Krótsze ramię MoskwyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes



Okładka

Fahrenheit 415

Korekta i redakcja

Agnieszka Pawlik-Regulska

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

Skład, łamanie

Point Plus

ISBN 978-83-8079-325-5

Copyright Lech Kowalski

Copyright for Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2017

Wydawca

Fronda PL , Sp. z o.o.

Ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

Tel. 22 836 54 44, 877 37 35

Faks 22 877 37 34

e-mail: fronda@fronda.pl

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

WSTĘP

O bezpiece cywilnej, której okrucieństwa sygnują od dekad ponure dwie literki: UB (Urząd Bezpieczeństwa), z czasem SB (Służba Bezpieczeństwa) – słyszał prawie każdy Polak. Rodacy mają też określone opinie o tych służbach, najczęściej zasłużenie negatywne. Ubeków czy też esbeków – jak potocznie się o nich mówiło i nadal mówi – utożsamia się z licznymi mordami, strzałami w potylice polskich patriotów, skrytobójczymi wyrokami, tajemniczymi egzekucjami, z wymyślnymi torturami przesłuchiwanych i aresztowanych, z porwaniami i uprowadzeniami, a także z okrutnym biciem, poniżaniem i szykanowaniem, jak również z zsyłkami kwiatu polskiej młodzieży do sowieckich łagrów. To ich niewątpliwe zasługi. W opinii społecznej od zawsze uosabiali państwowy bandytyzm spod znaku czerwonej gwiazdy i bolszewickiego knuta. I każdy Polak z pewnością wiedział, że za tym stali Sowieci i ich zadżumiona, oderwana od naszej rzeczywistości ideologia komunistyczna. Niemniej wspólnie kąsali, szarpali i okaleczali społeczeństwo polskie przez kolejne dekady. Aż w końcu spacyfikowali na tyle Rodaków, że wskazane przez Kreml peerelowskie marionetki znad Wisły zdołały się utrzymać przy władzy niemal przez pół wieku. Reprezentowali od zawsze sowiecką rację stanu, tu nie było miejsca na rację stanu Rzeczypospolitej. To czas stracony w dziejach Polski i bardzo bolesny. Wyrwa w świadomości pokoleń nie do odrobienia po dziś dzień. Trzeba kilka kolejnych dekad, aby Polska znowu była Polską.

A co Rodacy wiedzieli w tamtym czasie albo co obecnie wiedzą na temat Wojskowej Służby Wewnętrznej (WSW), która tymczasem w niczym nie odstawała od tych zrusyfikowanych zbrodniczych struktur

UB i SB? Odpowiadam: praktycznie nic albo w ogóle nic i jeszcze mniej! Ci choć trochę zorientowani w tematyce w najlepszym przypadku kojarzyli WSW i kojarzą nadal z kontrwywiadem wojskowym, co trzeba przyznać brzmiało i brzmi nadal bardzo nobilitująco. Stary oprawca gen. Czesław Kiszczak wręcz się zachwycał tym określeniem. A tymczasem miało to tyle wspólnego z kontrwywiadem, co kojarzenie służby więziennej z wolnością jednostki oraz z pełnią praw obywatelskich. W istocie organa WSW były typową bezpieką wojskową albo – jak kto woli – policją polityczną, która na co dzień ściśle współpracowała z bezpieką cywilną. Tak było od zarania Polski Ludowej. Wspólnie działali, wymieniając się informacjami i podejmując działania operacyjne, tak w kraju, jak i poza jego granicami. I choć ze sobą rywalizowali, nade wszystko wzajemnie się wspierali w dziele niszczenia i osaczania polskich patriotów niegodzących się na komunizm w Polsce powojennej. Z perspektywy piszącego tę książkę skłonny jestem wręcz stwierdzić, że się lubili. A wszystko w imię obrony socjalistycznej utopii ideologicznej, której wspólnie bronili niczym niepodległości państwa. Tyle tylko, że ta ich wspólna misja dziejowa, choć pod czerwonym sztandarem, od zarania miała barwy szarotrupie.

W tych okolicznościach nie trudno odgadnąć, jaki był cel napisania niniejszej monografii. Ano taki, by raz na zawsze odbrązowić tę ponurą wojskową formację bezpieczniacką, która w LWP wyrządziła niewyobrażalne spustoszenie zarówno kadrowe, jak i moralno-psychiczne: sekowali i dziesiątkowali kadrę zawodową oraz jej rodziny, żołnierzy

służby zasadniczej i pracowników cywilnych wojska, a i tak było im ciągle mało. Z czasem więc skrzyknęli się z pobratymcami z MSW i skierowali oręż przeciwko opozycji politycznej, księżom, ruchom studenckim i młodzieżowym oraz tym wszystkim Polakom, którzy mieli odmienne od nich zdanie na temat systemu komunistycznego w Polsce.

Wykazywali się przy tym niespożytą energią, a jednocześnie poniżającym wazeliniarstwem wobec swoich mentorów z Kraju Rad. W ich imieniu byli w stanie dopaść każdego „wroga” i „przeciwnika”, bo tak częstokroć w swych sprawozdaniach operacyjnych określali Polaków –

co zresztą potwierdzali czynem niemal każdego dnia. Ci z WSW nie

wzięli się znikąd. Ich poprzednicy to sławetni zbrodniarze z sowieckiej Informacji Wojskowej, którą zasilili siepacze z NKWD i z sowieckiego kontrwywiadu wojskowego „Smiersz”. Z tego pnia swój rodowód wywodzi powstała z czasem Wojskowa Służba Wewnętrzna. Takie są jej korzenie! I jakby na ironię, kpiąc sobie z tej krwawej przeszłości poprzedników, jej funkcjonariusze przywdziali sobie na czapkach garnizonowych otoki w kolorze bieli, który to kolor wyrażał od zawsze czystość i niewinność, a poza tym był i jest symbolem aniołów i apostołów oraz odnowy życia duchowego. Tymczasem oni nie byli aniołami, co najwyżej apostołami śmierci i w prostej linii spadkobiercami zbrodniczych tradycji sowieckich służb specjalnych.

Kilka słów o strukturze samej monografii. Nie sposób nie zauważyć, że składa się z dziewięciu rozdziałów, w które została wkomponowana wiedza pochodząca z przeszło pięciu tysięcy dokumentów archiwalnych. Zostały one przez autora sfotografowane z zasobów Instytutu Pamięci Narodowej (IPN), gdyż obecnie tu znajdują się pełne niemal zbiory do tyczące niniejszego tematu. Fragmentaryczne informacje można również pozyskać z zasobów Centralnego Archiwum Wojskowego, które stanowi obecnie integralną część Wojskowego Biura Historycznego im. gen. broni Kazimierza Sosnkowskiego, podobnie jak Archiwum MON w Modlinie. Do pełni szczęścia badaczom i pasjonatom nic więcej nie potrzeba. Tu znajduje się wszystko, co niezbędne, aby zgłębić mroki tej zbrodniczej struktury. Kwerendy archiwalne w tych miejscach powinny zadowolić każdego miłośnika historii wojskowości.

Niniejsza monografia obejmuje lata 1957–1990 i wiedzie od kołyski bezpieczniackiej po emeryturę resortową, ale nie tylko. W pierwszym rozdziale dodatkowo omówiono działalność sowieckich służb specjalnych (NKWD i „Smiersz”), które dały początek Informacji Wojskowej, z której to zrodziła się Wojskowa Służba Wewnętrzna. Z takim rodowodem nie było szansy na podwaliny pod gmach praworządny i obywatelski. Z tego mogło się wykluć jedynie coś równie pokracznego i obrzydliwego, będącego kwintesencją poprzednich służb, co niewątpliwie dostrzeżemy przy lekturze niniejszej publikacji, wyziera to niemal w każdym momencie. Monografia ma charakter chronologiczno-problemowy, choć nie do końca tak jest, gdyż chciałoby sie nieraz zgłębić niektóre wątki czy problemy i daleko wybiec poza ramy niektórych podrozdziałów. Nie będę wzorem mistrzów pióra opisywał, co zawierają poszczególne rozdziały, bo to widać gołym okiem.

Przyznaję, że literacko zostały trochę podbarwione niektóre tytuły

rozdziałów i podrozdziałów, ale czego się nie robi, by zachęcić do lektury. W sumie jest to logiczne i spójne, podbudowane aparatem naukowym w formie przypisów, które niekiedy są ciekawsze niż opis niektórych wydarzeń w tekście. Ale tak to już bywa!

Krótko o literaturze przedmiotu. Z tym mam zawsze problem przy pisaniu kolejnej książki, gdyż nie cierpię bździn ideologicznych, na które trafiam w podejmowanej tematyce. A w tym przypadku jest tego resortowego śmiecia multum i nie ma potrzeby go przytaczać. Te publikacje były pisane pod konkretne tezy zlecane przez władze zwierzchnie autorów. Faktyczna literatura przedmiotu traktująca o WSW praktycznie nie istnieje. Jest kilka prac muskających przy okazji problematykę kontr-

wywiadowczą, jak chociażby dr. hab. Sławomira Cenckiewicza Długie

ramię Moskwy. Wywiad Wojskowy Polski Ludowej 1943–1991 (wprowadzenie do syntezy) (Poznań, 2011), z której korzystałem i które to dzieło natchnęło mnie do zatytułowania niniejszej monografii. Polecam również (głównie historykom lub pasjonatom tej tematyki, gdyż trudno przez to dzieło przebrnąć) pracę Bartosza Kapuściaka pt. Instrukcje pracy kontrwywiadowczej Wojskowej Służby Wewnętrznej wraz z instrukcjami prowadzenia dokumentacji i ewidencji (1957–1990) (Kraków, 2010). Praca na wskroś źródłowa z bogatym wykazem publikacji, głównie dawnych bezpieczniaków wojskowych, oraz ciekawym słownikiem pojęć resortowych. Najważniejsza z literatury przedmiotu. Pomocny okazał się także artykuł dr. Pawła Piotrowskiego pt. Wojskowa Służba Wewnętrzna 1957–1989 zamieszczony w Biuletynie IPN nr 6 (Warszawa, 2002). Zważywszy na rok wydania, artykuł Piotrowskiego był wówczas naprawdę pionierski. Warto też sięgnąć po pracę pod redakcją dr. Filipa Musiała Osobowe źródła informacji – zagadnienia

metodologiczno-źródłoznawcze (Kraków, 2008). To ciekawy opis funkcjonowania wywiadu wojskowego oraz organów WSW z Jednostek Wojskowych MSW. A że takowe istniały, prawie nikt wcześniej nie wiedział! Wielekroć do tego współdziałania będziemy nawiązywali w niniejszej monografii, i to z dużym dreszczykiem emocji.

 

O bezpiece wojskowej – jak wcześniej wspomniano – pisywali głównie funkcjonariusze WSW, zamieszczając swe „dzieła” w wydawnictwach wewnętrznych (biuletyny, sprawozdania z konferencji, sesji jubileuszowych, narad specjalistycznych, spotkań sojuszniczych itp.). Pisane były „na bazie i po linii”, bo inne wówczas nie miały racji bytu, by zaistnieć w przestrzeni resortowej. Pozostały ich dziesiątki, są zideologizowane do granic wytrzymałości psychicznej czytającego, nikomu nie polecam tych dzieł. Pisanie artykułów do biuletynów WSW było wysoko cenione przez przełożonych, więc co niektórzy podwładni słali jeden za drugim. W większości przepisywali instrukcje, zarządzenia czy wytyczne, okraszali to swoimi komentarzami i obowiązkowo cytowali złote myśli swych bezpieczniackich szefów. I to im masowo zamieszczano. Dzisiaj prawdopodobnie wiele by dali za to, by to „pisarstwo” nigdy nie ujrzało światła dziennego. Wśród takich „zasłużonych autorów” trafiamy na wytrawnych czekistów wojskowych, jak chociażby gen. Aleksandra Kokoszyna, gen. Teodora Kufla, gen. Edmunda Poradkę czy gen. Edwarda Bułę. To byli szefowie WSW. Co ciekawe, najbardziej z nich znany gen. Czesław Kiszczak – jak mawiali – „nie popełnił” żadnego artykułu na ten temat. Czyżby zabrakło polotu? Powyżsi generałowie również „ich nie popełnili”, gdyż były one dziełem podwładnych (toć musiał to ktoś zrobić), a że podpisywali się pod nimi... Jak dotychczas Gall Anonim w historii Polski pozostaje jeden, a oni nie zamierzali powtórzyć jego błędu, pragnęli być jeszcze bardziej znani i podziwiani. Przykład szedł z samej góry. Tow. Wojciech Jaruzelski wydał kilka tomów „swoich” przemówień, a też żadnego z nich nie napisał.

Dzieje WSW zostały też poniekąd udokumentowane w licznych pracach magisterskich i innych pracach kwalifikacyjnych powstających m.in. w Akademii Spraw Wewnętrznych, Wojskowej Akademii Politycznej, Akademii Sztabu Generalnego, jak również w Wyższej Szkole Oficerskiej w Szczytnie i Wyższej Szkole Oficerskiej SB w Legionowie. To w tych resortowych „wszechnicach naukowych” organa takie jak WSW były gloryfikowane i podziwiane przez wykładających oraz studiujących. Nie polecam jednak tej lektury. Na szczęście większość tych objawień „naukowych” poszło z dymem w resortowych kotłowniach. Prawdopodobnie spalone zostały nie ze względu na zawartość merytoryczną, a raczej ze wstydu, z uwagi na ich niski poziom. Znałem kilku autorów takich prac, żaden nie chciał mi pożyczyć swojej pracy magisterskiej do przeczytania.

Ja tymczasem zapraszam do lektury niniejszej książki i na spotkania autorskie na terenie całego kraju.


SOWIECKI RODOWÓD

1. ONI CZĘSTO ZABIJALI

Nie sposób napisać monografię WSW, nie sięgając do korzeni, bez wątpienia sowieckich – dlatego należy powyższą historię od razu zakotwiczyć w strukturach wcześniej wspomnianego sowieckiego kontr-

wywiadu wojskowego „Smiersz”. Nazwa ta to jeden z najbardziej złowieszczych akronimów w dziejach tajnych służb wywodzący się od rosyjskich słów smiert szpionam1. O tejże to formacji znany rosyjski dysydent Władimir Bukowski w filmie pt. Towarzysz Generał wypowiedział jedno znamienne zdanie: „Oni często zabijali” – do bólu prawdziwe. Nazwę tę wymyślił Stalin na naradzie służb specjalnych w kwietniu 1943 roku. Początkowo formacja miała nosić nazwę „Smierniesz” – pochodzącą od popularnego wśród sowieckich żołnierzy wojennego okrzyku: „Smiert niemieckim szpionam”. Nie pasowała jednak dyktatorowi, zbytnio zawężała przyszłe działania powoływanej formacji. Dał temu wyraz, stwierdzając:

Dlaczego mamy mówić tylko o niemieckich szpiegach? Czy inne służby wywiadowcze nie szkodzą naszemu krajowi? Nazwijmy to „Smiert Szpionam”.

I tak się stało, słowo stało się ciałem. „Smiersz” – jak napisał Vadim J. Birstein, autor monografii poświęconej tej formacji – był prawdziwą tajną bronią Stalina, „która w narzucaniu sowieckiego panowania na podbijanych terytoriach miała być skuteczniejsza nawet od czołgów i samolotów”. Już wiosną 1943 roku – po rozgromieniu wojsk niemieckich przez Armię Czerwoną pod Stalingradem – dla generalissimusa stało się jasne, że podległe mu wojska wkrótce przejmą inicjatywę strategiczną. Od tej pory wizja przeniesienia działań militarnych poza granice Związku Sowieckiego stała się jego obsesją. W drodze na Berlin były do wchłonięcia niezwykłe kąski terytorialne, jak chociażby kraje bałtyckie (Łotwa, Estonia, Litwa) oraz inne większe i mniejsze państwa Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polska, której część wschodnią – na mocy tajnego porozumienia z Niemcami z 23 sierpnia 1939 roku – Sowieci okupowali już w latach 1939–1941. „Bracia Moskale” rozsmakowali się w tych nabytkach terytorialnych – i Stalin pragnął jak najszybciej tu powrócić. Nie bez powodu zwykł się też przechwalać, stwierdzając: „Tam, gdzie stanie żołnierz sowiecki, tam już jest Związek Sowiecki”. Ta pierwsza okupacja polskich ziem wschodnich (1939–1941) była niezwykle krwawa, miliony Polaków poznało prawdziwe oblicze barbarzyństwa komunistycznego. W najlepszym przypadku wyrwani ze swych domostw byli zsyłani na Sybir, trafiając do sowieckich łagrów, stając w szeregu rzesz niewolników bolszewickiego imperium. Część z nich zdołała przeżyć. Ci, którym zabrakło tego „szczęścia” – jak chociażby polscy oficerowie służb mundurowych – zostali wymordowani w sowieckich kazamatach NKWD, strzałem w tył głowy. Katyń pozostaje tego symbolem2.

Początki „Smiersza”

Ostatecznie „Smiersz” powołano rozkazem Stalina z 19 kwietnia 1943 roku. Został wyłoniony ze struktur Zarządu Wydziałów Specjalnych NKWD ZSRS. Podkreślam, powstał z wydziałów specjalnych, a więc najbardziej bandyckich, wręcz ludobójczych. Stanowili go elitarni zwyrodnialcy i wręcz psychopaci. Siły i środki tej nowej formacji wywodziły się w całości z szeregów nadzorowanych przez wszechwładnego Ławrentija Pawłowicza Berię. Tym posunięciem Stalin osłabił pozycję tego wyjątkowego zbrodniarza, odpowiedzialnego m.in. za dotychczasowe stalinowskie czystki i eksterminację narodów, które znalazły się pod butem sowieckim. Na otarcie łez Stalin pozostawił Berii łagry, wojska enkawudowskie, pograniczników oraz wywiad. Powstały „Smiersz” dyktator podporządkował li tylko sobie, tj. Ludowemu Komisariatowi Obrony ZSRS, którym to organem również zawiadywał osobiście3. W tym czasie był także przewodniczącym Państwowego Komitetu Obrony (PKO), sekretarzem generalnym partii komunistycznej (KPZS), przewodniczącym Rady Komisarzy Ludowych (RKL) oraz głównodowodzącym sił zbrojnych ZSRS – czyli sławetnej Armii Czerwonej: prymitywnych hord oswobodzicieli i okrutnych gwałcicieli. Mongolizm tej nacji dawał znać o sobie w każdym wymiarze, z każdym kilometrem dobywanych ziem. Miliony zgwałconych kobiet byłyby w stanie to poświadczyć, niestety tysiące z nich tej „misji wyzwoleńczej” nie przeżyło. Stalin był takim współczesnym bolszewickim carem. I nie krył się z tym wcale, stwierdzając: „Ludzie potrzebują cara, dla którego mogą żyć i pracować [...]. Ludzie rosyjscy są monarchistami”. Miał stuprocentową rację, tacy są właśnie tzw. „prości ludzie sowieccy”, o których naiwni Polacy z taką czułością się wypowiadają. Gdy tymczasem to nie Stalin i jemu podobni zbrodniarze strzelali w potylicę naszej elicie w Katyniu, a właśnie ci „prości sowieccy ludzie” – w imieniu sowieckiego imperatora. Obecnie zachowują się podobnie: podbój Krymu i wschodniej części Ukrainy również akceptują. To są ci sami prości ludzie, bardzo często zapijaczeni, „modlący się” do kolejnego „cara”, tym razem do Władimira Putina. To naród, który nigdy nie powstał z kolan. A tak na marginesie tych sowieckich rozważań: podobną ilość stanowisk – w latach osiemdziesiątych minionego wieku – skomasował dyktator stanu wojennego i władca PRL-u gen. Wojciech Jaruzelski. Jak widać, miał się na kim wzorować.

Na czele powyższej formacji Stalin postawił generała – pułkownika Wiktora Siemionowicza Abakumowa (właściwe nazwisko: Aba Kum) – nie mniejszego zbrodniarza niż wcześniej wspomniany Beria. Jego oficjalne stanowisko brzmiało: Naczelnik Głównego Zarządu Kontrwywiadu „Smiersz” Ludowego Komisariatu Obrony. Ten sam Abakumow był jednym z głównych organizatorów mordu ponad czterech tysięcy polskich oficerów w Lesie Katyńskim pod Smoleńskiem. Z woli Stalina Abakumow stał się niemal równym Berii, którego dotychczas był podwładnym. Przy okazji wspomnianych wolt personalnych dodam, że Stalin, Beria i Abakumow – skończyli marnie. Abakumow został rozstrzelany w grudniu 1954 roku; Stalin charcząc i wijąc się na kanapach oraz na podłodze w daczy w Kuncewie, na poły sparaliżowany, skonał w marcu 1953 roku. W tymże samym roku życia dopełnił Beria, rozstrzelany w czerwcu w piwnicach Kremla.

Powróćmy jednak do sowieckiego „Smiersza”. Formacji tej powierzono następujące zadania: a) zwalczanie szpiegostwa, dywersji i terroryzmu oraz działalności wywrotowej obcych wywiadów w szeregach Armii Czerwonej; b) zwalczanie tzw. elementów antysowieckich w jednostkach i instytucjach sowieckich sił zbrojnych; c) uniemożliwienie wrogim agenturom przechodzenia przez linie frontu celem penetracji szeregów Armii Czerwonej, jak również przekraczania tej linii przez wspomniany „element antysowiecki”; d) zwalczanie zdrajców ojczyzny, tj. tych, którzy przeszli na stronę wroga lub takich, którzy ukrywali szpiegów i udzielali im pomocy; e) bezwzględne zwalczanie dezercji i samookaleczeń; f) rozpracowywanie wojskowych i innych osób, które dostały się do niewoli niemieckiej lub były w okrążeniu, ale nade wszystko wypełnianie zadań specjalnych stawianych przez Stalina. To ostatnie zadanie ze zrozumiałych względów było priorytetowe. W rzeczy samej „Smiersz” miał zwalczać wrogi element władzy sowieckiej, tzw. wrogów ludu, jak o takich mawiano w tej sodomii bolszewickiej. Te ich ludobójcze wręcz działania Stalin tak sobie tłumaczył: „Kto dziś pamięta imiona bojarów, których pozbył się Iwan Groźny [...]. Iwan zabił za mało bojarów. Powinien zabić ich wszystkich, żeby stworzyć silne państwo”. Podobny cel przyświecał sowieckiemu dyktatorowi. I tak jak Iwan Groźny prześladował dodatkowo rodziny wrogów, podobnie czynił Stalin. Rodziny prześladowanych i skazywanych tysiącami były wysyłane do łagrów, zdarzały się rozstrzeliwania. Wiele żon skazanych oficerów zostało zwyczajnie zamordowanych, a dzieci trafiały do sowieckiego piekła na ziemi, tj. bolszewickich domów dziecka, co częstokroć było gorsze od śmierci4.

Zwalczanie elementu antysowieckiego

W międzyczasie tropienie obcych wywiadów i wyłapywanie szpiegów zeszło na plan dalszy: działania te stały się zasłoną dymną, chodziło głównie o rodzimą opozycję. „Smiersz” koncentrował się na zwalczaniu tzw. elementu antysowieckiego w kraju – i to pod różną postacią, czegokolwiek by to nie oznaczało. Przy każdym oddziale bojowym działali jego przedstawiciele: żołnierze nazywali ich „osobistami”. Nie mieli żadnych oporów, gdy trafili na kandydatów do werbunku agenturalnego, najczęściej był to werbunek siłowy, na zasadzie szantażu. W młodości jednym z takich donosicieli był późniejszy

prominentny oficer WSW – wcześniejsza zakała Informacji Wojskowej –

płk Marian Cimoszewicz (ojciec premiera Włodzimierza, które to imię ojciec nadał mu na cześć Lenina). W przyszłości podobni donosiciele w dużej mierze opanowali kierownicze stanowiska w organach

peerelowskiej bezpieki wojskowej. Nie zapominajmy więc, skąd ich ród. Wspomniany Cimoszewicz już w październiku 1939 roku podjął współpracę z NKWD. Jak podaje jeden ze świadków: „Po tych rozmowach Cimoszewicza z Kuprianowem nagle znikają ludzie”. Działo się to na Białostocczyźnie pod okupacją sowiecką. Co za kanalia: w obecnym sejmie znajduje się wnuczek tej stalinowskiej bestii5.

Kontrwywiad sowiecki gromadził informacje na temat kadry zawodowej i żołnierzy, które w dużej mierze były po prostu wydumane, nieprawdziwe, niesprawdzone – wystarczył donos, podejrzenie, by dana osoba przepadła. W ten sposób pomówieni trafiali przed oblicze trybunałów wojennych, gdzie tysiące nieszczęśników kończyło żywot z kulą w czaszce. Zapadające wyroki były ohydną parodią procesów sądowych. Sowieci z ogromnym zapałem ścigali tzw. zdrajców ojczyzny, a byli nimi – jak wspomniano – m.in. wojskowi, którzy dostali się do niewoli niemieckiej lub znaleźli się w okrążeniu i przeżyli. Inni przejęci przez „Smiersz” byli selekcjonowani: aresztowanych za drobniejsze przewinienia z reguły kierowano do batalionów i kompanii karnych, gdzie rzadko który z nich przeżył. Rannych „karniaków” na polu walki funkcjonariusze „Smiersza” dobijali na miejscu, byli dla nich bezwartościowi. Z kolei przechwyconych agentów zaliczanych do tzw. „płotek” kierowano do obozów jenieckich zarządzanych przez NKWD, zaś ważniejszych „szpionów” tzw. „grube ryby” przekazywano Centrali w Moskwie, gdzie byli poddawani torturom w ramach standardowych śledztw. Nie darowano też tzw. defetystom rozgłaszającym informacje inne niż podawała sowiecka propaganda. Specjalne baczenie miano na dezerterów: tylko w 1941 roku odnotowano ponad 650 tysięcy przypadków dezercji. Były one istną plagą sowieckiego wojska. Bezwzględnie tępiono także tych, którzy się okaleczali, by nie walczyć na froncie. Nie było łatwo nad tym zapanować. „Smiersz” siał więc terror w sposób niewyobrażalny. Stany osobowe wojska miały się bać tej formacji bardziej niż wroga na linii frontu. I w dużej mierze jej się to udało. Jak mawiał Stalin: „Dla sowieckiego żołnierza ucieczka z pola walki wymaga więcej odwagi niż stanięcie do niej”. To była szczera prawda. Każdego dnia generalissimus otrzymywał od Abakumowa raporty operacyjne z działalności „Smiersza”. Dzięki temu był doskonale zorientowany, co działo się w Armii Czerwonej. Do dnia dzisiejszego nie można się doliczyć, ilu żołnierzy zostało zamordowanych na polu walki przez słynne oddziały zaporowe, tzw. „zagradotriady”, które przemieszczały się za plecami nacierających wojsk sowieckich. Do wycofujących się otwierano ogień z broni maszynowej, bywało, że w ten sposób wybijano całe jednostki frontowe, które próbowały się wycofać. Wybiegając nieco w przyszłość, warto podkreślić, iż pod koniec wojny formacja ta zajęła się również przeszło pięcioma milionami obywateli sowieckich repatriowanych w głąb Europy. W tej grupie znaleźli się także wspomniani wcześniej jeńcy wojenni. Zamiast do domów rodzinnych po zakończonej wojnie najczęściej trafiali do obozów pracy za kołem polarnym, gdzie większość zmarła z wycieńczenia. Byli traktowani jak zdrajcy i dezerterzy. Tysiące z nich rozstrzelano od razu, tuż po wstępnym przesłuchaniu. Takie postępowanie wobec nich wynikało z rozkazu Stalina nr 270 z drugiej połowy 1941 roku. Skazani na śmierć nie mieli prawa odwołania się od wyroku. Nie oczekujmy więc jakichkolwiek racjonalnych zachowań ze strony „Smiersza” wobec innych narodów, które „oswobadzali” wraz z Armią Czerwoną.

 

W tym samym czasie, kiedy sowiecka bezpieka wojskowa dziesiątkowała Armię Czerwoną, podobne represje dosięgały rodziny wojskowych. Przykładowo rodziny jeńców ponosiły konsekwencje za poddanie się żołnierza Niemcom i pójście do niewoli6. Takie przypadki zlecano do wykonania lokalnym strukturom NKWD. Wspólny, wyimaginowany wróg jednoczył szeregi tych zbrodniczych formacji. Stalina to jednak wciąż nie zadawalało, stale poszerzał skalę represji i obdzielał „Smiersz” kolejnymi zadaniami: pilotowali m.in. powrót do kraju tych wszystkich (miliony żołnierzy), którzy na własne oczy zobaczyli Europę, którą wcześniej „wyzwalali”. Dobrobyt starego kontyngentu porażał oczy, na tym tle sowiecka nędza była nie do obronienia. Trudno było ją zakrzyczeć, dlatego „wyzwoliciele” po powrocie do Kraju Rad poddawani byli terapii szokowej – najczęściej w łagrach i podobnych miejscach odosobnienia: mieli zapomnieć, co widzieli. „Smiersz” nie zdążył się z tym problemem uporać. W szczególny sposób „polowano” również na tych wszystkich, którzy będąc w niewoli niemieckiej, dali się zwerbować do SS bądź Wehrmachtu, a takich osób było ponad milion. Ich los był z góry przesądzony7.

Terror w sowieckim wojsku

W rzeczy samej „Smiersz” głęboko przeniknął w struktury Armii Czerwonej, penetrował wszystkie szczeble dowodzenia, począwszy od frontu poprzez armie, korpusy aż po dywizje i poniżej, byli niemal wszędzie. Kadra tej formacji nosiła mundury wojskowe i insygnia jednostek, które w międzyczasie pacyfikowała: nie rzucała się więc w oczy, tak jak funkcjonariusze NKWD, co znacznie ułatwiało im prowadzenie pracy operacyjnej. Służbowo nie podlegali pod dowódców wojskowych w jednostkach i instytucjach, w których służyli. Swoich przełożonych mieli w zupełnie innych miejscach. Kadrą i żołnierzami liniowymi gardzili, mieli ich za nic, byli wyniośli, praktycznie bezkarni. Stalin i jego najbliższe otoczenie partyjne twierdziło, iż dyscyplina i lojalność powracały tylko tam, gdzie panował strach i terror. I była w tym część prawdy, ale konsekwencje tego były opłakane. Terrorem zabito w szeregach żołnierskich wszelki patriotyzm. W gruncie rzeczy Armię Czerwoną zasilali zniewoleni obywatele, przypisani do szyneli wojskowych niczym chłopi do kołchozów, a robotnicy do fabryk – pozbawieni podmiotowości, gnani i smagani przez obłąkanych ze strachu oficerów frontowych. Żołnierze byli jedynie maleńkimi trybikami w tej machinie zorganizowanej przemocy: dowodzeni na modłę i podobieństwo wschodnich despotów, niemal jak za czasów chanów mongolskich, dawnych zwierzchników Rusi. Życie ludzkie w armii sowieckiej nie miało żadnej wartości. Wbrew rozpowszechnionej opinii Hitler widział potrzebę minimalizowania strat Wehrmachtu. I wiele w tym kierunku czynił. Stalin nie miał takich dylematów, jak mawiał: „Śmierć jednego człowieka to tragedia, milionów to statystyka”. Żołnierze sowieccy byli więc przysłowiowym mięsem armatnim, niemal bezimiennymi postaciami, bez nieśmiertelników na szyi, traktowani gorzej niż bydło. Bywało w trakcie walki, że w szeregach nacierających na wrogie pozycje biegło dwóch z jednym karabinem, gdy ten pierwszy padł martwy, ten drugi podejmował broń i parł przerażony dalej. Do historii wyczynów Armii Czerwonej przeszły też natarcia składające się z 20 fal atakujących, które były systematycznie likwidowane przez okopane jednostki wojskowe Wehrmachtu. Stosy sowieckich trupów sięgały kilka metrów wysokości, zza których nie było widać Niemców. Śmierć w tym przypadku była wybawieniem. Takim bitewnym akcjom z kompletną obojętnością przyglądali się funkcjonariusze „Smiersza”, co więcej, oni je „zabezpieczali na swój sposób”. W rozkazach wzywających do podjęcia kolejnych operacji frontowych Stalin z reguły zaznaczał: „Bez względu na ofiary”. Wciąż też obowiązywał jego sławetny rozkaz nr 227 z 27 lipca 1942 roku: „Ani kroku w tył”. Odmawiał podległym wojskom prawa do odwrotu z pola walki, przez co wielekroć dostawały się one w tzw. kotły, gdzie były dziesiątkowane przez Wehrmacht. W takich okolicznościach żołnierze sowieccy mieli do wyboru trzy drogi wyjścia: polec na polu walki, trafić do niewoli niemieckiej lub zostać zabitym przez własne oddziały zaporowe. To nie był żaden wybór. Takie okoliczności hartowały zbirów ze „Smiersza”, to oni decydowali, co dalej. Po dziś dzień potwierdzają to weterani II wojny światowej, stwierdzając m.in.: „Ach, ta fatalna nazwa «Smiersz»! ...Kiedy się ją słyszało, każdego aż przechodziły ciarki ze strachu” – to wypowiedź Nikołaja Nikulina z 2007 roku. „Nie walczyliśmy – stwierdziła w 2010 roku weteranka Jelena Bonner – ani za Ojczyznę, ani za Stalina. Nie mieliśmy wyboru: przed nami byli Niemcy, a za nami «Smiersz»”. Większość tych zbrodniczych doświadczeń funkcjonariusze „Smiersza” przenieśli z czasem w granice Polski, dokładnie w szeregi Informacji Wojskowej, sławetnej poprzedniczki WSW8.

Jak napisał Vadim J. Birstein – autor monografii tej formacji:

Bezwzględność śledczych ze „Smiersza” wkrótce stała się legendarna. Oficerowie śledczy nazywani smierszewcami, torturowali i zabijali tysiące ludzi niezależnie od tego, czy faktycznie byli winni działalności szpiegowskiej czy nie9.

Ich ulubiona metoda wieszania skazanych polegała na tym, iż tuż przed egzekucją wznoszono długie rzędy szubienic, najlepiej kilkadziesiąt ustawionych w jednym rzędzie. Następnie zganiano na wybrane miejsce setki i tysiące żołnierzy, by się przyjrzeli, jaki spotka ich los, gdy wpadną w ich ręce. Skazani byli rzędami ustawiani na samochodach ciężarowych, które powoli podjeżdżały pod szubienice. Kiedy pętle spoczywały na szyjach skazańców, samochody na komendę gwałtownie ruszały. I dziesiątki wisielców konało w tym samym momencie. To były taśmowe egzekucje. Takiego widoku nie dało się wyrzucić z ludzkiej pamięci. Kto raz się dostał w ich zbrodnicze szpony – o ile przeżył – zapamiętał to do końca życia. Oto fragment z przesłuchania Polaka przez funkcjonariuszkę „Smiersza” z czerwca 1943 roku, a więc z okresu, kiedy w Sielcach nad Oką powstawała z rozkazu Stalina polska komunistyczna formacja wojskowa: