Cywilizacje

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Część pierwsza. Saga o Freydís Eríksdóttir

Część druga. Dziennik Krzysztofa Kolumba (fragmenty)

Część trzecia. Kroniki Atahualpy

Część czwarta. Przygody Cervantesa

Przypisy

Tytuł oryginału:

Civilizations

Opieka redakcyjna: ANDRZEJ STAŃCZYK

Redakcja: ANNA RUDNICKA

Korekta: BARBARA GÓRSKA, EWA KOCHANOWICZ, ANETA TKACZYK

Opracowanie okładki i stron tytułowych na podstawie wydania oryginalnego (Grasset, 2019): ROBERT KLEEMANN

Na okładce wykorzystano reprodukcję obrazu Juana Pantojy de la Cruz Cesarz Karol V (1605) z kolekcji Muzeum Narodowego Prado (Madryt, Hiszpania)

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Éditions Grasset & Fasquelle, 2019

© Copyright for the Polish translation by Wiktor Dłuski

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07181-6

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Sztuka daje życiu to, co historia zamordowała.

Carlos Fuentes, Cervantes, czyli krytyka sztuki czytania

Przez ten zamęt, w jakim żyli, bez żadnego dobrego porozumienia, podbić ich było bardzo łatwo.

Inca Garcilaso de la Vega, O Inkach uwagi prawdziwe

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

CZĘŚĆ PIERWSZA

Saga o Freydís Eríksdóttir

.

1. Eryk

Żyła raz kobieta zwana Aude Przemądrą. Była córką Ketila Płaskonosego i niegdyś królową, wdową po Olafie Białym, irlandzkim królu wojowniku. Po śmierci małżonka przybyła najpierw na Hebrydy, a potem do Szkocji, gdzie królem został jej syn Thorstein Czerwony, ale Szkoci go zdradzili i zginął w bitwie.

Na wieść o śmierci syna Aude wypłynęła w morze z dwudziestu wolnymi ludźmi i dotarła do Islandii, gdzie zasiedliła ziemie między rzekami Śniadaniową a Skokiem Skraumy.

Przybyło z nią wielu szlachty, ludzi, którzy kiedyś, podczas wypraw wikingów na zachód, zostali wzięci do niewoli, dlatego nazywano ich niewolnikami.

Był wśród nich człowiek imieniem Thorvald, który z powodu popełnionego morderstwa opuścił Norwegię razem ze swoim synem Erykiem Rudym. Mieli duże gospodarstwo, uprawiali ziemię. Pewnego razu Eyiolf zwany Łajnem, krewny jednego z sąsiadów Eryka, pozabijał jego niewolników za to, że z ich winy obsunęła się ziemia. Eryk zabił Eyiolfa Łajno. Zabił też Harfna Pojedynkowicza.

Został więc wygnany.

Osiedlił się na Wyspie Wołów. Pożyczył belki sąsiadowi, ale kiedy po nie przyszedł, tamten nie chciał ich oddać. Bili się i kolejni ludzie zginęli. Został więc znowu wygnany przez ting z Thorsnes.

Nie mógł już ani mieszkać na Islandii, ani wrócić do Norwegii. Dlatego postanowił pożeglować do krainy, którą dostrzegł syn Ulfa Wrony, kiedy raz zniosło go na zachód. Nazwał tę wyspę Grenlandią, bo uznał, że jeśli ta kraina otrzyma piękne imię, ludzie chętnie będą się tam osiedlali.

Poślubił Thjodhildę, wnuczkę Thörbjorga Pierś Knary, i miał z nią kilku synów. Z inną kobietą miał córkę. Nazywała się Freydís.

2. Freydís

O matce Freydís nie wiemy nic. Ale Freydís, podobnie jak jej bracia, odziedziczyła po ojcu Eryku zamiłowanie do podróży. Wsiadła więc na statek, który jej przyrodni brat, Leif Szczęściarz, pożyczył Thorfinnowi Karlsefniemu, żeby odnalazł drogę do Winlandii.

Płynęli na zachód. Zatrzymali się w Marklandzie, potem dotarli do Winlandii, gdzie wykryli obozowisko pozostawione przez Leifa Erikssona.

Okolica wydała im się piękna – niedaleko od morza rosły lasy, a brzegi pokrywał biały piasek. Było tam wiele wysp i mielizn. Dni i noce były prawie równej długości, jeszcze bardziej niż na Grenlandii czy Islandii.

Ale żyli tam też Skraelingowie, przypominający niewielkiego wzrostu trolle. Nie byli Jednonodzy, jak o nich opowiadano, tylko cerę mieli śniadą i lubili czerwone tkaniny. Grenlandczycy przywieźli ze sobą takie tkaniny i wymieniali je na skóry zwierzęce. Nawiązały się stosunki. Jednak pewnego razu byk należący do Karlsefniego wymknął się z rykiem ze swojej zagrody i przeraził Skraelingów. Natarli więc na obozowisko i ludzie Karlsefniego ponieśliby klęskę, gdyby Freydís, rozwścieczona ucieczką swych towarzyszy, nie chwyciła za miecz i nie ruszyła na napastników. Rozdarła koszulę i waliła się w piersi płazem miecza, urągając Skraelingom. Ogarnęła ją szaleńcza furia, przeklinała swych towarzyszy za tchórzostwo. Zawstydzeni Grenlandczycy zawrócili, a Skraelingowie, przerażeni widokiem tego rozszalałego stworzenia o bujnych kształtach, pierzchli.

Freydís była w ciąży i miała zły charakter. Pokłóciła się ze swymi dwoma braćmi, którzy byli jej wspólnikami. Ponieważ chciała przejąć ich statek, większy od jej statku, nakazała swemu mężowi Thorvardowi pozabijać braci oraz ich ludzi, co też uczynił. A ich kobiety Freydís sama pozabijała toporem.

Minęła zima, nadchodziło lato. Freydís nie odważyła się jednak wrócić na Grenlandię. Obawiała się gniewu swego brata Leifa, kiedy się dowie o jej zbrodni. Czuła też, że ludzie już jej nie ufają i nie jest mile widziana w obozie. Zaopatrzyła statek swoich braci i wsiadła nań z mężem, kilku ludźmi, bydłem i końmi. Ci z małej kolonii, którzy pozostali w Winlandii, z ulgą przyjęli to, że odpłynęła. Ale nim statek wyszedł w morze, powiedziała: „Ja, Freydís Eríksdóttir, przysięgam, że tu wrócę”.

Wzięli kurs na południe.

3. Południe

Knara o wysokich burtach szła wzdłuż wybrzeży. Rozpętała się burza i Freydís modliła się do Thora. Statek omal nie rozbił się o nadbrzeżne skały. Przerażone zwierzęta miotały się po pokładzie, tak że ludzie gotowi byli się ich pozbyć, w obawie, że statek się przewróci. W końcu jednak gniew boga ustał.

Podróż trwała dłużej, niż się spodziewali. Załoga nie mogła znaleźć miejsca, by przybić do brzegu, bo klify były zbyt wysokie, a gdy już wypatrzyli jakąś plażę, widzieli na niej groźnych Skraelingów, którzy potrząsali łukami i rzucali w nich kamieniami. Było za późno, by wziąć kurs na wschód, a Freydís nie chciała zawrócić. Załoga łowiła ryby, żeby się wyżywić, niektórzy pili wodę morską i przez to chorowali.

Pewnego razu, kiedy żaden wiatr z północy nie przychodził im z pomocą, by wypełnić żagle, Freydís między dwiema ławami wioślarzy urodziła martwe dziecko, nazwała je po swoim dziadku imieniem Eryk, i oddała morzu.

Wreszcie znaleźli zatoczkę, gdzie mogli zarzucić kotwicę.

4. Kraina Świtu

Woda była tu tak płytka, że zdołali pieszo dojść do piaszczystej plaży. Zabrali ze sobą wszystkie zwierzęta. Kraina była piękna. Przede wszystkim chcieli ją zbadać.

Były tam łąki i niezbyt gęste lasy, dużo zwierzyny i w rzekach pełno ryb. Freydís i jej towarzysze rozbili obóz blisko brzegu, w miejscu osłoniętym od wiatru. Nie brakowało im jedzenia, więc postanowili spędzić tu zimę, bo domyślali się, że zimy muszą tu być łagodniejsze, a przynajmniej krótsze niż w ich rodzinnych stronach. Młodsi byli urodzeni na Grenlandii, inni przybyli z Islandii albo z Norwegii, jak ojciec Freydís.

Pewnego razu zapuścili się dalej i napotkali uprawne pola. Ciągnęły się tam dobrze utrzymane plantacje czegoś, co przypominało żółty jęczmień. Ziarna w kłosach okazały się chrupiące i soczyste. Tak się dowiedzieli, że nie są tu sami.

Oni też chcieli hodować chrupiący jęczmień, ale nie wiedzieli, jak się do tego zabrać.

Kilka tygodni później na wzgórzu wznoszącym się nad ich obozowiskiem pojawili się Skraelingowie. Byli wysocy, dobrze zbudowani, mieli gładką, lśniącą cerę, a na twarzach wymalowane długie czarne krechy, co przeraziło Grenlandczyków, ale tym razem w obecności Freydís nikt nie ośmielił się cofnąć, z obawy, by nie wyjść na tchórza. Zresztą Skraelingowie wydawali się nie tyle wrodzy, ile zaciekawieni. Jeden z Grenlandczyków, by zyskać przychylność tamtych, chciał im podarować mały toporek, ale Freydís nie pozwoliła mu na to i zamiast tego ofiarowała im naszyjnik z pereł i żelazną broszkę. Skraelingowie sprawiali wrażenie bardzo zadowolonych z tego daru, podawali sobie te przedmioty z rąk do rąk i wyrywali je sobie; po chwili Freydís i jej towarzysze zrozumieli, że tamci chcą ich zaprosić do swojej osady. Tylko Freydís przyjęła zaproszenie. Jej mąż pozostał z innymi w obozie, nie ze strachu przed nieznanym, lecz przeciwnie – dlatego że przedtem w podobnej sytuacji ledwo uszli z życiem. Wskazali na Freydís jako na swego emisariusza i rzecznika. Rozśmieszyło ją to, bo zrozumiała, że żaden nie ma odwagi jej towarzyszyć. Znów ich zwymyślała, ale tym razem wstyd nie pomógł. Poszła więc sama ze Skraelingami, którzy namaścili jej białą cerę niedźwiedzim łojem, a potem razem z nią zapuścili się w bagniska na czółnie wydrążonym w pniu drzewa. Czółno z łatwością pomieściłoby dziesięciu ludzi, bo tak wielkie drzewa rosły w tym kraju. Łódź odbiła od brzegu i Freydís znikła razem ze Skraelingami.

 

Czekano na jej powrót trzy dni i trzy noce, ale nikt nie wyruszył na poszukiwanie. Nawet Thorvard nie ośmielił się zapuścić w te bagna.

Wreszcie na czwarty dzień Freydís wróciła razem z wodzem Skraelingów. Miał szyję i uszy obwieszone wielobarwnymi klejnotami, a jego długie włosy zostały z jednej strony wygolone. Trudno było sobie wyobrazić wspanialszy wygląd.

Freydís powiedziała swym towarzyszom, że są w Kraju Świtu, a ci Skraelingowie zwą się Ludem Pierwszego Światła. Wojują z innym ludem, żyjącym bardziej na zachód, i Freydís uważa, że należy im pomóc. A kiedy spytano ją, jak zrozumiała język Skraelingów, odpowiedziała ze śmiechem: „No cóż, może ja też jestem volva?”.

Zawołała tego, który chciał podarować Skraelingom toporek, i tym razem kazała mu go wręczyć przybyłemu z nią sachemowi (tamci tak nazywali swoich wodzów).

Dziewięć miesięcy później urodzi córkę i nada jej imię Gudrid po swojej byłej bratowej, żonie Karlsefniego, wdowie po Thorsteinie Erikssonie, której zawsze nienawidziła (ale nie warto tu mówić o ludziach, którzy nie występują w tej sadze).

Mała kolonia osiedliła się w sąsiedztwie osady Skraelingów i obie grupy nie tylko żyły zgodnie, ale też wzajemnie sobie pomagały. Grenlandczycy nauczyli Skraelingów wydobywać z torfu żelazo i robić z niego siekiery, lance i groty do strzał. Dzięki temu Skraelingowie mogli się skutecznie zbroić, by zwyciężać swych wrogów. Oni w zamian za to nauczyli Grenlandczyków uprawiać chrupiący jęczmień, wsiewając ziarna w małe kupki ziemi razem z fasolą i dyniami, żeby owijały się wokół jego grubych łodyg. W ten sposób będą mogli robić zapasy na zimę, kiedy zacznie brakować dziczyzny. Jedyne, czego chcieli Grenlandczycy, to pozostać w tym kraju. Na znak przyjaźni podarowali Skraelingom krowę.

Otóż zdarzyło się, że niektórzy Skraelingowie zachorowali. Jeden z nich dostał gorączki i zmarł. Wkrótce zaczęli umierać jeden po drugim. Grenlandczycy przestraszyli się i chcieli odpłynąć, ale Freydís się temu sprzeciwiła. Darmo towarzysze tłumaczyli jej, że wcześniej czy później epidemia dotrze i do nich – twardo odmawiała opuszczenia osady, którą zbudowali. Dowodziła, że tutaj znaleźli żyzną ziemię i nie ma żadnej pewności, że gdzie indziej spotkają tak przyjaznych Skraelingów, z którymi będą mogli utrzymywać dobre stosunki.

Wtedy rozchorował się barczysty sachem. Wracając do domu, który miał kształt kopuły wspartej na łukowatych słupach i pokrytej płatami kory, zobaczył jakichś obcych nieżywych ludzi leżących na progu i coś w rodzaju ogromnej fali pochłaniającej jego wieś i osadę Grenlandczyków. A kiedy ta wizja się rozwiała, położył się, płonąc z gorączki, i poprosił, by sprowadzono do niego Freydís. Kiedy stanęła u jego wezgłowia, powiedział jej na ucho kilka słów tak cicho, by tylko ona je słyszała, a następnie oznajmił na głos, tak by wszyscy słyszeli, że szczęśliwi są ci, co wszędzie są u siebie, a dar żelaza, jakim podróżnicy obdarzyli jego lud, nie zostanie zapomniany. Mówił Freydís o jej położeniu i przepowiedział, że przeznaczeniem jej i dziecka są wielkie czyny. Potem omdlał. Czuwała przy nim całą noc, ale rankiem był już zimny. Wtedy wróciła do swoich towarzyszy i powiedziała: „No, jazda, trzeba załadować bydło na knarę”.

5. Kuba

Freydís chciała płynąć jak najdalej na południe. Tygodniami sunęli wzdłuż wybrzeży, więc na pokładzie brakowało już wszystkiego i mogli liczyć tylko na złowione ryby i wodę deszczową, ale kiedy pojawiał się jakiś ląd, który zdawał się dogodny, Freydís nie chciała tam przybić. Wzbudziło to najpierw niepokój, potem nieufność, a wreszcie gniew jej towarzyszy. Freydís mówiła: „Chcecie, by znów groziła wam śmierć? Chcecie, żeby jakiś Jednonogi przeszył wam brzuch strzałą? (Tak zginął jej drugi brat przyrodni Thorvald, syn Eryka, i wiedziała, że wszyscy pamiętają o tym nieszczęsnym zdarzeniu). Będziemy dalej płynąć do celu albo umrzemy na morzu, jeśli taki będzie kaprys Njörda lub takie będzie życzenie Hel”. Ale nikt nie znał celu, o którym mówiła Freydís.

Wreszcie napotkali ląd, który mógł okazać się wyspą. Freydís, czując, że nie zdoła dłużej zapanować nad zniecierpliwieniem towarzyszy, zgodziła się doń przybić.

Knara wpłynęła na wspaniałą rzekę. Nim przybili do brzegu, sunęli cały czas po bardzo przejrzystej wodzie. Nigdy nie widzieli tak pięknej krainy. Nad samą rzeką rosły wszędzie zielone drzewa, jedne w kwiatach, inne pełne owoców. Owoce miały cudowny smak. Mnóstwo ptaków, małych i dużych, śpiewało słodko. Liście drzew były tak wielkie, że dawało się nimi pokrywać domy. Ląd był bardzo płaski.

Freydís zeskoczyła na ziemię. Podeszła do zabudowań, które wzięła za domostwa rybaków, ale ich mieszkańcy przerażeni pouciekali. W jednym z domów znalazła psa, który nie szczekał.

Grenlandczycy wyprowadzili ze statku bydło, a Skraelingowie, których zaciekawił widok koni, znów się pojawili. Byli nadzy, niewysocy, ale dobrze zbudowani. Mieli ciemną cerę i czarne włosy. Freydís ruszyła w ich stronę, bo sądziła, że kobieta w ciąży powinna wzbudzić ich zaufanie. Zachęciła jednego z nich, by dosiadł konia i pokazał jej osadę. Szła przy nim z wodzami w ręku. Skraelingowie byli tym uradowani i zachwyceni. Ofiarowali przybyszom jedzenie i zaprosili ich do swoich domów. Częstowali ich też zwiniętymi liśćmi, które zapalali, brali w usta i wdychali ich dym.

Freydís i jej towarzysze osiedlili się u nich i osada Skraelingów została ich osadą. Zbudowali własne domy na sposób miejscowych, okrągłe i kryte słomą. Zbudowali też drewnianą świątynię ku czci Thora. Skraelingowie pokazali im, jak wydobywać smakowitą wodę z dużych orzechów, które rosły na drzewach o wielkich liściach. Mówili im, jak się nazywają rozmaite rzeczy. Okazało się, że chrupiący jęczmień w ich języku to k u k u r y d z a. Pokazali im też, jak spać w siatkach rozwieszonych między dwoma drzewami. Nazywali je h a m a k a m i. Przez cały rok było tu bardzo ciepło, więc Skraelingowie nie wiedzieli, co to śnieg.

To tutaj Freydís urodziła. Jej mąż Thorvard odnosił się do Gudrid jak do własnej córki i Freydís to wzruszało. Zaczęła traktować Thorvarda mniej surowo niż dotąd.

Skraelingowie stali się dobrymi jeźdźcami i nauczyli się kuć żelazo. Grenlandczycy nauczyli się rozpoznawać zwierzęta i strzelać z łuku. Było tam pełno żółwi i najrozmaitszych węży oraz jaszczurek o twardych jak kamień łuskach i wydłużonych szczękach. Po niebie latały czerwonogłowe sępy.

Grupy wymieszały się ze sobą, rodziły się nowe dzieci. Niektóre miały włosy czarne, inne – blond albo rude. Rozumiały oba języki rodziców.

Ale znów Skraelingowie zaczęli zapadać na gorączkę i umierać. Ponieważ choroba oszczędzała Grenlandczyków, zrozumieli oni, że nie muszą się jej bać, bo sami ją ze sobą przywlekli. Zrozumieli, że to oni są chorobą. Ludzie z Północy wystawili zmarłym grobowce, na których wyryli runy. Modlili się do Thora i Odyna. Ale Skraelingowie chorowali nadal. Grenlandczycy uznali, że jeśli tu zostaną, ich gospodarze wymrą, a oni zostaną sami. Zrobiło im się ich żal. Chociaż niechętnie, postanowili odpłynąć. Rozebrali świątynię Thora, by wziąć ją ze sobą, jednak na pożegnanie zostawili Skraelingom kilka zwierząt.

Po ich odjeździe gorączka nie ustała. Skraelingowie umierali i omal nie wymarli zupełnie. Ci, co przeżyli, rozproszyli się po całej wyspie razem ze swoimi zwierzętami.

6. Chichén Itza

O Freydís trzeba teraz powiedzieć, że razem z córką Gudrid, mężem Thorvardem i swymi towarzyszami wyruszyła wzdłuż wybrzeży na zachód. Przekonali się, że kraina, którą opuścili, jest rzeczywiście wyspą. Potem Freydís chciała swoim zwyczajem wziąć kurs na południe, ale jej towarzysze oznajmili, że nie będą żeglować ani dnia dłużej, nie wiedząc, dokąd płyną. Freydís zaproponowała więc, żeby wrzucić do morza belki ze świątyni Thora i żeby te wskazały im drogę. Oświadczyła, że wylądują tam, gdzie Thor każe belkom przybić do brzegu. Kiedy tylko zrzucono belki ze statku, fale pchnęły je w stronę lądu, który znajdował się najdalej na zachodzie, i załodze zdawało się, że suną one nie tak wolno, jak można było się spodziewać. Potem powiała morska bryza. Pożeglowali na zachód, do przylądka wyspy, którą nazwali Wyspą Kobiet. Następnie dotarli do ziemi, która była tak rozległa, że wydała im się stałym lądem, i wpłynęli do fiordu. Zobaczyli, że jest on nadzwyczaj szeroki i długi, obrzeżony z obu stron bardzo wysokimi górami. Freydís nadała temu fiordowi imię swej córki. Po czym zbadali okolicę i odkryli, że Thor dotknął belkami cyplu wysuniętego w morze na północ od zatoki.

Była tam niezbyt głęboka rzeka, w którą knara mogła wpłynąć dzięki swemu płytkiemu zanurzeniu. Ruszyli w górę rzeki i dotarli do jakiejś wsi. Było późno, słońce miało się już ku zachodowi, więc Freydís poprowadziła swych ludzi na ławicę piasku na przeciwległym brzegu. Nazajutrz przypłynęło łodzią kilku Skraelingów. Przywieźli przybyszom czerwonogłowe kury i trochę kukurydzy, tyle, że starczyłoby tego na obiad dla ledwie kilku ludzi, po czym nakazali im zabrać sobie tę żywność i odpłynąć. Tym razem jednak Grenlandczycy chcieli tu zostać, jako że to miejsce wskazał im Thor. Wobec tego Skraelingowie wrócili w strojach wojennych, uzbrojeni w łuki, strzały, dzidy i tarcze. Grenlandczycy, zbyt znużeni, żeby uciekać, wybrali walkę. Ale szybko górę nad nimi wziął tłum Skraelingów, którzy ranili dziesięciu przeciwników i wszystkich wzięli do niewoli.

Skraelingowie byli gotowi wymordować ich na miejscu, ale doszło do nieoczekiwanego zdarzenia. Jeden z Grenlandczyków, walczący konno, zleciał ze swego wierzchowca, co tak przeraziło Skraelingów, że zaczęli krzyczeć ze strachu. Myśleli bowiem, że jeździec i koń są jednym stworzeniem. Naradzili się i po chwili ustawili obcych w szeregu, powiązali ich i uprowadzili razem z ich bydłem i bronią.

Szli w potwornym upale przez lasy i bagniska. Wilgotność była tak duża, że ludzie Północy mieli wrażenie, iż stopnieją jak śnieg przy ogniu. Wreszcie dotarli do miasta, jakiego nigdy wcześniej nie widzieli. Były tam kamienne świątynie, wielopiętrowe piramidy i kolumnady złożone z posągów wojowników, oraz ogromne rzeźbione głowy wężów, które przypominały im dzioby knar i langskipów, z tą różnicą, że węże były upierzone.

Skraelingowie zaprowadzili Grenlandczyków na arenę w kształcie litery H, na której grano w piłkę. Walczyły dwie drużyny, każda na swojej połowie boiska, posyłając sobie wielką kulę zrobioną z dziwnego materiału, zarazem sprężystego i twardego, która odbijała się bardzo wysoko. Jeńcy zrozumieli, że gra polega na tym, by przerzucić kulę na teren przeciwnika, utrzymując ją w powietrzu bez użycia dłoni i stóp, a tylko za pomocą bioder, łokci, kolan, pośladków albo przedramion. Na ścianie fosy, na wysokości połowy boiska, umocowane były dwa kamienne pierścienie, ale Grenlandczycy na razie nie mieli sposobności poznać ich przeznaczenia. Z amfiteatralnie wznoszących się ław przyglądała się grze liczna publiczność. Na koniec niektórych graczy złożono w ofierze, ucinając im głowy.

Dwunastu Grenlandczyków, w tym Freydís i jej męża Thorvarda, zrzucono do fosy. Naprzeciw nich stanęło dwunastu Skraelingów, ubranych tylko w nagolenniki i nałokietniki. Gra się rozpoczęła i Grenlandczycy, którzy nigdy dotąd w nią nie grali, widzieli, jak kula spada na ich stronę, ale nie potrafili jej przerzucić z powrotem, a jeśli im się udawało, popełniali błędy, bo nie trzymali się reguł gry, o których nie mieli pojęcia. Ciągle przegrywali i ogarniał ich coraz większy strach, bo docierało do nich, że w razie porażki zostaną złożeni w ofierze. Ale nagle kula trąciła jeden z kamiennych pierścieni, nie wpadła wszakże do środka, co wywołało pomruk publiczności. Freydís kazała więc swoim ludziom, by celowali w pierścień. I to jej mąż Thorvard zdołał wykonać bardzo ryzykowne odbicie kolanem, tak że kula poleciała wysoko w powietrze, zatoczyła wielki łuk i przeszła przez pierścień wśród wrzawy rozwścieczonej publiczności. Zaraz potem grę przerwano i ogłoszono zwycięstwo Grenlandczyków. Kapitanowi przeciwnej drużyny ścięto głowę. Grenlandczycy nie wiedzieli jednak, że w wyjątkowych przypadkach najlepszy gracz zwycięskiej drużyny też zostaje stracony, co winien poczytywać sobie za wielki zaszczyt. Tak więc Thorvardowi, mężowi Freydís, ścięto głowę na oczach żony i przybranej córeczki Gudrid, która płakała w ramionach matki. Wówczas Freydís powiedziała do swych towarzyszy: „Jesteśmy na łasce Skraelingów okrutniejszych od trolli i jeśli chcemy przeżyć, musimy zyskać ich przychylność, robiąc wszystko, czego będą od nas żądać”.

Po czym odśpiewała taką pieśń:

 

Dowiedziałam się oto, że na południu

Thorvard znalazł swój kres na ziemi.

Okrutna jest dla mnie Norna, Odyn za wcześnie

Wziął do siebie obrońcę siepaczy.

Jej śpiew unosił się wysoko w górę, ku wielkiemu zdumieniu Skraelingów, a na koniec opadł jak strzała:

Nie myśl, że jestem wściekła,

Czekam tylko na lepszą sposobność.

Ciało Thorvarda wrzucono uroczyście do jeziora w głębi rozpadliny. Pozostałych Grenlandczyków oszczędzono, ale na początku traktowano ich jak niewolników. Niektórzy pracowali w odkrywkowych kopalniach soli albo uprawiali bawełnę, którą znali, bo niegdyś przywozili ją z Miklagardu Szwedzi, i te obowiązki były najcięższe. Inni pracowali jako służący albo obsługiwali rytualne uroczystości ku czci licznych skraelingowskich bogów – do najważniejszych należeli Kukulkan, pierzasty wąż, i Chak, bóg deszczu.

Pewnego dnia Freydís podeszła do posągu, który przedstawiał leżącego mężczyznę wspartego na łokciach, z podwiniętymi nogami, z wieńcem na głowie. Jarl Skraelingów, do którego oddano ją na służbę, wyjaśnił jej na migi, że jest to Chak, bóg deszczu. Wtedy poszła po młotek i złożyła go na brzuchu posągu. Powiedziała jarlowi, że zna dobrze tego boga pod imieniem Thor. Kilka dni później spadła na miasto gwałtowna burza. A kraj miał właśnie za sobą długi okres suszy.

Innym razem córka Freydís, Gudrid, bawiła się skraelingowską zabawką na kółeczkach. Freydís zdziwiła się, że oprócz tej zabawki Skraelingowie nie mają ani wozów, ani pługów. Ale oni nie wiedzieli, do czego miałyby się przydać takie wielkie wehikuły, za ciężkie, by ludzie mogli je pchać lub ciągnąć. Wtedy Freydís poprosiła swoich towarzyszy, by zbudowali wóz i przyprowadzili klacz, po czym sama ją zaprzęgła. Skraelingowie byli bardzo zadowoleni z tego odkrycia, ale ucieszyli się jeszcze bardziej, kiedy zobaczyli, że pług z żelaznym lemieszem, ciągnięty przez konia lub wołu, może być niezwykle pomocny przy orce i pozwala zwiększyć uprawy bawełny. Tak oto Freydís przyczyniła się do pomyślności miasta, które odtąd mogło wymieniać z sąsiednimi miastami swoją bawełnę na kukurydzę lub drogie kamienie.

Na znak wdzięczności przyznano Freydís i jej towarzyszom prawo picia czekolady, musującego napoju, który miejscowi bardzo sobie cenili, ale dla Freydís był zbyt gorzki.

Grenlandczycy przestali zatem być niewolnikami i zaczęto ich traktować jak gości. Pozwalano im oglądać grę w piłkę i brać udział w uroczystościach przy świętych studniach. Skraelingowie przekazali im swoją wiedzę o gwiazdach i nauczyli ich podstaw swego pisma, które przypominało runy, ale było dużo bardziej rozwinięte.

Mogli przez pewien czas myśleć, że córka Lokiego o nich zapomniała. Hel jednak nie była tak roztargniona. Zachorowali pierwsi Skraelingowie. Dano im do picia dużo czekolady, ale w końcu zmarli. Freydís wiedziała, że oni już dawno odgadli, iż to obcy przywlekli do nich chorobę. Pośpiesznie przygotowała ucieczkę całej grupy. Pewnej bezksiężycowej nocy Grenlandczycy opuścili miasto, zabierając swoje bydło, i ruszyli w stronę wybrzeża, by dotrzeć do statku. Klacz, którą zaprzęgli, była brzemienna i spowalniała marsz, ale nie chcieli jej porzucić. Z rana usłyszeli dobiegające z miasta krzyki, wiedzieli, że Skraelingowie ruszą w pościg. Przyśpieszyli kroku. Knara czekała na nich tam, gdzie ją zostawili.

Ale Skraelingowie z sąsiedniej wsi zauważyli odwrót Grenlandczyków i postanowili ich zatrzymać, ci zaś wsiadali na statek w największym pośpiechu. Brzemienna klacz została jednak z tyłu i kiedy już wszyscy znaleźli się na pokładzie, brakowało tylko jej – z trudem wlokła się przez plażę. Skraelingowie już byli tuż za nią, wydawali okrzyki wojenne. Grenlandczycy zachęcali ją, wzywali, bo miała tylko kilka kroków do trapu. Czekali do ostatniej chwili, ale musieli podnieść kotwicę, by ścigający nie wdarli się na knarę. Widzieli, jak Skraelingowie chwytają klacz za grzywę, tak jak wcześniej podpatrzyli to u Grenlandczyków.

A oni bez słowa wzięli kurs na południe.

7. Panama

Kto wie, ile mil przebyła knara. Kiedy wzburzone morze nie pozwalało wypełnić żagli, Grenlandczycy wiosłowali ze spuszczonymi głowami, bo statek mógł się wywrócić. Mijały dni, mijały noce. Tylko porykiwania bydła i kwilenie niemowląt zdradzały, że na pokładzie jest jakieś życie.

Przybili do brzegu w ulewnym deszczu, brudni, potargani, głodni. Przed nimi rozciągała się jakaś kraina, przeczuwali, że wroga, chociaż zielona. Po niebie latało mnóstwo rozmaitych ptaków. Z łuków zabili wiele z nich. Większość załogi nie chciała jednak zapuszczać się w głąb lądu, który, jak się obawiali, mógł być zamieszkany przez innych Skraelingów, jeszcze okrutniejszych od poprzednich. Uważali, że powinni się tu zaopatrzyć w żywność, odpocząć i nabrać sił, a potem wziąć kurs na północ i wrócić do domu. Freydís zaciekle się temu sprzeciwiała, ale jeden z towarzyszy odezwał się do niej w te słowa:

– Wszyscy wiemy, dlaczego nie chcesz wrócić na Grenlandię. Boisz się, że twój brat Leif cię ukarze za zbrodnie, których się dopuściłaś w Winlandii. Mogę ci obiecać, że żaden z nas nic nie powie, ale jeśli Leif mimo to dowie się, co zrobiłaś, będziesz musiała podporządkować się wyrokowi brata lub osądowi tingu.

Freydís milczała. A rankiem jej towarzysze odkryli, że knara leży na burcie do połowy zanurzona w wodzie. Wszyscy popadli w przygnębienie. Nikt nie odważył się otwarcie oskarżyć Freydís, że zatopiła statek, ale każdy tak myślał. Ona jednak zabrała głos i przemówiła do nich tak:

– Teraz widzicie, że droga przez morze jest dla nas zamknięta. Nikt z nas nie wróci do Grenlandii. Mój ojciec nadał tę nazwę odkrytemu przez siebie krajowi, by przyciągnąć takich Islandczyków jak wy i umocnić swoją kolonię. Po prawdzie to ta ziemia wcale nie była zielona, tylko przez większą część roku biała. Kraj niby to zielony nie był tak przyjazny jak ten. Spójrzcie na ptaki na niebie. Spójrzcie na owoce na drzewach. Tu nie potrzebujemy się okrywać skórami zwierząt ani rozpalać ognia, żeby się ogrzać, albo kryć się przed wiatrem w domach z lodu. Zbadamy tę ziemię, aż znajdziemy najlepsze miejsce do założenia własnej kolonii. Bo tu jest prawdziwa Grenlandia. Tu dokończymy dzieła Eryka Rudego.

Wtedy jedni jej przyklasnęli, ale inni milczeli i byli przygnębieni, bo bali się tego, co ta ziemia jeszcze przed nimi kryła.

8. Lambayeque

Szli przez bagniska, przez lasy gęste jak skłębiona wełna, przez ośnieżone góry. Znów doskwierało im zimno, ale nikt już nie sprzeciwiał się rozkazom Freydís, jakby utrata knary odebrała im nadzieję, że uda im się wrócić do domu, i przez to złamała ich wolę.

To tu, to tam spotykali Skraelingów, którzy wymieniali z nimi złote i miedziane ozdoby na żelazne gwoździe lub miseczki świeżego mleka. Na zachodzie odkryli jakieś morze. Zbili tratwy. Im dalej płynęli wzdłuż wybrzeży, tym delikatniejszej roboty ozdoby im zachwalano. Zdarzyło się, że pewien Skraeling podarował Gudrid kolczyki przedstawiające jakiegoś ofiarnika trzymającego w rękach obciętą głowę, i to się spodobało jej matce. Freydís uznała, że dobrze będzie osiąść wśród ludu złotników. Poza tym ci Skraelingowie uprawiali pola ciągnące się aż po horyzont. Równinę przecinały kanały. Freydís dowiedziała się, że ta kraina nazywa się Lambayeque.

Skraelingowie przyjęli żelazo i zwierzęta pociągowe jak dary opatrzności. Uznali gości za wysłanników Naylampa, swego boga. Czczono więc Freydís jako wielką kapłankę, okrytą złotem i obdarzoną wielką mocą. Złożyli jej w ofierze jeńców, zabijając ich za pomocą obrzędowych noży, które na rękojeściach miały wizerunek Naylampa, a ostrza w kształcie półksiężyca. Był to lud boendrów, bardzo zręczny w obróbce metali. Niedługo po przybyciu Grenlandczyków boendrowie zaczęli wykuwać żelazne młoty najrozmaitszych rozmiarów. Rudowłosa Freydís ich fascynowała.

Wiedziała jednak, co nastąpi, zapowiedziała więc, że dopadnie ich choroba. I kiedy rzeczywiście zaczęli chorować i umierać, jej autorytet wzrósł jeszcze bardziej. Namówiła ich, by poświęcili więcej jeńców i poszerzyli uprawy. Grenlandczycy dzięki swemu bydłu i znajomości żelaza zdobyli sobie korzystną pozycję wśród tego ludu. W dodatku Skraelingowie, widząc, że przybyszów choroba się nie ima, umacniali się w przekonaniu, że są oni pochodzenia boskiego.

Zdarzyło się wreszcie, że jeden ze Skraelingów zapadł na gorączkę, ale przeżył i wyzdrowiał. Potem tak się stało z następnym, przywleczona przez obcych choroba stopniowo traciła siłę. I Grenlandczycy zrozumieli, że dotarli do kresu podróży.

9. Śmierć Freydís

Mijały lata bez zim. Grenlandczycy nauczyli się kopać kanały i uprawiać nieznane jarzyny: czerwone, żółte, fioletowe, niektóre soczyste, inne mączyste. Freydís została królową. Poślubiła jarla sąsiedniego miasta zwanego Cajamarca, a uczta wydana dla przypieczętowania tego związku była wspaniała. Piwo kukurydziane lało się strumieniami, podawano smażone ryby, alpaki, czyli coś w rodzaju smukłych owiec, oraz pieczone na rożnie świnki morskie, przypominające puszyste króliki o malutkich uszach, ich mięso było miękkie i smakowite.

Inne książki tego autora