NamiętnośćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie bądź dziecinna.

Luce zamrugała, z początku sądząc, że młodsza dziewczyna zwróciła się do niej, lecz zorientowała się, że tamta beszta samą siebie. Luce wyprostowała się, znów uniosła drżące ramiona, jakby próbowała odzyskać pełną opanowania pozę charakterystyczną dla pielęgniarek.

– Lucia. – Wyciągnęła ręce w stronę dziewczyny, pragnąc ją przytulić.

Lecz tamta cofnęła się, odwróciła się plecami do Luce i zwróciła w stronę pustego łóżka Daniela.

– Nic mi nie jest. – Powróciła do zdejmowania pościeli. – Jedynym, nad czym możemy panować, jest nasza praca. Siostra Fiero zawsze to powtarza. Reszta nie należy do nas.

Nie. Lucia się myliła, lecz Luce nie umiała jej poprawić. Nie rozumiała zbyt wiele, ale wiedziała, że jej własne życie może należeć do niej. Mogła sama kształtować swój los. Jakoś. Jeszcze wszystkiego nie pojmowała, ale czuła, że jest coraz bliżej rozwiązania. Inaczej, czy znalazłaby się w tym miejscu? Inaczej, czy wiedziałaby, że czas ruszać dalej?

W promieniach przedpołudniowego słońca stojąca w rogu szafka rzucała cień. Wyglądał na taki, który Luce mogła wykorzystać, ale nie była do końca pewna, czy uda się jej go przywołać. Skupiła się na nim przez chwilę i czekała, aż zobaczy miejsce, w którym zacznie się poruszać.

Tam. Patrzyła, jak drży. Walcząc z obrzydzeniem, pochwyciła go.

Po drugiej stronie sali Lucia skupiała się na składaniu pościeli i starannym maskowaniu płaczu.

Luce pracowała szybko, wpierw formując z Głosiciela kulę, a następnie rozciągając go szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.

Wstrzymała oddech, wypowiedziała życzenie i zniknęła.

CZTERY


CZAS RANI WSZELKIE LECZENIE
MEDIOLAN, WŁOCHY
25 MAJA 1918 R.

Daniel czuł się pełen rezerwy i zdenerwowany, kiedy wyszedł z Głosiciela.

Nie miał doświadczenia w szybkim rozpoznawaniu nowego czasu i miejsca. Był nieświadom tego, gdzie jest i co powinien robić. Wiedział za to, że przynajmniej jedna wersja Luce musi być w pobliżu i go potrzebuje.

Sala była biała. Biała pościel na stojącym przed nim łóżku, biała rama okna w kącie, ostre białe promienie słońca wpadające przez szybę. Przez chwilę panował spokój. Później powróciły wspomnienia.

Mediolan.

Był znów w szpitalu, w którym ona pracowała jako pielęgniarka podczas pierwszej z wojen świata śmiertelników. Tam, na łóżku w kącie, leżał Traverti, jego sąsiad z Salerno, który w drodze do kantyny wszedł na minę. Obie nogi miał poparzone i połamane, ale był tak uroczy, że wszystkie pielęgniarki przemycały dla niego butelki whiskey. Zawsze opowiadał Danielowi dowcipy. A po drugiej stronie Max Porter, Brytyjczyk z poparzoną twarzą, który nawet nie jęknął, aż zaczął wrzeszczeć i kompletnie się załamał, kiedy zdjęli jego bandaże.

Teraz jednak obaj sąsiedzi byli pogrążeni w morfinowej popołudniowej drzemce.

Pośrodku sali stało łóżko, na którym leżał, kiedy w szyję trafiła go kula podczas bitwy nad Piawą. To był bezsensowny atak, praktycznie nadziali się na wroga. Ale Daniel zaciągnął się tylko dlatego, że Lucia była pielęgniarką, więc może i dobrze. Pomasował miejsce, w które został trafiony. Czuł ból, jakby to było wczoraj.

Gdyby Daniel pozostał w szpitalu na tyle długo, by rana się zagoiła, lekarzy zadziwiłby brak blizny. Dziś jego szyja była gładka i nieskazitelna, jakby nigdy nie został trafiony.

Przez te wszystkie lata Daniel był bity, maltretowany, wyrzucany przez okno, postrzelony w szyję, brzuch i nogę, dręczony na rozpalonych węglach i wleczony po ulicach dziesiątek miast. Jednakże uważne badanie jego skóry ujawniłoby jedynie dwie malutkie blizny – dwie cienkie białe linie nad łopatkami, w miejscu gdzie rozwijały się jego skrzydła.

Wszystkie upadłe anioły nabywały te blizny, kiedy otrzymywały ludzkie ciała. W pewnym sensie były one jedynym, co potwierdzało ich tożsamość.

Większość z pozostałych cieszyła się z braku blizn. Cóż, może poza Arriane, lecz blizna na jej szyi to zupełnie inna sprawa. Cam i Roland jednak wdawali się w paskudne bójki z kim tylko mogli. Oczywiście, nigdy nie przegrywali ze śmiertelnikami, ale chyba podobało im się, że po drodze zostali trochę poturbowani. Wiedzieli, że za kilka dni znów będą wyglądać idealnie.

Dla Daniela istnienie bez blizn było jedynie kolejnym świadectwem, że nie panował nad swoim przeznaczeniem. Cokolwiek robił, nie pozostawał po tym żaden ślad. Ciężar daremnych wysiłków był przytłaczający – szczególnie jeśli chodziło o Luce.

I nagle przypomniał sobie, jak spotkał ją tutaj w roku 1918. Luce. I przypomniał sobie ucieczkę ze szpitala.

To jako jedyne mogło pozostawić bliznę na Danielu – na jego duszy.

Był zdezorientowany, kiedy ją wtedy zobaczył, podobnie jak w tej chwili. W tamtym czasie sądził, że nie ma najmniejszej możliwości, by śmiertelna Lucinda była zdolna to zrobić – wędrować swobodnie przez czas i odwiedzać swoje przeszłe wcielenia. W ogóle nie powinna żyć. Teraz Daniel oczywiście wiedział, że w życiu Lucindy Price coś się zmieniło, ale co takiego? Zaczęło się od jej braku przymierza z Niebem, ale było coś więcej...

Dlaczego nie umiał do tego dojść? Doskonale znał zasady i parametry przekleństwa, więc jak odpowiedź mogła mu umykać...?

Luce. To ona musiała wprowadzić zmianę w swojej przeszłości. Ta świadomość sprawiła, że serce zabiło mu szybciej. To musiało się wydarzyć podczas tej właśnie ucieczki przez Głosicieli. Oczywiście, musiała coś zmienić, żeby to umożliwić. Ale kiedy? Gdzie? Jak? Daniel nie mógł jej w tym przeszkodzić.

Musiał ją odnaleźć, jak jej to obiecywał. Ale musiał się także upewnić, że udało jej się zrobić to, co musiała zrobić, wprowadzić konieczne zmiany w przeszłości, by Lucinda Price – jego Luce – mogła zaistnieć.

Może, gdyby udało mu się ją dogonić, mógłby pomóc. Mógłby skierować ją w stronę tej chwili, kiedy zmieniła dla nich wszystkich zasady gry. W Moskwie się z nią minął, ale w tym życiu ją odnajdzie. Musiał tylko dojść do tego, dlaczego tu wylądowała. Zawsze był powód, coś ukryte wewnątrz, w głębokich zakamarkach jej pamięci...

Och.

Jego skrzydła paliły, poczuł się zawstydzony. W tym życiu we Włoszech umarła paskudną i mroczną śmiercią. Jedną z najgorszych. Nie przestawał się obwiniać za sposób, w jaki odeszła wtedy z tego świata.

To jednak wydarzyło się wiele lat później. W tym szpitalu się poznali, kiedy Lucia była młoda i śliczna, jednocześnie niewinna i zalotna. Tutaj pokochała go natychmiast i z całego serca. Choć była o wiele za młoda, by Daniel mógł jej okazać, że też ją kocha, nigdy jej nie zniechęcał. Chwytała go za rękę, kiedy spacerowali pod drzewkami pomarańczowymi na Piazza della Republica, ale kiedy on ściskał jej dłoń, rumieniła się. Zawsze go bawiło, że była taka zuchwała, a nagle robiła się nieśmiała. Powtarzała mu, że pewnego dnia chciałaby za niego wyjść.

– Wróciłeś!

Daniel obrócił się na pięcie. Nie słyszał otwierających się drzwi. Lucia podskoczyła, kiedy go zobaczyła. Promieniała, ukazując w uśmiechu idealne białe ząbki. Jej piękno zaparło mu dech w piersi.

O co jej chodziło z tym „wróciłeś”? Ach, to był ten czas, kiedy ukrywał się przed Luce, bojąc się, że przez przypadek ją zabije. Nie wolno mu było nic jej wyjawić, musiała sama poznać szczegóły. Gdyby choć zrobił aluzję, ona stanęłaby w ogniu. Gdyby został, mogłaby go wziąć na spytki i być może zmusić do powiedzenia prawdy... Nie odważył się.

I dlatego jego wcześniejsze wcielenie uciekło. Pewnie zdążył już dotrzeć do Bolonii.

– Dobrze się czujesz? – spytała Lucia, idąc w jego stronę. – Naprawdę powinieneś się położyć. Twoja szyja... – Wyciągnęła rękę, żeby dotknąć miejsca, w które został trafiony przed ponad dziewięćdziesięciu laty. Szeroko otworzyła oczy, cofnęła dłoń. Potrząsnęła głową. – Myślałam... mogłabym przysiąc...

Powachlowała twarz plikiem dokumentów, które trzymała w ręku. Daniel zaprowadził ją do łóżka i skłonił, by usiadła.

– Proszę – powiedział – powiedz mi, czy była tu dziewczyna...

Dziewczyna taka jak ty.

– Doria? – spytała Luce. – Twoja... przyjaciółka? Miała ładne krótkie włosy i dziwne buty?

– Tak. – Daniel odetchnął. – Czy możesz mi pokazać, gdzie ona jest? To bardzo pilne.

Lucia pokręciła głową. Nie mogła przestać się gapić na jego szyję.

– Od jak dawna tu jestem? – spytał.

– Przyjechałeś wczoraj w nocy. Nie pamiętasz?

– Nie wszystko jest dla mnie jasne – skłamał Daniel. – Musiałem uderzyć się w głowę.

– Byłeś poważnie ranny. – Pokiwała głową. – Siostra Fiero nie sądziła, że przeżyjesz, aż rano przyszli lekarze i...

– To prawda. – Przypomniał sobie. – Wcale się tego nie spodziewała.

– Ale tobie się udało i wszyscy tak się cieszyliśmy. Doria chyba spędziła przy tobie noc. Pamiętasz to?

– Dlaczego miałaby to zrobić? – spytał Daniel ostro, zaskakując Lucię. Ależ oczywiście, że Luce z nim została. On zrobiłby to samo.

Siedząca obok Lucia pociągnęła nosem. Zdenerwował ją, choć powinien być zły jedynie sam na siebie. Objął ją ramieniem i aż zrobiło mu się słabo. Jakże łatwo było się zakochać w każdej chwili jej istnienia! Zmusił się do odsunięcia, by się skupić.

– Wiesz, gdzie ona jest teraz?

– Poszła sobie. – Lucia nerwowo zagryzła wargi. – Po tym, jak odszedłeś, zdenerwowała się i gdzieś poszła. Ale nie wiem dokąd.

 

Czyli znowu uciekła. Jaki był z niego głupiec – wlókł się przez czas, kiedy Luce pędziła. Musiał ją dogonić. Może udałoby mu się doprowadzić ją do tej chwili, kiedy mogła wszystko zmienić. A później już nigdy nie opuści jej boku, nie pozwoli, by stała się jej krzywda, będzie z nią i pokocha ją na zawsze.

Zerwał się z łóżka. Był już przy drzwiach, kiedy młodsza dziewczyna chwyciła go za rękę.

– Gdzie się wybierasz?

– Muszę już iść.

– Za nią?

– Tak.

– Powinieneś zostać tu trochę dłużej. – Jej dłoń była wilgotna. – Wszyscy lekarze powtarzają, że potrzebujesz odpoczynku – dodała cicho. – Nie wiem, co mnie naszło. Nie zniosę twojego odejścia.

Daniel czuł się koszmarnie. Przycisnął jej małą dłoń do piersi.

– Znów się spotkamy.

– Nie. – Potrząsnęła głową. – Mój ojciec to mówił i brat też, a potem poszli na wojnę i umarli. Nikt mi nie został. Proszę, nie odchodź.

Było mu straszliwie ciężko na duszy, lecz, jeśli miał ją kiedykolwiek odnaleźć, musiał teraz odejść.

– Po wojnie znów się spotkamy. Pewnego lata pojedziesz do Florencji, a kiedy będziesz gotowa, odnajdziesz mnie w ogrodach Boboli...

– Co takiego zrobię?

– Tuż za Pałacem Pitti, na końcu alejki, gdzie kwitną hortensje. Tam mnie szukaj.

– Chyba masz gorączkę. To szaleństwo!

Pokiwał głową. Wiedział, że tak jest. Żałował, że nie ma innego wyjścia, jak tylko umieścić tę piękną, słodką dziewczynę na początku tak paskudnej drogi. Musiała udać się do ogrodów, podobnie jak Daniel musiał teraz podążyć za Lucindą.

– Będę tam na ciebie czekał. Zaufaj mi.

Kiedy pocałował ją w czoło, jej ramionami zaczęło wstrząsać ciche łkanie. Wbrew wszelkim instynktom, Daniel odwrócił się i popędził na poszukiwanie Głosiciela, który mógłby zabrać go w przeszłość.

PIĘĆ


ZEJŚĆ Z DROGI
HELSTON, ANGLIA
18 CZERWCA 1854 R.

Luce wpadła do Głosiciela jak pędzący samochód, nad którym kierowca stracił panowanie.

Odbijała się od jego cienistych ścian, ocierała się o nie, i miała przy tym wrażenie, jakby spadała w dół zsypem. Nie wiedziała, gdzie się udaje ani co odnajdzie na miejscu, czuła jedynie, że ten Głosiciel był węższy i mniej elastyczny niż poprzedni, a do tego wypełniał go wilgotny, ostry wiatr, który wpychał ją coraz głębiej w ciemny tunel.

W gardle jej zaschło, a ciało było zmęczone z powodu nieprzespanej nocy w szpitalu. Z każdym obrotem czuła się bardziej zagubiona i mniej pewna siebie.

Co robiła w tym Głosicielu?

Zamknęła oczy i próbowała wypełnić umysł myślami o Danielu – mocny uścisk jego dłoni, płonące oczy, sposób, w jaki zmieniała się jego twarz, kiedy ona wchodziła do pokoju. Spokój, jaki znajdowała, gdy otulona jego skrzydłami unosiła się wysoko, oddalając się od świata i jego zmartwień.

Ależ była głupia, że uciekła od niego! Tamtej nocy na podwórku przejście przez Głosiciela wydawało jej się właściwym posunięciem – jedynym możliwym. Tylko dlaczego? Dlaczego to zrobiła? Jaki idiotyczny pomysł sprawił, że wydawało jej się to mądre? A teraz znalazła się daleko od Daniela, od wszystkich, którzy byli dla niej ważni, w ogóle od wszystkich. I to była jej wina.

– Co za idiotyzm! – krzyknęła w mrok.

– Hej! – zawołał ktoś. Głos był szorstki i chrapliwy, wydawało się, że dochodzi z miejsca tuż obok niej. – Nie musisz mnie obrażać!

Luce zesztywniała. W całkowitych ciemnościach Głosiciela nie mogło być nikogo. Prawda? Musiała coś sobie wyobrażać. Ruszyła szybciej naprzód.

– Zwolnij, dobrze?

Sapnęła. Ktokolwiek mówił, głos nie wydawał się zniekształcony albo odległy, jakby ktoś mówił przez cień. Nie, ktoś tu był. Razem z nią.

– Halo?! – zawołała, przełykając ślinę.

Żadnej odpowiedzi.

Ostry wiatr w Głosicielu stał się głośniejszy, wył jej w uszach. Zataczała się do przodu w ciemnościach, coraz bardziej przerażona, aż w końcu odgłosy wyjącego wichru ucichły, zastąpione przez inny odgłos, przypominający szum zakłóceń. Jakby fale rozbijające się o brzeg w pewnej odległości.

Nie, dźwięk jest zbyt regularny, żeby to mogły być fale, pomyślała Luce. Wodospad.

– Powiedziałem, żebyś zwolniła.

Luce się skrzywiła. Głos powrócił. Centymetry od jej ucha – i dotrzymywał jej kroku, kiedy biegła. Tym razem wydawał się zirytowany.

– Niczego się nie nauczysz, jeśli będziesz tak skakać.

– Kim jesteś?! Czego chcesz?! – krzyknęła. – Auć!

Uderzyła policzkiem o coś twardego i zimnego. Jej uszy wypełnił szum wodospadu, na tyle blisko, że poczuła chłodne krople na policzku.

– Gdzie ja jestem?

– Jesteś tutaj. Jesteś... na Przerwie. Słyszałaś kiedyś o przystawaniu, żeby powąchać piwonie?

– Masz na myśli przystawanie, gdy zaśpiewa ptak.

Luce macała w ciemnościach, jednocześnie czuła ostry mineralny zapach, który nie był nieprzyjemny ani obcy, tylko dezorientujący. Zrozumiała wtedy, że nie wyszła jeszcze z Głosiciela, z powrotem w swoim życiu, co mogło znaczyć jedynie...

Nadal znajdowała się wewnątrz.

Było bardzo ciemno, lecz jej wzrok zaczął się przyzwyczajać. Głosiciel przyjął postać niedużej jaskini. Za plecami miała ścianę z takiego samego chłodnego kamienia jak dno jaskini, z wyciętym wgłębieniem, którym spływała woda. Wodospad, który słyszała, znajdował się gdzieś wyżej. A poniżej? Trzymetrowa kamienna półka i nic więcej. Za nią panowała ciemność.

– Nie wiedziałam, że coś takiego można zrobić – szepnęła Luce.

– Co takiego? – spytał szorstki głos.

– Zatrzymać się wewnątrz Głosiciela – odparła.

Nie zwracała się do niego i wciąż nie mogła go zobaczyć, a fakt, że zatrzymała się tutaj, gdziekolwiek to było, z tym kimś, kimkolwiek on był, z pewnością powinien ją zaniepokoić. Nie mogła jednak przestać podziwiać otoczenia.

– Nie wiedziałam, że istnieje takie miejsce. Miejsce pomiędzy.

Wilgotne chrząknięcie.

– Można by napisać całą książkę o rzeczach, których nie wiesz, dziewczyno. Właściwie... sądzę, że ktoś już nawet ją napisał. Ale to nieważne. – Głośny kaszel. – I naprawdę chodziło mi o wąchanie piwonii.

– Kim jesteś? – Luce usiadła i oparła się o ścianę. Miała nadzieję, że ten, do kogo należy głos, nie widział drżenia jej nóg.

– Kto? Ja? – spytał. – Jestem po prostu... sobą. Często tu przebywam.

– Jasne... I co robisz?

– No wiesz, włóczę się. – Odchrząknął, a brzmiało to tak, jakby ktoś płukał sobie gardło kamieniami. – Podoba mi się tutaj. Cisza i spokój. W niektórych z tych Głosicieli jest prawdziwe zoo. Ale nie w twoim, Luce. Przynajmniej na razie.

– Jestem zdezorientowana. – A nawet bardziej. Luce się bała. Czy powinna w ogóle rozmawiać z tym obcym? Skąd znał jej imię?

– Przez większość czasu jestem jedynie przypadkowym obserwatorem, ale czasem nadstawiam ucha na wędrowców. – Jego głos się zbliżył i Luce zadrżała. – Takich jak ty. Widzisz, od dawna kręcę się po okolicy, a wędrowcy czasem potrzebują wskazówek. Byłaś już przy wodospadzie? Bardzo malowniczy. Na szóstkę, jeśli chodzi o wodospady.

Luce pokręciła głową.

– Ale powiedziałeś... że to mój Głosiciel? Wiadomość z mojej przeszłości. To, dlaczego ty...

– Przepraszam! – Głos stał się głośniejszy, pełen oburzenia. – Ale czy mogę zadać ci pytanie? Skoro drogi do twojej przeszłości są tak cenne, dlaczego pozostawiłaś Głosiciele otwarte tak, że może w nie wskoczyć każdy? No? Dlaczego ich nie zamknęłaś?

– Ja nie, no... – Luce nie miała pojęcia, że zostawiła cokolwiek otwarte. I nie miała też pojęcia, że Głosiciele można zamykać.

Słyszała ciche łupnięcie, jakby ktoś wrzucał ubrania albo buty do walizki, ale nadal nic nie widziała.

– Chyba nie jestem tu mile widziany. Nie będę marnował twojego czasu. – Głos wydawał się zduszony. Później, z pewnej odległości, dodał cicho: – Do widzenia.

Głos zniknął w ciemnościach. W Głosicielu znów zapanowała cisza, przerywana jedynie łagodnym odgłosem spadającej wody. Oraz rozpaczliwym biciem serca Luce.

Przez chwilę nie była sama. Z tym głosem była zdenerwowana, zaniepokojona, spięta... ale nie była sama.

– Zaczekaj! – zawołała, podrywając się na nogi.

– Tak? – Głos znów powrócił do jej boku.

– Nie chciałam się ciebie pozbyć – powiedziała. Z jakiegoś powodu nie była gotowa, by głos po prostu zniknął. On miał w sobie coś. Znał ją. Zwrócił się do niej po imieniu. – Chciałam tylko wiedzieć, kim jesteś.

– Och, do diabła – powiedział. – Możesz mi mówić... Bill.

– Bill – powtórzyła, mrużąc oczy, by uważniej przyjrzeć się otaczającej ją mrocznej jaskini. – Czy jesteś niewidzialny?

– Czasami. Nie zawsze. Z pewnością nie muszę być. Dlaczego? Chciałabyś mnie zobaczyć?

– Może poczułabym się wtedy mniej dziwnie.

– Czy to nie zależy od tego, jak będę wyglądać?

– Cóż...

– Czyli – głos brzmiał, jakby się uśmiechał – jak chciałabyś, żebym wyglądał?

– Nie wiem. – Luce przestąpiła z nogi na nogę. Lewa strona jej ciała była wilgotna od rozpryskującej się wody z wodospadu. – Czy to naprawdę zależy ode mnie? Jak wyglądasz, kiedy po prostu jesteś sobą?

– Mam różne możliwości. Pewnie chciałabyś, żebym zaczął od czegoś uroczego. Mam rację?

– Chyba tak...

– Dobra – mruknął głos. – Huminah huminah huminah humm.

– Co robisz?

– Nakładam twarz.

Rozbłysło światło. Wybuch rzuciłby Luce do tyłu, gdyby nie miała za plecami ściany. Błysk przygasł, zmieniając się w malutką kulę chłodnego białego światła. W jego blasku widziała szorstki szary kamień pod stopami. Z tyłu rozciągała się kamienna ściana, po której sączył się strumyczek wody. I coś jeszcze...

Na ziemi przed nią stał mały gargulec.

– Tadam! – powiedział.

Miał około trzydziestu centymetrów wysokości, przykucnął ze skrzyżowanymi rękoma i łokciami na kolanach. Jego skóra miała odcień kamienia, ale kiedy do niej pomachał, zobaczyła, że jest giętki, jakby składał się z ciała i mięśni. Przypominał rzeźby, jakie często wieńczą kościoły. Na przykład, miał długie, ostre paznokcie rąk i nóg, jak miniaturowe szpony. Jego uszy też były spiczaste – i przebite małymi kamiennymi kółkami. Do tego miał dwa przypominające rogi guzy wyrastające z mięsistego, pomarszczonego czoła. Wielkie wargi wydął w grymasie, który nadawał mu wygląd bardzo starego niemowlaka.

– Czyli jesteś Bill?

– Zgadza się – odparł. – Jestem Bill.

Bill wyglądał dziwnie, ale z pewnością nie robił wrażenia kogoś, kogo należało się bać. Luce obeszła go i zauważyła odznaczający się pod skórą kręgosłup. Oraz parę niewielkich szarych skrzydeł zwiniętych z tyłu tak, że ich czubki się łączyły.

– I co sądzisz? – spytał.

– Cudownie – powiedziała głosem pozbawionym emocji.

Jedno spojrzenie na parę skrzydeł – nawet Billa – sprawiło, że aż do bólu zatęskniła za Danielem.

Bill wstał – dziwnie się patrzyło na jego kamienne ręce i nogi, które poruszały się, jak mięśnie.

– Nie podoba ci się mój wygląd. Mogę zaproponować coś lepszego.

Błysk.

Stał przed nią Daniel, otoczony świetlistą, fioletową aurą. Jego rozwinięte skrzydła były wspaniałe i potężne, zachęcając ją, by w nie wstąpiła. Wyciągnął do niej rękę, a ona westchnęła. Wiedziała, że jest coś dziwnego w jego obecności tutaj i że właśnie robiła coś zupełnie innego – ale nie pamiętała co i z kim. Jej umysł spowijała mgiełka, wspomnienia były niewyraźne. To nie miało jednak znaczenia. Daniel tu był. Chciała rozpłakać się ze szczęścia. Podeszła do niego i podała mu rękę.

– O, tak – powiedział łagodnie. – O taką reakcję mi chodziło.

– Co takiego? – wyszeptała zaskoczona Luce.

W jej głowie pojawiła się myśl, nakazująca jej się cofnąć, ale spojrzenie Daniela przemogło wahanie i pozwoliła przyciągnąć się bliżej, zapominając wszystko poza smakiem jego warg.

– Pocałuj mnie.

Jego głos był chrapliwy. Należał do Billa.

 

Luce wrzasnęła i odskoczyła. Czuła się tak, jakby ktoś nagle obudził ją z głębokiego snu. Co się wydarzyło? Jak mogła pomyśleć, że zobaczyła Daniela w...

Bill. Oszukał ją. Wyrwała rękę z jego uchwytu, a może to on puścił jej dłoń w błysku, kiedy zmienił się w wielką, pokrytą brodawkami ropuchę. Zarechotał dwa razy, po czym podskoczył do strużki płynącej po ścianie. Jego język zanurzył się w wodzie.

Luce dyszała ciężko i próbowała nie okazywać, jak bardzo jest zdruzgotana.

– Przestań – powiedziała ostro. – Wróć do gargulca. Proszę.

– Jak sobie życzysz.

Błysk.

Bill powrócił, kucał z łokciami na kolanach. Nieruchomy jak kamień.

– Myślałem, że dojdziesz do siebie – powiedział.

Luce odwróciła wzrok, zawstydzona, że dała się tak zdenerwować, i rozzłoszczona, że jego to wyraźnie bawiło.

– Teraz, kiedy tę kwestię już ustaliliśmy – powiedział, truchtając do miejsca, w którym mogła go zobaczyć – czego chciałabyś się dowiedzieć najpierw?

– Od ciebie? Niczego. Nie mam pojęcia, co tu w ogóle robisz.

– Zdenerwowałem cię – stwierdził Bill, pstrykając kamiennymi palcami. – Przepraszam. Chciałem tylko poznać twój gust. No wiesz: lubi Daniela Grigori i urocze gargulce. – Wyliczał na palcach. – Nie lubi żab. Chyba już rozumiem. To się więcej nie powtórzy. – Rozłożył skrzydła i podfrunął, by usiąść jej na ramieniu. Był ciężki. – Takie sekrety zawodu – wyszeptał.

– Nie potrzebuję sekretów.

– Daj spokój. Nie wiesz nawet, jak zamknąć Głosiciela, żeby powstrzymać złych gości. Może tego byś się chociaż chciała dowiedzieć?

Luce uniosła brew.

– Dlaczego mi pomagasz?

– Nie jesteś pierwszą, która kręci się po przeszłości i, no wiesz, każdy potrzebuje przewodnika. Na swoje szczęście trafiłaś na mnie. Mogłaś utknąć z Wergiliuszem...

– Wergiliuszem? – spytała Luce, przypominając sobie zajęcia z literatury w drugiej klasie. – Jak ten gość, który prowadził Dantego przez dziewięć kręgów Piekieł?

– Właśnie tak. On się tak ściśle trzyma przepisów, że można usnąć. Poza tym, ty i ja nie bawimy w tej chwili w Piekle – dodał, wzruszając ramionami. – To raczej wycieczka.

Luce wróciła myślami do chwili, gdy patrzyła, jak Liuszka wybucha płomieniem w Moskwie, do cierpienia, jakie odczuwała, kiedy Lucia powiedziała jej, że Daniel zniknął ze szpitala w Mediolanie.

– Czasem czuję się, jakby to było Piekło – stwierdziła.

– Tylko dlatego, że minęło wiele czasu, nim zostaliśmy sobie przedstawieni. – Bill wyciągnął do niej malutką kamienną dłoń.

Luce zwlekała.

– A po której jesteś... no... stronie?

Bill zagwizdał.

– Nikt ci nie powiedział, że to o wiele bardziej skomplikowane? Że granice między „dobrem” a „złem” zatarły się przez tysiąclecia wolnej woli?

– Wiem to wszystko, ale...

– Posłuchaj, jeśli dzięki temu poczujesz się lepiej, to czy słyszałaś o Wadze?

Luce potrząsnęła głową.

– To coś jak dyżurni wewnątrz Głosicieli, którzy pilnują, żeby wędrowcy trafili tam, gdzie się udają. Członkowie Wagi są bezstronni, nie stoją po stronie Nieba ani Piekła. Jasne?

– Jasne. – Luce pokiwała głową. – A ty należysz do Wagi?

Bill mrugnął.

– Jesteśmy już prawie na miejscu, więc...

– Prawie gdzie?

– W następnym życiu, do którego podróżujesz, tym, które rzuciło cień, w którym przebywamy.

Luce dotknęła dłonią wody płynącej po ścianie.

– Ten cień... ten Głosiciel... jest inny.

– Jeśli tak, to tylko dlatego, że ty tego zapragnęłaś. Jeśli pragniesz, by we wnętrzu Głosiciela pojawiła się jaskinia, w której mogłabyś odpocząć, pojawia się ona dla ciebie.

– Nie chciałam odpoczynku.

– Zgadza się, ale go potrzebowałaś. Głosiciele zauważają takie rzeczy. Poza tym, ja pomogłem, życząc go sobie w twoim imieniu. – Gargulec wzruszył ramionami i Luce usłyszała odgłos przypominający zderzanie się ścian. – Wnętrze Głosiciela nie jest gdziekolwiek. To nigdziebądź, mroczne echo rzucone przez coś z przeszłości. Każdy jest inny, dostosowuje się do potrzeb wędrowców, póki znajdują się wewnątrz.

Było coś szalonego w pomyśle, że to echo przeszłości Luce lepiej od niej wiedziało, czego ona pragnie lub potrzebuje.

– Jak długo ludzie zostają wewnątrz? – spytała. – Całe dnie? Tygodnie?

– Ani chwili. Nie w taki sposób, jak myślisz. Wewnątrz Głosicieli prawdziwy czas w ogóle nie upływa. Ale i tak lepiej, żebyś nie pozostawała tu zbyt długo. Mogłabyś zapomnieć, gdzie się udawałaś, zaginąć na zawsze. Pozostać w zawieszeniu. A to paskudna sprawa. Pamiętaj, że to portal, nie cel wędrówki.

Luce oparła głowę o wilgotną kamienną ścianę. Nie wiedziała, co myśleć o Billu.

– To twoja praca. Jesteś przewodnikiem takich wędrowców jak ja?

– Pewnie. Właśnie tak. – Bill pstryknął palcami, wywołując iskrę. – Trafiłaś w sedno.

– Jak gargulec taki jak ty skończył w takim miejscu?

– Z całym szacunkiem, czuję się dumny z mojej pracy.

– To znaczy, kto cię zatrudnił?

Bill zastanawiał się przez chwilę, jego marmurowe oczy poruszały się szybko.

– Uznaj, że jestem ochotnikiem. Dobrze się znam na wędrowaniu przez Głosicieli, i tyle. Nie ma powodu, żebym zatrzymywał swoją wiedzę dla siebie. – Odwrócił się do niej, wspierając kamienną brodę na dłoni. – A tak w ogóle, to do kiedy się udajemy?

– Do kiedy się...? – Luce patrzyła na niego, zdezorientowana.

– Nie masz pojęcia, prawda? – Klepnął się w czoło. – Chcesz mi powiedzieć, że wyskoczyłaś z teraźniejszości bez podstawowej wiedzy na temat przechodzenia? Że powód, dla którego lądujesz w czasie, w którym lądujesz, jest dla ciebie całkowitą tajemnicą?

– A jak miałam się nauczyć? Nikt mi nic nie powiedział!

Bill sfrunął z jej ramienia i zaczął spacerować wzdłuż półki.

– Masz rację, masz rację. Wrócimy do podstaw. – Zatrzymał się przed Luce, opierając małe dłonie na szerokich biodrach. – Zatem, czego tak naprawdę chcesz?

– Chcę... być z Danielem – odpowiedziała powoli. Chodziło o coś więcej, ale nie umiała tego wyjaśnić.

– Ha! – Twarz Billa, z ciężkim czołem, kamiennymi wargami i haczykowatym nosem, przybrała wyraz większego powątpiewania niż zazwyczaj. – Obawiam się, pani mecenas, że w pani rozumowaniu jest luka. W końcu Daniel był u twojego boku, kiedy wyskoczyłaś ze swojego czasu. Czyż nie?

Luce osunęła się po ścianie i usiadła, czując kolejny silny przypływ żalu.

– Musiałam odejść. Nie chciał mi nic powiedzieć o naszej przeszłości, więc musiałam poznać ją sama.

Spodziewała się, że Bill nadal będzie się jej sprzeciwiał, ale on odpowiedział tylko:

– Innymi słowy, mówisz mi, że masz misję.

Na wargach Luce pojawił się słaby uśmiech. Misja. Podobało jej się brzmienie tego słowa.

– Czyli czegoś pragniesz. Widzisz? – Bill klasnął w dłonie. – W porządku, przede wszystkim musisz wiedzieć, że Głosicieli przyzywa do ciebie to, co dzieje się tutaj. – Uderzył pięścią w kamienny tors. – Są jak malutkie rekiny, przyciągane przez twoje najgłębsze pragnienia.

– Jasne.

Luce przypomniała sobie cienie w Shoreline, jak miała wrażenie, że to określone Głosiciele wybierały sobie ją, a nie na odwrót.

– I dlatego, kiedy przechodzisz przez te Głosiciele, które wyglądają, jakby drżały i błagały cię, byś je podniosła, przenoszą cię do miejsca, w którym pragnie się znaleźć twoja dusza.

– Czyli ta dziewczyna w Moskwie i w Mediolanie... i wszystkie inne poprzednie żywoty, które podglądałam, zanim nauczyłam się przechodzić... ja chciałam je odwiedzić?

– Właśnie. Tylko tego nie wiedziałaś. Głosiciele wiedziały to za ciebie. I będziesz w tym lepsza. Wkrótce powinnaś zacząć czuć, że dzielisz ich wiedzę. Choć to może się wydawać dziwaczne, są częścią ciebie.

Każdy z tych zimnych, mrocznych cieni był częścią jej osoby? Nagle, niespodziewanie, zaczęło to mieć dla niej sens. Wyjaśniało dlaczego od samego początku, nawet kiedy to ją przerażało, Luce nie mogła się powstrzymać przed wchodzeniem w nie. Nawet kiedy Roland ostrzegł ją, że to niebezpieczne. Nawet kiedy Daniel gapił się na nią, jakby dopuściła się straszliwej zbrodni. Głosiciele zawsze przypominały otwarte drzwi. Czy to możliwe, że tak właśnie było?

Jej przeszłość, niegdyś niepoznawalna, była dostępna, a ona musiała tylko przejść przez właściwe drzwi. Mogła zobaczyć, kim była, co przyciągnęło do niej Daniela, dlaczego ich miłość była przeklęta, jak wzrastała i zmieniała się w miarę upływu czasu. I, co najważniejsze, kim mogli się stać w przyszłości.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?