Stacja CentralnaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Lavie Tidhar

Stacja Centralna


Tytuł oryginału

Central Station ISBN 978-83-8116-157-2 Copyright © 2016 by Lavie Tidhar All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2017 Redakcja Robert Cichowlas Projekt okładki Katarzyna Bech Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

PROLOG

JEDEN: ZNIEWAGA DESZCZU

DWA: POD OKAPEM

TRZY: WOŃ GAJÓW POMARAŃCZOWYCH

CZTERY: WŁADCA RZECZY WYRZUCONYCH

PIĘĆ: STRIGOI

SZEŚĆ: WŁÓKNA

SIEDEM: ROBOTNIK

OSIEM: ANTYKWARIUSZ

DZIEWIĘĆ: BOGOTWÓRCA

DZIESIĘĆ: WYROCZNIA

JEDENAŚCIE: RDZEŃ

DWANAŚCIE: VLADIMIR CHONG POSTANAWIA UMRZEĆ

TRZYNAŚCIE: NARODZINY

SPIS POSTACI

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PROLOG



Gdy pierwszy raz przybyłem na Stację Centralną, był zimowy dzień. Afrykańscy uchodźcy siedzieli na trawie, a ich twarze były pozbawione wyrazu. Czekali na coś, nie wiem na co. Pod straganem rzeźnika dwa filipińskie dzieciaki bawiły się w samoloty. Rozpościerały szeroko ręce, zataczając kręgi i strzelając z wyimaginowanych karabinów maszynowych pod skrzydłami. Stojący za ladą Filipińczyk rąbał tasakiem żeberka, dzieląc mięso i kości na fragmenty. Nieco dalej znajdowała się budka z shoarmą, należąca do Rosza Ha’ira. W przeszłości dwukrotnie wysadzali ją w powietrze zamachowcy-samobójcy, ale nadal była otwarta. Zapach jagnięcego tłuszczu i kminu dobiegający z drugiej strony ulicy pobudził mój głód.

Światła na skrzyżowaniu mrugały – zielone, żółte, czerwone. Po drugiej stronie towar ze sklepu z meblami zajął cały chodnik, wypełniając go jaskrawymi sofami i krzesłami. Na osmalonych fundamentach dawnego dworca autobusowego siedziała garstka pogrążonych w rozmowie ćpunów. Miałem na oczach ciemne okulary. Słońce stało wysoko na niebie i choć było chłodno, to była śródziemnomorska zima, słoneczna i w obecnej chwili sucha.

Szedłem deptakiem Newe Sza’anan, aż wreszcie znalazłem schronienie w małej knajpce. Było tu zaledwie kilka drewnianych stolików i krzeseł, niewielki bar, gdzie można było kupić piwo Maccabee i niewiele więcej. Stojący za barem Nigeryjczyk obrzucił mnie pozbawionym wyrazu spojrzeniem. Kupiłem piwo, usiadłem przy stoliku, wyjąłem notes i pióro, a potem wpatrzyłem się w stronę.

Stacja Centralna. Tel Awiw. Czasy współczesne. Albo ich przybliżenie. Kolejny atak na Gazę, zbliżają się wybory, w Dolinie Arabah budują potężny mur mający powstrzymać uchodźców. Uchodźcy byli też w Tel Awiwie, gromadzili się w okolicach starego dworca autobusowego w południowej części miasta. Było ich może z ćwierć miliona, a ekonomiczni imigranci – Tajowie, Filipińczycy i Chińczycy – również byli uciążliwi. Upiłem łyk piwa. Było niedobre. Gapiłem się na stronę. Padał deszcz.

Zacząłem pisać:

Kiedyś świat był młody. Statki Exodusu dopiero zaczynały opuszczać Układ Słoneczny. Planety Heven jeszcze nie odkryto; doktor Novum nie wrócił dotąd z gwiazd. Ludzie nadal żyli jak zawsze: znali słońce i deszcz, zakochiwali się i odkochiwali, chodzili pod gołym niebem albo przyłączali się do Konwersacji, która niezmiennie mówi o nas.

Wydarzyło się to na starej Stacji Centralnej górującej nad bliźniaczymi miastami – arabską Jaffą i żydowskim Tel Awiwem. Pośród łukowatych bram i bruków, rzut kamieniem od morza. W powietrzu nadal czuło się zapach soli oraz smoły i, spójrzcie, o świcie słoneczne latawce krążą na górze, ze swymi skrzydlatymi surferami.

To był czas osobliwych narodzin, tak jest, przeczytacie tu o tym. Z pewnością zastanawialiście się nad kwestią dzieci Stacji Centralnej. A także nad tym, dlaczego dopuszczono do przybycia strigoi na Ziemię. To jest macica, z której wylazła ludzkość, torując sobie drogę okrwawionymi zębami i pazurami, by wreszcie dotrzeć do gwiazd.

Ale także ojczyzna Innych, dzieci epoki cyfrowej. Ta opowieść mówi również o nich.

Oczywiście, znajdziecie w niej też śmierć. Ona jest wszędzie. Są tu Wyrocznia i handełes Ibrahim, a także wielu innych, których nazwiska mogą być wam znane…

Ale wszyscy już o tym wiecie. Z pewnością widzieliście Nadejście Innych. Film opowiada tę samą historię, nawet jeśli we wszystkich rolach obsadzono absurdalnie atrakcyjnych aktorów.

Wszystko to wydarzyło się dawno temu, ale my nadal o tym pamiętamy. Tutaj, wśród gwiazd, ciągle szepczemy do siebie stare opowieści, choć mijają eony.

Historia zaczyna się od małego chłopca czekającego na nieobecnego ojca.

Pewnego dnia, jak mówią stare opowieści, z gwiazd spadł na Ziemię mężczyzna…

JEDEN: ZNIEWAGA DESZCZU

Woń deszczu ich zaskoczyła. Była wiosna, nadal czuło się zapach jaśminu, mieszający się z buczeniem elektrycznych autobusów, a na niebie unosiły się szybowce słoneczne, przypominające stada ptaków. Ameliah Ko wykonywała remiks Do You Wanna Dance w stylu kwasa-kwasa, wykorzystując cover Susan Wong. W jednej chwili z nieba niemal bezgłośnie lunęły srebrzyste strugi wody. Deszcz stłumił odgłosy strzałów i zmoczył płonące buggy, które stało nieopodal. Bezdomny staruszek, wypróżniający się przy pojemniku na śmieci, opuściwszy stare spodnie do kostek, również dał się zaskoczyć ulewie. Trzymał w ręce rolkę papieru toaletowego i przeklinał, ale cicho. Był przyzwyczajony do zniewagi deszczu.

Miasto nosiło nazwę Tel Awiw. Stacja Centralna wznosiła się wysoko w atmosferę w jego południowej części. Graniczyła z nią sieć starych, wyłączonych z ruchu autostrad. Dach stacji znajdował się zbyt wysoko, by można go było zobaczyć. Obsługiwał stratosferyczne samoloty, które startowały z jego gładkiej jak metalowa płyta powierzchni i lądowały na niej. Windy śmigały w górę i w dół gmachu z szybkością pocisków, a na dole, w palącym blasku śródziemnomorskiego słońca, ciągnęło się otaczające kosmo­port ruchliwe targowisko, pełne turystów i miejscowych, a także nieodłącznych od takich miejsc kieszonkowców i złodziei tożsamości.

Z orbity na Stację Centralną, z dachu stacji na poziom ziemi, a stamtąd, przez klimatyzowany hol, prosto do dzielnicy nędzy sąsiadującej z kosmoportem. Mama Jones i mały Kranki czekali już tam na niego, trzymając się za ręce.

Ulewa ich zaskoczyła. Kosmoport, wielki biały wieloryb wyrastający z miejskiego gruntu niczym żywa góra, przyciągał do siebie skupiska chmur, tworząc własny, miniaturowy układ baryczny. Jak na oceanicznych wyspach, wokół ogromnych gmachów kosmoportów spotykało się lokalne deszcze, zachmurzone niebo i liczne minifarmy pokrywające ich ściany na podobieństwo porostów.

Deszcz był ciepły, a krople wielkie. Chłopiec wyciągnął rękę i złapał jedną z nich.

Mama Jones była córką Nigeryjczyka i Filipinki. Urodziła się w tym kraju, w tym mieście o wielu nazwach i w tej dzielnicy, w czasach, gdy na ulicach słyszało się jeszcze warkot silników spalinowych, a Stacja Centralna była dworcem autobusowym, a nie lądowiskiem suborbitalnych statków. Pamiętała wojny i nędzę, a ponieważ nikt jej nie chciał w tym kraju, o który Arabowie walczyli z Żydami, opiekowała się chłopcem z nieustępliwą zawziętością. Między jego palcami pojawiła się cienka, połyskliwa błonka przypominająca bańkę mydlaną. Chłopiec wydzielał z siebie moc i manipulował atomami, by stworzyć tę ochronną śnieżnobiałą kulkę, w której zamknął kroplę deszczu. Unosiła się między jego palcami, doskonała i bezczasowa.

 

Mama Jones czekała, choć czuła się już nieco zniecierp­liwiona. Prowadziła tu knajpkę, przy starej ulicy Newe Sza’anan, niedaleko kosmoportu, w strefie w dawnych czasach przeznaczonej tylko dla pieszych. Musiała wracać do pracy.

– Dajmy sobie z tym spokój – rzekła z lekkim smutkiem. Chłopiec skierował na nią spojrzenie intensywnie niebieskich oczu. Ten nieskazitelny błękit opatentowano kilka dziesięcioleci przed tym, nim znalazł drogę do tutejszych klinik genetycznych, gdzie go zhakowano, skopiowano i sprzedano biedakom za drobny ułamek oficjalnej ceny.

Mówiono, że kliniki w południowej części Tel Awiwu są nawet lepsze niż w Chibie czy w Yunnanie, choć Mama Jones raczej w to wątpiła.

Zapewne jednak były tańsze.

– Przyleci? – zapytał chłopiec.

– Nie mam pojęcia – odparła. – Może dzisiaj przyleci.

Chłopiec odwrócił ku niej głowę i uśmiechnął się. Kiedy to robił, wyglądał bardzo młodo. Wypuścił z dłoni dziwną bańkę, która leciała ku górze pośród deszczu, unosząc uwięzioną wewnątrz kroplę ku chmurom, które ją zrodziły.

Mama Jones westchnęła, obrzucając chłopca zaniepokojonym spojrzeniem. „Kranki” to właściwie nie było imię. To słowo wywodziło się z asteroidowego pidżynu – potomka handlowych języków z południowego Pacyfiku, zaniesionego w kosmos przez górników i inżynierów wysłanych tam przez malajskie i chińskie korporacje jako tania siła robocza. Słowo „kranki” pochodziło od staroangielskiego „cranky” i mogło znaczyć „zrzędliwy”, „szalony” albo…

Albo trochę dziwny.

Ktoś, kto zajmuje się sprawami obcymi innym ludziom.

Tym, co w asteroidowym pidżynie zwano „nakaimas”.

Czarną magią.

Niepokoiła się o Krankiego.

– Czy przyleciał? Czy to on? – Szedł ku nim wysoki mężczyzna z wszczepką za uchem. Jego opalenizna wyraźnie wiązała się z maszynami, a niepewne kroki sugerowały, że odwykł od ziemskiego przyciągania. Chłopiec pociągnął Mamę Jones za rękę. – Czy to on?

– Możliwe – odpowiedziała, wyczuwając całą beznadziejność sytuacji, jak zawsze, gdy powtarzali ten rytuał – w każdy piątek przed początkiem szabasu, kiedy ostatnia grupa pasażerów przybywała do Tel Awiwu z Księżycowego Portu, Tong Yun na Marsie, z Pasa albo z innych ziemskich miast, takich jak Newer Delhi, Amsterdam czy São Paulo. Przychodzili tu co tydzień, ponieważ matka chłopca powiedziała mu, zanim umarła, że ojciec kiedyś wróci, że jest bogaty, pracuje daleko w kosmosie i kiedyś wróci, wróci w piątek, żeby się nie spóźnić na szabas, i zaopiekuje się nimi.

A potem przedawkowała Ukrzyżowanie, wstąpiła do nieba na snopie białego światła i ujrzała Boga w tym samym czasie, gdy robili jej płukanie żołądka. Było już za późno i Mama Jones z pewnymi oporami zaopiekowała się chłopcem, bo nie było nikogo innego.

Na północy, w Tel Awiwie, Żydzi mieszkali w drapaczach chmur, a na południu, w Jaffie, Arabowie odzyskali swe stare ziemie nad morzem. Tutaj, pośrodku, nadal żyli ci, którzy na zmianę zwali ten kraj Palestyną albo Izraelem. Ich przodkowie przybyli tu do pracy z najróżniejszych części świata – z filipińskich wysp, z Sudanu i Nigerii, z Tajlandii i Chin. Ich dzieci urodziły się tutaj, a dzieci ich dzieci mówiły po hebrajsku, po arabsku i w asteroidowym pidżynie, uniwersalnym języku przestrzeni kosmicznej. Mama Jones zaopiekowała się chłopcem, ponieważ nie było nikogo innego, a w całym kraju – bez względu na to, w której enklawie się znalazłeś – obowiązywała ta sama zasada. Dbamy o swoich.

Bo nie ma nikogo innego.

– To on!

Chłopiec pociągnął ją za rękę. Mężczyzna szedł prosto ku nim. W jego krokach i w jego twarzy było coś znajomego. Mama Jones nagle poczuła się zdezorientowana. Czy chłopiec mógł mieć rację? Wykluczone, nigdy go nawet nie…

– Kranki, przestań!

Chłopiec pociągnął ją za rękę i popędził ku mężczyźnie, który zatrzymał się, patrząc na dziecko i kobietę biegnących ku niemu. Kranki zatrzymał się przed nim, dysząc ciężko.

– Czy jesteś moim tatą? – zapytał.

– Kranki! – zawołała Mama Jones.

Mężczyzna zamarł w całkowitym bezruchu. Przykucnął i spojrzał chłopcu prosto w oczy z poważną, skupioną miną.

– To możliwe – przyznał. – Znam ten niebieski kolor. Pamiętam, że przez pewien czas był popularny. Usunęliśmy firmowy kod Armaniego i uzyskaliśmy otwartą wersję…

Popatrzył na chłopca i dotknął wszczepki, którą miał za uchem. Mama Jones zauważyła z niepokojem, że to wszczepka marsjańska.

Okazało się, że na Marsie jednak było kiedyś życie, nie starożytne cywilizacje, o jakich marzono w przeszłości, lecz martwe, mikroskopijne organizmy. Następnie ktoś znalazł sposób na odtworzenie kodu genetycznego i stworzył z niego wszczepki…

Obce symbionty, których nikt nie rozumiał i niewielu było takich, którzy chcieliby je zrozumieć.

Chłopiec znieruchomiał, a następnie się uśmiechnął. Rozpromienił się błogo.

– Przestań! – warknęła Mama Jones i potrząsnęła mężczyzną, aż omal nie stracił równowagi. – Przestań! Co ty mu robisz?

– Ja… – Mężczyzna pokręcił głową i postukał się we wszczepkę. Chłopiec odzyskał zdolność ruchu i rozejrzał się wkoło z oszołomieniem w oczach, jakby nagle się zgubił. – Nie miałeś rodziców – oznajmił mu mężczyzna. – Stworzono cię w laboratorium, w tym mieście, sklecono z genomów z domeny publicznej i fragmentów czarnorynkowych węzłów. – Westchnął głośno. – Nakaimas – powiedział i cofnął się o krok.

– Przestań! – powtórzyła Mama Jones, czując się bezradnie. – On nie jest…

– Wiem. – Mężczyzna odzyskał spokój. – Przepraszam. On potrafi przemawiać do mojej wszczepki. Bez interfejsu. Chyba wykonałem wtedy lepszą robotę, niż mi się zdawało.

Coś w jego twarzy i głosie… Nagle poczuła ucisk w klatce piersiowej, wrażenie znane z dawnych lat, które teraz wydało się jej dziwne i niepokojące.

– Boris! – zawołała. – Boris Chong?

– Słucham?

Uniósł wzrok, po raz pierwszy spoglądając na nią jak trzeba. Teraz widziała go wyraźnie: grube, słowiańskie rysy twarzy i ciemne, chińskie oczy. Pamiętała to połączenie. Postarzał się, zmienił go kosmos i warunki, ale to był on…

– Miriam?

Nazywała się wtedy Miriam Jones. Nadano jej imię po babci. Spróbowała się uśmiechnąć, ale nie była w stanie.

– To ja – potwierdziła.

– Przecież…

– Ty odszedłeś – przerwała mu. – Ja tu zostałam.

Chłopiec przenosił spojrzenie z jednego na drugie z nich. Nadeszło zrozumienie, a po nim rozczarowanie. Jego twarz przybrała smutny wyraz, a nad głową zgromadziły się wyciągnięte z powietrza krople deszczu, skupiając się w rozkołysaną taflę wody. Przechodzące przez nią promienie słońca rozszczepiały się, tworząc maleńkie tęcze.

– Muszę już iść – oznajmiła Miriam. Upłynęło wiele czasu, odkąd ktokolwiek zwracał się do niej tym imieniem.

– Dokąd? Zaczekaj…

Tym razem to Boris Chong sprawiał wrażenie zbitego z tropu.

– Dlaczego wróciłeś? – zapytała go Miriam.

Wzruszył ramionami. Marsjańska wszczepka za jego uchem zapulsowała. Żywy pasożyt, czerpiący pożywienie od nosiciela. – Chciałem…

– Muszę już iść – powtórzyła Mama Jones. Miriam, była kiedyś Miriam, i ta część jej jaźni, dawno już pogrzebana, teraz się budziła. Czuła się dziwnie i niezręcznie. Pociąg­nęła chłopca za rękę. Połyskliwa tafla nad jego głową rozprysła się i woda spadła na chodnik wokół niego, tworząc doskonały mokry krąg.

Kobieta co tydzień ulegała niewypowiedzianemu prag­nieniu Krankiego i szła z nim do kosmoportu, tego błyszczącego okropieństwa ulokowanego w samym środku miasta, by obserwować i czekać. Chłopiec wiedział, że stworzono go w laboratorium, że nigdy nie przebywał w łonie kobiety, lecz przyszedł na świat w jednej z tanich placówek, gdzie ze ścian obłaziła farba, a sztuczne macice często się psuły. Lecz na martwe płody również można było znaleźć kupców. Tak jak na wszystko.

Ale – podobnie jak inne dzieci – nigdy w to nie wierzył. W głębi duszy uważał, że jego matka naprawdę poszła do nieba. Ukrzyżowanie dało jej klucz do jego bram. Wierzył również, że jego ojciec wróci, tak jak mu powiedziała, zstąpi z nieba Stacji Centralnej do tej dzielnicy, położonej w niedogodnym miejscu między północą a południem, między Żydami a Arabami, odnajdzie syna i pokocha go.

Kobieta ponownie pociągnęła Krankiego za rękę i chłopiec poszedł za nią. Wiatr owinął się wokół niego niczym szalik. Wiedziała, co myśli.

Może przyleci w przyszłym tygodniu.

– Miriam, zaczekaj!

Boris Chong, który kiedyś był piękny, w czasach, gdy ona również była piękna, w dawno minionych czasach, gdy w pogodne wiosenne noce leżeli na dachu starego budynku, pełnego ludzi, którzy przyjechali tu, by zostać służącymi bogaczy z północnej części miasta. Zrobili tam dla siebie gniazdo między słonecznymi panelami a turbinami wiatrowymi, mały azyl ze starych wyrzuconych sof, osłonięty barwną, perkalową markizą z Indii, pokrytą politycznymi sloganami w języku, którego żadne z nich nie rozumiało. Leżeli tam, zachwycając się swymi nagimi ciałami. Wiosną było ciepło i wiatr przynosił z dołu wonie bzu i jaśminu. Ten ostatni uwalniał swój zapach nocami, gdy widać było gwiazdy i światła kosmoportu.

Mama Jones szła przed siebie. Droga do jej knajpki nie była długa. Chłopiec podążał za nią, podobnie jak ten mężczyzna, teraz nieznajomy, który kiedyś był młody i piękny i szeptem wyznawał jej miłość po hebrajsku, a potem ją opuścił, dawno temu, tak bardzo dawno…

Mężczyzna szedł za nią, ten mężczyzna, którego już nie znała. Serce biło jej szybko, jej stare, biologiczne serce, którego nigdy nie zastępowała. Nie zatrzymywała się ani na chwilę. Mijała stragany z owocami i jarzynami, kliniki genetyczne, centra uploadowe sprzedające sny z drugiej ręki, sklepy z butami (bo ludzie zawsze będą potrzebo­wali butów), darmową przychodnię, sudańską restaurację i puszki na śmieci, aż wreszcie dotarła do Knajpki Mamy Jones, wnęki w murze pomiędzy zakładem tapicerskim a węzłem Kościoła Robota, bo ludzie zawsze potrzebują kogoś, kto naprawi stare sofy albo fotele, i zawsze potrzebują wiary, takiego czy innego rodzaju.

A także trunków, pomyślała Miriam Jones, wchodząc do lokalu. Światła były tu odpowiednio słabe, stoliki drewniane i nakryte obrusami, a najbliższy węzeł oferowałby szeroki wybór programów, gdyby jakiś czas temu ktoś nie nastawił go na stałe na południowosudański kanał nadający na zmianę religijne kazania, prognozy pogody, które nigdy się nie zmieniały, dubbingowane powtórki niekończącej się marsjańskiej opery mydlanej Linie montażowe, i nigdy nic innego.

Oferowano tu lane piwo – palestyńskie taiga i izraelskie maccabee – rosyjską wódkę miejscowej produkcji i wiele napojów bezalkoholowych i butelkowanych lagerów. Klientom udostępniano też szisze oraz stoły do gry w tryktraka. To była całkiem niezła knajpka. Nie przynosiła zbyt wielkich zysków, ale wystarczało na czynsz, żywność i opiekę nad chłopcem. Miriam była z niej dumna. Lokal należał do niej.

W środku siedziała tylko garstka regularnych klientów, dwaj dokerzy z kosmoportu dzielili się sziszą i popijali piwo, pogrążeni w przyjacielskiej rozmowie, mackarz pluskał się w balii wypełnionej wodą, popijając arak, a Isobel Chow, córka przyjaciółki Miriam, Ireny Chow, siedziała przy herbacie miętowej. Sprawiała wrażenie głęboko zamyślonej. Po drodze Miriam dotknęła lekko jej barku, ale dziewczyna w ogóle nie zareagowała. Pogrążyła się głęboko w świecie wirtualnym, czyli w Konwersacji.

Miriam weszła za bar. Ze wszystkich stron otaczał ją dźwięk i zew Konwersacji, ale ona odgrodziła świadomość od większości tego hałasu.

– Kranki – odezwała się Mama Jones. – Myślę, że powinieneś pójść do domu i odrobić lekcje.

– Już odrobiłem – burknął chłopiec. Skierował uwagę na pobliską sziszę, zamknął w dłoni niebieski dym i zmienił go w gładką kulkę. Te czynności mocno go zaabsorbowały. Gdy Mama Jones stanęła za barem, poczuła się swobodniej. Tutaj była królową własnej domeny. Usłyszała kroki i zobaczyła przesuwający się cień. Mężczyzna, którego znała kiedyś jako Borisa Chonga, wszedł do środka, pochylając się w niskich drzwiach.

 

– Miriam, czy możemy porozmawiać?

– Co mam podać?

Wskazała na półki za sobą. Źrenice Borisa Chonga nagle się rozszerzyły. Po plecach Mamy Jones przebiegły ciarki. Mężczyzna rozmawiał bezgłośnie ze swą marsjańską wszczepką.

– Słucham?

Jej ton zabrzmiał ostrzej, niż zamierzała. Boris otworzył szeroko oczy. Sprawiał wrażenie zaskoczonego.

– Arak – odpowiedział i uśmiechnął się. Ten uśmiech przeobraził jego twarz, uczynił go młodszym i…

Bardziej ludzkim.

Skinęła głową, zdjęła butelkę z półki i nalała mu szklaneczkę araku, anyżowego trunku tak lubianego w tym kraju. Dodała trochę lodu i zaniosła arak do stolika razem ze szklanką zimnej wody. Po jej dolaniu napój zmieniał kolor, robił się mętny i jasny jak mleko.

– Usiądź obok mnie.

Przez chwilę stała przy stoliku, krzyżując ramiona na piersiach, aż wreszcie ustąpiła. Usiadła, a on po chwili wahania zrobił to samo.

– I co? – zapytała.

– Jak ci się żyło?

– Nieźle.

– Wiesz, że musiałem się wynieść. Tu nie było już pracy, nie było przyszłości…

– Ja tu byłam.

– Tak.

Jego oczy złagodniały. Rzecz jasna, wiedziała, co chciał jej powiedzieć. Nie miała do niego pretensji. Sama go zachęcała do wyjazdu, a gdy w końcu ją opuścił, oboje musieli jakoś żyć dalej. Zważywszy wszystko razem, Miriam nie żałowała swego życia.

– To twój lokal?

– Pozwala mi opłacić czynsz i świadczenia. Opiekuję się chłopcem.

– A on jest…

Wzruszyła ramionami.

– Pochodzi z laboratoriów. Może to jeden z twoich, jak mówiłeś.

– Było ich tak wielu… – zaczął. – Kombinowaliśmy z każdym otwartym kodem genetycznym, jaki wpadł nam w ręce. Czy wszyscy są podobni do niego?

Miriam pokręciła głową.

– Nie wiem… trudno jest wyśledzić wszystkie dzieciaki. Co więcej, one nie zostają dzieciakami do końca życia. Kranki, czy mógłbyś przynieść mi kawy? – zawołała do chłopca.

Kranki skierował na nich spojrzenie swych poważnych oczu. Nadal trzymał w ręce kulkę dymu. Gdy podrzucił ją w powietrze, odzyskała naturalne właściwości i rozproszyła się.

– Eee… – mruknął.

– Przestań, Kranki – rzekła Miriam. – Dziękuję.

Chłopiec podszedł do baru, a ona znowu spojrzała na Borisa.

– Gdzie byłeś przez cały ten czas? – zapytała.

Wzruszył ramionami.

– Spędziłem trochę czasu na Ceres, w Pasie. Pracowałem dla jednej z malajskich korporacji. – Uśmiechnął się. – Nie było już więcej dzieci. Po prostu… naprawiałem ludzi. Potem siedziałem trzy lata w Tong Yun. Tam dostałem to…

Wskazał na pulsującą biomasę, którą miał za uchem.

– Bolało? – spytała z zainteresowaniem Miriam.

– Można się przyzwyczaić – odparł. – Nasienie wstrzykuje się pod skórę. Potem zaczyna rosnąć. To… może być dokuczliwe. Nie sam fizyczny fakt, ale kiedy zaczynasz się komunikować, tworzyć sieć.

Miriam czuła się dziwnie, patrząc na wszczepkę.

– Czy mogę jej dotknąć? – zapytała, niespodziewanie dla siebie samej. Boris wyglądał na zażenowanego. Zawsze sprawiał takie wrażenie, pomyślała. Z zaskoczeniem poczuła, że wypełnia ją potężny żar dumy i sympatii.

– Jasne – zgodził się. – Nie ma sprawy.

Wyciągnęła rękę i bardzo ostrożnie dotknęła wszczepki końcem palca. Z zaskoczeniem stwierdziła, że w dotyku przypomina skórę. Mogła być nieco cieplejsza. Nacisnęła trochę mocniej. To było tak, jakby dotykała czyraka. Cofnęła rękę.

Kranki wrócił, trzymając dzbanek z długą rączką. W środku była czarna kawa, zaparzona z nasionami kardamonu i cynamonem. Miriam wypełniła kawą małą porcelanową filiżankę i uniosła ją między palcami.

– Słyszę to – oznajmił chłopiec.

– Co słyszysz?

– To – powtórzył uparcie Kranki, wskazując na wszczepkę.

– I co ona mówi? – zapytała Miriam, pociągając łyk kawy. Zauważyła, że Boris przygląda się uważnie chłopcu.

– Jest zdezorientowana.

– Dlaczego?

– Wyczuwa w swym nosicielu coś dziwnego. Bardzo silne emocje, czy może połączenie emocji. Miłość, żądza, żal i nadzieja, wszystko to zmieszane ze sobą… nigdy przedtem nie doświadczyła czegoś takiego.

– Kranki!

Miriam stłumiła pełen szoku śmiech, gdy Boris odchylił się na krześle z poczerwieniałą twarzą.

– Starczy już tego na dzisiaj – rzekła chłopcu. – Idź się pobawić na dworze.

Kranki wyraźnie poweselał.

– Mogę? Naprawdę?

– Nie oddalaj się zbytnio. Trzymaj się tam, gdzie mogę cię zobaczyć.

– Ja zawsze cię widzę – oznajmił chłopiec i wybiegł, nie oglądając się za siebie. Śledziła lekkie echo jego kroków w cyfrowym morzu Konwersacji, nim zniknął w hałasie na zewnątrz.

– Dzieci – mruknęła z westchnieniem.

– Nie ma sprawy. – Mężczyzna uśmiechnął się. Dzięki temu wyglądał młodziej, przypominał jej dawne dni, inne czasy. – Często o tobie myślałem.

– Boris, po co tu przyleciałeś?

Znowu wzruszył ramionami.

– Po Tong Yun znalazłem robotę w Republikach Galileańskich. Na Callisto. Ludzie w Układzie Zewnętrznym są dziwni. To przez Jowisza widocznego na niebie albo… mają niezwykłe technologie, a religii, które wyznają, w ogóle nie rozumiałem. Za blisko Pozostawionych i Świata Smoka… a za daleko od Słońca.

– Dlatego wróciłeś? – zapytała, śmiejąc się z zaskoczenia. – Bo tęskniłeś za Słońcem?

– Tęskniłem za domem – wyjaśnił. – Znalazłem robotę w Księżycowym Porcie. Nie potrafiłem uwierzyć, że jestem tak blisko i widzę na niebie wschodzącą Ziemię. W Układzie Wewnętrznym czułem się jak w domu. W końcu wziąłem urlop i przyleciałem tutaj. – Rozpostarł szeroko ramiona. Miriam wyczuwała niewypowiedziane słowa, ale nie potrafiła się zdobyć na wścibstwo. – Tęskniłem za deszczem, który pada z nieba – dodał Boris.

– Twój tata jeszcze żyje – poinformowała go Miriam. – Widuję go od czasu do czasu.

Boris znowu się uśmiechnął, choć w zmarszczkach w kącikach jego oczu – przedtem ich nie było, pomyślała nagle wzruszona Miriam – wyczuwało się zastarzały ból.

– Tak. Jest już na emeryturze – potwierdził.

Miriam go pamiętała. Był potężnie zbudowanym Rusochińczykiem noszącym egzoszkielet i razem z brygadą innych budowlańców wdrapywał się na nieukończone ściany kosmoportu jak metalowy pająk. W tym widoku było coś wspaniałego. Gdy byli tak wysoko, wydawali się maleńcy jak owady. Ich metalowe skorupy lśniły w słońcu, a szczypce pracowały nieustannie, krusząc kamień i wznosząc ściany tak potężne, że mógłby się na nich wesprzeć cały świat.

Widywała go od czasu do czasu. Przesiadywał w kawiarniach, grając w tryktraka. Wypijał niezliczone filiżanki czarnej kawy i raz po raz rzucał kostkami w powtarzającym się rytuale. Padał na niego cień gmachu, który pomógł wybudować i który w końcu uczynił go zbędnym.

– Zobaczysz się z nim? – zapytała.

Boris wzruszył ramionami.

– Może. Tak. Później… – Wypił łyk trunku i skrzywił się. – Arak – rzekł. – Zapomniałem, jak smakuje.

Miriam uśmiechnęła się. Oboje już od pewnego czasu uśmiechali się do siebie bez powodu i bez żalu. Na razie to wystarczało.

W knajpce było cicho. Mackarz leżał w swojej balii. Wyłupiaste oczy miał zamknięte. Dwaj dokerzy rozparli się wygodnie na krzesłach i rozmawiali cicho. Isobel siedziała nieruchomo, nadal pogrążona w wirtualu. Nagle Kranki znalazł się obok nich. Miriam nie widziała, jak się zbliżał. Miał dar nagłego pojawiania się i znikania, podobnie jak wszystkie dzieci ze stacji. Chłopiec zobaczył, że oboje się uśmiechają i poszedł za ich przykładem.

Kobieta ujęła jego dłoń. Nadal była ciepła.

– Nie mogliśmy się bawić – poskarżył się Kranki. Nad jego głową unosiła się aureola, z kropelek wody w jego krótkich, nastroszonych włosach tryskały tęcze. – Znowu zaczęło padać. – Wtem popatrzył na nich z chłopięcą podejrzliwością. – Czemu się uśmiechacie?

Miriam spojrzała na mężczyznę, Borisa, który był tym, kogo kiedyś kochał ktoś, kim wtedy była.

– To pewnie przez ten deszcz – skwitowała.

Inne książki tego autora