UpadliTekst

Z serii: Upadli #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Gdzie jest anioł zemsty? – spytała z westchnieniem.

– Dobry wybór. Tutaj.

Arriane poprowadziła Luce do potężnej marmurowej rzeźby anioła chroniącego ziemię przed uderzeniem pioruna. W swoich czasach mogło to być interesujące dzieło. Teraz jednak wydawało się stare i brudne, pokryte błotem i zielonym mchem.

– Nie rozumiem – odezwała się Luce. – Co robimy?

– Pucupucu – odparła Arriane, niemal nucąc. – Lubię udawać, że ich kąpię.

Z tymi słowami wspięła się na wielkiego anioła, przewieszając nogi przez powstrzymujące piorun ramię rzeźby, jakby całość była potężnym dębem, na który można się wspiąć.

Luce wolała nie prosić się o dalsze kłopoty ze strony pani Tross i dlatego zaczęła machać grabiami u podnóża rzeźby. Próbowała pozbyć się niekończącej się warstwy wilgotnych liści.

Trzy minuty później ręce jej odpadały. Zdecydowanie nie była ubrana odpowiednio do takiej fizycznej pracy. Luce nigdy nie dostała kary w Dover, ale z tego co słyszała, polegała ona na napisaniu kilkaset razy „Nie będę ściągać prac z internetu” na kartce papieru.

To, co ją spotykało tutaj, było okrutne. Zwłaszcza, że tylko wpadła na Molly w bufecie. Próbowała nie oceniać pochopnie, ale oczyszczanie z błota grobowców ludzi, którzy nie żyli od ponad stu lat? W tej chwili Luce nienawidziła życia.

Wtedy właśnie promienie słońca w końcu przebiły się między drzewami i cmentarz zalały kolory. Luce natychmiast poczuła się lżej. Mogła sięgnąć wzrokiem dalej niż na dziesięć stóp przed siebie. Widziała Daniela… pracującego z Molly.

Luce opanowało przygnębienie. Radość zniknęła.

Spojrzała na Arriane, która posłała jej współczujące spojrzenie, mówiące: „co za kicha”, ale nie przerywała pracy.

– Hej – szepnęła Luce.

Arriane uniosła palec do ust, lecz gestem kazała Luce wspiąć się obok.

Ze zdecydowanie mniejszym wdziękiem i zręcznością, Luce chwyciła rzeźbę za ramię i wspięła się na postument. Kiedy była już pewna, że nie spadnie, wyszeptała:

– Czyli… Daniel przyjaźni się z Molly.

Arriane prychnęła.

– Nie ma mowy, serdecznie się nie znoszą – odpowiedziała szybko, po czym się zastanowiła. – A czemu pytasz?

Luce wskazała na nich. Wcale nie próbowali oczyścić grobowca z krzaków. Stali blisko siebie, oparci o grabie, i prowadzili rozmowę, którą Luce rozpaczliwie chciała podsłuchać.

– Dla mnie wyglądają jak przyjaciele.

– To kara – stwierdziła beznamiętnie Arriane. – Trzeba dobrać się w pary. Myślisz, że Roland i ten tam są przyjaciółmi? – Wskazała na Rolanda i Cama. Wyglądali, jakby kłócili się o to, jak najlepiej podzielić pracę nad rzeźbą kochanków. – Kumple z odsiadki nie oznaczają kumpli w życiu.

Arriane spojrzała na Luce, która czuła, jak rzednie jej mina, mimo wszelkich prób zachowania spokoju.

– Posłuchaj, Luce, nie chodziło mi o to… Dobra, poza tym, że zmarnowałaś dobre dwadzieścia minut mojego ranka, nie przeszkadzasz mi. Właściwie myślę, że jesteś interesująca. Świeża. Ale poza tym nie wiem, czego się tu spodziewałaś. Że znajdziesz sobie najlepszą przyjaciółkę w Sword & Cross? Powiem ci to jako pierwsza: łatwo nie będzie. Jesteśmy tutaj, bo mamy swój bagaż. I to tak ciężki, że w samolocie liczyłby się jako nadbagaż. Rozumiesz?

Zawstydzona Luce wzruszyła ramionami.

– Po prostu zapytałam.

Arriane prychnęła.

– Zawsze się tak bronisz? Do diabła, co w ogóle sprowadziło cię do tej szkoły?

Luce nie miała ochoty o tym rozmawiać. Może Arriane miała rację i lepiej jej będzie, jeśli nie spróbuje nawiązywać nowych przyjaźni. Zeskoczyła na dół i wróciła do prób usunięcia mchu u podstawy rzeźby.

Niestety, Arriane była zaintrygowana. Również zeskoczyła na dół i swoimi grabiami przycisnęła grabie Luce.

– Powiedz mi. No, powiedz mi.

Twarz Arriane była tak blisko twarzy Luce, że dziewczyna przypomniała sobie poprzedni dzień, kiedy klęczała nad Arriane po jej ataku. To była ich wspólna chwila, prawda? I do tego bardzo pragnęła móc z kimś porozmawiać. Lato z rodzicami było długie i ciężkie. Westchnęła i oparła czoło na rękojeści grabi.

W ustach czuła słony posmak, ale nie mogła przełknąć śliny. Kiedy poprzednim razem opowiadała tę historię, robiła to przed sądem. Wolałaby o wszystkim zapomnieć, ale im dłużej Arriane na nią patrzyła, tym wyraźniejsze stawały się słowa i tym bliżej końca języka się znajdowały.

– Spędzałam wieczór z przyjacielem… – zaczęła. Odetchnęła głęboko. – I stało się coś strasznego. – Zamknęła oczy, modląc się, by cała scena nie rozegrała się w wybuchu czerwieni pod jej powiekami. – Był pożar. Mnie udało się uciec… a jemu nie.

Arriane ziewnęła, o wiele mniej przerażona całą historią niż Luce.

– Tak czy inaczej – mówiła dalej Luce – później nie pamiętałam szczegółów, jak to się stało. To, co pamiętałam… co opowiedziałam sędziemu… chyba uznali mnie za wariatkę.

Próbowała się uśmiechnąć, lecz ten uśmiech wydawał jej się wymuszony.

Ku jej zaskoczeniu, Arriane ścisnęła jej ramię. I przez chwilę jej twarz wydawała się szczera. Później znów pojawił się na niej zwyczajowy grymas.

– Wszyscy jesteśmy tak bardzo niezrozumiani, co? – Wbiła palec w brzuch Luce. – Wiesz, ostatnio rozmawiałam z Rolandem, że nie mamy wśród znajomych piromanów. A jak wszyscy wiedzą, piroman jest niezbędny, żeby przygotować porządny wybryk w poprawczaku. – Już zaczynała spiskować. – Roland myślał, że może to ten nowy dzieciak, Todd, ale ja stawiam raczej na ciebie. Któregoś dnia musimy coś razem zorganizować.

Luce przełknęła ślinę. Nie była piromanką. Ale skończyła już mówić o przeszłości, nie miała nawet ochoty się bronić.

– Poczekaj tylko, aż Roland się o tym dowie – stwierdziła Arriane, rzucając grabie. – Jesteś jak spełnienie naszych marzeń.

Luce otworzyła usta, żeby się sprzeciwić, ale Arriane już odbiegła. Cudownie, pomyślała Luce, wsłuchując się w mlaskanie butów dziewczyny. Wystarczy kilka chwil, a wieści dotrą do Daniela.

Znów spojrzała na rzeźbę. Choć usunęła sporo mchu i zbutwiałych liści, anioł wydawał się brudniejszy niż wcześniej. Ich praca nie miała większego sensu. Luce wątpiła, by ktokolwiek odwiedzał cmentarz. Wątpiła również, by ktokolwiek z jej towarzyszy jeszcze pracował.

I wtedy jej wzrok padł na Daniela, który pracował. Drucianą szczotką pracowicie usuwał pleśń z brązowej inskrypcji na grobowcu. Podwinął rękawy i Luce widziała, jak jego mięśnie się napinają. Westchnęła i – nic nie mogła na to poradzić – oparta łokciem o kamiennego anioła zaczęła go obserwować.

„Zawsze był pracowity”.

Luce potrząsnęła głową. Skąd się to wzięło? Nie miała pojęcia, co znaczyły te słowa. A jednak przyszły jej na myśl. Takie zdania czasami pojawiały się w jej umyśle zanim zasnęła. Bezsensowny bełkot, którego nie mogła powiązać z niczym poza snami. Teraz jednak stała tutaj, całkiem przytomna.

Musiała rozgryźć tę sprawę z Danielem. Znała go zaledwie jeden dzień i już czuła, jak zsuwa się w bardzo dziwne i nieznajome miejsce.

– Lepiej, żebyś trzymała się od niego z dala – powiedział ktoś zimno za jej plecami.

Luce odwróciła się gwałtownie i ujrzała Molly, stojącą w tej samej pozie co poprzedniego dnia – ręce oparte na biodrach, przebite nozdrza rozszerzone. Penn powiedziała jej, że w Sword & Cross zezwalano uczniom na piercing, gdyż sam dyrektor szkoły nosił diamentowy kolczyk w uchu i nie miał ochoty się go pozbywać.

– Od kogo? – spytała Molly, wiedząc, że brzmi głupio. Molly przewróciła oczami.

– Uwierz mi na słowo, kiedy ci mówię, że zakochanie się w Danielu byłoby bardzo, ale to bardzo złym pomysłem.

Nim Luce zdołała odpowiedzieć, Molly odeszła. Daniel – zupełnie jakby usłyszał swoje imię – patrzył prosto na nią. Po czym ruszył prosto w jej stronę.

Wiedziała, że słońce zniknęło za chmurą. Gdyby przestała wpatrywać się w niego, mogłaby podnieść wzrok i sama to zobaczyć. Lecz nie mogła tego zrobić, nie mogła oderwać spojrzenia i, z jakiegoś powodu, musiała zmrużyć oczy, żeby go zobaczyć. Jakby Daniel emanował światłem, jakby ją oślepiał. Jej uszy wypełniło dziwne dudnienie, a kolana zaczęły drżeć.

Chciała podnieść grabie i udawać, że go nie widzi. Ale było za późno, żeby udawać.

– Co ci powiedziała? – spytał.

– No… – odpowiedziała ostrożnie, szukając właściwego kłamstwa. Nic nie znalazła. Wyłamała kostki.

Daniel chwycił ją za rękę.

– Nie znoszę, kiedy to robisz.

Luce szarpnęła się instynktownie. Dotyk jego dłoni był bardzo krótki, mimo to poczuła, jak się rumieni. Chyba chodziło mu o to, że miał takie małe dziwactwo, że przeszkadzało mu wyłamywanie kostek przez kogokolwiek, prawda? Ponieważ gdy powiedział, że nie znosi, kiedy ona to robi, sugerował, że widział to już wcześniej. A nie mógł. Prawie jej nie znał.

To dlaczego brzmiało to jak kolejna kłótnia na ten sam temat?

– Molly kazała mi trzymać się od ciebie z dala – powiedziała w końcu. Daniel przechylił głowę.

– Pewnie ma rację.

Luce zadrżała. Nad nimi przeleciał cień, zasłaniając twarz anioła na tak długo, że się zaniepokoiła. Zamknęła oczy i próbowała oddychać głęboko, modląc się, by Daniel nie zauważył niczego więcej.

Powoli zaczynała panikować. Chciała uciec. Nie mogła uciec. A jeśli zgubi się na cmentarzu? Daniel podążył za jej spojrzeniem i zerknął na niebo.

– Co się dzieje?

– Nic.

– I zrobisz to? – spytał, zaplatając ręce na piersi, jakby to było wyzwanie.

– Co? – spytała. – Ucieknę?

Daniel zrobił krok w jej stronę. Dzieliła ich teraz niecała stopa. Wstrzymała oddech. Stała całkowicie bez ruchu. Czekała.

 

– Będziesz się trzymać ode mnie z dala?

Brzmiało to niemal tak, jakby z nią flirtował.

Luce jednak czuła się źle. Jej czoło zrosił pot; przycisnęła palce do skroni, próbując odzyskać panowanie nad ciałem, próbując odebrać mu panowanie nad nim. Nie była gotowa na flirt. O ile on rzeczywiście flirtował.

Cofnęła się o krok.

– Pewnie tak.

– Nie usłyszałem – wyszeptał, unosząc brew i robiąc kolejny krok w jej stronę.

Luce znów się cofnęła, tym razem dalej. Oparła się plecami o podstawę rzeźby i poczuła, jak kamienna stopa anioła wbija się jej w plecy. Kolejny cień, ciemniejszy i zimniejszy, przeleciał nad nimi. Mogła by przysiąc, że Daniel zadrżał razem z nią.

I wtedy rozległo się skrzypienie. Luce sapnęła, gdy marmurowa rzeźba zakołysała się nad nimi, niczym gałąź drzewa na wietrze. Przez chwilę jakby unosiła się w powietrzu.

Luce i Daniel wpatrywali się w figurę. Oboje wiedzieli, że się przewraca. Głowa anioła pochyliła się powoli w ich stronę, jakby się modlił – a później cała rzeźba nabrała prędkości, opadając. Luce poczuła, jak Daniel błyskawicznie obejmuje ją w pasie, jakby doskonale znał jej kształty. Drugą rękę położył na jej głowie i popchnął ją w dół, dokładnie w chwili, gdy rzeźba się przewracała. Upadła z głośnym hukiem w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stali. Głowa anioła wbiła się w błoto, a stopy pozostały oparte na postumencie, tworząc niewielki trójkąt, w którym Luce kuliła się z Danielem.

Dyszeli ciężko, zwróceni do siebie twarzami. W oczach Daniela malowało się przerażenie. Między ich ciałami a rzeźbą pozostało zaledwie kilka cali wolnej przestrzeni.

– Luce? – wyszeptał.

Mogła jedynie skinąć głową.

Zmrużył oczy.

– Co widziałaś?

Nagle ktoś wyciągnął ją spod rzeźby. Poczuła czyjeś dłonie na plecach, a później podmuch świeżego powietrza. Wszyscy obecni stali i gapili się, poza panią Tross, która patrzyła na nią ze złością, i Camem, który pomógł Luce wstać.

– Wszystko w porządku? – spytał Cam. Obejrzał ją dokładnie, szukając otarć i sińców, po czym strzepnął ziemię z jej ramienia. – Widziałem, jak rzeźba się przewraca, i podbiegłem, żeby ją podtrzymać, ale już… Musiałaś być przerażona.

Luce nie odpowiedziała. Przerażenie to była jedynie część tego, co czuła.

Daniel, który już się podniósł, nawet się nie odwrócił, żeby sprawdzić, czy z nią wszystko w porządku. Po prostu odszedł.

Luce opadła szczęka, gdy patrzyła, jak odchodzi. Pozostałych najwyraźniej nie obchodziło, że się ewakuował.

– Co zrobiłaś? – spytała pani Tross.

– Nie wiem. W jednej chwili staliśmy tutaj – Luce spojrzała na panią Tross – i, no, pracowaliśmy. W następnej chwili rzeźba po prostu się przewróciła.

Albatross pochyliła się, żeby obejrzeć strzaskanego anioła. Jego głowa pękła w połowie. Nauczycielka zaczęła mamrotać coś o siłach natury i starych kamieniach.

Kiedy wszyscy już wrócili do pracy, z Luce pozostał jeden głos, który zabrzmiał przy jej uchu. Należał do Molly. Dziewczyna stanęła tuż za jej plecami i wyszeptała:

– Ktoś chyba powinien zacząć mnie słuchać, kiedy dobrze radzę.

PIĘĆ

WEWNĘTRZNY KRĄG

– Nigdy więcej mnie tak nie strasz! – nakazała Callie Luce w środowy wieczór.

Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy Luce stała w budce telefonicznej Sword & Cross, niewielkim beżowym boksie pośrodku holu głównego szkoły. Miejsce nie zapewniało prywatności, ale przynajmniej nikt się obok nie kręcił. Luce wciąż bolały mięśnie rąk po cmentarnej zmianie poprzedniego ranka, jak również urażona duma z powodu ucieczki Daniela w chwili, gdy zostali wyciągnięci spod rzeźby. Teraz, przez piętnaście minut, Luce bardzo starała się zapomnieć o tym wszystkim i napawać się rozkosznie gorączkowymi słowami, jakie jej przyjaciółka umiała z siebie wyrzucić w przeznaczonym dla niej czasie. Słuchanie wysokiego głosu Callie było taką przyjemnością, że Luce wcale nie obchodziło, że koleżanka na nią wrzeszczy.

– Obiecałyśmy sobie, że będziemy rozmawiać co godzinę! – kontynuowała Callie. – Myślałam, że ktoś cię żywcem pożarł! Albo że utknęłaś w izolatce w jednym z tych kaftanów bezpieczeństwa, w których musisz przegryźć rękaw, żeby podrapać się po twarzy. Równie dobrze mogłaś zstąpić do dziewiątego kręgu…

– Dobra, mamusiu – powiedziała ze śmiechem Luce i przyjęła na siebie rolę instruktora oddychania Callie. – Rozluźnij się.

Przez ułamek sekundy czuła się winna, że nie wykorzystała jedynej rozmowy telefonicznej, by zadzwonić do mamy. Wiedziała jednak, że Callie dostałaby szału, gdyby Luce nie wykorzystała pierwszej możliwej okazji do nawiązania kontaktu. Poza tym, co dziwne, histeryczny głos Callie zawsze ją uspokajał. Między innymi z tego powodu tak dobrze do siebie pasowały – paranoja przyjaciółki działała na Luce uspokajająco. Wyobrażała sobie Callie w jej pokoju w Dover, spacerującą po pomarańczowym dywanie, z maseczką na twarzy i gąbkami między palcami u stóp, by uchronić przed rozmazaniem wciąż wilgotny fioletowy lakier do paznokci.

– Nie do mnie mamusiu! – naburmuszyła się Callie. – Zacznij gadać. Jakie są inne dzieciaki? Czy wszyscy są przerażający i biorą diuretyki jak na filmach? Jak tam lekcje? A jedzenie?

Przez telefon Luce słyszała „Rzymskie wakacje” odtwarzane w tle na malutkim telewizorze Callie. Ulubioną sceną Luce była ta, w której Audrey Hepburn budzi się w pokoju Gregory’ego Pecka, wciąż przekonana, że poprzednia noc była snem. Przymknęła oczy i spróbowała sobie wyobrazić to ujęcie. Naśladując senny szept Audrey, zacytowała fragment, który Callie musiała poznać.

– Był tam mężczyzna, był dla mnie paskudny. To było cudowne. – Dobra, księżniczko, chcę usłyszeć o twoim życiu – zażartowała Callie.

Niestety, w Sword & Cross nie było niczego, co Luce mogłaby opisać jako cudowne. Myśląc o Danielu po raz co najmniej osiemdziesiąty tego dnia, uświadomiła sobie, że jedyne podobieństwo między jej życiem a „Rzymskimi wakacjami” polegało na tym, że podobnie jak Audrey poznała faceta, który zachowywał się agresywnie i nie był nią zainteresowany. Luce oparła głowę o wyłożoną beżowym linoleum ściankę boksu. Ktoś wydrapał na niej słowa „Czekam na właściwą chwilę”. Normalnie Luce opowiedziałaby Callie wszystko o Danielu.

Z jakiegoś powodu dziś tego nie zrobiła.

Cokolwiek mogłaby powiedzieć o Danielu, nie miałoby związku z niczym, co rzeczywiście wydarzyło się między nimi. Callie uważała, że facet powinien trochę się wysilić, żeby pokazać, że jest wart dziewczyny. Chciałaby usłyszeć, ile razy otworzył przed Luce drzwi, albo czy zauważył, jak dobrze mówi po francusku. Jej przyjaciółka uważała, że nie ma nic złego w gościach piszących sentymentalne wiersze miłosne. A Luce nie miała właściwie nic do powiedzenia o Danielu. Callie wolałaby usłyszeć raczej o kimś takim jak Cam.

– Cóż, jest tu taki chłopak – szepnęła Luce.

– Wiedziałam – zapiszczała Callie. – Imię.

Daniel. Daniel. Luce odchrząknęła.

– Cam.

– Proste, nieskomplikowane. Jasne. Zacznij od początku.

– Wiesz, do niczego jeszcze nie doszło.

– Myśli, że jesteś wspaniała, bla bla bla. Mówiłam ci, że krótka fryzura upodabnia cię do Audrey. Dalej, przejdź do sedna.

– Cóż…

Luce usłyszała odgłos kroków w holu. Wyjrzała na zewnątrz i wyciągnęła szyję, żeby sprawdzić, kto przerywa jej najlepsze piętnaście minut w ciągu ostatnich trzech dni.

W jej stronę szedł Cam.

O wilku mowa. Przełknęła słowa, które miała na końcu języka: „Dał mi kostkę do gitary”. Wciąż trzymała ją w kieszeni.

Cam zachowywał się swobodnie, jakby nie usłyszał jej słów. Wydawał się jedynym uczniem Sword & Cross, który nie zdejmował mundurka zaraz po zakończeniu lekcji. W czerni było mu do twarzy, w przeciwieństwie do Luce, która wyglądała w niej jak kasjerka w spożywczaku.

Cam bawił się złotym zegarkiem kieszonkowym, który wisiał na długiej dewizce zaczepionej na palcu wskazującym. Luce podążała za nim wzrokiem, niemal zahipnotyzowana, aż Cam chwycił zegarek w dłoń. Spojrzał na tarczę, a później na Luce.

– Przepraszam – powiedział zdezorientowany. – Myślałem, że zapisałem się na siódmą. – Wzruszył ramionami. – Ale musiałem się pomylić.

Luce spojrzała na zegarek i niemal się załamała. Wymieniły z przyjaciółką kilkanaście słów – niemożliwe, żeby piętnaście minut już minęło.

– Luce? Halo? – Callie wydawała się zniecierpliwiona. – Dziwnie się zachowujesz. Czegoś mi nie mówisz? Czy już zastąpiłaś mnie jakąś laską, która się tnie? A co z chłopakiem?

– Cicho – wysyczała Luce do telefonu. – Cam, zaczekaj! – zawołała, odsuwając słuchawkę. – Chwila, właśnie – przełknęła ślinę – się rozłączałam.

Cam wsunął zegarek do kieszeni czarnego swetra i wrócił do Luce. Uniósł brwi i roześmiał się, kiedy usłyszał dobiegający ze słuchawki głos.

– Nie waż się rozłączyć! – zaprotestowała Callie. – Nic mi nie powiedziałaś. Nic!

– Nie chcę nikogo wnerwiać – zażartował Cam, wskazując na telefon. – Weź mój przydział, oddasz mi kiedy indziej.

– Nie – powiedziała szybko Luce.

Choć bardzo chciała dalej rozmawiać z Callie, wyobrażała sobie, że Cam czuje się podobnie wobec tej osoby, do której miał zamiar zadzwonić. Poza tym, w przeciwieństwie do innych uczniów, przez cały czas był dla niej bardzo miły i nie chciała go zmuszać do rezygnacji z rozmowy, szczególnie teraz, gdy i tak była zbyt zdenerwowana, by plotkować z Callie na jego temat.

– Callie – powiedziała, wzdychając. – Muszę iść. Zadzwonię, jak tylko…

Wtedy w słuchawce rozległ się sygnał. Telefon był tak ustawiony, że kończył rozmowę po upływie piętnastu minut. Teraz zauważyła na aparacie niewielki timer z mrugającymi cyframi 0:00. Nawet nie zdążyła się pożegnać, a teraz będzie musiała czekać cały tydzień na kolejną rozmowę. Czas rozciągał się w myślach Luce niczym przepaść bez dna.

– Najlepsza przyjaciółka? – spytał Cam, opierając się o boks obok Luce. Wciąż unosił ciemne brwi. – Mam trzy młodsze siostry, niemal wyczuwam najlepsze przyjaciółki przez telefon. – Pochylił się, jakby miał zamiar powąchać Luce.

Roześmiała się… a później zamarła. Jego niespodziewana bliskość sprawiła, że serce zabiło jej szybciej.

– Niech zgadnę. – Cam wyprostował się i uniósł brodę. – Chciała wiedzieć wszystko o złych chłopakach z poprawczaka?

– Nie! – Luce potrząsnęła głową, chcąc dać do zrozumienia, że w ogóle nie myśli o chłopakach… ale uświadomiła sobie, że Cam żartuje. Zarumieniła się i spróbowała odpowiedzieć również żartem. – To znaczy, powiedziałam jej, że nie ma tu żadnych dobrych.

Cam zamrugał.

– I właśnie dlatego to jest takie ekscytujące. Nie sądzisz?

Stał całkowicie nieruchomo, co sprawiało, że Luce stała całkowicie nieruchomo, przez co tykanie zegarka w kieszeni jego swetra wydawało się niemożliwie głośne.

Luce zadrżała, gdy nagle coś czarnego wpadło do holu. Cień skakał po lampach sufitowych, zasłaniając jedną, a później następną. Cholera. Nie powinna być z kimś sam na sam – zwłaszcza z kimś tak skupionym na niej, jak Cam – kiedy przybywały cienie. Czuła, jak drży, próbując zachować spokój, gdy ciemność zaczęła krążyć wokół wiatraka. To może jeszcze by zniosła. Może. Niestety, cień wydawał najgorszy z możliwych głosów, dźwięk przypominający pisk pisklęcia sowy, które na oczach Luce spadło z drzewa i się udusiło. Pragnęła, by Cam przestał na nią patrzeć. Pragnęła, by wydarzyło się coś, co odwróci jego uwagę. Pragnęła…

By przyszedł Daniel Grigori.

I zrobił to. Uratowana przez wspaniałego chłopaka w dziurawych spodniach i jeszcze bardziej dziurawym białym podkoszulku. Nie wyglądał na wybawcę – ugięty pod ciężarem torby z książkami z biblioteki, z szarymi worami pod szarymi oczami. Jasne włosy opadały mu na czoło, a gdy spojrzał na Luce i Cama, zmrużył oczy. Dziewczyna była tak zajęta zastanawianiem się, w jaki tym razem sposób zirytowała Daniela, że prawie nie zauważyła najważniejszego – tuż przed tym, jak zamknęły się za nim drzwi, cień przemknął przez nie i zniknął w mroku. Zupełnie, jakby ktoś wziął odkurzacz i oczyścił hol z piachu.

Daniel jedynie skinął im głową i nawet nie zwolnił kroku, mijając ich.

Luce spojrzała na Cama i zobaczyła, że obserwuje Daniela. Po chwili odwrócił się do niej i powiedział, głośniej niż to było konieczne:

– Prawie zapomniałem ci powiedzieć. Dziś w moim pokoju będzie mała impreza, po spotkaniu towarzyskim. Bardzo bym chciał, żebyś przyszła.

 

Daniel wciąż mógł ich usłyszeć. Luce nie wiedziała, czym są te spotkania towarzyskie, ale umówiła się z Penn, że pójdą tam razem.

Wpatrywała się w tył głowy Daniela i wiedziała, że musi odpowiedzieć Camowi. To nie powinno być takie trudne, lecz kiedy Daniel odwrócił się i spojrzał na nią oczami pełnymi smutku, za jej plecami rozdzwonił się telefon. Cam wyciągnął rękę i powiedział:

– Muszę odebrać. Przyjdziesz?

Daniel niemal niedostrzegalnie skinął głową.

– Tak – odparła Luce. – Tak.


– Nadal nie rozumiem, dlaczego musimy biec – wysapała Luce dwadzieścia minut później, próbując dotrzymać kroku Penn.

Przemierzały boisko, kierując się w stronę audytorium, gdzie odbywały się tajemnicze Środowe Spotkania Towarzyskie, o których Penn nadal nic jej nie powiedziała. Luce miała tylko czas nałożyć błyszczyk i wciągnąć lepsze dżinsy na wypadek, gdyby to był taki rodzaj spotkania towarzyskiego. Nadal próbowała uspokoić oddech po spotkaniu z Camem i Danielem, kiedy Penn wpadła do jej pokoju, by znów wyciągnąć ją na zewnątrz.

– Ludzie, którzy chronicznie się spóźniają, nigdy nie zrozumieją, jak bardzo rozwalają plany ludziom, którzy są punktualni i normalni – powiedziała Penn, kiedy pokonywały szczególnie podmokły fragment trawnika.

– Ha! –Ktoś za nimi zaśmiał się.

Luce obejrzała się i jej twarz się rozjaśniła, gdy ujrzała biegnącą w ich stronę chudą, bladą Arriane.

– Co za konował powiedział ci, że jesteś normalna, Penn? – Arriane trąciła Luce i wskazała na dół. – Uważaj na ruchome piaski!

Luce zatrzymała się z pluskiem przed błotnistym fragmentem trawnika.

– Niech ktoś mi w końcu powie, gdzie idziemy!

– Środowy wieczór – powiedziała beznamiętnie Penn. – Spotkania Towarzyskie.

– To znaczy… tańce albo coś w tym rodzaju? – spytała Luce, a oczyma duszy już ujrzała Daniela i Cama na tanecznym parkiecie.

Arriane ryknęła śmiechem.

– Taniec ze śmiercią z nudy. Określenie „towarzyskie” to typowa nowomowa Sword & Cross. Widzisz, muszą organizować dla nas imprezy towarzyskie, ale jednocześnie się tego boją. Trudna sprawa.

– Dlatego – dodała Penn – organizują koszmarne imprezy w rodzaju projekcji filmów połączonych z późniejszym wykładem na ich temat albo… mój Boże, pamiętasz ostatni semestr?

– Całe sympozjum o wypychaniu zwierząt?

– Po prostu straszne. – Penn pokręciła głową.

– Dziś, moja droga – powiedziała Arriane – nie będzie źle. Musimy tylko przespać jeden z trzech filmów z wideoteki Sword & Cross. Ciekawe, który to będzie,

Pennyloafer? „Gwiezdny przybysz”, „Joe kontra wulkan” czy „Weekend u Berniego”?

– „Gwiezdny przybysz” – jęknęła Penn.

Arriane spojrzała ze zdumieniem na Luce.

– Ona wie wszystko.

– Zaczekajcie – powiedziała Luce. Ominęła ruchome piaski i zniżyła głos do szeptu, gdy dotarły do holu szkoły. – Skoro tyle razy widziałyście te filmy, to po co się spieszyć?

Penn otworzyła ciężkie metalowe drzwi do audytorium, co było eleganckim określeniem na zwykłą salę z niskim podwieszanym sufitem i krzesłami zwróconymi w stronę białej ściany.

– Nie chcesz usiąść na miejscu obok pana Cole – wyjaśniła Arriane, wskazując na nauczyciela. Mężczyzna zatopił nos w grubej książce, a otaczały go nieliczne wolne krzesła na całej sali.

Gdy przeszły przez wykrywacz metalu umieszczony w drzwiach, Penn powiedziała:

– Ktokolwiek tam siedzi, musi mu pomóc w przeprowadzeniu cotygodniowego badania „zdrowia psychicznego”.

– Co nie byłoby takie złe… – wtrąciła Arriane.

– …gdyby nie trzeba było później zostać i przeanalizować wyników – dokończyła Penn.

– Tracąc przez to afterkę – powiedziała z szerokim uśmiechem Arriane, prowadząc Luce do drugiego rzędu. W końcu doszły do sedna sprawy. Luce się zaśmiała.

– O tym słyszałam – powiedziała. W końcu czuła się w coś wtajemniczona. – Jest u Cama, prawda?

Arriane przez chwilę patrzyła na Luce. Przeciągnęła czubkiem języka po zębach. Później spojrzała za Luce, niemal przez nią.

– Hej, Todd! – zawołała, machając samymi czubkami palców. Posadziła Luce na miejscu, zajęła bezpieczne miejsce obok niej (dwa miejsca od pana Cole) i poklepała wolne miejsce. – Chodź do nas, Tman!

Todd, który kręcił się w wejściu, bardzo się ucieszył, że ktoś dał mu wskazówki. Jakiekolwiek. Ruszył w ich stronę, przełykając ślinę. Gdy tylko zajął miejsce, pan Cole podniósł wzrok znad książki, wytarł chustką okulary i powiedział:

– Todd, cieszę się, że tu jesteś. Może mógłbyś mi wyświadczyć małą przysługę po filmie. Widzisz, diagram Venna to bardzo użyteczne narzędzie do…

– Paskuda! – Penn wsunęła głowę między Arriane i Luce.

Arriane wzruszyła ramionami i wyjęła z torby sporą paczkę prażonej kukurydzy.

– Mogę się opiekować tylko ograniczoną liczbą nowych uczniów – powiedziała, rzucając Luce kukurydzę w maśle. – Masz szczęście.

Luce rozglądała się, gdy światła przygasły. Jej spojrzenie padło na Cama. Pomyślała o swojej przerwanej rozmowie z Callie i przypomniała sobie, jak przyjaciółka zawsze powtarzała, że oglądanie filmu z chłopakiem to najlepszy sposób, by go poznać, by dowiedzieć się tego, co mogło nie wyjść w rozmowie. Patrząc na Cama, Luce pomyślała, że rozumie Callie – to będzie fascynujące, zerkać kącikiem oka, by sprawdzić, jakie żarty Cam uzna za zabawne, śmiać się razem z nim.

Kiedy Luce napotkała jego spojrzenie, chciała, zawstydzona, odwrócić wzrok, ale nim zdołała to zrobić, na twarzy Cama pojawił się szeroki uśmiech. Dzięki temu wcale nie czuła się speszona, że przyłapał ją na gapieniu się na niego. Kiedy uniósł rękę i pomachał jej, Luce pomyślała, że Daniel zachowywał się zupełnie odwrotnie, kiedy się w niego wpatrywała.

Daniel wtoczył się do środka z Rolandem, na tyle późno, że Randy zdążyła już wszystkich policzyć, a jedyne wolne miejsca były na podłodze z przodu. Przeszedł przez promień światła z projektora i wtedy Luce po raz pierwszy zobaczyła srebrny łańcuszek na jego szyi i medalion odznaczający się pod podkoszulkiem. Po chwili Daniel zniknął jej z oczu. Nie widziała nawet jego profilu.

Jak się okazało, „Gwiezdny przybysz” nie był śmiesznym filmem, za to uczniowie udający Jeffa Bridgesa okazali się całkiem zabawni. Luce nie mogła się skupić na fabule. Poza tym czuła nieprzyjemne zimno na karku. Coś się miało wydarzyć.

Gdy tym razem przybyły cienie, Luce się ich spodziewała. Zaczęła myśleć i liczyć na palcach. Cienie pokazywały się niepokojąco często i Luce nie wiedziała, czy to dlatego, że w Sword & Cross bardzo się denerwowała, czy też chodziło o coś innego. Nigdy wcześniej nie było aż tak źle…

Prześlizgnęły się po suficie audytorium, spłynęły po bokach ekranu, a w końcu podążyły wzdłuż desek podłogi niczym rozlany atrament. Luce chwyciła siedzenie krzesła i poczuła dreszcz strachu wzbierający w rękach i nogach. Napięła wszystkie mięśnie, ale nie mogła powstrzymać drżenia. Kiedy poczuła dotyk dłoni na lewym kolanie, spojrzała na Arriane.

– Wszystko w porządku? – spytała cicho koleżanka.

Luce pokiwała głową i skuliła się, udając, że tylko jej zimno. Żałowała, że tak nie jest, lecz ten dreszcz nie miał nic wspólnego ze zbyt mocno nastawioną klimatyzacją w Sword & Cross.

Czuła, jak cienie szarpią jej nogi pod krzesłem. Pozostały tam przez cały film i każda minuta wydawała się wiecznością.


Godzinę później Arriane przycisnęła oko do judasza w pomalowanych na brązowo drzwiach pokoju Cama.

– Juhu! – wykrzyknęła ze śmiechem. – Impreza trwa!

Z tej samej torby, z której wcześniej wyjęła prażoną kukurydzę, wyciągnęła jaskraworóżowe boa z piór.

– Podsadź mnie – powiedziała do Luce, unosząc nogę.

Luce splotła palce i ustawiła dłonie pod czarnym butem Arriane. Patrzyła, jak dziewczyna odpycha się od ziemi, i za pomocą boa zasłania obiektyw kamery nadzoru. Następnie sięgnęła za urządzenie i wyłączyła je.

– To wcale nie jest podejrzane, nic a nic – stwierdziła Penn.

– Masz ochotę na afterkę? – odpowiedziała Arriane. – A może wolisz diody?

– Mówię tylko, że są na to lepsze sposoby – prychnęła Penn, gdy Arriane zeskoczyła.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?