

36  Podzię­ko­wa­nia

37  O autorce

38  Plan – Uni­wer­sy­tet Yale

Tytuł ory­gi­nału: Ninth House

Copy­ri­ght © 2019 by Leigh Bar­dugo. All rights rese­rved

Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2020 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Syl­wia San­dow­ska-Dobija

Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka

Ilu­stra­cja na okładce: Dark Crayon

Zain­spi­ro­wane ory­gi­nal­nym pro­jek­tem: Keith Hayes

Opra­co­wa­nie gra­fi­zne okładki: Piotr Chy­liń­ski

Mapa: Rhys Davies i WB

ISBN 978-83-66712-81-2

Wyda­nie II

Wydawca: Wydaw­nic­two MAG

ul. Kryp­ska 21 m. 63, 04-082 War­szawa

tel./fax 228 134 743

www.mag.com.pl

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin sp. z o. o.

ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Maz.

tel. 22 733 50 10

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną wyko­nano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Hedwig, Nimie, Em i Les – za wie­lo­krotny ratu­nek

Od autorki

Od autorki

Sto­wa­rzy­sze­nia na Uni­wer­sy­te­cie Yale i ich wybitni wycho­wan­ko­wie to rzecz jak naj­bar­dziej praw­dziwa, ale postaci i wyda­rze­nia opi­sane na tych stro­nach to owoc wyobraźni autorki i o ile mi wia­domo, nikt ni­gdy nie posłu­żył się magią, żeby usta­wiać wyniki wybo­rów.

Ay una moza y una moza que nonse espanta de la muerte

porque tiene padre y madre y sus doge her­ma­nos caza­dos.

Caza de tre taba­ca­des y un cor­tijo enla­driado.

En medio de aquel cor­tijo havia un man­sa­nale

que da man­sa­nas de amo­res en vierno y en verano.

Adien­tro de aquel cor­tijo siete gru­tas hay fra­gu­ada.

En cada gruta y gruta ay echado cade­nado…

El huerco que fue ligero se entró por el cade­nado.

La Moza y El Huerco

Jest taka dziew­czyna, która nie boi się śmierci Bo ma ojca i matkę, i dwu­na­stu braci myśli­wych, Dom z trzema pię­trami i zagrodę, A pośrodku farmy jabłoń, co rodzi jabłka miło­sne zimą i latem. Na far­mie jest sie­dem pie­czar, A każda z nich zamknięta na kłódkę… Śmierć była świa­tłem i zakra­dła się przez dziurkę od klu­cza.

Śmierć i dziew­czyna, bal­lada sefar­dyj­ska

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Pro­log. Począ­tek wio­sny

Pro­log

POCZĄ­TEK WIO­SNY

Zanim Alex zdo­łała pozbyć się krwi ze swo­jego porząd­nego weł­nia­nego płasz­cza, zro­biło się za cie­pło na jego nosze­nie. Wio­sna nade­szła nie­chęt­nie; bla­do­nie­bie­skim poran­kom nie uda­wało się nabrać inten­syw­no­ści, zamiast tego od razu prze­cho­dziły w wil­gotne, posępne popo­łu­dnia, upo­rczywy mróz obrę­biał drogę wyso­kimi, brud­nymi be­zami. Jed­nak gdzieś w poło­wie marca kawałki traw­nika mię­dzy kamien­nymi ścież­kami Sta­rego Kam­pusu zaczęły wynu­rzać się spod top­nie­ją­cego śniegu wil­gotne, czarne i pokryte kęp­kami zmierz­wio­nej trawy, a Alex zła­pała się na tym, że tkwi na sie­dzi­sku w oknie w jed­nym z poko­jów ukry­tych na ostat­nim pię­trze budynku nr 268 przy York Street i czyta Suge­ro­wane wyma­ga­nia dla kan­dy­da­tów do Domu Lete.

Sły­szała tyka­nie zegara na kominku oraz dźwięki dzwonka, gdy klienci wcho­dzili do sklepu odzie­żo­wego na dole i z niego wycho­dzili. Tajne pokoje nad skle­pem człon­ko­wie Lete nazy­wali czule Klitką, zaś w lokalu poni­żej w róż­nych okre­sach mie­ścił się sklep obuw­ni­czy, sklep ze sprzę­tem myśliw­skim i tury­stycz­nym oraz czynny cało­do­bowo mini­mar­ket Wawa z okien­kiem Taco Bell. Pamięt­niki człon­ków Lete z tego okresu pełne są narze­ka­nia na smród odsma­ża­nej fasoli i gril­lo­wa­nej cebuli prze­sią­ka­jący z dołu – aż do 1995 roku, kiedy ktoś zacza­ro­wał Klitkę oraz tylną klatkę scho­dową pro­wa­dzącą do zaułka, żeby zawsze pach­niały pły­nem do zmięk­cza­nia tka­nin i goź­dzi­kami.

Alex odkryła bro­szurkę z zale­ce­niami dla Domu Lete w cza­sie tych męt­nych tygo­dni po incy­den­cie w rezy­den­cji przy Orange Street. Od tam­tego czasu tylko raz spraw­dziła swoją pocztę na sta­rym kom­pu­te­rze w Klitce – zoba­czyła długi łań­cu­szek wia­do­mo­ści od dzie­kana San­dowa i zaraz się wylo­go­wała. Pozwo­liła, żeby bate­ria w jej tele­fo­nie roz­ła­do­wała się, igno­ro­wała zaję­cia i patrzyła, jak gałę­zie wypusz­czają pączki liści na knyk­ciach niczym kobieta przy­mie­rza­jąca pier­ścionki. Wyja­dła całe jedze­nie ze spi­żarki i zamra­żarki – naj­pierw deli­ka­te­sowe sery i wędzo­nego łoso­sia, a potem puszki z fasolką i z brzo­skwi­niami w syro­pie z pude­łek opi­sa­nych jako żela­zne racje. Kiedy i one się skoń­czyły, zaczęła gorącz­kowo zama­wiać jedze­nie na wynos, obcią­ża­jąc za wszystko wciąż aktywne konto Dar­ling­tona. Zej­ście scho­dami i powrót były dla niej dosta­tecz­nie męczące, żeby musiała odpo­cząć, zanim rzu­cała się na lunch albo obiad. Cza­sem w ogóle nie zawra­cała sobie głowy jedze­niem i po pro­stu zasy­piała na sie­dzi­sku w oknie albo na pod­ło­dze obok pla­sti­ko­wych toreb i zawi­nię­tych w folię pojem­nicz­ków. Nikt nie przy­szedł spraw­dzić, co u niej. Nie został nikt, kto mógłby to zro­bić.

Bro­szurkę wydru­ko­wano tan­det­nie, spięto w sko­ro­szy­cie z czarno-bia­łym obraz­kiem przed­sta­wia­ją­cym Hark­ness Tower na okładce i napi­sem „Jeste­śmy paste­rzami” poni­żej. Wąt­piła, żeby zało­ży­ciele Domu Lete mieli na myśli Johnny’ego Casha, gdy wybie­rali motto, ale za każ­dym razem, gdy widziała te słowa, myślała o okre­sie Bożego Naro­dze­nia, gdy leżała na sta­rym mate­racu u Lena w Van Nuys, pokój się krę­cił, nie­do­je­dzona puszka sosu żura­wi­no­wego stała obok niej na pod­ło­dze, a Johny Cash śpie­wał: „Jeste­śmy paste­rzami, prze­wę­dro­wa­li­śmy przez góry. Zosta­wi­li­śmy nasze stada, gdy poja­wiła się nowa gwiazda”. Myślała o Lenie, który obró­cił się do niej, wsu­nął rękę pod jej koszulkę i zamru­czał jej do ucha: „Do bani ci paste­rze”.

 

Wytyczne doty­czące kan­dy­da­tów do Domu Lete umiesz­czono pod koniec bro­szurki i ostat­nim razem uak­tu­al­niano je w 1962 roku.

Wyso­kie osią­gnię­cia aka­de­mic­kie, w szcze­gól­no­ści w histo­rii i che­mii.

Zdol­no­ści języ­kowe i prak­tyczna zna­jo­mość łaciny i greki.

Dobre zdro­wie fizyczne i higiena oso­bi­sta. Mile widziane oznaki regu­lar­nej dba­ło­ści o spraw­ność fizyczną.

Widoczne prze­jawy sta­tecz­nego cha­rak­teru i zami­ło­wa­nie do dys­kre­cji.

Zain­te­re­so­wa­nie wie­dzą tajemną nie jest dobrze widziane, ponie­waż czę­sto sta­nowi wskaź­nik skłon­no­ści do bycia „wyrzut­kiem”.

Brak nad­mier­nej wraż­li­wo­ści, gdy w grę wcho­dzą realia ludz­kiej ana­to­mii.

MORS VIN­CIT OMNIA.

Alex, któ­rej zna­jo­mość łaciny była dalece nie­za­do­wa­la­jąca, musiała spraw­dzić zna­cze­nie tej sen­ten­cji: „Śmierć wszystko zwy­cięża”. Jed­nak na mar­gi­ne­sie ktoś naba­zgrał irru­mat nad vin­cit, nie­mal cał­ko­wi­cie zama­zu­jąc ory­gi­nalne słowo nie­bie­skim dłu­go­pi­sem.

Pod wyma­ga­niami Lete wid­niał dopi­sek: „Wymogi wobec kan­dy­da­tów obni­żono w dwóch wypad­kach: Lowella Scotta (licen­cjat z lite­ra­tury angiel­skiej, 1909) i Sinc­la­ira Bella Bra­ver­mana (bez dyplomu, 1950) z mie­sza­nymi skut­kami”.

Dopi­sano tam też drugą adno­ta­cję na mar­gi­ne­sie, kan­cia­stymi jak zapis EKG bazgro­łami, nie­wąt­pli­wie nale­żą­cymi do Dar­ling­tona: „Alex Stern”. Pomy­ślała o nasią­ka­ją­cym krwią dywa­nie w sta­rej rezy­den­cji Ander­sona. Pomy­ślała o dzie­ka­nie, który pobie­lał na widok wysta­ją­cej mu z nogi kości udo­wej, i o smro­dzie dzi­kich psów wypeł­nia­ją­cym powie­trze.

Alex odsta­wiła pojem­nik z folii alu­mi­nio­wej z zim­nym fala­fe­lem z Mamoun’s, otarła ręce o dres Domu Lete. Pokuś­ty­kała do łazienki, otwo­rzyła fiolkę z zol­pi­de­mem i wło­żyła jedną pigułkę pod język. Pod­su­nęła zło­żoną dłoń pod kran i patrzyła, jak woda opływa jej palce, słu­chała ponu­rego bul­gotu dobie­ga­ją­cego z odpływu. „Wymogi wobec kan­dy­da­tów obni­żono w dwóch wypad­kach”.

Po raz pierw­szy od tygo­dni spoj­rzała, jak posi­nia­czona dziew­czyna w obry­zga­nym wodą lustrze pod­ciąga pod­ko­szulkę. Ropa popla­miła bawełnę na żółto. Rana w boku Alex była głę­boką wklę­sło­ścią pokrytą zakrze­płą czer­nią. Ugry­zie­nie zosta­wiło widoczny łuk, o któ­rym wie­działa, że źle się zagoi, o ile w ogóle. Jej mapa się zmie­niła, linia brze­gowa się prze­kształ­ciła. Mors irru­mat omnia. Śmierć dyma nas wszyst­kich.

Alex deli­kat­nie dotknęła roz­pa­lo­nej czer­wo­nej skóry wokół śla­dów zębów. Rana była zaka­żona. To ją tro­chę mar­twiło, umysł pró­bo­wał obu­dzić jej instynkt samo­za­cho­waw­czy, ale myśl o się­gnię­ciu po tele­fon i poje­cha­niu do przy­chodni dla stu­den­tów – o sekwen­cji dzia­łań, jakie każde nowe dzia­ła­nie zapo­cząt­kuje – była przy­tła­cza­jąca, a przy­tę­pione cie­płe rwa­nie w ciele, które wznie­cało w sobie pożar, stało się nie­mal kojące. Może dosta­nie gorączki i zacznie mieć zwidy.

Obrzu­ciła spoj­rze­niem łuk żeber. Nie­bie­skie żyłki pod bled­ną­cymi sinia­kami przy­po­mi­nały zrzu­cone druty wyso­kiego napię­cia. Jej usta wyglą­dały jak pokryte puchem z powodu spierzch­nię­tej skóry. Pomy­ślała o swoim imie­niu i nazwi­sku wypi­sa­nych na mar­gi­ne­sie bro­szurki – trzeci przy­pa­dek.

– Skutki są zde­cy­do­wa­nie mie­szane – powie­działa i zdzi­wiła się, jak zgrzy­tli­wie brzmi jej wła­sny głos.

Roze­śmiała się i odnio­sła wra­że­nie, że odpływ umy­walki jej zawtó­ro­wał. Może już miała gorączkę.

W sil­nym jarze­nio­wym świe­tle lamp łazien­ko­wych zła­pała brzegi ugry­zie­nia i wbiła palce w ranę, szczy­piąc ciało przy szwach, aż ból okrył ją niczym pele­ryna i wycze­ki­wana ciem­ność gwał­tow­nie napły­nęła.

To była wio­sna. Jed­nak kło­poty zaczęły się nocą w samym środku ciem­nej zimy, kiedy Tara Hut­chins umarła, a Alex wciąż myślała, że wszystko jej się upie­cze.

Czaszka i Kości, naj­star­sze ze sto­wa­rzy­szeń rezy­den­cjal­nych, pierw­szy z ośmiu Domów Zasłony, zało­żony w 1832 roku. Kościeje mogą szczy­cić się więk­szą liczbą pre­zy­den­tów, wydaw­ców, magna­tów prze­my­sło­wych i człon­ków rządu niż jakie­kol­wiek inne sto­wa­rzy­sze­nie (pełna lista wycho­wan­ków znaj­duje się w Anek­sie C) i być może słowo „szczy­cić się” jest tu naj­wła­ściw­sze. Kościeje są świa­domi swo­ich wpły­wów i ocze­kują sza­cunku ze strony dele­ga­tów Lete. Powinni jed­nak pamię­tać wła­sne motto: „Bogaci i biedni – wszy­scy są równi w obli­czu śmierci”. Zacho­wuj­cie się powścią­gli­wie i postę­puj­cie dyplo­ma­tycz­nie, jak naka­zuje wasz urząd i zwią­zek z Lete, ale zawsze pamię­taj­cie, że naszym obo­wiąz­kiem nie jest umac­niać naj­lep­szych i naj­by­strzej­szych z Yale w ich próż­no­ści, ale stać mię­dzy żywymi i umar­łymi.

z Życie Lete: pro­ce­dury i pro­to­koły Dzie­wią­tego Domu

Kościeje uwa­żają się za tyta­nów pośród pro­stacz­ków i to może wner­wiać. Jed­nak kim jestem, żeby się cze­piać, kiedy drinki są mocne, a dziew­częta śliczne?

Pamięt­nik Geo­rge’a Petita z cza­sów w Lete

(Say­brook Col­lege ’56)

1. Zima

1

ZIMA

Alex prze­mie­rzała pośpiesz­nie roz­le­głą, nie­ziem­ską płasz­czy­znę Beinecke Plaza, jej buty łomo­tały na pła­skich kwa­dra­tach czy­stego betonu. Gigan­tyczny sze­ścian ze zbio­rem ksiąg rzad­kich wyda­wał się szy­bo­wać nad par­te­rem. Za dnia jego panele jarzyły się bursz­ty­nowo jak wypo­le­ro­wany złoty ul; bar­dziej przy­po­mi­nał świą­ty­nię niż biblio­tekę. Nocą wyglą­dał po pro­stu jak gro­bo­wiec. Ta część kam­pusu nie paso­wała do reszty Yale; bra­ko­wało tu sza­rego kamie­nia i gotyc­kich łuków, małych bun­tow­ni­czych ostań­ców w postaci budyn­ków z czer­wo­nej cegły, które – jak wyja­śnił jej Dar­ling­ton – nie były naprawdę kolo­nialne, a jedy­nie miały tak wyglą­dać. Wymie­nił powody, dla któ­rych Biblio­tekę Beinecke zbu­do­wano wła­śnie w taki spo­sób – budy­nek miał być zwier­cia­dłem dla pozo­sta­łych budowli i dzięki temu wpa­so­wać się w archi­tek­turę kam­pusu, ale dla niej na­dal wyglą­dał jak coś rodem z fil­mów fan­ta­styczno-nauko­wych z lat sie­dem­dzie­sią­tych. Łapała się na tym, że stu­denci powinni tam nosić try­koty albo za krót­kie tuniki, pić coś, co się nazywa Eks­trak­tem, i spo­ży­wać jedze­nie w postaci pigu­łek. Nawet wielka meta­lowa rzeźba, która – jak teraz wie­działa – była dzie­łem Ale­xan­dra Cal­dera, przy­po­mi­nała jej ogromną lampę lawę w nega­ty­wie.

– To Cal­der – mruk­nęła pod nosem.

W taki spo­sób ludzie mówili tutaj o sztuce. Nic nie było tu czy­imś dzie­łem. Ta rzeźba to jest Cal­der. Ten obraz to Rothko. Ten dom to Neu­tra.

A Alex była spóź­niona. Zaczęła wie­czór z naj­lep­szymi inten­cjami. Posta­no­wiła sobie wziąć się solid­nie za esej na zaję­cia ze współ­cze­snej powie­ści bry­tyj­skiej i wyjść odpo­wied­nio wcze­śnie, żeby mieć mnó­stwo czasu na dotar­cie na wiesz­cze­nie. Zasnęła jed­nak w jed­nej z czy­telni w Biblio­tece Ster­linga z egzem­pla­rzem Nostromo w wiot­kiej ręce i sto­pami opar­tymi o prze­wód grzew­czy. O wpół do jede­na­stej obu­dziła się rap­tow­nie ze śliną ście­ka­jącą jej po policzku. „Psia­krew”, które jej się wyrwało, ponio­sło się w ciszy biblio­teki jak wystrzał ze strzelby. Scho­wała twarz w sza­liku, zarzu­ciła torbę na ramię i chył­kiem ucie­kła.

Teraz szła na skróty przez Jadal­nię i pod rotundą, gdzie głę­boko wyżło­bio­nymi w mar­mu­rze lite­rami wypi­sano nazwi­ska pole­głych w woj­nie. Czu­wały tam kamienne posągi, per­so­ni­fi­ka­cje Pokoju, Poświę­ce­nia, Pamięci i wresz­cie Odwagi, która miała hełm, tar­czę i nie­wiele wię­cej i zawsze koja­rzyła się Alex bar­dziej ze strip­ti­zerką niż żałob­ni­kiem. Alex zbie­gła po scho­dach i prze­mknęła przez skrzy­żo­wa­nie Col­lege Street i Grove Street.

Kam­pus miał skłon­ność do zmie­nia­nia twa­rzy z godziny na godzinę i wraz z kolej­nymi prze­czni­cami, przez co Alex wiecz­nie miała wra­że­nie, że widzi go po raz pierw­szy. Tego wie­czoru wyglą­dał jak luna­tyk, który oddy­cha głę­boko i spo­koj­nie. Ludzie, któ­rych mijała po dro­dze do SSS, spra­wiali wra­że­nie zamknię­tych we śnie, patrzyli łagod­nie, twa­rze mieli zwró­cone ku sobie nawza­jem wśród pary uno­szą­cej się z kub­ków z kawą, trzy­ma­nych w dło­niach w ręka­wicz­kach. Ogar­nęło ją upiorne wra­że­nie, że śnią o niej – o dziew­czy­nie w ciem­nym płasz­czu, która znik­nie, gdy oni się obu­dzą.

Shef­field-Ster­ling-Stra­th­cona Hall też drze­mał, sale wykła­dowe były szczel­nie zamknięte, kory­ta­rze zalane ener­go­osz­częd­nym pół­świa­tłem. Alex weszła scho­dami na pierw­sze pię­tro i usły­szała hałas nio­sący się echem z jed­nej z sal wykła­do­wych. Yale Social wyświe­tlał tam w czwart­kowe wie­czory filmy. Mercy przy­cze­piła pinez­kami pro­gram do ich drzwi w aka­de­miku, ale Alex nie zawra­cała sobie głowy jego czy­ta­niem. Była zajęta w czwartki.

Tripp Hel­muth gar­bił się przy ścia­nie obok drzwi do sali wykła­do­wej. Ski­nął do niej głową, patrząc spod cięż­kich powiek. Nawet w sła­bym świe­tle widziała, że ma prze­krwione oczy. Nie­wąt­pli­wie palił, zanim przy­szedł tu dziś wie­czo­rem. Może dla­tego starsi Kościeje posta­wili go przy drzwiach, żeby pil­no­wał wej­ścia. A może zgło­sił się na ochot­nika.

– Spóź­ni­łaś się – powie­dział. – Już zaczęli.

Alex udała, że go nie sły­szy. Obej­rzała się przez ramię, żeby mieć pew­ność, że kory­tarz jest pusty. Nie musiała tłu­ma­czyć się Trip­powi, zresztą wyszłaby na sła­be­usza, gdyby spró­bo­wała. Przy­ci­snęła kciuk do led­wie widocz­nego nacię­cia w boaze­rii. Ściana powinna otwo­rzyć się gładko, ale jak zawsze się zacięła. Alex popchnęła ją mocno ramie­niem i potknęła się, gdy przej­ście nie­spo­dzie­wa­nie się otwo­rzyło.

– Spo­koj­nie, kozaku – powie­dział Tripp.

Alex zatrza­snęła za sobą drzwi i prze­pchnęła się wąskim przej­ściem w ciem­no­ści.

Nie­stety Tripp miał rację. Wiesz­cze­nie już się zaczęło. Alex weszła do daw­nej sali ope­ra­cyj­nej naj­ci­szej, jak zdo­łała.

To była sala pozba­wiona okien, wci­śnięta mię­dzy salę wykła­dową i salę lek­cyjną, w któ­rej dok­to­ranci spo­ty­kali się na semi­na­riach. To była zapo­mniana pozo­sta­łość daw­nej szkoły medycz­nej, któ­rej zaję­cia odby­wały się tutaj, w SSS, zanim prze­nio­sła się do wła­snych budyn­ków. Zarządcy fun­da­cji, która zało­żyła sto­wa­rzy­sze­nie Czaszki i Kości, na stałe zamknęli wej­ście do sali i ukryli pod nową boaze­rią około 1932 roku. Wszyst­kie te fakty Alex poznała dzięki lek­tu­rze kom­pen­dium Lete: Spu­ści­zna, cho­ciaż pew­nie powinna czy­tać w tym cza­sie Nostromo.

Nikt nawet nie zer­k­nął w jej stronę. Wszy­scy patrzyli na haru­spika, jego szczu­pła twarz była ukryta za maseczką chi­rur­giczną, bla­do­nie­bie­ski strój był zbry­zgany krwią. Jego oble­czone w latek­sowe ręka­wiczki dło­nie poru­szały się meto­dycz­nie we wnętrz­no­ściach… pacjenta? Bada­nego obiektu? Ofiary? Alex nie bar­dzo wie­działa, jakim ter­mi­nem okre­ślić męż­czy­znę na stole. Nie „ofiara”. „Ten czło­wiek powi­nien prze­żyć” – pomy­ślała. Dopil­no­wa­nie tego to część jej zada­nia. Zadba, żeby prze­brnął przez tę ciężką próbę i wró­cił bez­piecz­nie na szpi­talny oddział, z któ­rego go zabrano. „A co będzie za rok? – zasta­na­wiała się. – Za pięć lat?”.

Zer­k­nęła na męż­czy­znę na stole. Michael Reyes. Czy­tała jego teczkę dwa tygo­dnie temu, kiedy wybrano go do rytu­ału. Płaty skóry na brzu­chu roz­chy­lono mu sta­lo­wymi klam­rami i jego wnętrz­no­ści wyglą­dały jak roz­kwi­tła, pulchna różowa orchi­dea, plu­szowa i czer­wona pośrodku. „Powiedz­cie mi, że nie zosta­nie po tym ślad”. Musiała jed­nak mar­twić się o wła­sną przy­szłość. Reyes jakoś sobie pora­dzi.

Alex odwró­ciła wzrok, sta­rała się oddy­chać przez nos, kiedy żołą­dek jej się burzył i ślina o mie­dzia­nym posmaku wypeł­niła jej usta. Widziała mnó­stwo potwor­nych obra­żeń, ale zawsze na mar­twych. Było coś znacz­nie gor­szego w żywej ranie, ludz­kim ciele trzy­ma­ją­cym się życia jedy­nie za pomocą mia­ro­wego, meta­licz­nego pika­nia moni­tora. Miała w kie­szeni sło­dzony imbir na mdło­ści – jedna z rad od Dar­ling­tona – ale nie mogła zmu­sić się, żeby go wyjąć i odwi­nąć z papierka.

Zamiast tego zawie­siła wzrok gdzieś w prze­strzeni, pod­czas gdy haru­spik wypo­wia­dał serię cyfr i liter – sym­bole akcji i gieł­do­wych kur­sów firm, które weszły na nowo­jor­ską giełdę pie­niężną. Póź­niej tego wie­czoru przej­dzie do NASDAQ, Euro­ne­xtu i ryn­ków azja­tyc­kich. Alex nie zawra­cała sobie głowy ich roz­szy­fro­wy­wa­niem. Pole­ce­nia, żeby kupo­wać, sprze­da­wać lub zacho­wać, poda­wano w nie­prze­nik­nio­nym języku holen­der­skim, języku han­dlu, pierw­szej giełdy papie­rów war­to­ścio­wych, sta­rego Nowego Jorku i w ofi­cjal­nym języku Koście­jów. Kiedy zakła­dano sto­wa­rzy­sze­nie Czaszki i Kości, zbyt wielu stu­den­tów znało grekę i łacinę. Dzia­łal­ność sto­wa­rzy­sze­nia wyma­gała cze­goś trud­niej­szego do prze­nik­nię­cia.

 

– Wymowa w języku holen­der­skim jest trud­niej­sza – wyja­śnił jej wcze­śniej Dar­ling­ton. – Poza tym Kościeje mają dzięki temu pre­tekst, żeby odwie­dzać Amster­dam.

Oczy­wi­ście Dar­ling­ton znał łacinę, grekę i holen­der­ski. Mówił też po fran­cu­sku, chiń­sku i względ­nie przy­zwo­icie znał por­tu­gal­ski. Alex wła­śnie zaczęła hisz­pań­ski na dru­gim pozio­mie. Spo­dzie­wała się, że dzięki lek­cjom w pod­sta­wówce i misz­ma­szowi bab­ci­nych powie­dzo­nek w ladino zaję­cia okażą się pro­ste do zali­cze­nia. Nie­stety nie wzięła pod uwagę takich rze­czy jak tryb łączący. Potra­fiła jed­nak zapy­tać, czy Glo­ria mia­łaby ochotę pójść jutro wie­czo­rem na dys­ko­tekę.

Seria stłu­mio­nych strza­łów dobie­gła zza ściany, z sali, gdzie wyświe­tlano film. Haru­spik pod­niósł wzrok znad ośli­zgłego, różo­wego cha­osu jelita cien­kiego Micha­ela Rey­esa, nie kry­jąc iry­ta­cji.

„Czło­wiek z bli­zną” – zdała sobie sprawę Alex, kiedy muzyka stała się gło­śniej­sza i hała­śliwe głosy zagrzmiały chó­ral­nie: „Chce­cie sobie ze mną pogry­wać? W porządku. Chce­cie zaba­wić się ostro?”. Widow­nia skan­do­wała dia­logi, jakby to był Rocky Hor­ror. Alex obej­rzała Czło­wieka z bli­zną z setkę razy. To był jeden z ulu­bio­nych fil­mów Lena. Był pod tym wzglę­dem prze­wi­dy­walny: lubił wszystko, co ostre – jakby zamó­wił sobie pocztą zestaw „Jak zostać gang­ste­rem”. Kiedy spo­tkali w pobliżu dep­taka w Venice Hel­lie o zło­tych wło­sach oka­la­ją­cych spek­takl jej nie­bie­skich oczu, Alex natych­miast pomy­ślała o Michelle Pfe­if­fer w jej saty­no­wej sukience. Bra­ko­wało jej tylko gład­kiej kur­tyny grzywki. Alex nie chciała jed­nak myśleć o Hel­lie tego wie­czoru, kiedy w powie­trzu uno­sił się smród krwi. Len i Hel­lie to jej dawne życie. Yale to nie miej­sce dla nich. Z dru­giej strony nie było to też miej­sce dla Alex.

Mimo tych wspo­mnień Alex była wdzięczna za hałas, który zagłu­szał mla­ska­nie i chlu­pot, kiedy haru­spik grze­bał w trze­wiach Micha­ela Rey­esa. Co on tam widział? Dar­ling­ton twier­dził, że wiesz­cze­nie nie różni się od czy­ta­nia przy­szło­ści z kart tarota albo gar­ści zwie­rzę­cych kości. Z pew­no­ścią jed­nak ina­czej to wyglą­dało. I brzmiało o wiele kon­kret­niej. „Tęsk­nisz za kimś. Znaj­dziesz szczę­ście w nowym roku”. Wróż­bici mówili tego typu rze­czy – ogól­ni­kowe, pocie­sza­jące.

Alex przyj­rzała się Koście­jom w sza­tach i kap­tu­rach, tło­czą­cych się wokół ciała na stole. Jakiś stu­den­ciak wyzna­czony na Skrybę zapi­sy­wał prze­wi­dy­wa­nia, które zostaną prze­ka­zane zarząd­com fun­du­szy inwe­sty­cyj­nych i pry­wat­nym inwe­sto­rom na całym świe­cie, żeby zapew­nić Koście­jom i wycho­wan­kom sto­wa­rzy­sze­nia bez­pie­czeń­stwo finan­sowe. Byli pre­zy­denci, dyplo­maci, przy­naj­mniej jeden dyrek­tor CIA – to wszystko byli Kościeje. Alex pomy­ślała o Tonym Mon­ta­nie, moczą­cym się w jacuzzi i pero­ru­ją­cym: „Wiesz, co to jest kapi­ta­lizm?”. Alex zer­k­nęła na roz­cią­gnięte ciało Micha­ela Rey­esa. „Tony, nie masz zie­lo­nego poję­cia” – pomy­ślała.

Wychwy­ciła jakiś ruch na ław­kach nad salą ope­ra­cyjną. Sala miała dwoje swo­ich wła­snych Sza­rych, któ­rzy zawsze sie­dzieli na tych samych miej­scach, kilka rzę­dów od sie­bie. Pacjentkę psy­chia­tryczną, któ­rej usu­nięto jaj­niki i macicę w ramach histe­ro­to­mii w 1926 roku, za co miała otrzy­mać sześć dola­rów, jeśli prze­żyje, oraz stu­denta medy­cyny. Zamarzł na śmierć w palarni opium tysiące mil stąd około 1880 roku, ale sia­dy­wał na swoim daw­nym miej­scu w szkole i patrzył na to, co ucho­dziło za życie w tej sali. Wiesz­cze­nie odby­wało się w sali ope­ra­cyj­nej tylko cztery razy w roku, z począt­kiem każ­dego kwar­tału fiskal­nego, ale naj­wy­raź­niej jemu to wystar­czało.

Dar­ling­ton lubił mawiać, że zada­wa­nie się z duchami jest jak jeż­dże­nie metrem: „Nie nawią­zuj kon­taktu wzro­ko­wego. Nie uśmie­chaj się. Nie inte­re­suj się. Bo w prze­ciw­nym wypadku ni­gdy nie wia­domo, co pole­zie za tobą do domu”. Łatwiej powie­dzieć niż zro­bić, kiedy jedyną inną rze­czą w sali, na którą można popa­trzeć, jest męż­czy­zna bawiący się wnętrz­no­ściami dru­giego czło­wieka, jakby to były tabliczki do madżonga.

Pamię­tała wstrząs, jaki prze­żył Dar­ling­ton, kiedy zdał sobie sprawę, że nie dość, iż Alex widzi duchy bez pomocy żad­nej mik­stury czy zaklę­cia, to jesz­cze widzi je w kolo­rze. Był tym prze­dziw­nie roz­sier­dzony. To jej spra­wiło przy­jem­ność.

– Jakiego rodzaju są te kolory? – zapy­tał, zdej­mu­jąc nogi ze sto­lika kawo­wego, a jego cięż­kie czarne buty zadud­niły o par­kiet w salo­nie Il Bastone.

– Po pro­stu kolory. Jak na pola­ro­idzie. Dla­czego pytasz? Co ty widzisz?

– Są sza­rzy – wark­nął. – Dla­tego nazy­wamy ich Sza­rymi.

Alex wzru­szyła wtedy ramio­nami, wie­dząc, że jej non­sza­lan­cja tylko jesz­cze bar­dziej roz­zło­ści Dar­ling­tona.

– To nic takiego – powie­działa.

– Dla cie­bie – mruk­nął i wyszedł, gło­śno tupiąc.

Resztę dnia spę­dził w sali tre­nin­go­wej, wypa­ca­jąc z sie­bie złość.

Alex była wtedy zado­wo­lona z sie­bie, cie­szyła się, że nie wszystko przy­cho­dzi Dar­ling­to­nowi z łatwo­ścią. Teraz jed­nak, gdy prze­su­wała się po obwo­dzie sali ope­ra­cyj­nej i spraw­dzała drobne znaki kredą na każ­dym z kie­run­ków róży wia­trów, czuła się roz­trzę­siona i nie­przy­go­to­wana. Takich wła­śnie uczuć dozna­wała, odkąd posta­wiła pierw­sze kroki w kam­pu­sie. Nie, nawet wcze­śniej. Od chwili, kiedy dzie­kan San­dow usiadł obok jej szpi­tal­nego łóżka, popu­kał w kaj­danki na jej rękach żół­tymi od niko­tyny pal­cami i powie­dział: „Mamy dla cie­bie pro­po­zy­cję”. To jed­nak była stara Alex. Alex od Hel­lie i Lena. Alex z Yale ni­gdy nie nosiła kaj­da­nek, ni­gdy nie wdała się w bójkę, ni­gdy nie zerżnęła nie­zna­jo­mego w łazience, żeby zaro­bić na działkę dla swo­jego chło­paka. Alex z Yale z tru­dem sobie radziła, ale nie narze­kała. Była dobrą dziew­czyną, która stara się nadą­żać.

„I nie udaje jej się” – pomy­ślała. Powinna była przyjść tu wcze­śniej i obser­wo­wać ryso­wa­nie zna­ków, przy­pil­no­wać, żeby krąg był bez­pieczny. Sza­rzy tak sta­rzy, jak ci nad nią, błą­ka­jący się po wzno­szą­cych się stop­niowo ław­kach, nie spra­wiali zwy­kle kło­po­tów, nawet kiedy przy­cią­gała ich krew. Wiesz­cze­nie jed­nak to potężna magia i zada­niem Alex było pil­no­wa­nie, żeby Kościeje trzy­mali się sto­sow­nych pro­ce­dur i zacho­wy­wali ostroż­ność. Tyle że ona tylko uda­wała. Poprzed­niej nocy zaku­wała, pró­bu­jąc wyuczyć się na pamięć wła­ści­wych zna­ków oraz pro­por­cji kredy, węgla i kości. Na miłość boską, zro­biła sobie nawet fiszki do nauki i zmu­siła się do prze­glą­da­nia ich w prze­rwach w zma­ga­niach z prozą Jose­pha Con­rada.

Pomy­ślała, że znaki wyglą­dają w porządku, ale znała się na sym­bo­lach ochron­nych rów­nie dobrze jak na współ­cze­snej bry­tyj­skiej powie­ści. Czy kiedy brała udział w jesien­nym wiesz­cze­niu z Dar­ling­to­nem, naprawdę uwa­żała? Nie. Była zbyt zajęta ssa­niem imbi­ro­wego cukierka, w gło­wie jej się krę­ciło z powodu dziw­no­ści całej sytu­acji i modliła się, żeby nie naro­bić sobie wstydu i nie zwy­mio­to­wać. Myślała, że będzie miała mnó­stwo czasu na naukę, kiedy Dar­ling­ton będzie zer­kał jej przez ramię. Jed­nak oboje mylili się w tej spra­wie.

– Voor­ho­ofd! – zawo­łał haru­spik i jeden z Koście­jów śmi­gnął do przodu. Melinda? Miranda? Alex nie pamię­tała imie­nia rudzielca, wie­działa tylko, że należy do zespołu skła­da­ją­cego się z samych dziew­czyn i śpie­wa­ją­cego a cap­pella, który nazy­wał się Whim’n Rhy­thm. Dziew­czyna otarła haru­spikowi czoło białą ście­reczką i znik­nęła z powro­tem w gru­pie.

Alex sta­rała się nie patrzeć na męż­czy­znę na stole, ale i tak jej wzrok padł na jego twarz. Michael Reyes, lat czter­dzie­ści osiem, zdia­gno­zo­wana schi­zo­fre­nia para­no­idalna. Czy Reyes będzie coś z tego pamię­tał po prze­bu­dze­niu? Czy kiedy będzie pró­bo­wał komuś o tym opo­wie­dzieć, to zosta­nie po pro­stu uznany za wariata? Alex dosko­nale wie­działa, jak to jest. Rów­nie dobrze to ona mogła wylą­do­wać na tym stole.

– Kościeje wybie­rają sobie tych naj­bar­dziej stuk­nię­tych – powie­dział jej wcze­śniej Dar­ling­ton. – Uwa­żają, że to sprzyja lep­szemu wiesz­cze­niu.

Kiedy zapy­tała go dla­czego, odparł tylko:

– Im bar­dziej vic­tima jest sza­lona, tym bli­żej Boga stoi.

– To prawda?

– „Tylko poprzez tajem­nicę i sza­leń­stwo zostaje odsło­nięta dusza” – zacy­to­wał Dar­ling­ton, a potem wzru­szył ramio­nami. – Stan ich kont naj­wy­raź­niej to potwier­dza.

– I nam to nie prze­szka­dza? – zapy­tała go wtedy. – Że roz­pruwa się ludzi, żeby Chaun­cey mógł odno­wić sobie letni dom?

– Ni­gdy nie pozna­łem żad­nego Chaun­ceya – odparł. – Ale nie tracę nadziei. – Potem zamilkł, sta­jąc w zbro­jowni z poważną miną. – Nic tego nie powstrzyma. Zbyt wielu potęż­nych ludzi polega na tym, czego mogą doko­nać sto­wa­rzy­sze­nia. Przed poja­wie­niem się Lete nikt nad tym nie czu­wał. Możesz więc albo wyda­wać z sobie daremne pobe­ki­wa­nia pro­te­stu i stra­cić sty­pen­dium, albo możesz tu zostać, wyko­ny­wać swoje zada­nie i zdzia­łać jak naj­wię­cej dobrego.

Nawet wtedy zasta­na­wiała się, czy to nie jest tylko część prawdy, czy pra­gnie­nie Dar­ling­tona, żeby dowie­dzieć się dosłow­nie wszyst­kiego, wią­zało go z Lete rów­nie mocno jak poczu­cie obo­wiązku. Sie­działa jed­nak cicho i zamie­rzała sie­dzieć cicho także teraz.

Micha­ela Rey­esa zna­le­ziono w jed­nym z łóżek szpi­tala uni­wer­sy­tec­kiego. Dla świata zewnętrz­nego wyglą­dał jak każdy inny pacjent: bez­domny z rodzaju tych, któ­rzy krążą mię­dzy oddzia­łami psy­chia­trycz­nymi, pogo­to­wiami i wię­zie­niami, raz będąc na lekach, innym razem nie. Miał brata w New Jer­sey, któ­rego podał jako naj­bliż­szego krew­nego i który wyra­ził zgodę na coś, co miało być ruty­no­wym zabie­giem koniecz­nym z powodu zro­stów jelita.