Szatan w naszym domu

Tekst
Z serii: Amerykańska
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

Do Ingramów należała czterohektarowa działka przy Fir Tree Road, w pobliżu torów kolejowych. W tej okolicy niewielkie przedmieścia Olympii rzedły, a miasto stopniowo ustępowało pola przyrodzie. Stały tam podniszczone domy i przyczepy mieszkalne, a na podjazdach pełno było motorówek i samochodów terenowych. Parę kilometrów dalej zaczynał się ogromny obszar leśny należący do bazy wojskowej Fort Lewis, zajmujący sporą połać południowo-wschodniej części hrabstwa. Podczas ćwiczeń słyszało się czasem odgłosy typowe dla operacji wojennych: eksplozje i strzały z karabinów maszynowych. Domu wybudowanego przez Ingramów w roku 1978 nie było widać z drogi. Choć później uważano go za miejsce owiane grozą (Neil McClanahan porównywał go nawet do willi rozsławionej przez książkę i film Amityville Horror), w ten listopadowy wieczór sprawiał wrażenie całkiem zwykłego budynku o mansardowym dachu, ładniejszego od większości innych w okolicy. Cała działka wyglądała jak mała, zadbana posiadłość ziemska. Zarówno Paul, jak i Sandy hołdowali idei samowystarczalności. Hodowali kury i króliki, mieli też parę krów, a nawet kaczki pływające w sadzawce za domem. Trawnik codziennie strzygło stadko kóz. Sandy przez cały rok uprawiała ogródek warzywny. Sąsiedzi opisywali ich działkę jako „świetnie zagospodarowaną” i rzeczywiście mieściły się na niej liczne zagrody dla zwierząt, mnóstwo różnych narzędzi, a także kilka samochodów osobowych i pikapów. Sandy przez wiele lat prowadziła też domowe przedszkole, więc oprócz rozmaitych przedmiotów użytku codziennego w ogrodzie były też huśtawki i piaskownica, a w domu zalegało mnóstwo plastikowych zabawek i kolorowych mat dla dzieci.

Aż do owego poniedziałku Sandy uważała swoje małżeństwo za szczęśliwe i stabilne, staroświeckie w najlepszym sensie. Słowo Paula było święte, ale żona rzadko kiedy się z nim nie zgadzała, prawie nigdy więc się nie kłócili. Spełniała się również poza domem – nie tylko prowadziła przedszkole, ale też działała społecznie i przez jedną kadencję należała do rady miejscowej szkoły (w polityce lokalnej powodziło się jej zatem poniekąd lepiej niż mężowi), większość jej czasu pochłaniały jednak dom i kościół.

Paul i Sandy poznali się w roku 1964 w dwuletnim college’u w miejscowości Spokane. Oboje samodzielnie się utrzymywali: Sandy pracowała jako pokojówka, a Paul jako dozorca w zakładzie mleczarskim. Pochodzili z wielodzietnych, pobożnych katolickich rodzin. Sandy przez dwa lata uczęszczała do szkoły prowadzonej przez siostry zakonne i sama poważnie rozważała wstąpienie do zakonu. Paul przez całe dzieciństwo chodził do katolickich szkół i spędził trzy lata w seminarium duchownym, w końcu jednak uznał, że pragnie zostać księdzem głównie po to, żeby przypodobać się matce. Tak czy inaczej, nawet jeśli sam odczuwał powołanie do służby bożej, to rozwiało się ono tego dnia, w którym zaproponował Sandy, że ją podwiezie do pracy. Była wesołą i otwartą dziewczyną, mieli wiele wspólnych zainteresowań. Paulowi podobało się, że tak ciężko pracuje. Lubiła też czasem zaszaleć – pewnego dnia na wycieczce grupowej zjeżdżali z ośnieżonego zbocza pobliskiej góry na masce starego buicka z 1948 roku, a Sandy pękała ze śmiechu, rozbawiona tym wyczynem. Paul miał niemal zerowe doświadczenie z kobietami, prawie nigdy wcześniej nie randkował, przed poznaniem Sandy nie miał też kontaktów seksualnych. Wkrótce postanowili się pobrać, choć ich rodzice byli przerażeni i uważali, że to zbyt szybka decyzja. Ślub odbył się w lutym 1965 roku. Małżonkowie mieli po dziewiętnaście lat i znali się niespełna pięć miesięcy.

Sylvester, ojciec Paula, był stolarzem, księgowym i złotą rączką, lecz chronicznie zapadał na zdrowiu. Gdy w roku 1954 doznał urazu kręgosłupa, ciężar utrzymania całej rodziny spoczął na barkach jego żony Elizabeth, która pracowała jako dietetyczka. Dzieci zawsze były nakarmione i obute, ale na niewiele więcej starczało pieniędzy. Do obowiązków Paula, jako najstarszego z całej siódemki dzieci, należało niańczenie młodszego rodzeństwa i odgrywanie roli rodzica zastępczego. Jego siostra Robin wspominała, że był troskliwy i skłonny do poświęceń, nigdy nie skarżył się na dodatkowe obciążenie.

Rodzina, którą stworzył później z Sandy, pod wieloma względami przypominała tę, w której dorastał. Matka i ojciec Paula byli zwolennikami surowej dyscypliny, a on sam odnosił wrażenie, że więcej uczucia okazują sobie nawzajem niż dzieciom – to samo gorzkie spostrzeżenie wyraziły później jego własne dzieci. Nawet jeśli w roli starszego brata był wobec rodzeństwa uważny i opiekuńczy, to w roli ojca zachowywał się raczej jak służbista skupiony na zasadach i zakazach.

Sandy z kolei była najmłodsza z czwórki rodzeństwa, przez co stała się rodzinnym pieszczoszkiem. Miała słodką i zadziorną naturę z nutą przekory, dzięki czemu nie dawała się Paulowi całkowicie zdominować. Choć w jej rodzinie zdarzały się przypadki chorób umysłowych, ani ona, ani jej mąż nie martwili się, że mogą być dziedziczne. Sandy szczególnie zależało na posiadaniu dużej rodziny. Paul nie był do końca pewien, czy tego pragnie, ale nie stawiał oporu. Początkowo zamieszkali w wynajętym trzypokojowym domu w Spokane.

We wrześniu 1965 roku, siedem miesięcy po ślubie, narodził się Paul Junior, znany też w rodzinie jako Paul Ross. Żeby sprostać nowym ojcowskim wyzwaniom, Paul Ingram podjął pracę jako nadzorca budowlany powstającego centrum medycznego. Kilka miesięcy po narodzinach pierwszego syna Sandy znów zaszła w ciążę, tym razem bliźniaczą. We wrześniu 1966 roku urodziły się dwie dziewczynki. Pierwsza na świat przyszła Andrea, dziecko wątłe i z niedowagą. Ericka była za to pulchnym okazem zdrowia. Po paru dniach spędzonych w szpitalu matka zabrała ją do domu, lecz Andrea musiała pozostać na oddziale jeszcze tydzień. W końcu również ją wypisano, ale pozostawała dość niemrawa. Lekarze zapewniali, że wszystko jest w porządku, a Andrea jest po prostu drobnym dzieckiem, jednak po kilku dniach zaczęła mieć problemy z oddychaniem. Spanikowani rodzice popędzili do szpitala z posiniałym, ledwo łapiącym powietrze noworodkiem. Badania wykazały zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych. Wezwano księdza, żeby dziewczynkę ochrzcił i udzielił jej ostatniego namaszczenia, lecz ona wprawiła lekarzy w zdumienie i przeżyła. Choroba jednak spowodowała obrzęk mózgu, przez co Andrea pozostała upośledzona umysłowo i miała trwale powiększoną czaszkę.

Rodzina Ingramów wkrótce przestała się mieścić w skromnym domku. W roku 1967 nabyli za sześć tysięcy dziewięćset dolarów czteropokojowy dom wystawiony na sprzedaż przez Urząd do spraw Kombatantów. Dom otaczało ogrodzenie z siatki wysokie na ponad metr, ale Paul Ross nauczył się je pokonywać, zanim jeszcze wyrósł z pieluch. Sandy zwykle znajdowała go gdzieś w okolicy, radośnie bawiącego się z dziećmi, choć dwukrotnie musiała wzywać policję, żeby go zlokalizować. Później mógł bawić się na dworze tylko na uwięzi.

Paul Ingram rozpoczął życie domokrążcy i sprzedawał ludziom aparaty fotograficzne. Po raz pierwszy miał okazję trochę pojeździć po kraju i bardzo mu się to podobało, lecz jego dochody tak naprawdę nie pokrywały koniecznych wydatków. Sandy zaczęła opiekować się cudzymi dziećmi, żeby wesprzeć domowy budżet. Tymczasem Andrea co chwila lądowała w szpitalu z powodu przewlekłego zapalenia płuc, a opieka nad nią stawała się coraz bardziej wymagająca. Rodzice nie potrafili jej sprostać, więc maleńką jeszcze dziewczynkę oddali do instytucji opiekuńczej, w której spędziła resztę życia.

W roku 1968 Sandy urodziła drugiego syna, który dostał na imię Chad. Paul musiał stawić czoła rzeczywistości i znaleźć bardziej stabilną pracę – otrzymał stanowisko agenta terenowego w Retail Credit Company. Kilka miesięcy później okazało się, że firma ma wakaty również w innych miastach. Przeprowadzka oznaczała podwyżkę i szansę awansu. Ingramowie zdecydowali się na Olympię ze względu na jej kameralność i niemal wiejski charakter, pociągała ich bowiem idea powrotu do natury. Kupili dom na kółkach i przewieźli go na teren przeznaczony dla takich zabudowań, położony przy Fir Tree Road we wschodniej części miasta. Wkrótce Sandy znów zaczęła zarabiać, opiekując się dziećmi sąsiadów. Jej dochody były dla rodziny kluczowe, zwłaszcza w tych pierwszych latach, jednak jej synowie i córki uważali, że matka bardziej dba o dzieci oddane jej pod opiekę niż o własne.

Niedługo potem rozrastająca się rodzina zapragnęła się przenieść do przestronniejszego lokum. W roku 1970, gdy Ingramom narodziło się piąte dziecko – Julie – wzięli kredyt na siedemnaście i pół tysiąca dolarów i wybudowali czteropokojowy dom na działce leśnej we wschodniej Olympii. Jedną sypialnię dzielili chłopcy, a drugą dziewczynki. Nieco później wykończono piwnicę i urządzono tam jeszcze jedną sypialnię oraz salę gier. W końcu znalazło się miejsce na ogródek warzywny Sandy i hodowlę zwierząt Paula, dzięki której miał nadzieję osiągnąć samowystarczalność. Po godzinach trudnił się dodatkowo sprzedawaniem produktów firmy Amway oraz liofilizowanej żywności. Mając w pamięci własne dzieciństwo, które upłynęło w cieniu niezaspokojonych potrzeb materialnych, teraz za wszelką cenę usiłował zapewnić rodzinie bezpieczeństwo finansowe. Uważał, że należycie o nią dba i stwarza swoim dzieciom szanse, których sam nigdy nie otrzymał. One jednak miały poczucie, że bardziej je ceni jako pomoc w gospodarstwie niż jako synów i córki. „Starego gówno obchodziło, co które z nas robi, bylebyśmy się wywiązywali z domowych obowiązków” – skarżył się potem Paul Ross.

W roku 1969 Paul Ingram bez większych nadziei złożył wniosek o przyjęcie do sił rezerwowych komisariatu w pobliskim miasteczku Lacey (gdzie znajdowało się tylko osiem sygnalizatorów świetlnych). Wniosek rozpatrzono pozytywnie, Ingram wypożyczył więc pistolet i wieczorami oraz w weekendy zaczął uczestniczyć w patrolowaniu okolicy i interwencjach dotyczących zgłoszonych awantur domowych. W ciągu kilku miesięcy tyle się nauczył o pracy w policji, że mógł już samotnie jeździć na patrole. Nigdy w życiu żadna praca tak go nie ekscytowała. Służbę w policji uważał za rodzaj hobby przynoszącego dodatkowy dochód, ale przez nią bardzo mało czasu spędzał w domu z żoną i dziećmi. Chad musiał sam się nauczyć jeździć na rowerze; jakiś czas później sam nauczył się jeździć samochodem.

 

Dwa lata później Paul Ingram przeniósł się z komisariatu w Lacey do biura szeryfa w Olympii, a w kolejnym roku zaproponowano mu tam pełen etat. Oznaczało to, że jego dochody spadną o sto dolarów miesięcznie, na co średnio mogli sobie pozwolić, ale Sandy poparła pomysł męża, bo widziała, jak bardzo Paul lubi tę pracę. Przeważnie dobrze mu w niej szło, choć kiedyś na szkoleniu popełnił błąd i pozwolił sobie wyrazić opinię, że stanowisko szeryfa powinno się obsadzać w wyniku nominacji, a nie wyborów – następnego ranka wezwano go do gabinetu przełożonego i porządnie obsztorcowano. Potem był już ostrożniejszy w wygłaszaniu sądów na temat polityki kadrowej.

Paul Ingram szybko znalazł w pracy przyjaciół. Sporo czasu spędzał z równie mało doświadczonym Neilem McClanahanem; dojeżdżali do pracy wspólnym radiowozem. Często rozmawiali o religii, którą obaj się interesowali. Paul wciąż jeszcze uważał się wtedy za katolika, choć z czasem miał przejść na protestantyzm. Droga Neila była odwrotna – jako pobożny protestant pilnie studiował katechizm katolicki, przygotowując się do zmiany wyznania.

Poszukiwania duchowe i zainteresowanie służbą publiczną odróżniały ich od większości pozostałych funkcjonariuszy, ale Paul i Neil nie chcieli uchodzić za świętoszków. Przyłączyli się do grupy pokerowej, która spotykała się za każdym razem w innym domu – również w domu Ingramów. Spotkania te były dla Paula Ingrama tak ważne, że nawet zainstalował lodówkę w sali gier w piwnicy i trzymał w niej baryłkę z piwem. Goszczenie u siebie w domu kolegów z wydziału (w tym samego szeryfa) bez wątpienia umacniało jego pozycję w grupie, bo mógł dzięki temu uchodzić za dobrego kumpla. Rankiem po takim pokerowym wieczorze dzieci Ingramów szukały na podłodze pogubionych drobniaków.

W roku 1972 Paul Ingram zaczął romansować ze starszą od siebie rozwódką. Czuł, że może z nią porozmawiać o czymś innym niż tylko wychowywanie dzieci i codzienne sprawy domowe. Jego kochanka była luteranką i mówiła o swojej osobistej relacji z Jezusem w taki sposób, w jaki nawet w seminarium duchownym nikt nigdy nie mówił. Zniechęciła się jednak, gdy się okazało, że Paul nie zamierza zostawić żony i dzieci. Choć coraz rzadziej chodził na mszę, katolickie przekonania nie pozwalały mu myśleć o rozwodzie.

Tymczasem gospodarność Ingramów przynosiła efekty. Kupili starego forda z naczepą mieszkalną i odtąd letnie wakacje spędzali na kempingach w Idaho. W roku 1976 nabyli oddaloną od zabudowań dwuhektarową leśną działkę w pobliżu Fir Tree Road, z opcją dokupienia sąsiadujących z nią kolejnych dwóch hektarów. Z pełnym zapałem zaczęli w wolnych chwilach karczować teren. Koledzy z biura szeryfa pomogli im zainstalować szambo i zrobić odpowiedni wykop pod staw. Pobliska żwirownia dostarczyła w okazyjnej cenie materiału na drogę dojazdową. Gdy cieśle ukończyli pracę nad piętrowym domem, małżonkowie razem pomalowali elewację i wnętrza. Elektryką zajął się kolega Paula z pracy Jim Rabie, a szafki kuchenne wykonał jego ojciec.

Marzenia Paula i Sandy wreszcie się spełniły. Ich piękny dom otaczały jodły, olchy, jesiony, topole, cedry i choiny kanadyjskie, wiosną zakwitały krzewy dereni. W lesie roiło się od szopów praczy, oposów i kuropatw, czasem gdzieś mignął jeleń czy rudy lis. W stawie pływały kaczki i brodziły czaple. Ogród Sandy wciąż się rozrastał – były w nim i drzewka owocowe, i klomby. Oprócz hodowanych przez Paula kur i królików znalazło się też miejsce dla kilku krów. Dla małżeństwa Ingramów był to raj – choć niekoniecznie dla ich dzieci, które czuły się tam całkiem odcięte od świata.

Policyjni śledczy przesłuchiwali potem wielu ich przyjaciół i sąsiadów, którzy przeważnie opisywali Ingramów jako zwykłych ludzi kochających swoje dzieci, choć dość surowo je wychowujących. Do najcięższych wymierzanych przez nich kar należały: klapsy dla młodszych i „szlaban” dla starszych (zwykle oznaczał on zakaz oglądania telewizji lub jedzenia słodyczy). Gdy rodzice stali się żarliwymi fundamentalistami, zakazali dzieciom uprawiania sportów i rzadko pozwalali im chodzić na szkolne mecze czy uczestniczyć w innych zajęciach pozalekcyjnych, zabierających cenny czas potrzebny na naukę i wykonywanie obowiązków domowych. Najgorzej przyjął to Chad, urodzony sportowiec. „Nie pozwalano im być dziećmi” – stwierdził jeden z sąsiadów. Młodzi Ingramowie byli jednak dobrze wychowani. Erickę i Julie często wynajmowano jako nianie. Jedna z koleżanek obu sióstr mówiła, że ich tata ciągle wrzeszczał, a bracia „wciąż się wygłupiali i w ogóle zachowywali się dziwnie”, choć potrafiła podać tylko jeden przykład dziwnego zachowania, gdy Chad próbował ją pocałować. Kobieta, której koń pasł się na działce Ingramów, mówiła, że Paul do niej zadzwonił i groził, że go zastrzeli, jeśli natychmiast stamtąd nie zniknie. Grzmiał, że każdy centymetr jego działki czemuś służy i nie ma tam żadnych nieużytków, z których ktoś mógłby sobie korzystać.

Lekarz rodzinny oświadczył, że nigdy nie widział u dzieci Ingramów żadnych oznak przemocy. Przeważnie wydawały się okazami zdrowia. Ericka w wieku szesnastu lat miała bardzo obfite, nieregularne miesiączki, ale w pierwszych latach pokwitania jest to dość powszechne. Paul i Sandy należeli do klubu tenisowego i trzy razy w tygodniu jeździli na kort. Wieczorami wszyscy trzymali się za ręce i modlili się przed spożyciem rodzinnej kolacji. Jadali świeżo przygotowane potrawy o nieco wiejskim charakterze, choć pieczonego królika czy potrawki z kozy nie uważano za szczególną ekstrawagancję w okolicy, gdzie wciąż na co dzień żywiono się dziczyzną i wysoko ceniono samowystarczalność. Sandy ciągle coś w kuchni mieszała lub piekła. Była wręcz „idealną panią domu” – jak mówiła podziwiająca ją przyjaciółka, która przez jakiś czas mieszkała w przyczepie kempingowej na działce Ingramów. Nie zaobserwowała wówczas nic niepokojącego. Wszyscy znajomi opisywali Ingramów jako pracowitą chrześcijańską rodzinę. Kilka różnych osób nawet powiedziało śledczym, że próbowały się na nich wzorować.

W pewnym momencie Sandy zaczęła uczęszczać na nabożeństwa w Evergreen Christian Center, należącym do zielonoświątkowych Zborów Bożych. Paula to zaskoczyło, ponieważ wcześniej jego żona mocno angażowała się w działalność przy ich katolickiej parafii – śpiewała w chórze i prowadziła lekcje religii. Od razu jednak zauważył w niej pewną pozytywną przemianę, która go bardzo ujęła: Sandy jakby złagodniała. Zaczęła zabierać dzieci do ośrodka zielonoświątkowców w niedzielne poranki i środowe wieczory. W końcu Paul też się z nimi wybrał. Podobała mu się przyjazna, otwarta atmosfera, chociaż machanie rękami i „mówienie językami”[2] nieco go odrzucały. Jednak po miesiącu odpowiedział na wezwanie pastora i „powierzył życie Jezusowi”. Jesienią cała rodzina została ochrzczona przez zanurzenie w wodzie.

W ruchu zielonoświątkowym pociągało ich również skupienie na wartościach rodzinnych. Tymczasem w ich własnym domu między nimi a dziećmi stopniowo rosła niepokojąca przepaść. Paul i Sandy wręcz ostentacyjnie okazywali sobie czułość, wciąż obecne między nimi napięcie seksualne było wyraźnie widoczne dla obserwatorów. (Spali nago w łóżku wodnym, a według Paula mniej więcej co drugi dzień się kochali). Wobec dzieci zachowywali się jednak surowo i z rezerwą. W domu nigdy nie rozmawiano o seksie, jeśli nie liczyć chwili, w której córki powiedziały matce, że zamierzają zachować dziewictwo aż do ślubu. Dzieci miały znikome możliwości wyrażania swoich potrzeb emocjonalnych i wyładowywania młodzieńczej energii. Gdy rodzina przyjęła nowe wyznanie, Paul całkowicie zakazał wszelkiej aktywności sportowej oraz słuchania rockandrollowej muzyki (z wyjątkiem utworów ściśle chrześcijańskich). Napięcie jeszcze bardziej się wzmogło w roku 1978, gdy Sandy ponownie zaszła w ciążę. Kiedy narodził się Mark, ich trzeci syn, Paul postanowił, że postara się być dla niego nieco lepszym tatą. Z czasem starsze rodzeństwo zaczęło mieć poczucie, że to najmłodsze dziecko jest ojca ulubieńcem – bardziej go hołubiono, mniej strofowano i przymuszano do pracy. Paul niemal co noc czytał mu przed snem – co przy innych dzieciach mu się nie zdarzało – a później kupił mu komputer i wieczorami obaj grali razem w gry. Ericka i Julie uważały, że najmłodszy brat jest rozpieszczony.

Dwaj starsi chłopcy buntowali się i wykazywali niepokojące tendencje do prowadzenia dość skrytego życia. W roku 1984 osiemnastoletni Paul Ross odrzucił załatwioną przez ojca propozycję wstąpienia do Akademii Wojskowej w West Point, a potem nagle wyprowadził się z domu, przy czym wcześniej w ciągu trzech miesięcy trzykrotnie rozbił swój samochód. Zaparkował go na cmentarzu i zostawił matce karteczkę z informacją, że wpadł w niebezpieczne towarzystwo i że lepiej będzie dla rodziców, jeśli nie będą go szukać. „Gdy odczytacie tę wiadomość, będę już pewnie gdzieś w Ameryce Południowej” – pisał. Śledczy znaleźli później tę wiadomość w biurku Sandy. Z kolei Chad, którego Paul i Sandy uznawali za najcichsze i najspokojniejsze ze swoich dzieci, już w szkole średniej wyprowadził się z domu do mieszkania w centrum Olympii. Raz go aresztowano za kradzież słodyczy w sklepie. Później przeniósł się do Tulsy w Oklahomie, gdzie uczęszczał do szkoły biblijnej, ale po pewnym czasie zrezygnował, wrócił do domu i znów zamieszkał z rodzicami.

Ericka i Julie, które przez całe dzieciństwo zajmowały jeden wspólny pokój, uchodziły za papużki nierozłączki, ale starsza o cztery lata Ericka była zdecydowanie bardziej asertywna. U obu widać było rodzinne podobieństwo: po matce i ojcu odziedziczyły kształt oczu i ciemnobrązowe włosy, miały też pełne, zaokrąglone twarze, jak z portretów Vermeera. Większość ludzi zauważała jednak, że bardzo różniły się charakterami. Ericka była humorzasta i pochłonięta sobą, Julie radosna i otwarta, choć pozostawała nieco w cieniu siostry. Ericka uchodziła za rodzinną piękność, ale zdawała się dość wyniosła i patrzyła na życie z ostrożną rezerwą. Najbardziej zwracały uwagę jej usta, małe i zmysłowe, z wyjątkowo wyraźnie zaznaczonym łukiem Kupidyna, jak u laleczki. W wieku dwudziestu dwóch lat wciąż jeszcze mieszkała z rodzicami. Pracowała w miejscowym Kapitolu jako przewodniczka i studiowała (uczyła się między innymi języka migowego, czasem więc świadczyła usługi jako tłumaczka dla osób niesłyszących). Zawsze ciągnęło ją do wielkiego świata. Kupowała modne ciuchy i uwielbiała podróże. Odwiedziła Grecję, a w sierpniu 1988 roku wróciła właśnie z wyjazdu na igrzyska olimpijskie w Korei Południowej. Julie z kolei była raczej domatorką, jak matka. Uważano, że jest jej wiernym odbiciem – nawet ubierała się tak jak Sandy: nosiła zwykle dżinsy i sportowe bluzy. Przez dwa lata z rzędu zdobywała mistrzostwo stanu Waszyngton w konkursie organizacji Future Homemakers of America [Amerykańskie Przyszłe Panie Domu] i przechodziła do etapu ogólnokrajowego – właściwie były to jej jedyne wyjazdy z domu, jeśli nie liczyć rodzinnych wakacji. Obie siostry łączyło jedno: rzadko umawiały się na randki (Ericka przez trzy lata była tylko na dwóch) i bardzo onieśmielało je towarzystwo chłopców.

Rodzina Ingramów wpisała się w niezwykły wzrost popularności ruchu zielonoświątkowego, który nastąpił w Stanach Zjednoczonych w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Gdy do Evergreen Christian Center zaczęły ściągać zbyt duże tłumy, Ingramowie przenieśli się do Kościoła Żywej Wody, należącego do Międzynarodowego Kościoła Poczwórnej Ewangelii, który założyła w latach dwudziestych Aimee Semple McPherson. Kościół Żywej Wody również prężnie się rozrastał i wkrótce przeniósł się ze skromnej siedziby na spory teren, gdzie znajdowało się osiem budynków. Podobnie jak w przypadku wielu innych zgromadzeń, których członków niegdyś nazywano pogardliwie „świętymi opętańcami” (Holly Rollers), w Kościele tym atmosfera jest celowo nieformalna i otwarta. Za świątynię służy pozbawiony okien amfiteatr nazywany Salonem, gdzie duszpasterze zasiadają w głębokich fotelach na podium przy sztucznym kominku. Panuje tu nastrój jak w studiu telewizyjnym podczas nagrywania popołudniowego talk-show. Jest też skromny chór gospel i orkiestra.

W przeciwieństwie do wyznania katolickiego, w którym wychowali się Paul i Sandy, w nauczaniu zielonoświątkowców z Kościoła Żywej Wody kładziono nacisk na wartość osobistego objawienia, które czasem przyjmowało dość dramatyczne formy. Podczas nabożeństw ludzie nie siedzieli cały czas w ławkach ani nie klęczeli w milczeniu przed ołtarzem, lecz często wstawali, machali rękami, wznosili okrzyki chwały. Nie było w tym zaciekłości ani fanatyzmu, z którymi często kojarzono zielonoświątkowców, lecz płynął tu wartki strumień energii, który jednym mógł się wydawać szokujący, a dla innych był ekscytujący – zależnie od sądów na temat zasad tej wiary. Według nich Biblia jest nieomylna jako Słowo Boże, Jezus jest Synem Boga i powróci na ziemię, aby porwać w niebiosa swój Kościół i dokonać sądu nad światem, jedynym sposobem oczyszczenia z grzechu są skrucha i wiara w Jezusa, a dary Ducha Świętego – dar proroctwa, uzdrawiania, rozpoznawania duchów i „mówienia językami” – stanowią podstawę osobistego zbawienia i są dostępne dla wszystkich wiernych.

 

Ingramowie uczęszczali na nabożeństwa w każdy niedzielny poranek i wieczór, a także w środowe wieczory. Uczestniczyli też w niezliczonych organizowanych przez Kościół spotkaniach natury towarzyskiej, kółkach biblijnych i wyjazdach. Sandy założyła organizację dobroczynną o nazwie „Dwanaście koszy”, zbierającą żywność i odzież dla osób w potrzebie. Ericka często tłumaczyła kazanie na język migowy dla niesłyszących członków wspólnoty. Przekonała też rodziców, żeby wzięli na wychowanie dwie głuchonieme dziewczynki, co okazało się zadaniem dość kłopotliwym, ponieważ trudno im było z przybranymi córkami się porozumieć.

Kościół Żywej Wody co roku finansował obóz dla nastoletnich dziewcząt pod nazwą „Serce do serca”, odbywający się nad jeziorem Black, kilka kilometrów od Olympii. Ericka i Julie przez kilka lat w nim uczestniczyły. W roku 1983 podczas dyskusji grupowej Ericka relacjonowała zdarzenie, które opisała jako próbę gwałtu dokonaną przez znajomego. Temat przemocy seksualnej często na takich spotkaniach był podejmowany, a opiekunowie poważnie traktowali tego typu doniesienia i składali zawiadomienie na policji. Oskarżeniami wysuniętymi wówczas przez Erickę zajął się Jim Rabie z biura szeryfa. Ustalił, że tak naprawdę niewiele się wydarzyło: żonaty mężczyzna zaoferował dziewczynie, że ją podwiezie, a potem położył dłoń na jej kolanie. Sprawę umorzono. Później, na kolejnym obozie w roku 1985, Julie powiedziała, że napadł na nią człowiek mieszkający okresowo na działce Ingramów. Gdy wieści o tym wyznaniu doszły do uszu Paula, zabrał córkę do biura prokuratora i pomógł jej wypełnić zgłoszenie o popełnieniu przestępstwa. Ericka później też oskarżyła tego samego człowieka o niewłaściwe zachowania o charakterze seksualnym. Jednak Julie coraz mniej chętnie mówiła o wspomnianym wcześniej zdarzeniu, aż w końcu całkiem na ten temat zamilkła. W całej historii zaczęły się pojawiać nieścisłości, ostatecznie sprawę umorzono. Zdawało się, że Julie przyjęła to z ulgą.

Choć w sierpniu 1988 roku Ericka nie była już nastolatką, wróciła na obóz w roli opiekunki. Pewnego dnia grupa sześćdziesięciu uczestniczących w nim dziewcząt słuchała Karli Franko – pochodzącej z Kalifornii charyzmatyczki głoszącej, że otrzymała wymienione w Biblii dary rozpoznawania duchów i uzdrawiania. Zanim poszła na studia biblijne, była aktorką, tancerką i komiczką, wystąpiła w kilku serialach i reklamach telewizyjnych, co w oczach zebranych dziewcząt dodawało jej splendoru. Często przemawiała na takich zgromadzeniach; czuła się wówczas przepełniona Duchem Świętym i twierdziła, że wypowiada pochodzące od niego słowa. Na obozie doszło do wielu niezwykłych zdarzeń. W pewnym momencie kobieta powiedziała zafascynowanym słuchaczkom, że w jej głowie pojawił się obraz dziewczynki, która chowa się w szafie wnękowej i nagle widzi smugę światła pod drzwiami i słyszy zbliżające się kroki, a potem odgłos klucza zamykającego drzwi. W tym momencie jedna ze słuchaczek wstała, zanosząc się płaczem, i krzyknęła przez łzy, że to ona była kiedyś tą dziewczynką. Później Karla Franko miała kolejną wizję. Oznajmiła, że jedną z zebranych dziewcząt we wczesnym dzieciństwie wykorzystywał seksualnie krewny. Nagle z sali wybiegła niesłysząca dziewczyna. Popędziła za nią Paula Davis, która wraz z Ericką pełniła na obozie funkcję tłumaczki na język migowy. Znalazła dziewczynę w ubikacji – z głową w muszli klozetowej próbowała się utopić. W atmosferze tak intensywnych emocji kilka innych uczestniczek oświadczyło, że one również padły ofiarą przemocy seksualnej. Opiekunki miały pełne ręce roboty.

Późnym popołudniem ostatniego dnia obozu uczestniczki wsiadały już do autobusów, żeby wrócić do miasta. Erickę zastano w sali konferencyjnej: ze zwieszoną nisko głową siedziała po turecku na scenie i rozpaczliwie szlochała. Wyglądało to dramatycznie i niepokojąco, ale Ericka nie chciała powiedzieć, co się stało. Inne opiekunki usiłowały z nią rozmawiać, ale w końcu zaniechały prób i tylko stały w milczeniu wokół niej, starając się jakoś okazać dziewczynie wsparcie. W końcu, jak twierdzi jedna z nich, Ericka wykrztusiła: „Ojciec wykorzystywał mnie seksualnie”.

Jak zeznała później na policji owa opiekunka, Ericka „wydawała się zdruzgotana samym faktem, że wypowiedziała te słowa”.

Tak naprawdę to tylko jedna z wersji zdarzeń – tę akurat śledczy umieścili w aktach i później udostępniali adwokatom. Świadkiem tej sceny była też Karla Franko, która inaczej ją relacjonowała (twierdzi, że złożyła odpowiednie zeznania śledczym, ale w dokumentacji nie ma po nich śladu). Wspomina, że gdy szykowała się już do wyjazdu na lotnisko, przyszła do niej jedna z opiekunek i poprosiła o modlitwę za Erickę. „A jakiej modlitwy jej potrzeba?” – spytała kobieta, na co opiekunka wzruszyła ramionami. Karla Franko zastała przygnębioną Erickę siedzącą po turecku na scenie w sali konferencyjnej. Kobieta zaczęła modlić się na głos. Niemal od razu poczuła, że Pan zsyła jej jakieś treści. Zrobiła krok w tył i w milczeniu słuchała słów Pana. W jej głowie pojawiło się słowo „wykorzystywanie”.

– W dzieciństwie wykorzystywano cię seksualnie – powiedziała do Ericki.

Dziewczyna siedziała w milczeniu i płakała, niezdolna do odpowiedzi. Karla Franko otrzymała zaś kolejny boski przekaz: „To sprawka jej ojca, dzieje się to od lat”. Gdy kobieta wypowiedziała te słowa na głos, Ericka zaczęła histerycznie szlochać. Karla Franko modliła się, aby Bóg dziewczynę uzdrowił. Gdy histeryczny płacz zaczął słabnąć, kazała jej iść na terapię, żeby wydobyć z pamięci wspomnienia sprawiające jej tyle bólu. Według Karli Franko Ericka przez cały ten czas nie wypowiedziała ani słowa; była tak zdruzgotana i wstrząśnięta, że potrafiła tylko z rezygnacją kiwać głową.

Nieco później obie siostry nagle wyprowadziły się z domu. Ericka wyjechała w ostatnim tygodniu września, pozostawiając rodzicom opiekę nad dwiema niesłyszącymi dziewczynkami. Julie zniknęła z domu sześć tygodni później. Obie w końcu zatrzymały się u przyjaciółek, choć Julie najpierw spędziła kilka nocy w samochodzie. Żadna z nich nie poinformowała rodziców, gdzie przebywa, ani w żaden sposób nie wyjaśniła swojego postępowania. Paul i Sandy byli zrozpaczeni. W ich domu stało się już normą, że dzieci nagle uciekają i gdzieś się ukrywają, choć dwudziestodwuletnia Ericka i tak mieszkała z rodzicami dłużej niż reszta rodzeństwa.

Ericka umówiła się z matką na spotkanie po wieczornym nabożeństwie w ostatnią niedzielę przed Świętem Dziękczynienia. Był to akurat dzień otwarty z okazji poświęcenia nowego kościoła. Julie też się zjawiła, a Paul skorzystał z okazji i zaprosił ją na lunch. Twierdził, że chce z nią porozmawiać o tym, dlaczego wyprowadziła się z domu. Julie zdawała się radosna i chętnie się zgodziła. Paul zabrał potem dziewięcioletniego Marka do domu, a Sandy udała się na spotkanie z Ericką w pobliskiej restauracji sieciowej. Pierwsza dotarła do lokalu, zajęła miejsce przy stoliku i zamówiła herbatę. Od wielu miesięcy czuła, że Ericka jest nieszczęśliwa, ilekroć jednak ją pytała, czy coś jest nie tak, córka odpowiadała tylko enigmatycznie: „Nie chcesz wiedzieć”. Teraz na spotkanie przyszła razem ze swoją najlepszą przyjaciółką Paulą Davis, która miała ją wspierać. Przez kolejne dwie godziny Ericka opowiadała o tym, że w dzieciństwie była wielokrotnie wykorzystywana seksualnie przez ojca. Mówiła też, że w ciągu ostatnich kilku lat napastowali ją też bracia – Paul Ross i Chad. Ericka wiązała dokonywane przez ojca akty przemocy z wieczorami pokerowymi odbywającymi się w ich dawnym domu. Twierdziła, że wszystko zakończyło się w roku 1975, gdy Paul przeszedł odnowę duchową, przystępując do zielonoświątkowców. Słuchając tych wyznań, Sandy patrzyła w swój kubek z herbatą, aż w końcu spytała córkę, dlaczego nigdy jej o tym nie mówiła.

Inne książki tego autora