NamiętnośćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Motto

Prolog

Jeden

Dwa

Trzy

Cztery

Pięć

Sześć

Siedem

Osiem

Dziewięć

Dziesięć

Jedenaście

Dwanaście

Trzynaście

Czternaście

Piętnaście

Szesnaście

Siedemnaście

Osiemnaście

Dziewiętnaście

Dwadzieścia

Epilog

NAMIĘTNOŚĆ


L A U R E N K A T E

Tytuł oryginału:

Passion

Copyright © 2011 by Tinder Books, LLC and Lauren Kate

Copyright for the Polish translation © 2011 by Wydawnictwo MAG

Redakcja:

Urszula Okrzeja

Korekta:

Magdalena Górnicka

Ilustracja na okładce:

Fernanda Brussi Gonçalaves

Opracowanie graficzne okładki:

Angela Carlino

Skład i łamanie:

Tomek Laisar Fruń

Konwersja do formatu epub:

pan@drewnianyrower.com

ISBN 978-83-7480-302-1

Wydanie II

Wydawca:

Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel./fax 22 813 47 43

e-mail: kurz@mag.com.pl

www.mag.com.pl

„Nie uda się mnie chwycić za pierwszym razem, nie traćcie otuchy,

Nie znajdziecie mnie w jednym miejscu, szukajcie w innym,

Gdzieś się w końcu zatrzymam, czekając na was”.

WALT WHITMAN Pieśń o sobie*

* Walt Whitman, Pieśń o sobie, tłum. Andrzej Szuba, Wydawnictwo Literackie 1990.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PROLOG


CZARNY KOŃ
LOUISVILLE, KENTUCKY
27 LISTOPADA 2009 R.

Rozległ się strzał. Gwałtownie otworzyła się szeroka brama. Tętent końskich kopyt odbijał się echem wokół toru jak potężn grzmot.

– I ruszyli!

Sophia Bliss poprawiła szerokie rondo kapelusza z piórkiem. Był on w stonowanym odcieniu fioletu, o średnicy około siedemdziesięciu centymetrów, z opuszczaną szyfonową woalką. Wystarczająco duży, by robiła wrażenie prawdziwej entuzjastki wyścigów konnych, ale nie na tyle jarmarczny, by niepotrzebnie przyciągać uwagę.

Trzy kapelusze zostały zamówione specjalnie na wyścig u tej samej modystki w Hilton Head. Jeden – jasnożółta budka – wieńczył siwe włosy Lyriki Crisp, usadowionej po lewicy panny Sophii i pochłaniającej kanapkę z peklowaną wołowiną. Drugi – słomkowy kapelusz w kolorze seledynowym, z szeroką satynową wstążką w grochy – spoczywał na czarnej czuprynie Viviny Sole, która siedziała po prawej stronie, obok panny Sophii, podejrzanie skromnie złożywszy na kolanach dłonie odziane w białe rękawiczki.

– Cóż za wspaniały dzień na wyścigi – powiedziała Lyrica. Miała sto trzydzieści sześć lat, co czyniło ją najmłodszą spośród Starców Zhsmaelim. Otarła resztki musztardy z kącika ust. – Możecie uwierzyć, że to mój pierwszy raz na wyścigach?

– Cicho – syknęła panna Sophia.

Lyrica była idiotką. Dziś nie chodziło wcale o konie, lecz o tajemne spotkanie wielkich umysłów. I cóż, jeśli pozostałe wielkie umysły jeszcze się nie pokazały? Przybędą. Do tego idealnie neutralnego miejsca. Jego nazwę zapisano wypukłymi literami w zaproszeniu na złotym papierze, które Sophia otrzymała od nieznanego nadawcy. Pozostali na pewno tu byli, już wkrótce mieli się ujawnić i wspólnie opracować plan ataku. Już za chwilę. Taką miała nadzieję.

– Cóż za niezwykle piękny sport – odezwała się oschłym tonem Vivina. – Szkoda, że nasz koń wyścigowy nie biega w kółeczku, jak te klaczki. Czyż nie, Sophio? Lepiej się nie zakładać, gdzie skończy czystej krwi Lucinda.

– Powiedziałam „cicho” – wyszeptała Sophia. – Ugryź się w ten swój niefrasobliwy język. Wszędzie są szpiedzy.

– Jesteś paranoiczką – stwierdziła Vivina, na co Lyrica zachichotała.

– Jestem tą, która pozostała – odparła Sophia.

Było ich o wiele więcej – dwadzieścioro czworo Starców w szczytowym momencie Zhsmaelim. Gromadka śmiertelnych, nieśmiertelnych i kilku przedwiecznych, jak sama Sophia. Zgromadzenie wiedzy, namiętności i wiary o wspólnym, jednoczącym celu – przywrócić świat do stanu niewinności, tej krótkiej, wspaniałej chwili przed Upadkiem aniołów. Na dobre czy na złe.

Tak właśnie napisano, jasno jak słońce, w kodeksie, który razem opracowali i wszyscy podpisali: „Na dobre czy na złe”.

Ponieważ tak naprawdę obie możliwości były równie prawdopodobne.

Każda moneta ma dwie strony. Orzeł i reszka. Światło i ciemność. Dobro i...

Cóż, fakt, że inni Starcy nie przygotowali się na obie możliwości, to nie wina Sophii. Musiała jednak nieść swój krzyż, kiedy jeden po drugim wysyłali zawiadomienia o wycofaniu się. „Twoje cele stały się zbyt mroczne”. Albo: „Standardy organizacji się obniżyły”. Albo: „Starcy zbytnio oddalili się od pierwotnego kodeksu”. Pierwsza seria listów dotarła, czego się można było spodziewać, w ciągu tygodnia od incydentu z Pennyweather. Nie mogli tego znieść, jak twierdzili, śmierci jednego mało znaczącego dziecka. Chwila nieostrożności ze sztyletem i nagle Starcy się przerazili, wszyscy bali się gniewu Wagi.

Tchórze.

Sophia nie bała się Wagi. Ich zadaniem było pilnowanie upadłych, nie sprawiedliwych. Chodzących po ziemi aniołów, takich jak Roland Sparks i Arriane Alter. Ten, kto nie opuścił strony Nieba, miał prawo nieco się zachwiać. A czasy, w których się znaleźli, praktycznie tego wymagały. Sophia prawie dostała zeza, czytając łzawe usprawiedliwienia innych Starców. Nawet gdyby chciała powrotu zdrajców – czego wcale nie pragnęła – nic nie mogła na to poradzić.

Sophia Bliss – szkolna bibliotekarka, która dotychczas pełniła jedynie funkcję sekretarza zgromadzenia Zhsmaelim – była teraz najwyższą rangą urzędniczką Starców. Pozostało ich zaledwie dwanaścioro. A dziewięciorgu nie można było zaufać.

I tak oto ich trójka siedziała tutaj w ogromnych pastelowych kapeluszach, obstawiając przypadkowe konie. I czekała. To żałosne, jak nisko upadli.

Jeden wyścig się zakończył. Trzeszczący głośnik ogłosił zwycięzców i wysokość zakładów na następny wyścig. Otaczający ich nadziani goście i pijacy wiwatowali albo bardziej zapadali się na siedzeniach.

A dziewczyna, na oko dziewiętnastolatka, ubrana w brązowy trencz, z bardzo jasnymi włosami związanymi w kucyk i grubymi ciemnymi okularami, wspinała się powoli po aluminiowych schodkach w stronę Starców.

Sophia zesztywniała. A co ona tu robiła?

Nie dało się powiedzieć, w którą stronę patrzy dziewczyna, i Sophia bardzo starała się na nią nie gapić. Choć to i tak nie miało znaczenia, tamta nie mogła jej zobaczyć. Była ślepa. Ale, z drugiej strony...

Dziewczyna z Wygnańców skinęła Sophii głową. Ach tak – ci głupcy widzieli płomień ludzkiej duszy. Był przygaszony, lecz siła życiowa Sophii wciąż musiała być widoczna.

Dziewczyna zajęła miejsce w pustym rzędzie przed Starcami, skierowała twarz w stronę toru i przeglądała kosztującą pięć dolarów książeczkę z poradami dla obstawiających, której jej ślepe oczy nie mogły widzieć.

 

– Witam. – Głos dziewczyny był monotonny. Nie odwróciła się.

– Naprawdę nie wiem, co tu robisz – powiedziała panna Sophia. To był wilgotny listopadowy dzień w Kentucky, lecz na jej czole pojawił się pot. – Nasza współpraca zakończyła się, kiedy wasze kohorty nie odzyskały dziewczyny. I żadna pełna goryczy gadanina tego, który nazywa siebie Phillipem, nie skłoni nas do zmiany zdania. – Sophia pochyliła się bliżej dziewczyny, i zmarszczyła nos. – Wszyscy wiedzą, że Wygnańcom nie można ufać...

– Nie jesteśmy tu, żeby prowadzić z wami interesy – powiedziała dziewczyna, patrząc przed siebie. – Byliście jedynie narzędziem, które miało nas doprowadzić do Lucindy. Pozostajemy niezainteresowani „współpracą” z wami.

– W dzisiejszych czasach wasza organizacja nikogo nie obchodzi.

Kroki na trybunach.

Chłopak był wysoki i szczupły, miał starannie ogoloną głowę i trencz w kroju podobnym do tego, który włożyła dziewczyna. Jego okulary przeciwsłoneczne były plastikowe i tanie, kupione w supermarkecie.

Phillip opadł na miejsce obok Lyriki Crisp. Podobnie jak dziewczyna, kiedy mówił, nie odwracał się w ich stronę.

– Nie jestem zaskoczony, że cię tu widzę, Sophio. – Zsunął okulary na nos, ukazując puste białe oczy. – Jedynie rozczarowany, że nie uznałaś, że możesz mi powiedzieć o swoim zaproszeniu.

Lyrica sapnęła na widok białych gałek za jego okularami. Nawet Vivina straciła opanowanie i się cofnęła. Sophia aż gotowała się w środku.

Dziewczyna uniosła złocistą kartkę – zaproszenie takie jak to, które otrzymała Sophia – trzymając ją między palcami.

– Dostaliśmy to.

Tyle tylko, że to zaproszenie wyglądało, jakby napisano je brajlem. Sophia wyciągnęła rękę, by się upewnić, lecz dziewczyna szybkim ruchem schowała je z powrotem pod płaszczem.

– Posłuchajcie, śmieci. Wasze gwiezdne strzały opieczętowałam symbolem Starców. Pracujecie dla nas...

– Poprawka – stwierdził Phillip. – Wygnańcy nie pracują dla nikogo prócz siebie.

Sophia patrzyła, jak lekko wyciąga szyję, udając, że śledzi wzrokiem konie na torze. Zawsze wydawało jej się to dziwne, sposób, w jaki robili wrażenie, że widzą. Choć wszyscy wiedzieli, że on ich oślepił jednym pstryknięciem palca.

– Powinniście się wstydzić za to, jak zepsuliście próbę jej pojmania. – Sophia poczuła, że mówi głośniej niż powinna, przyciągając wzrok starszej pary przechodzącej przez trybunę główną. – Mieliśmy współpracować – wysyczała – by ją wytropić, a wy... wy zawiedliście.

– To i tak by nie miało znaczenia.

– To znaczy?

– Ona i tak by się zagubiła w czasie. Takie było od początku jej przeznaczenie. A Starcy i tak wisieliby na włosku. To znaczy na tobie.

Chciała się na niego rzucić i dusić go, aż te wielkie białe oczy zaczną wychodzić z orbit. Czuła, jak jej sztylet wypala dziurę w skórkowej torebce, którą trzymała na kolanach. Gdyby tylko miała gwiezdną strzałę... Sophia zaczęła się podnosić z siedzenia, kiedy ktoś za nimi się odezwał.

– Proszę usiąść – zagrzmiał. – Spotkanie się rozpoczyna.

Głos. Od razu wiedziała, do kogo należał. Spokojny i pełen autorytetu. Głęboko upokarzający. Sprawił, że trybuny zadrżały.

Siedzący w pobliżu śmiertelnicy nic nie zauważyli, lecz Sophia poczuła uderzenie gorąca na karku. Przenikało jej ciało, unieruchamiając ją. To nie był zwykły strach. To było otępiające, ściskające w żołądku przerażenie. Czy odważy się odwrócić?

Krótkie spojrzenie kącikiem oka ukazało jej mężczyznę w starannie dopasowanym czarnym garniturze. Krótkie ciemne włosy okrywał czarny kapelusz. Twarz, miła i atrakcyjna, nie była szczególnie interesująca. Gładko ogolona, prosty nos, do tego ciemne oczy, które wydawały się znajome. Panna Sophia nie widziała go nigdy wcześniej. A jednak wiedziała, kim był, czuła to w kościach.

– Gdzie Cam? – spytał. – Dostał zaproszenie.

– Pewnie bawi się w Boga pośród Głosicieli. Jak cała reszta – palnęła Lyrica. Sophia trzepnęła ją dłonią.

– Bawi się w Boga, powiadasz?

Sophia próbowała znaleźć słowa, które mogłyby naprawić taką gafę.

– Kilku z pozostałych podążyło za Lucindą w przeszłość – powiedziała w końcu. – W tym dwoje Nefilim. Nie jesteśmy pewni, kto jeszcze.

– Czy mógłbym zapytać – głos mężczyzny stał się lodowaty – dlaczego nikt z was nie zdecydował się ruszyć za nią?

Sophia z trudem przełykała ślinę i oddychała. Najbardziej intuicyjne z ruchów były tłumione przez panikę.

– Nie możemy, no ta... Nie mamy jeszcze możliwości...

Przerwała jej dziewczyna:

– Wygnańcy są właśnie w trakcie...

– Cisza – rozkazał mężczyzna. – Oszczędźcie mi swoich usprawiedliwień. Nie mają już znaczenia, tak jak i wy nie macie już znaczenia.

Przez dłuższą chwilę ich grupa milczała. Świadomość, że nie wiedzą, jak go zadowolić, przerażała. Kiedy znów się odezwał, jego głos był cichszy, ale nie mniej groźny.

– Stawka jest zbyt wysoka. Nie mogę ryzykować.

Przerwa.

Później dodał cicho:

– Nadszedł czas, żebym wziął sprawy w swoje ręce.

Sophia stłumiła westchnienie, by nie pokazywać po sobie przerażenia. Nie umiała jednak powstrzymać dreszczy. Jego bezpośredni udział? Naprawdę, to była przerażająca perspektywa. Nie umiała sobie wyobrazić współpracy z nim...

– Wy będziecie trzymać się od tego z dala – powiedział. – I tyle.

– Ale... – To słowo przypadkiem opuściło usta Sophii. Nie mogła go cofnąć. Myślała o całych dziesięcioleciach pracy. Wszystkich jej planach. Jej planach!

Po chwili nastąpił długi, wstrząsający ziemią ryk.

Rozbrzmiewał pośród trybun, w ciągu ułamka sekundy pokonywał cały tor.

Sophia się skuliła. Hałas uderzał w nią, przenikał jej skórę i docierał do jej najgłębszej istoty. Czuła się tak, jakby jej serce rozpadało się na kawałki.

Lyrica i Vivina przycisnęły się do niej, zaciskając powieki. Nawet Wygnańcy zadrżeli.

Kiedy Sophia pomyślała, że dźwięk nigdy nie ucichnie, że w końcu przyniesie jej śmierć, ale nagle zapadła cisza jak makiem zasiał.

Na chwilę.

Wystarczająco długą, by się rozejrzeć i stwierdzić, że ludzie obserwujący wyścigi nic nie usłyszeli.

– Twój udział w tym przedsięwzięciu się skończył. Nie waż się wchodzić mi w drogę – szepnął jej do ucha.

Na dole rozległ się kolejny strzał. Szeroka brama znów się otworzyła. Tyle tylko, że tym razem tętent końskich kopyt o ziemię wydawał się niczym, był cichy jak deszczyk padający pośród koron drzew.

Nim konie wyścigowe przekroczyły linię startu, postać za nimi zniknęła, pozostawiając jedynie czarne ślady kopyt wypalone w deskach trybuny.

JEDEN


POD OSTRZAŁEM
MOSKWA
15 PAŹDZIERNIKA 1941 R.

„Lucinda!”.

Głosy szukały jej pośród mroku.

„Wracaj!”.

„Zaczekaj!”.

Ignorowała je, przebijając się dalej. Echa jej imienia odbijały się od cienistych ścian Głosiciela, sprawiając, że na skórze czuła języki gorąca. To był głos Daniela czy Cama? Arriane czy Gabbe? Czy to Roland błagał, żeby wracała, czy może Miles?

Wołania stawały się coraz trudniejsze do rozpoznania, aż Luce nie umiała już ich rozróżnić. Dobry czy zły. Przyjaciel czy wróg. Powinni być łatwiejsi do oddzielenia, lecz nic już nie było łatwe. Wszystko, co kiedyś było czarne lub białe, teraz stapiało się w szarość.

Oczywiście, obie strony zgadzały się w jednym – wszyscy chcieli wyciągnąć ją z Głosiciela. Dla jej bezpieczeństwa, powiedzieliby.

Nie, dzięki.

Nie teraz.

Nie po tym, jak zdemolowali podwórko domu jej rodziców, zmienili je w kolejne zakurzone pole walki. Nie mogła myśleć o twarzach rodziców, gdyż od razu pragnęła wrócić – choć nawet nie wiedziała, jak zawrócić we wnętrzu Głosiciela. Poza tym było za późno. Cam próbował ją zabić. A raczej to, co za nią uważał. A Miles ją uratował, lecz nawet to nie było proste. Umiał rzucić jej odbicie, gdyż za bardzo go obchodziła.

A Daniel? Czy obchodziła go wystarczająco? Nie umiała tego stwierdzić.

Pod koniec, kiedy Wygnaniec się do niej zbliżył, Daniel i pozostali patrzyli na Luce, jakby to ona była im coś winna.

„Jesteś naszym wejściem do Nieba” – powiedział Wygnaniec. „Ceną”. Co to znaczyło? Dopiero przed kilkoma tygodniami dowiedziała się o istnieniu Wygnańców. A jednak oni czegoś od niej chcieli – wystarczająco mocno, by z tego powodu wydać bitwę Danielowi. To musiało mieć jakiś związek z przekleństwem, tym, które sprawiało, że Luce raz za razem się odradzała. Ale co ich zdaniem mogła zrobić?

Czy odpowiedź była tu gdzieś ukryta?

Żołądek podchodził jej do gardła, gdy bezmyślnie toczyła się w chłodnym cieniu, głęboko wewnątrz mrocznego Głosiciela.

„Luce...”.

Głosy zaczęły cichnąć, milknąć. Wkrótce zmieniły się w szepty. Niemal jakby się poddały. Aż...

Zaczęły stawać się coraz głośniejsze. Głośniejsze i wyraźniejsze.

„Luce...”.

Nie. Zacisnęła powieki, żeby stłumić odbiór.

„Lucindo...”.

„Lucy...”.

„Lucio...”.

„Liuszka...”.

Była zmarznięta, zmęczona i nie chciała ich słyszeć. Choć raz chciała, żeby zostawili ją w spokoju.

„Liuszka! Liuszka! Liuszka!”.

Jej stopy uderzyły w coś z hukiem.

W coś bardzo, ale to bardzo zimnego.

Stała na ziemi. Wiedziała, że już nie spada, choć nie widziała przed sobą nic poza ścianą ciemności. Później spojrzała w dół, na swoje konversy.

I głośno przełknęła ślinę.

Spoczywały na dywanie śniegu sięgającym jej do pół łydki. Wilgotny chłód, do którego się przyzwyczaiła – ciemny tunel, przez który wyruszyła ze swojego podwórka w przeszłość – ustępował czemuś innemu. Czemuś wietrznemu i lodowatemu.

Kiedy Luce po raz pierwszy przeszła przez Głosiciela – z sypialni w Shoreline do Las Vegas – była z przyjaciółmi, Shelby i Milesem. Na końcu drogi napotkali barierę – mroczną, cienistą zasłonę między nimi a miastem. Ponieważ tylko Miles przeczytał podręcznik na temat przechodzenia, przecierał Głosiciela kolistymi ruchami, aż ponury czarny cień zaczął opadać. Aż do tej chwili Luce nie wiedziała, że w ten sposób rozwiązał problem, który niespodziewanie się pojawił.

Tym razem bariery nie było. Może dlatego, że podróżowała sama, przez Głosiciela przyzwanego jej własną wolą. Lecz droga na zewnątrz była taka prosta. Aż za prosta. Zasłona ciemności po prostu się rozstąpiła.

Uderzył w nią lodowaty podmuch, sprawiając, że zesztywniała z zimna. Wstrzymała oddech i poczuła, że zaczynają jej łzawić oczy.

Gdzie była?

Luce żałowała rozpaczliwego skoku przez czas. Tak, musiała uciec, i tak, chciała poznać swoją przeszłość, uratować swoje wcześniejsze wcielenia przed cierpieniem, zrozumieć, w jaki sposób kochała wcześniej Daniela, tak wiele razy. Poczuć to, zamiast tylko słyszeć. Zrozumieć – a później pokonać – klątwę, którą na nich nałożono.

Tyle że nie w taki sposób. Zmarznięta, samotna, kompletnie nieprzygotowana na miejsce i czas, w którym się znalazła.

Widziała przed sobą zaśnieżoną ulicę, stalowe niebo nad białymi budynkami. W pewnej odległości słyszała grzmoty. Ale wolała nie myśleć, co to wszystko mogło znaczyć.

– Zaczekaj – szepnęła do Głosiciela.

Cień unosił się leniwie kilkadziesiąt centymetrów od jej palców. Próbowała go pochwycić, ale Głosiciel jej unikał, odsuwał się coraz dalej. Rzuciła się i pochwyciła między palce malutki, wilgotny kawałek...

Lecz wtedy Głosiciel w jednej chwili rozpadł się na miękkie czarne kawałki na śniegu. Te zblakły i wkrótce znikły.

– Cudownie – mruknęła. – I co teraz?

W pewnej odległości wąska uliczka łączyła się ze skrytym w cieniu skrzyżowaniem. Na chodnikach leżały wysokie sterty odgarniętego śniegu, które przylegały do ścian białych kamiennych budowli. Były uderzające, niepodobne do czegokolwiek, co widziała Luce, wysokie na kilka pięter, a ich fasady zdobiły rzeźbione łuki i skomplikowane kolumny.

 

Wszystkie okna były ciemne. Luce wyczuwała, że w całym mieście może panować mrok. Jedynym źródłem światła była pojedyncza lampa gazowa. Jeśli na niebie świecił księżyc, zasłaniała go gruba warstwa chmur. Znów coś zadudniło na niebie. Grzmot?

Luce zaplotła ręce na piersi. Zamarzała.

– Liuszka!

Kobiecy głos. Szorstki i ochrypły, jakby należący do kogoś, kto całe życie wykrzykiwał rozkazy. Ten głos drżał.

– Liuszka, ty wariatko. Gdzie jesteś?

Wydawało się, że teraz jest bliżej. Czy mówiła do Luce? W tym głosie było coś jeszcze, coś dziwnego, czego Luce nie umiała ująć w słowa.

Kiedy zza zaśnieżonego rogu ulicy wyłoniła się kobieca postać, Luce wpatrzyła się w nią, próbując rozpoznać. Była bardzo niska i nieco zgarbiona, na oko pod siedemdziesiątkę. Jej obszerne ubranie wydawało się na nią za duże. Włosy ukrywała pod grubą czarną chustą. Kiedy zobaczyła Luce, na jej twarzy pojawił się dziwny grymas.

– Gdzie się podziewałaś?

Luce się rozejrzała. Była jedyną osobą na ulicy. Staruszka zwracała się do niej.

– Tutaj – odpowiedziała.

Po rosyjsku.

Uniosła dłoń do ust. Czyli to właśnie wydawało jej się dziwne w głosie kobiety – mówiła w języku, którego Luce nigdy się nie uczyła. A jednak, nie tylko rozumiała każde słowo, ale też umiała w nim odpowiedzieć.

– Mogłabym cię zabić – powiedziała kobieta, dysząc ciężko, gdy ruszyła w stronę Luce i wzięła ją w ramiona.

Jak na tak kruchą z wyglądu kobietę, jej uścisk był mocny. Ciepło innego ciała otaczające Luce po ostrym zimnie sprawiało, że miała ochotę się rozpłakać. Wtuliła się mocno.

– Babcia? – wyszeptała, przyciskając usta do ucha kobiety. Nagle wiedziała, kim ona jest.

– Ciągle kiedy wracam z pracy, ciebie nie ma – powiedział kobieta. – A teraz biegasz sobie po ulicy jak lunatyczka? W ogóle poszłaś dziś do pracy? Gdzie jest twoja siostra?

Znów rozległ się grzmot. Zupełnie jakby zbliżała się paskudna burza. I to szybko. Luce zadrżała i potrząsnęła głową. Nie wiedziała.

– Aha – stwierdziła kobieta. – Już nie jesteś taka wesolutka. – Zmrużywszy oczy, wpatrzyła się w Luce i odsunęła ją trochę, żeby przyjrzeć jej się uważniej. – Mój Boże, w co ty się ubrałaś?

Luce kręciła się, kiedy jej babcia z poprzedniego wcielenia gapiła się na jej dżinsy i wodziła powykręcanymi palcami po guzikach flanelowej koszuli Luce. Chwyciła ją za krótki, potargany kucyk.

– Czasem myślę, że jesteś tak samo szalona, jak twój ojciec, Panie świeć nad jego duszą.

– Ja po prostu... – Luce szczękała zębami. – Nie spodziewałam się, że będzie tak zimno.

Kobieta splunęła na śnieg, żeby okazać dezaprobatę. Ściągnęła płaszcz.

– Włóż to, zanim przeziębisz się na śmierć.

Szorstkim gestem owinęła Luce płaszczem. Dziewczyna miała zgrabiałe palce i z trudem zapinała guziki. Wtedy babcia zdjęła szalik i owinęła nim głowę Luce.

Głośny huk na niebie zaskoczył je obie. Teraz Luce wiedziała już, że to nie grzmot.

– Co to? – wyszeptała.

Staruszka popatrzyła na nią.

– Wojna – mruknęła. – Czy razem z ubraniem straciłaś też rozum? Chodź. Musimy iść.

Kiedy wlokły się zaśnieżoną ulicą, przechodząc po nierównych kamieniach bruku i umieszczonych między nimi szynach tramwajowych, Luce zrozumiała, że miasto wcale nie jest puste. Przy drodze parkowały pojedyncze samochody, lecz od czasu do czasu z ciemnych bocznych uliczek dobiegało rżenie koni pociągowych czekających przed ruszeniem w dalszą drogę, a w powietrzu unosiła się chmura ich oddechów. Widziała cienie ludzi przebiegających po dachach. W jednym z zaułków mężczyzna w podartym płaszczu pomagał trójce małych dzieci wejść do piwnicy.

Wąską ulicą dotarły do szerokiej alei, wzdłuż której rosły drzewa, z doskonałym widokiem na miasto. Jedynymi samochodami, które tu parkowały, były pojazdy wojskowe. Wydawały się staromodne, niemal absurdalne, jak eksponaty w muzeum wojny – samochody terenowe z płóciennymi dachami, wielkimi błotnikami, cieniutkimi kierownicami i radzieckim sierpem i młotem na drzwiach. Oprócz Luce i jej babci na tej ulicy nie było nikogo. Wszystko – poza tym straszliwym dudnieniem na niebie – było upiornie, niesamowicie ciche.

W pewnej odległości widziała rzekę, a daleko po jej drugiej stronie wielką budowlę. Nawet w ciemnościach dostrzegła skomplikowane iglice i kopuły w kształcie cebuli, które jednocześnie wydawały się znajome i legendarne. Minęła chwila, zanim zrozumiała – i wtedy Luce przeszył strach.

Była w Moskwie.

A miasto znajdowało się w strefie działań wojennych.

Ku szaremu niebu wznosił się czarny dym, wskazując części miasta, które już zostały zaatakowane – na lewo od olbrzymiego Kremla, tuż za nim i daleko po prawej. Na ulicach nie trwały walki, nie było żadnych znaków, że żołnierze wroga wkroczyli do miasta. Jednakże płomienie liżące zwęglone budynki, przepełniający okolicę zapach wojennej pożogi i groźba, że to nie koniec, były jeszcze gorsze.

To była najbardziej porąbana rzecz, jaką Luce zrobiła w swoim życiu – prawdopodobnie we wszystkich swoich żywotach. Rodzice by ją zabili, gdyby wiedzieli, gdzie jest. Daniel może się już do niej nigdy nie odezwać.

Ale z drugiej strony, co, jeśli nie będą mieli okazji się na nią zezłościć? Mogła umrzeć, tutaj, w strefie wojny.

Dlaczego to zrobiła?

Ponieważ musiała. Trudno było odnaleźć tę odrobinę dumy pośrodku paniki. Gdzieś jednak musiała być.

Przeszła przez Głosiciela. Z własnej woli. W odległe miejsce i czas, w przeszłość, którą musiała zrozumieć. Tego pragnęła. Wystarczająco długo kierowano nią jak pionkiem na szachownicy.

I co teraz miała zrobić?

Przyśpieszyła kroku i mocno ścisnęła babcię za rękę. Co dziwne, ta kobieta nie rozumiała, przez co przechodzi Luce, nawet nie wiedziała, kim ona naprawdę jest. Mimo to, jedynie uścisk jej dłoni sprawiał, że Luce jeszcze się nie poddała.

– Gdzie idziemy? – spytała Luce, kiedy babcia pociągnęła ją w kolejną zaciemnioną uliczkę.

Kamienie bruku wkrótce zniknęły, droga była bita i śliska. Śnieg przemoczył płótno tenisówek Luce i palce stóp zaczynały ją piec z zimna.

– Po twoją siostrę, Kristinę. – Staruszka się skrzywiła. – Tą, która po nocach kopie okopy, żebyś ty mogła się przespać. Pamiętasz?

Tam, gdzie się zatrzymały, ulicy nie oświetlała żadna latarnia. Luce zamrugała kilka razy, żeby przyzwyczaić wzrok. Stały przed czymś, co wyglądało jak bardzo długi rów, w samym środku miasta.

Musiało tam pracować ze stu ludzi. Wszyscy zakutani po same uszy. Niektórzy klęczeli i kopali łopatami. Inni kopali gołymi rękami. Niektórzy stali nieruchomo, obserwując niebo. Kilku żołnierzy pchało wózki i taczki wypełnione stertami kamieni i ziemi, które wyrzucali na barykadę na końcu ulicy. Byli ubrani w grube wojskowe płaszcze, które łopotały wokół ich kolan, lecz pod hełmami ich twarze były równie wychudzone jak u cywilów. Lucinda zrozumiała, że wszyscy pracowali razem, mężczyźni w mundurach, kobiety i dzieci, zmieniając miasto w fortecę, robiąc wszystko co w ich mocy, aż do ostatniej chwili, by zatrzymać wrogie czołgi.

– Kristina! – zawołała babcia. W jej głosie była ta sama mieszanina miłości i paniki, co wtedy, kiedy szukała Luce.

U jej boku natychmiast pojawiła się dziewczyna.

– Co ci tyle zajęło?

Kristina była wysoka i szczupła. Spod jej męskiego kapelusza wysuwały się kosmyki ciemnych włosów. I była tak piękna, że Luce musiała przełknąć gulę w gardle. Od razu rozpoznała w niej rodzinę.

Widok Kristiny przypomniał Luce Verę, inną siostrę z poprzedniego życia. Luce w swoim czasie musiała mieć setki sióstr. Tysiące. I wszystkie przeszły coś podobnego. Siostry i bracia, rodzice i przyjaciele, których Luce musiała kochać, a później utracić. Nikt z nich nie wiedział, co ich czeka. Wszyscy zostali w cierpieniu.

Może istniał sposób, żeby to zmienić, złagodzić dla ludzi, którzy ją kochali. Może to była część tego, co Luce mogła zrobić w swoich przeszłych żywotach.

Nad miastem rozległ się głośny huk wybuchu. Tak blisko, że ziemia pod stopami Luce zakołysała się, a bębenek jej prawego ucha prawie pękł. Na rogu ulicy zabrzmiały syreny przeciwlotnicze.

– Babciu. – Kristina wzięła babcię za rękę. Była bliska łez. – Naziści... są tutaj, prawda?

Niemcy. Luce po raz pierwszy przeszła sama i wylądowała pośrodku drugiej wojny światowej.

– Atakują Moskwę? – Jej głos zadrżał. – Dziś w nocy?

– Powinniśmy wyjechać z pozostałymi – powiedziała Kristina z goryczą w głosie. – Teraz jest za późno.

– I zostawić waszą matkę, ojca i dziadka? – Babcia pokręciła głową. – Zostawić ich samych w grobach?

– Lepiej, żebyśmy dołączyły do nich na cmentarzu? – warknęła w odpowiedzi Kristina. Wyciągnęła rękę do Luce i ścisnęła ją za ramię. – Wiedziałaś o nalocie? Ty i ten twój przyjaciel kułak? Czy to dlatego dziś rano nie przyszłaś do pracy? Byłaś z nim, prawda?

Co zdaniem siostry mogła wiedzieć Luce? Z kim była?

Z kim, jeśli nie z Danielem?

Oczywiście. Liuszka musi być teraz z nim. A jeśli nawet członkowie rodziny mylili tę Liuszkę z Luce...

Poczuła ściskanie w piersiach. Ile czasu zostało jej do śmierci? A gdyby Luce udało się odnaleźć Liuszkę, zanim do tego dojdzie?

– Liuszka.

Siostra i babcia gapiły się na nią.

– Co z nią jest dziś nie tak? – spytała Kristina.

– Chodźmy. – Babcia skrzywiła się. – Moskwicze nie będą godzinami trzymać otwartej piwnicy.

Na niebie zabrzmiał odgłos silników samolotu. Był na tyle blisko, że kiedy Luce podniosła wzrok, wyraźnie widziała czarne swastyki wymalowane pod skrzydłami. Później w mieście rozległ się kolejny wybuch i powietrze wypełnił gryzący czarny dym. Trafili w coś w pobliżu. Dwa kolejne potężne wybuchy sprawiły, że ziemia zadrżała pod jej stopami.

Na ulicy zapanował chaos. Tłum w okopie zniknął, wszyscy rozproszyli się w bocznych ulicach. Niektórzy zbiegali po schodach stacji metra na rogu ulicy, by przeczekać bombardowanie pod ziemią, inni ukrywali się w bramach.

Przecznicę dalej Luce zauważyła, jak ktoś biegnie. Dziewczyna, mniej więcej w jej wieku, w czerwonej czapce i długim wełnianym płaszczu. Na chwilę odwróciła głowę i zaraz biegła dalej. To wystarczyło Luce.

Oto i ona.

Liuszka.

Wyrwała się z uścisku babci.

– Przepraszam, muszę iść.

Luce odetchnęła głęboko i pobiegła ulicą, prosto w kłębiący się dym i najcięższe bombardowanie.

– Zwariowałaś?! – wrzasnęła Kristina. Nie pobiegły za nią. Musiałyby być szalone.

Stopy Luce były odrętwiałe, gdy próbowała biec przez sięgający do pół łydki śnieg na chodniku. Kiedy dotarła do rogu, za którym widziała swoje wcielenie w czerwonej czapce, zwolniła. I sapnęła.