NamiętnośćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Budynek, który zajmował pół kwartału bezpośrednio przed nią, zapadł się. Biały kamień znaczyły plamy czarnego popiołu. Wewnątrz krateru w boku budynku płonął ogień.

Eksplozja wyrzuciła z wnętrza budynku sterty śmieci. Śnieg plamiła czerwień. Luce wzdrygnęła się, aż uświadomiła sobie, że to nie krew, lecz strzępy czerwonej tkaniny. To musiał być zakład krawiecki. Na ulicy leżało kilka wieszaków z osmalonymi ubraniami. W rowie wylądował manekin. Lucie musiała zakryć usta szalikiem babci, żeby nie zakrztusić się dymem. Wszędzie, gdzie szła, w śnieg wbijały się odłamki kamienia i potłuczone szkło.

Powinna zawrócić, znaleźć babcię i siostrę, które pomogą jej się gdzieś schronić, ale nie mogła. Musiała odnaleźć Liuszkę. Nigdy nie była tak blisko jednego z wcześniejszych wcieleń. Liuszka może pomóc jej zrozumieć, dlaczego życie Luce było inne. Dlaczego Cam wystrzelił gwiezdną strzałę w jej odbicie, myśląc, że to ona, i powiedział Danielowi „To był dla niej lepszy koniec”. Lepszy koniec niż co?

Powoli obracała się, próbując dostrzec w mroku czerwoną czapkę.

Tutaj.

Dziewczyna biegła w dół do rzeki. Luce też ruszyła biegiem.

Biegły z idealnie taką samą prędkością. Kiedy Luce skuliła się na dźwięk wybuchu, Liuszka też się skuliła – jak dziwne echo ruchu Luce. A gdy dotarły do brzegu i zobaczyły miasto, Liuszka zamarła dokładnie w takiej samej pozie jak Luce.

Pięćdziesiąt metrów przed Luce jej lustrzany obraz zaczął łkać.

Tak wielki obszar Moskwy płonął. Tyle domów zostało zrównanych z ziemią. Luce próbowała myśleć o innych ludziach ginących tej nocy w mieście, lecz wydawali się odlegli i nieosiągalni, jak coś, o czym czytała w podręczniku do historii.

Dziewczyna znów ruszyła. Biegła tak szybko, że Luce wiedziała, że jej nie dogoni. Omijały wielkie leje w brukowanej ulicy. Mijały płonące budynki, trzeszczące z tym paskudnym odgłosem, który wydaje ogień, kiedy sięga nowego celu. Przebiegały obok zniszczonych, poprzewracanych wojskowych ciężarówek.

Wtedy Liuszka skręciła ostro w lewo i zniknęła Luce z oczu.

Zaczęła działać adrenalina. Luce pędziła naprzód, mocniej uderzała stopami w ziemię, poruszając się szybciej po zaśnieżonej ulicy. Ludzie biegli tak szybko jedynie, jeśli byli zdesperowani. Jeśli kierowało nimi coś większego niż oni sami.

Liuszka mogła biec tylko do jednego.

– Liuszka...

Jego głos.

Gdzie on był? Przez chwilę Luce zapomniała o swoim wcześniejszym wcieleniu, o rosyjskiej dziewczynie, której życie w każdej chwili mogło się zakończyć, zapomniała, że ten Daniel nie był jej Danielem, ale wtedy...

Ależ oczywiście, że był.

Nigdy nie umarł. Wciąż był ten sam. Zawsze należał do niej, a ona do niego. Pragnęła jedynie znaleźć jego ramiona, zatonąć w jego uścisku. On by wiedział, co powinna zrobić, on by mógł jej pomóc. Dlaczego wcześniej w niego zwątpiła?

Biegła, przyciągana przez jego głos. Niestety, nigdzie nie widziała Daniela. Ani Liuszki. Kwartał od rzeki Luce zatrzymała się na pustym skrzyżowaniu.

Z trudem wciągała powietrze do zmrożonych płuc. W uszach czuła głęboki, pulsujący ból, a lodowate igły wbijające się w stopy sprawiały, że stanie bez ruchu było nie do wytrzymania.

W którą stronę powinna pójść?

Przed sobą widziała rozległą, pustą działkę, wypełnioną gruzami i odgrodzoną od ulicy rusztowaniami oraz żelaznym płotem. Jednakże nawet w ciemnościach Luce widziała, że ten budynek został zburzony wcześniej, nie przez ostatnie naloty.

Nie robił zbyt wielkiego wrażenia – ot, paskudna, opuszczona dziura. Nie wiedziała, dlaczego wciąż przed nim stoi. Dlaczego przestała biec, kiedy usłyszała jego głos...

Chwyciła za płot, zamrugała i zobaczyła coś wspaniałego.

Świątynia. Majestatyczna biała świątynia wypełniająca tę lukę. Trzy pary ogromnych marmurowych kolumn na jej fasadzie. Pięć złotych kopuł wznoszących się ku niebu. A w środku rzędy nawoskowanych drewnianych ławek rozciągających się jak okiem sięgnąć. Ołtarz, do którego prowadziły białe schody. A wszystkie ściany i wysokie łukowate sklepienia pokrywały niezwykle skomplikowane freski. Wszędzie anioły.

Cerkiew Chrystusa Zbawiciela.

Skąd Luce to wiedziała? Dlaczego czuła każdą komórką ciała, że w tej nicości znajdowała się niegdyś onieśmielająca biała świątynia?

Ponieważ była tam przed chwilą. Widziała ślady innych dłoni pośród popiołu na metalu. Liuszka też się tu zatrzymała, patrzyła na ruiny cerkwi i coś poczuła.

Luce chwyciła za ogrodzenie, znów zamrugała i zobaczyła siebie – albo też Liuszkę – jako dziewczynkę.

Siedziała w jednej z ławek w sukience z białej koronki. Grały organy, ludzie zbierali się na nabożeństwo. Przystojny mężczyzna po lewej musiał być jej ojcem, a kobieta obok niego jej matką. Była też babcia, którą Luce niedawno poznała, i Kristina. Obie wydawały się młodsze i lepiej odżywione. Luce pamiętała, że babcia wspomniała o śmierci obojga jej rodziców. Tu jednak wyglądali jak żywi. Znali tutaj wszystkich, witali każdą rodzinę mijającą ich ławkę. Luce przyglądała się swojemu wcześniejszemu wcieleniu, które obserwowało, jak jej ojciec ściska dłoń przystojnego jasnowłosego mężczyzny. Młodzieniec pochylił się nad ławką i uśmiechnął do Luce. Miał niezwykle piękne fiołkowe oczy.

Znów zamrugała i wizja się rozpłynęła. Działkę wypełniały teraz tylko gruzy. Marzła. I była sama. Po drugiej stronie rzeki spadła kolejna bomba, wstrząs sprawił, że Luce opadła na kolana. Zakryła twarz dłońmi...

Usłyszała cichy płacz. Uniosła głowę, wpatrzyła się w mrok wśród ruin i wtedy zobaczyła jego.

– Daniel – wyszeptała.

Wciąż wyglądał tak samo. Niemal emanował światłem, nawet w lodowatych ciemnościach. Jasne włosy, które pragnęła cały czas przeczesywać palcami, fiołkowo-szare oczy, stworzone, by wpatrywać w nią. Onieśmielająca twarz, wysokie kości policzkowe, te wargi. Jej serce zabiło mocniej i musiała chwycić się ogrodzenia, żeby nie pobiec w jego stronę.

Ponieważ nie był sam.

Był z Liuszką. Tulili się do siebie, połączeni w niekończącym się pocałunku. Pocieszał ją, głaskał po policzku, scałowywał jej łzy. Tak zatonęli w objęciach, że wydawało się, iż nie zauważyli, jak ulicą wstrząsa kolejny wybuch. Wyglądali, jakby na całym świecie byli tylko oni dwoje.

Ich ciał nic nie dzieliło. Było zbyt ciemno, by zobaczyć kontury ich sylwetek.

Lucinda podniosła się i podkradła bliżej, przechodząc od jednej sterty gruzu do drugiej, pragnąc znaleźć się bliżej niego.

– Myślałam, że cię nie znajdę – powiedziało wcześniejsze wcielenie Luce.

– Zawsze się odnajdziemy – odpowiedział Daniel, podnosząc ją z ziemi i przyciągając bliżej. – Zawsze.

– Hej, wy! – zawołał ktoś z wejścia do sąsiedniego budynku. – Idziecie?

Po drugiej stronie pustej działki niewielka grupa ludzi wchodziła do solidnie wyglądającej kamiennej budowli, kierowana przez mężczyznę, którego twarzy Luce nie widziała. Tam właśnie udawali się Liuszka i Daniel. To musiał być ich plan, razem schronić się przed bombardowaniem.

– Tak! – zawołała Liuszka do pozostałych. Spojrzała na Daniela. – Chodźmy z nimi.

– Nie – powiedział szorstko. Wydawał się zdenerwowany. Luce aż za dobrze znała ten ton głosu.

– Będziemy bezpieczniejsi niż na ulicy. Czy to nie dlatego umówiliśmy się tu na spotkanie?

Daniel odwrócił się i obejrzał za siebie, jego wzrok przesunął się po kryjówce Luce. Kiedy niebo rozświetlił kolejny złocisto-czerwony wybuch, Liuszka wrzasnęła i ukryła twarz na piersi Daniela. I tylko dlatego Luce zobaczyła jego minę.

Coś mu ciążyło. Coś większego niż strach przed bombardowaniem.

O, nie.

– Danił! – Chłopak stojący przy budynku wciąż trzymał otwarte drzwi do schronu. – Liuszka! Danił!

Pozostali już znaleźli się w środku.

Wtedy właśnie Danił obrócił Liuszkę, przycisnął wargi do jej ucha. Ze swojej ciemnej kryjówki Luce nie mogła usłyszeć jego słów, choć bardzo tego pragnęła. Czy mówił jedną z tych rzeczy, które mówił jej Daniel, kiedy ona była zmartwiona albo przytłoczona? Chciała podbiec do nich, odciągnąć Liuszkę – ale nie mogła. Coś w głębi duszy jej nie pozwalało.

Wpatrzyła się w twarz Liuszki, jakby od tego zależało jej życie.

Może i tak było.

Liuszka kiwała głową. Kiedy Danił mówił, przerażenie na jej twarzy zniknęło, stała się opanowana, właściwie spokojna. Zamknęła oczy. Jeszcze raz przytaknęła, po czym odchyliła głowę i na jej wargach pojawił się uśmiech.

Uśmiech?

Ale dlaczego? Jak? Zupełnie, jakby wiedziała, co miało się wydarzyć.

Danił wziął ją w ramiona i odchylił do tyłu. Pocałował ją, mocno przycisnął wargi do jej ust, dłońmi przeciągnął po jej włosach, później przesunął je wzdłuż całego jej ciała.

Było to tak namiętne, że Luce zarumieniła się, tak intymne, że nie mogła oddychać, i tak wspaniałe, że nie mogła oderwać wzroku. Ani na chwilę.

Nawet kiedy Liuszka krzyknęła.

I wybuchnęła białym płomieniem.

Ognisty cyklon był nie z tej ziemi, płynny i niemal elegancki na swój przerażający sposób, jak długi jedwabny szal wirujący wokół jej bladego ciała. Otoczył Liuszkę, wypływał z niej, rozświetlając ręce, którymi młóciła powietrze – aż przestała.

Danił jej nie puszczał, nawet kiedy ogień osmalił jego ubranie, nawet kiedy musiał utrzymać cały ciężar jej bezwładnego ciała, nawet kiedy płomienie wypalały jej tkanki z paskudnym sykiem, nawet kiedy jej skóra poczerniała.

Dopiero gdy płomień zgasł – szybko, jakby ktoś zdmuchnął świecę – i nie pozostało już nic poza popiołami, Danił opuścił ręce wzdłuż boków.

 

W żadnym z najdzikszych marzeń o udaniu się w przeszłość i zobaczeniu swoich przeszłych żywotów, Luce nie wyobrażała sobie tego – swojej własnej śmierci. Rzeczywistość była gorsza niż jej najpaskudniejsze koszmary. Stała na lodowatym śniegu, sparaliżowana tą wizją, nie mogąc się poruszyć.

Danił odszedł niepewnym krokiem od zwęglonej masy na śniegu i zaczął płakać. Łzy płynące po jego policzkach zostawiały czyste korytarze pośród czarnej sadzy – jedynego, co z niej pozostało. Jego twarz się wykrzywiła. Ręce drżały. Luce wydawały się nagie, wielkie i puste, jakby – choć ta myśl sprawiała, że czuła się dziwnie zazdrosna – jego dłonie pasowały do talii Liuszki, jej włosów, jej policzków. Co można zrobić z dłońmi, kiedy jedyna rzecz, którą pragnęły trzymać, nagle znika, i to w tak okrutny sposób? Jedna dziewczyna, całe życie – znika.

Cierpienie malujące się na jego twarzy sprawiło, że Luce poczuła się wyczerpana. Widok jego udręki tylko pogarszał ból i dezorientację, które ją wypełniały.

On tak się czuł za każdym razem.

Za każdą śmiercią.

I jeszcze raz, i jeszcze raz.

Luce myliła się, kiedy sądziła, że Daniel jest egoistą. Nie chodziło o to, że się nie przejmował, lecz o to, że przejmował się za bardzo, i to go niszczyło. Wciąż tego nie znosiła, ale nagle zrozumiała jego gorycz, jego rezerwę. Miles mógł ją kochać, lecz jego miłość nie przypominała uczucia Daniela.

Nie mogła.

– Daniel! – krzyknęła i wybiegła z cieni w jego stronę.

Chciała oddać mu wszystkie pocałunki i uściski, którymi na jej oczach obdarzał jej poprzednie wcielenie. Wiedziała, że to nie w porządku, wiedziała, że wszystko jest nie w porządku.

Danił otworzył szerzej oczy. Na jego twarzy pojawił się wyraz skrajnego przerażenia.

– Co to takiego? – zapytał powoli.

W jego głosie kryło się oskarżenie. Jakby właśnie nie pozwolił umrzeć swojej Liuszce. Jakby obecność Luce była gorsza niż patrzenie na śmierć Liuszki. Uniósł dłoń, czarną od popiołu, i wskazał na nią.

– Co się dzieje?

Bolało ją, kiedy patrzył na nią w taki sposób. Zatrzymała się gwałtownie i zamrugała, ukrywając łzy.

– Odpowiedz mu – powiedział ktoś ukryty w cieniach. – Skąd się tu wzięłaś?

Luce od razu rozpoznała ten wyniosły głos. Nie musiała widzieć Cama wychodzącego z mroku skrywającego wejście do schronu.

Z cichym trzaskiem i odgłosem przypominającym łopot ogromnej flagi rozłożył wielkie skrzydła. Unosiły się nad nim, sprawiając, że wydawał się jeszcze wspanialszy i bardziej przerażający niż zwykle. Luce nie mogła oderwać od nich wzroku. Rzucały złocisty blask na ciemną ulicę.

Luce zmrużyła oczy, próbując rozumieć rozgrywającą się przed nią scenę. Było ich więcej, kolejne postacie kryjące się w cieniach. Teraz wszystkie wystąpiły naprzód.

Gabbe. Roland. Molly. Arriane.

Ich skrzydła wyginały się mocno naprzód. Migoczące morze srebra i złota, oślepiająco jaskrawe na ciemnej ulicy. Wydawali się pełni napięcia. Czubki ich skrzydeł drżały, jakby gotowali się do bitwy.

Tym razem Luce nie czuła się zastraszona wspaniałością ich skrzydeł ani ciężarem spojrzeń. Odczuwała odrazę.

– Czy oglądacie to za każdym razem? – spytała.

– Liuszka – powiedziała Gabbe spokojnym głosem. – Powiedz nam, co się dzieje.

I wtedy Danił podszedł do niej i chwycił ją za ramiona. Potrząsnął nią.

– Liuszka!

– Nie jestem Liuszką! – krzyknęła Luce, wyrywając się z jego uścisku i cofając o kilka kroków.

Była przerażona. Jak oni mogli tak żyć? Jak mogli tak po prostu siedzieć i patrzeć, jak umiera?

Tego było zbyt wiele – nie była gotowa na taki widok.

– Dlaczego tak na mnie patrzysz? – spytał Danił.

– Ona nie jest tym, za kogo ją uważasz, Danił – wyjaśniła Gabbe. – Liuszka nie żyje. To jest... to jest...

– Kim ona jest? – spytał Danił. – Jak to możliwe, że tu stoi? Kiedy...

– Popatrz na jej ubranie. Musi być...

– Zamknij się, Cam, to niemożliwe – przerwała mu Arriane, lecz brzmiała przy tym tak, jakby się bała, że Luce jest tym, o czym mówił Cam.

W powietrzu rozległ się kolejny świst, a później na budynki po drugiej stronie ulicy zaczęły spadać pociski artyleryjskie, ogłuszając Luce i podpalając drewniany magazyn. Aniołów nie obchodziła wojna, jedynie Luce. Od aniołów dzieliło ją obecnie około sześciu metrów – wydawało się, że podchodzą do niej z równą nieufnością, jak ona do nich. Nikt się nie zbliżał.

W blasku płonącego budynku cień Daniła padał daleko przed jego ciałem. Spróbowała go do siebie przyzwać. Czy to zadziała? Zmrużyła oczy i napięła wszystkie mięśnie. Wciąż była w tym tak niezręczna, nigdy nie wiedziała, co jest właściwie konieczne, by cień znalazł się w jej dłoniach.

Kiedy ciemność zaczęła drżeć, skoczyła. Chwyciła cień obiema rękami i zaczęła zwijać wirującą ciemną masę w kulę, jak to robili jej nauczyciele, Francesca i Steven, podczas jej pierwszego dnia w Shoreline. Świeżo przyzwane Głosiciele zawsze były bezkształtne. Najpierw należało nadać im wyraźny kontur. Dopiero później można je było rozciągnąć na płasko. Wtedy Głosiciel się przeobrażał – w ekran, przez który można było podglądać przeszłość albo w portal, przez który można było przejść.

Ten Głosiciel był lepki, ale szybko go rozciągnęła, nadała mu właściwy kształt.

Sięgnęła do środka i otworzyła portal.

Nie mogła tu dłużej zostać. Miała teraz misję – odnaleźć się żywą w innym czasie i poznać, o jakiej cenie mówili Wygnańcy, jak również poznać źródło klątwy, którą rzucono na nią i Daniela.

A później ją złamać.

Pozostali westchnęli, gdy zaczęła manipulować Głosicielem.

– Kiedy się tego nauczyłaś? – wyszeptał Danił.

Luce potrząsnęła głową. Jej wyjaśnienie tylko by go zdezorientowało.

– Lucinda! – zawołał ją prawdziwym imieniem.

Co dziwne, patrzyła prosto w jego udręczoną twarz, ale nie widziała, żeby poruszał wargami. Umysł musiał płatać jej figle.

– Lucinda! – krzyknął po raz drugi, z przerażeniem. W tej właśnie chwili Luce wskoczyła w przyzywającą ciemność.

DWA


DAR NIEBIOS
MOSKWA
15 PAŹDZIERNIKA 1941 R.

– Lucinda! – zawołał znów Daniel, ale za późno. W tej chwili zniknęła.

Właśnie wyłonił się w ponurej, zasypanej śniegiem okolicy. Wyczuł błysk światła za plecami i gorąco płomienia, ale widział tylko Luce. Pobiegł w jej stronę przez ciemną ulicę. Wydawała się taka malutka w czyimś przetartym płaszczu. Wydawała się przerażona. Patrzył, jak otwiera cień i...

– Nie!

W budynek za jego plecami wbiła się rakieta. Ziemia zadrżała, ulica podskoczyła i pękła, a w powietrze uniosła się chmura szkła, stali i betonu, która następnie opadła.

Po wszystkim na ulicy zapadła śmiertelna cisza, lecz Daniel właściwie tego nie zauważał. Stał pełen niedowierzania pośród gruzów.

– Idzie dalej w przeszłość – mruknął, otrzepując pył z ramion.

– Idzie dalej w przeszłość – powiedział ktoś.

Ten głos. Jego głos. Echo?

Nie, za blisko na echo. Brzmiało zbyt wyraźnie, by pochodziło z wnętrza jego głowy.

– Kto to powiedział? – Przebiegł obok zniszczonych rusztowań do miejsca, w którym jeszcze przed chwilą znajdowała się Luce.

Dwa westchnienia.

Daniel stał i patrzył na samego siebie. Tyle że nie do końca – na wcześniejszą wersję siebie, odrobinę mniej cyniczną. Ale z jakiego czasu? Gdzie był?

– Nie dotykajcie się! – krzyknął Cam do nich obu. Miał na sobie mundur polowy, wojskowe buty i obszerny czarny płaszcz. Na widok Daniela jego oczy zapłonęły.

Obaj Danielowie zbliżyli się nieświadomie i zaczęli krążyć wokół siebie. Teraz się cofnęli.

– Trzymaj się z dala ode mnie – ostrzegł starszy nowszego. – To niebezpieczne.

– Wiem o tym – warknął Daniel. – Chyba nie sądzisz, że nie wiem? – Taka bliskość sprawiała, że robiło mu się niedobrze. – Byłem tu wcześniej. Jestem tobą.

– Czego chcesz?

– Ja... – Daniel rozejrzał się, próbując zorientować się w sytuacji.

Po tysiącach lat życia, kochania Luce i tracenia jej, materia jego wspomnień wytarła się. Powtórzenia sprawiały, że z trudem przypominał sobie przeszłość. Ale to miejsce nie było tak dawno temu, to miejsce pamiętał...

Zrujnowane miasto.

Śnieg na ulicach.

Ogień na niebie.

To mogła być jedna z setek wojen.

Ale tutaj...

Miejsce na ulicy, gdzie śnieg się stopił. Ciemny krater pośród morza bieli. Daniel opadł na kolana i dotknął kręgu czarnego popiołu na ziemi. Zamknął oczy. I przypominał sobie, w jaki dokładnie sposób umarła w jego ramionach.

Moskwa. Rok 1941.

Czyli to właśnie robiła – wchodziła w swoje wcześniejsze życia. Próbowała zrozumieć.

Cały problem polegał na tym, że w jej śmierciach nie było żadnego wzorca. Daniel wiedział to lepiej niż ktokolwiek.

Jednakże w pewnych żywotach próbował wyjaśnić jej choć częściowo sytuację, z nadzieją, że to coś zmieni. Czasami liczył, że utrzyma ją przy życiu dłużej, choć nigdy mu się nie udało. Czasami – jak wtedy, podczas oblężenia Moskwy – postanowił wcześniej wysłać ją w drogę. By ją oszczędzić. By to jego pocałunek poczuła jako ostatnią rzecz w tym życiu.

I te wcielenia rzucały najdłuższe cienie przez eony. Wyróżniały się i przyciągały Luce jak magnes opiłki, kiedy przebijała się przez Głosicieli. Żywoty, w których wyjawiał jej to, co musiała wiedzieć, choć miał świadomość, że w ten sposób ją zniszczy.

Jak jej śmierć w Moskwie. Pamiętał ją wyraźnie i poczuł się głupio. Odważne słowa, które wyszeptał, głęboki pocałunek, którym ją obdarzył. Błogi uśmiech na jej twarzy, kiedy umierała. To niczego nie zmieniło. Koniec był taki sam jak zawsze.

A i Daniel czuł się po tym tak samo jak zawsze. Ponury. Mroczny. Pusty. Wydrążony. Niepocieszony.

Gabbe podeszła bliżej i kopnięciem rzuciła śnieg na krąg popiołu w miejscu śmierci Liuszki. Jej lekkie jak piórko skrzydła świeciły w mroku, a ciało otaczała migotliwa aura, gdy uklękła w śniegu. Płakała.

Reszta również podeszła bliżej. Cam. Roland. Molly. Arriane.

I Danił, Daniel z przeszłości, który dopełnił ich grupkę.

– Jeśli przyszedłeś tutaj, żeby nas przed czymś ostrzec – zawołała Arriane – to powiedz co swoje i odejdź!

Jej opalizujące skrzydła nachyliły się, niemal opiekuńczo. Stanęła przed Daniłem, który wydawał się nieco zielony na twarzy.

Kontakty z wcześniejszymi wcieleniami były dla aniołów nienaturalne i zakazane. Daniel czuł się spocony i słaby – nie wiedział jednak, czy to dlatego, że musiał znowu przeżyć śmierć Luce, czy też przez bliskość swojego wcześniejszego wcielenia.

– Ostrzec nas? – zaszydziła Molly, krążąc wokół Daniela. – A dlaczego Daniel Grigori miałby podjąć się tego wysiłku i ostrzec nas przed czymkolwiek? – Stanęła przed nim, drażniąc go swoimi miedzianymi skrzydłami. – Nie, pamiętam, o co mu chodzi... ten tutaj skacze przez stulecia w przeszłość. Ciągle szuka i ciągle się spóźnia.

– Nie – wyszeptał Daniel. To niemożliwe. Wyruszył, by ją dogonić i tak się stanie.

– Ona chciała zapytać – odezwał się Roland – co takiego się wydarzyło, że trafiłeś tutaj? Z miejsca, z którego przybywasz?

– Już prawie zapomniałem – stwierdził Cam, masując skronie. – On goni za Lucindą. Wypadła z czasu. – Odwrócił się do Daniela i uniósł brew. – Może teraz zapomnisz o swojej dumie i poprosisz nas o pomoc?

– Nie potrzebuję pomocy.

– Wydaje się, że tak – zaszydził Cam.

– Trzymaj się od tego z dala – warknął Daniel. – Później sprawisz nam wystarczająco dużo problemów.

– O, jak miło. – Cam klasnął w dłonie. – Już nie mogę się doczekać.

– To niebezpieczna gra, Danielu – zauważył Roland.

– Wiem.

Cam zaśmiał się złowrogo.

– Czyli w końcu doszliśmy do ostatecznej rozgrywki, prawda?

Gabbe przełknęła ślinę.

 

– Czyli... coś się zmieniło?

– Ona się zaczyna domyślać! – powiedziała Arriane. – Otwiera Głosiciele, przechodzi przez nie i wciąż żyje!

Oczy Daniela zapłonęły fioletem. Odwrócił się od nich i wpatrzył w ruiny cerkwi, miejsca, w którym po raz pierwszy ujrzał Liuszkę.

– Nie mogę zostać. Muszę ją złapać.

– Cóż, z tego co pamiętam – powiedział cicho Cam – nigdy ci się to nie uda. Przeszłość została już zapisana, bracie.

– Może twoja przeszłość. Ale nie moja przyszłość.

Daniel nie umiał się skupić. Skrzydła płonęły wewnątrz jego ciała, domagając się uwolnienia.

Ona odeszła. Ulica była pusta. Nie musiał się nikim przejmować.

Odrzucił ramiona do tyłu i uwolnił je ze świstem. Tak. Ta lekkość. Ta najgłębsza wolność. Myślał teraz jaśniej. Potrzebował chwili samotności. Z samym sobą. Spojrzał znacząco na drugiego Daniela i wzniósł się w niebo.

Kilka chwil później znów usłyszał ten dźwięk, ten sam łopot – odgłos kolejnej pary skrzydeł, młodszych, zrywających się do lotu.

Wcześniejsze wcielenie Daniela dogoniło go po chwili na niebie.

– Gdzie teraz?

Bez słowa wylądowali na dachu dwupiętrowego budynku w pobliżu Patriarszych Prudów, naprzeciwko okna Luce. Z tego miejsca patrzyli na śpiącą Luce. Wspomnienie było świeższe w umyśle Daniła, lecz niewyraźna reminiscencja Luce leżącej pod kołdrą i śpiącej wciąż wywoływała przyjemny dreszcz w skrzydłach Daniela.

Obaj byli poważni. W zbombardowanym mieście ironią losu był fakt, że jej dom został ocalony, a ona nie. Stali w milczeniu w chłodzie nocy, obaj starannie złożyli skrzydła, by przypadkiem się nie dotknąć.

– Jak sprawy mają się w jej przyszłości?

Daniel westchnął.

– Dobra wiadomość jest taka, że w tym życiu coś się zmieniło. W jakiś sposób przekleństwo zostało... zmienione.

– Jak? – Danił podniósł wzrok i jego płonące nadzieją oczy spochmurniały. – Chcesz powiedzieć, że w obecnym życiu jeszcze nie zawarła przymierza?

– Tak sądzimy. To część całej sprawy. Wygląda na to, że pojawiła się luka, która pozwoliła jej przeżyć dłużej niż zwykle...

– Ale to takie niebezpieczne.

Danił mówił szybko, gorączkowo, wyrzucając z siebie te same przemyślenia, które wypełniały Daniela od czasu tamtej ostatniej nocy w Sword & Cross, kiedy zrozumiał, że tym razem wszystko wyglądało inaczej.

– Mogłaby umrzeć i nie wrócić. To byłby koniec. Teraz wszystko wisi na włosku.

– Wiem.

Danił przerwał, opanował się.

– Przepraszam. Oczywiście, że wiesz. Ale... pytanie brzmi, czy ona rozumie, dlaczego to życie jest inne?

Daniel spuścił wzrok na dłonie.

– Jedna ze Starców Zhsmaelim dotarła do niej i przesłuchała ją, zanim Luce dowiedziała się czegokolwiek o swojej przeszłości. Lucinda rozumie, że wszystkich interesuje fakt, iż nie została ochrzczona... ale tak wielu rzeczy jeszcze nie wie.

Danił podszedł do krawędzi dachu i wpatrzył się w jej ciemne okno.

– To jaka jest zła wiadomość?

– Obawiam się, że ja również bardzo wiele nie wiem. Nie mogę przewidzieć konsekwencji jej ucieczki w historię, jeśli jej nie odnajdę i nie powstrzymam, nim będzie za późno.

Na ulicy zabrzmiała syrena – nalot się skończył. Wkrótce Rosjanie wyjdą na miasto i zaczną szukać ocalałych.

Daniel przeglądał swoje wspomnienia. Cofała się – ale do którego życia? Odwrócił się i wpatrzył w swoje wcześniejsze wcielenie.

– Ty też to sobie przypominasz, prawda?

– Że... ona wraca?

– Tak. Ale jak daleko? – Odezwali się jednocześnie, wpatrując się w ciemną ulicę.

– I gdzie się zatrzyma? – powiedział nagle Daniel, cofając się od krawędzi. Zamknął oczy, odetchnął. – Luce jest teraz inna. Jest... – Niemal czuł jej zapach. Czysty, jak światło, jak słoneczny blask. – Zmieniło się coś fundamentalnego. W końcu mamy szansę. A ja... ja nigdy nie czułem większego uniesienia... ani przerażenia.

Otworzył oczy i ze zdziwieniem zobaczył, że Danił kiwa głową.

– Danielu?

– Tak?

– Na co czekasz? – spytał Danił z uśmiechem. – Idź po nią.

Wtedy Daniel otworzył cień leżący wzdłuż krawędzi dachu – Głosiciela – i wszedł do środka.