Szatan w naszym domuTekst

Z serii: Amerykańska
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SERIA AMERYKAŃSKA

Jill Leovy Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce

Brendan I. Koerner Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego

Hampton Sides Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę

S. C. Gwynne Wrzask rebeliantów. Historia geniusza wojny secesyjnej

Jon Krakauer Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim

James McBride Załatw publikę i spadaj. W poszukiwaniu Jamesa Browna, amerykańskiej duszy i muzyki soul

Dan Baum Wolność i spluwa. Podróż przez uzbrojoną Amerykę

David McCullough Bracia Wright

Lawrence Wright Wyniosłe wieże. Al-Kaida i atak na Amerykę

Linda Polman Laleczki skazańców. Życie z karą śmierci

Jan Błaszczak The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side

Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki (wyd. 3)

Charlie LeDuff Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje

Tom Clavin Bob Drury Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów (wyd. 2)

Andrew Smith Księżycowy pył. W poszukiwaniu ludzi, którzy spadli na Ziemię

Nikki Meredith Ludzkie potwory. Kobiety Mansona i banalność zła

Nick Bilton Król darknetu. Polowanie na genialnego cyberprzestępcę

Patti Smith Rok Małpy

Magda Działoszyńska-Kossow San Francisco. Dziki brzeg wolności

David Treuer Witajcie w rezerwacie. Indianin w podróży przez ziemie

amerykańskich plemion

Sam Quinones Dreamland. Opiatowa epidemia w USA (wyd. 2)

Ronan Farrow Złap i ukręć łeb. Szpiedzy, kłamstwa i zmowa milczenia wokół gwałcicieli

S. C. Gwynne Imperium księżyca w pełni. Wzlot i upadek Komanczów (wyd. 2)

Matt Taibbi Nienawiść sp. z o.o. Jak dzisiejsze media każą nam gardzić sobą nawzajem

Holly George-Warren Janis. Życie i muzyka

Jessica Bruder Nomadland. W drodze za pracą

Laura Jane Grace Dan Ozzi Trans. Wyznania anarchistki, która zdradziła punk rocka

Legs McNeil Gillian McCain Please kill me. Punkowa historia punka

Alex Kotlowitz Amerykańskie lato. Depesze z ulic Chicago

Magdalena Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero (wyd. 2 zmienione)

Rachel Louise Snyder Śladów pobicia brak. W pułapce przemocy domowej

Jon Krakauer Wszystko za życie

Ewa Winnicka Greenpoint. Kroniki Małej Polski

Paul Theroux Głębokie Południe. Cztery pory roku na głuchej prowincji (wyd. 2)


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Tytuł oryginału angielskiego Remembering Satan

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Boston Public Library / Unsplash

Copyright © 1994, Lawrence Wright

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2021

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Wilga, 2021

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Marta Höffner

Korekta Krystyna Stobierska, Jadwiga Makowiec

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-301-0

Dla Tiny Brown,

szczęśliwej gwiazdy

1

W poniedziałek 28 listopada 1988 roku, w dniu, w którym miał zostać aresztowany, Paul R. Ingram ubrał się rano do pracy (od siedemnastu lat był policjantem w biurze szeryfa w Olympii – stolicy stanu Waszyngton), zszedł na dół, zjadł śniadanie, a potem całkiem nieoczekiwanie zaczął wymiotować. Początkowo sądził, że to grypa żołądkowa, ale po chwili zrozumiał, że to po prostu strach.

Czterdziestotrzyletniego Ingrama większość mieszkańców miasta dobrze znała. Wykazywał się dotąd jako zastępca szeryfa do spraw administracyjnych oraz przewodniczący miejscowego oddziału Partii Republikańskiej. Działał w stowarzyszeniu zastępców szeryfa i w Kościele Żywej Wody – wspólnocie protestanckich fundamentalistów. Był ojcem pięciorga dzieci (do niedawna sześciorga, lecz jedna opóźniona w rozwoju córka zmarła w placówce opiekuńczej). Ze względu na poglądy polityczne uważano go za pomost łączący umiarkowanych konserwatystów i chrześcijańską prawicę. Jako policjant cieszył się większym uznaniem zwykłych obywateli niż kolegów. Był wysoki, miał silnie zarysowaną szczękę i brązowe wąsy, nosił okulary o zbyt dużych oprawkach. W pracy uchodził za twardziela, który spełnia się w drogówce. Choć twierdził, że na każdy wydany mandat udziela też pięciu ostrzeżeń, zatrzymywał zwykle więcej samochodów niż inni. Słynął z wlepiania mandatów za przekroczenie prędkości o zaledwie osiem kilometrów na godzinę, ale jego kartoteka nie zawierała ani jednego zażalenia, przeciwnie, wypełniały ją pochwały zadowolonych obywateli, pragnących mu podziękować za uprzejmość okazywaną podczas pełnienia obowiązków służbowych.

O ósmej rano Paul Ingram wjechał na parking kompleksu budynków sądowych na wzgórzu przy jeziorze Capitol. Na drugim brzegu stoi marmurowy budynek waszyngtońskiego Kapitolu, niczym duch unoszący się nad położonym w dole miastem, przycupniętym nad wodami zatoki Budd, która stanowi najdalej wysuniętą w głąb lądu odnogę zatoki Puget. W słonym powietrzu niesie się krzyk mew, a światło dnia jest w tej części kraju słabe, nawet w słoneczne poranki, gdy na północnym zachodzie majaczy zarys gór Olympic, a na wschodzie, w odległości osiemdziesięciu kilometrów, jaśnieje śnieżna czapa majestatycznego szczytu Mount Rainier. Patrząc na mapę, można odnieść błędne wrażenie, że wiele się tu dzieje. Przecinająca zachodnią część stanu Waszyngton autostrada międzystanowa numer pięć łączy Seattle i Tacomę, a następnie biegnie właśnie ku Olympii, po czym oddala się w stronę Portland i przez stan Oregon zmierza dalej ku Kalifornii. W Olympii znajdował się kiedyś największy port w stanie Waszyngton, lecz odkąd przemysł drzewny podupadł, w całej południowej części zatoki Puget praktycznie nie notuje się morskiej działalności handlowej. Ani promy, ani wodoloty kursujące w jej północnej części o Olympię nie zahaczają. Miasto zyskało niegdyś w okolicy pewną sławę dzięki dwóm lokalnym produktom noszącym jego nazwę: jasnemu piwu produkowanemu przez browar położony powyżej wodospadów u ujścia rzeki Deschutes w pobliskim Tumwater oraz małym słodkim ostrygom poławianym w zatoce. Browar już dawno został przejęty przez większe koncerny[1], ostrygi zaś wskutek zanieczyszczeń oraz nadmiernego odłowu stały się przysmakiem drogim i trudno dostępnym.

W roku 1853 Olympię ustanowiono stolicą Terytorium Waszyngtonu. W tym czasie krzyżowały się tu liczne szlaki handlowe, miejsce tętniło więc życiem; obecnie widuje się tu głównie urzędników, a miasto nieco się ożywia tylko podczas tych krótkich okresów w roku, gdy w Kapitolu trwają obrady legislacyjne. Sporo ludzi pracuje też w Szpitalu Świętego Piotra oraz w zakładach papierniczych należących do koncernu Georgia Pacific. Z Olympią graniczą miejscowości Tumwater i Lacey, tworząc razem kompleks zwany Trójmiastem (Tri-Cities). Jego populacja liczy łącznie sześćdziesiąt osiem tysięcy osób, z czego samą Olympię zamieszkuje nieco więcej niż połowa. Nie ma tu wieżowców ani problemów z parkowaniem. Większości mieszkańców odpowiadają tutejsze wolne tempo życia, skromne rozmiary miasta i kameralna społeczność. Mimo wcześniejszych aspiracji Olympia nie stała się prężnym portem przemysłowym jak Tacoma ani międzynarodowym ośrodkiem kultury jak Seattle, ale dla wielu osób to właśnie jej zaleta, dzięki której pozostała miastem czarującym i bardziej ludzkim, aczkolwiek może nieco nudnym i pozbawionym ambicji.

Być może z powodu urody tego miejsca, nazwy nawiązującej do klasyki czy też tajemniczej aury związanej z notoryczną mgłą lub mżawką Olympia zaczęła uchodzić za ośrodek rozwoju duchowego. Za najbogatszą kobietę w całym hrabstwie Thurston uznaje się J. Z. Knight, w kręgach fascynatów New Age znaną jako medium. Posiada ona spory majątek położony przy szosie prowadzącej z Olympii do miasteczka Yelm. Mówi się, że w każdym boksie jej stajni wisi żyrandol. Przez Olympię przejeżdżają czasem – w drodze do posiadłości Knight – jej sławne akolitki, takie jak Shirley MacLaine czy Linda Evans. W mieście jest też grupka „czarownic” prowadzących zielarnię. Jak to zwykle bywa w stanie Waszyngton, mieszkańcy Olympii są dumni ze swojej tolerancji i można spokojnie powiedzieć, że ich miasto bardziej rozsławili sympatycy New Age niż chrześcijańscy fundamentaliści – choć jedni i drudzy pozostają wyraźnie obecni w lokalnej społeczności i czasem toczą głośne spory.

 

Kwadrans po zjawieniu się w pracy Paul Ingram został wezwany do gabinetu przełożonego. Szeryf Gary Edwards był życzliwie nastawionym do świata człowiekiem, który nie miał wielu wrogów. Wśród osób piastujących urzędy publiczne należał do nielicznych zwolenników Partii Republikańskiej – całe hrabstwo od dawna uważano za bastion demokratów. Ingram był więc dla niego nie tylko pracownikiem, ale też ważnym sojusznikiem w sprawach politycznych, a także przyjacielem, niemal od dekady. W roku 1986 Edwards powierzył Ingramowi stanowisko swojego zastępcy do spraw administracyjnych, na co sarkali nieco starsi stażem koledzy, których pozycję w hierarchii młody policjant przeskoczył. Ingram jednak doskonale sobie na tym stanowisku radził. Lepiej sprawdzał się w zarządzaniu biurem niż w działaniach śledczych. Rzadko się złościł i sprawiał wrażenie człowieka wesołego, którego trudno wytrącić z równowagi. Te same cechy posiadał jego szef i takimi pracownikami lubił się otaczać. Dzięki prostolinijności i przyjaznemu nastawieniu Ingram był typem policjanta wręcz stworzonego do wystąpień publicznych. Sporo czasu spędzał w szkołach, gdzie opowiadał dzieciom o zagrożeniach związanych z narkotykami, a w drodze do pracy i z powrotem nadal patrolował ulice.

Do Edwardsa i Ingrama dołączył Neil McClanahan, piastujący stanowisko wiceszeryfa, czyli osoba znajdująca się na drugim miejscu w hierarchii służbowej. Jako człowiek bardzo zasadniczy i niezwykle ambitny awansował jeszcze szybciej niż Ingram. Poznali się dobrze już w roku 1972, gdy obaj byli początkującymi zastępcami szeryfa i korzystali ze wspólnego służbowego samochodu. McClanahan nosił okulary i krótki brązowy wąsik, a gdy wkładał tweedowy kapelusz, nieco przypominał inspektora Clouseau z Różowej Pantery (sam zresztą lubił w żartach się do niego porównywać). Nic dziwnego, że w pracy Ingram i McClanahan szli właściwie łeb w łeb – mieli podobne umiejętności i zainteresowania, przyjaźnili się, ale też rywalizowali w niewielkiej, lecz znaczącej hierarchii stanowisk dostępnych w biurze szeryfa. Kiedy tego ranka McClanahan dołączył do Ingrama i Edwardsa, natychmiast odebrał temu pierwszemu pistolet, który ten zwykle nosił w kaburze przy kostce.

– Paul, mamy problem – powiedział Edwards, a następnie spytał go, czy wie, że jego dwie córki, dwudziestodwuletnia Ericka i osiemnastoletnia Julie, oskarżają go o przemoc seksualną.

Ingram potwierdził, że wie, zaznaczył jednak, że nie pamięta, żeby kiedykolwiek się jej dopuścił.

– Jeśli tak było, musimy się tym zająć – powiedział. – Chociaż nie bardzo potrafię sobie wyobrazić siebie w takiej roli – dodał po chwili.

Zauważył też, że jeśli faktycznie tak było, oznacza to, że jest w nim jakaś ciemna strona, o której nic nie wie.

Jego słowa brzmiały niepokojąco dwuznacznie, jak typowe „może to zrobiłem, a może nie”, które policjanci często słyszą z ust podejrzanych, liczących, że jakoś się wywiną. Nagle jednak stwierdził, że jeśli zarzuty okażą się zasadne, wówczas nie tylko jego córki, ale też synowie będą potrzebować pomocy.

– Nigdy dotąd nie myślałem o samobójstwie, ale jeśli się okaże, że coś zrobiłem, lepiej zabierzcie z mojego domu broń palną, tak na wszelki wypadek – mówił głosem zdradzającym raczej dezorientację niż rozpacz. Poprosił o badanie z użyciem wykrywacza kłamstw, żeby mógł „dokopać się najgłębszej prawdy”.

– Mam nadzieję, że nie narazisz córek na uczestnictwo w procesie sądowym – powiedział Edwards.

Być może chodziło mu również o reputację wydziału, choć na tym etapie śledztwa perspektywa sprawy sądowej wydawała się dość odległa. Do tej pory szeryf prowadził je w ramach procedur wewnętrznych, podobnie jak zwykłą skargę związaną z naruszaniem przez funkcjonariusza zasad bezpieczeństwa na drodze. Tego rodzaju postępowanie dyscyplinarne mogło się zakończyć zawieszeniem w obowiązkach służbowych lub wydaleniem ze służby. Dałoby się wszystko załatwić po cichu.

Paul Ingram zgodził się na przesłuchanie bez obecności adwokata, więc o godzinie dziewiątej McClanahan zaprowadził go do gabinetu, w którym urzędowali oficerowie śledczy Joe Vukich i Brian Schoening, zajmujący się przestępstwami seksualnymi. Obaj dobrze Ingrama znali, miał biurko w gabinecie naprzeciwko. Brian Schoening był już dziadkiem – bladym weteranem o jasnych włosach, chropawym głosie i niewzruszonym spojrzeniu szarych oczu. Wprawdzie Ingram był ostatnią osobą w wydziale, którą by podejrzewał o nadużycia natury seksualnej, ale widział w życiu dostatecznie wiele przykładów perwersyjnego oblicza natury ludzkiej, by wiedzieć, że pod miłą powierzchownością mogą się kryć potworne żądze. Joe Vukich poznał Ingrama w roku 1976, zanim jeszcze wstąpił do policji. Później służyli w tym samym rejonie, a początkującego kolegę o dziecięcej jeszcze twarzy Ingram często zapraszał do domu na grilla i karty. W oczach Vukicha był porządnym i spokojnym mężem i ojcem, idealnie wpisującym się w amerykański model rodziny. Dla obu funkcjonariuszy był zarazem przełożonym, więc dochodzenie już od samego początku powodowało dyskomfort i konflikty wewnętrzne u wszystkich osób biorących udział w śledztwie, włącznie z samym podejrzanym.

Po kilku godzinach przesłuchania Vukich włączył magnetofon, żeby zarejestrować oficjalne oświadczenie Ingrama. Brzmiało ono: „Jestem przekonany, że zarzuty wobec mnie są zasadne i że krzywdziłem swoje córki, prawdopodobnie przez dłuższy czas, lecz to wyparłem”.

Vukich spytał go wówczas, dlaczego przyznaje się do winy, chociaż nie pamięta żadnych tego rodzaju zdarzeń, na co Ingram odpowiedział:

– No cóż, po pierwsze, córki dobrze mnie znają. Nie kłamałyby w tak poważnej sprawie. A poza tym, hmm, są jeszcze inne przesłanki.

– Jakie? – spytał jeden ze śledczych.

– Wskazuje na to ich zachowanie w ciągu ostatnich paru lat, a także fakt, że… hmm… nie potrafię ostatnio okazywać im uczuć, choćbym chciał. Z trudem mi przychodzi przytulanie ich, a nawet mówienie im, że je kocham. Wiem, że to nie jest normalne.

– A oprócz tego, że nie potrafiłeś się ostatnio do nich zbliżyć, czy przypominasz sobie jakieś zdarzenie natury fizycznej, do którego doprowadziłeś, jakąś przemoc z twojej strony, na przykład bicie córek?

– Uch… nie pamiętam, żebym je bił – odparł Ingram. – Rzadko tracę nad sobą panowanie, ale czasem mi się zdarza. W każdym razie córki mogą uważać, że się z nimi kłócę, a nie po prostu, no… rozmawiam. Mogą to postrzegać jako coś w rodzaju przemocy.

– Gdybym spytał, a oczekuję jasnej odpowiedzi: tak lub nie, czy dotykałeś Julie w sposób niewłaściwy, co byś odpowiedział?

– Musiałbym odpowiedzieć, że tak.

– A Erickę?

– Znów musiałbym potwierdzić.

– Jak oceniłbyś wiek Ericki, gdy doszło do pierwszych tego typu zdarzeń między wami?

– Sam ich nie pamiętam, ale wiem, że w kilku rozmowach pojawiły się wzmianki o wieku pięciu lat.

(Ingram po raz pierwszy usłyszał o sformułowanych wobec niego zarzutach tydzień wcześniej).

– Ale co sam pamiętasz? – naciskał śledczy.

– Niczego nie pamiętam.

W dochodzeniach policyjnych podejrzani dość często twierdzą, że nie pamiętają popełnienia przestępstwa, zwłaszcza gdy jest ono natury seksualnej. Dość często wyjaśnia się to wpływem alkoholu lub narkotyków, ale argument o defektach pamięci bywa także wybiegiem mającym na celu odpieranie zarzutów – podejrzany chce zarazem sprawdzić, jakimi dowodami przeciwko niemu dysponuje policja. Z doświadczeń Schoeninga i Vukicha wynikało, że podejrzany mówiący o brakach w pamięci albo unika wyjawienia prawdy, albo dopiero się zastanawia, czy się przyznać. Na tym etapie śledczy automatycznie skłaniali się ku domniemaniu winy. Ingram nie mówił przecież, że tego nie zrobił – mówił tylko, że nie przypomina sobie, żeby to robił.

Vukich wyłączył magnetofon, a potem obaj z Schoeningiem starali się skłonić Ingrama do wyznań. Przez kolejne dwadzieścia minut mówili mu, że jego córki są zdruzgotane popełnionymi przez niego nadużyciami, przedstawili mu również szczegółowe opisy zaczerpnięte z oświadczeń złożonych przez dziewczęta. Ingram nadal trwał w zawieszeniu między stwierdzeniem, że córki nie kłamałyby w takiej sprawie, a oświadczeniem, że sam żadnych tego rodzaju nadużyć nie pamięta. Później opowiadał (choć nie da się tej informacji zweryfikować), że wedle zapewnień Vukicha pamięć o tych czynach miała wrócić, gdy się do nich przyzna. Według sporządzonego przez Schoeninga protokołu przesłuchania Ingram zaczął się żarliwie modlić. Schoening odnotował też, że gdy ponownie włączyli magnetofon, Ingram gapił się w ścianę, zaciskając mocno dłonie, i że popadł w „coś w rodzaju transu”. Ingram zaczął opisywać scenę, w której wszedł do pokoju starszej córki i zaczął zdejmować szlafrok. Później zaś, jak to ujął:

– …zdjąłbym jej majtki lub dół piżamy.

– No dobrze, mówisz: „zdjąłbym” – wtrącił jeden ze śledczych. – Chcesz powiedzieć, że „zdjąłbyś” czy że zdjąłeś?

– Że zdjąłem – odparł Ingram.

– A gdy już je zdjąłeś, to gdzie ją dotykałeś?

– Dotykałem jej piersi i pochwy.

– A co powiedziałeś, kiedy się obudziła?

– Powiedziałbym, żeby była cicho i żeby… no, żeby nic nikomu nie mówiła. I groziłbym jej, że jeśli komuś powie, to ją zabiję – ciągnął Ingram.

– No dobrze, mówisz: „powiedziałbym”. Czyli „powiedziałbyś” czy powiedziałeś?

– No… powiedziałem.

– A dokąd poszedłeś, gdy już opuściłeś jej pokój?

– Poszedłbym z powrotem do żony, do naszego łóżka.

Zanim wielogodzinne przesłuchanie dobiegło końca, Paul Ingram zdążył się przyznać, że wielokrotnie uprawiał seks z obiema córkami, począwszy od czasu, gdy Ericka miała pięć lat. Mówił też, że gdy Julie miała piętnaście lat, zrobił jej dziecko, a następnie zabrał ją do pobliskiego miasta Shelton na aborcję. Wszystkie te oświadczenia zgadzały się mniej więcej z zarzutami złożonymi przez córki, choć wyznania Ingrama najeżone były irytująco niejasnymi sformułowaniami w trybie warunkowym. Brian Schoening, jako człowiek dość wylewny i emocjonalny mimo szorstkiego sposobu bycia, mówił później, że głęboko nim wstrząsnął obojętny ton, z jakim Ingram opisywał przemoc seksualną wobec córek. Schoening nigdy wcześniej nie widział sprawcy wykazującego tak dalece posunięty brak skrupułów, co oburzało go tym bardziej, że Ingram nosił przecież taki sam mundur jak on. Nie było jednak nic szczególnie niezwykłego w samym fakcie, że poważanego członka społeczności przyłapano na czynach haniebnych. Gdyby w tamten poniedziałek śledztwo zakończyło się na tym mętnym wyznaniu winy przez Ingrama, cała sytuacja bez wątpienia okazałaby się co najwyżej przelotną sensacją. Gdyby sprawy biegły zwyczajnym trybem, Ingramowi zapewne oszczędzono by kary więzienia i kazano jedynie odbyć psychoterapię. O sprawie wkrótce by zapomniano. Ale nikt wówczas nie podejrzewał, dokąd może prowadzić dziura w jego pamięci.

O wpół do piątej po południu Paul Ingram przebrał się w jaskrawopomarańczowy kombinezon i został zamknięty w pojedynczej celi pod całodobowym nadzorem mającym wykluczyć możliwość samobójstwa. Szeryf Gary Edwards wraz z Brianem Schoeningiem złożyli zaś niemiłą wizytę w domu Ingrama, żeby przekazać jego żonie Sandy ponure wieści.

Inne książki tego autora