Rok, w którym nauczyłam się kłamaćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Dla mojej matki


Prolog

Tamtego roku, kiedy skończyłam dwanaście lat, nauczyłam się kłamać.

Nie mówię tu o niewinnych kłamstewkach, które zdarzają się dzieciom. Mówię o prawdziwych kłamstwach wyrosłych z prawdziwego strachu – o słowach i czynach, które wyrwały mnie z dotychczasowego życia i bez pardonu rzuciły w zupełnie nową rzeczywistość.

Zawirowania w moim spokojnym życiu zaczęły się jesienią 1943 roku, nie tylko z powodu wojny, która wciągnęła cały świat w straszliwą burdę, lecz również z powodu dziewczynki o mrocznym sercu, której pojawienie się w naszej pagórkowatej okolicy zmieniło wszystko na zawsze.

Czasem miałam taki mętlik w głowie, że czułam się jak papierowy wiatraczek w oku cyklonu, lecz przez cały ten niespokojny czas wiedziałam, że chowanie się na stryszku stodoły z książką i jabłkiem to nie dla mnie – nie mogę tak po prostu pozwolić, by sprawy toczyły się coraz szybciej bez mojego udziału. Nie mogę skończyć dwunastu lat i do tego czasu nie pokazać, na co mnie stać – przez co rozumiałam wywalczenie swojego miejsca w świecie, swojej małej autonomii i szansy na to, by jeszcze kiedyś móc kimś być.

Tu jednak gra toczyła się o znacznie wyższą stawkę.

Tamtego roku, kiedy skończyłam dwanaście lat, nauczyłam się, że moje słowa i czyny mają wagę.

I bywały tak ciężkie, że wcale nie miałam pewności, czy chcę ten ciężar dalej dźwigać.

A jednak dźwigałam go i niosłam dalej – najlepiej, jak umiałam.


Rozdział 1

Zaczęło się od porcelanowej świnki, którą ciotka Lily podarowała mi w moje piąte Boże Narodzenie.

Mama pierwsza zauważyła, że świnka gdzieś przepadła.

– Chowasz swoją skarbonkę, Annabelle? – Mama szorowała lamperie, ja wkładałam do szafy letnie ubrania. Nietrudno było spostrzec brak świnki, bo w swoim pokoiku na piętrze oprócz mebli i okien miałam tylko grzebień, szczotkę i książkę przy łóżku. – Nikt nie ruszy twoich rzeczy – powiedziała. – Nie musisz niczego chować.

Mama klęczała pod ścianą i trzęsła się cała w rytm szorowania, podeszwy czarnych gumiaków zwróciła teraz dla odmiany w górę.

Byłam bardzo rada, że nie mogła wtedy zobaczyć mojej twarzy. Składałam właśnie obrzydliwie różową sukienkę do kościoła, z której miałam nadzieję do wiosny wyrosnąć, i wyobraziłam sobie, że moje policzki nabrały wtedy tego samego okropnego koloru.

Parę godzin wcześniej po powrocie ze szkoły chwyciłam skarbonkę i zaczęłam wytrząsać z niej centówkę, no i wypuściłam ją z rąk. Świnka zamieniła się w stos skorup i monet, które wrzucałam do niej od lat – musiałam ich już uzbierać dobre dziesięć dolarów. Skorupy zakopałam za ogródkiem, a monety zebrałam na starą chusteczkę do nosa, po czym związałam rogi i ukryłam zawiniątko w śniegowcu pod łóżkiem, razem ze srebrnym dolarem z kolekcji dziadka, który dostałam od niego na ostatnie urodziny.

Tej srebrnej dolarówki nigdy nie wrzuciłam do świnki, bo nie był to dla mnie pieniądz. Wyobrażałam sobie, że to medalik, który pewnego dnia założę na szyję – a wszystko za sprawą widniejącej na monecie pięknej kobiety, wyniosłej i poważnej w swej spiczastej koronie.

I powiedziałam sobie, że może się rozstanę z tą centówką, może nawet niejedną, lecz srebrnego dolara dziadka nigdy w życiu nie oddam tej okropnej dziewczynie, która będzie na mnie czekać na ścieżce prowadzącej do Wilczego Jaru.

Idąc do szkoły z braćmi – dziewięcioletnim Henrym i siedmioletnim Jamesem – codziennie schodziłam ścieżką do Wilczego Jaru i wracaliśmy do domu tą samą drogą. I to właśnie tam miała na mnie czekać po szkole trochę starsza ode mnie, duża i zadziorna dziewczyna o imieniu Betty.

Przysłali ją z miasta do dziadków, państwa Glengarrych, którzy mieszkali ponad stromym brzegiem potoku Raccoon Creek, po drugiej stronie drogi, zaraz za zjazdem do naszej farmy. Bałam się jej od pierwszego dnia, kiedy pojawiła się w naszej szkole, czyli od trzech tygodni.

Krążyły plotki, że Betty została wysłana na wieś z powodu n i e s u b o r d y n a c j i, i aż musiałam sprawdzić w szkole w wielkim słowniku, co to słowo znaczy. Nie wiedziałam, czy umieszczenie Betty na farmie dziadków miało być dla niej karą czy raczej szansą na jakąś poprawę, lecz tak czy owak uważałam, że zwalenie jej nam na głowę było bardzo nie fair – nie zrobiliśmy przecież nic aż tak strasznego, żeby sobie na to zasłużyć.

Betty pojawiła się w naszej szkole pewnego ranka bez żadnych fanfar i słowa wyjaśnienia. Było nas tam już wtedy prawie czterdzieścioro, czyli znacznie więcej, niż pierwotnie zakładano, przez co niektórzy musieli siedzieć parami – dwójka uczniów w jednej wąskiej ławce, dwójka do pisania i liczenia na jednym pochylonym i pokiereszowanym pulpicie, w skrytce pod blatem dwa zestawy podręczników.

Nie przeszkadzało mi to specjalnie, bo dzieliłam ławkę z moją przyjaciółką Ruth, bladą i cichą dziewczynką o ciemnych włosach i karminowych ustach, która zawsze chodziła w nienagannie wyprasowanych sukienkach. Ruth, tak jak ja, uwielbiała czytać i ta wielka pasja nas łączyła. No a do tego obie byłyśmy bardzo chude i regularnie się kąpałyśmy (czego nie można powiedzieć o wszystkich uczniach szkoły w Wilczym Jarze), tak więc siedzenie z nią w jednej ławce nie było takie złe.

Kiedy tamtego dnia Betty zjawiła się w naszej szkole i stanęła w drzwiach klasy, przywitała ją nasza nauczycielka, pani Taylor.

– Dzień dobry – zwróciła się do niej, ale Betty nie odpowiedziała, skrzyżowała tylko ramiona na piersiach. – Dzieci, to jest Betty Glengarry.

Pomyślałam wtedy, że to nazwisko brzmi jak z piosenki.

Pani Taylor oczekiwała, że i my powitamy nową uczennicę, co też zrobiliśmy. Betty powiodła po nas spojrzeniem bez jednego słowa.

– Mamy tu trochę ciasno, Betty, ale znajdziemy miejsce dla ciebie. Palto i śniadaniówkę zostaw na wieszaku.

Patrzyliśmy w milczeniu, gdzie też pani Taylor posadzi Betty, zanim jednak nasza nauczycielka zdążyła coś przedsięwziąć, chuda dziewczynka o imieniu Laura, która najwyraźniej wyczuła, co się święci, zebrała książki z ławki i wcisnęła się obok swojej przyjaciółki Emily.

I w tej ławce od tej pory siedziała Betty. A że siedziała tuż przed ławką moją i Ruth, już po dwóch dniach miałam włosy upstrzone kulkami z przeżutego papieru i nogi pokłute od ołówka, którym Betty sięgała za siebie i dźgała mnie gdzie popadnie. Nie byłam z tego powodu szczęśliwa, cieszyłam się jednak, że wzięła na celownik mnie, a nie Ruth, która była mniejsza i bardziej delikatna. Poza tym miałam braci, którzy wystawiali mnie na próby znacznie gorsze niż te, a Ruth w ogóle nie miała rodzeństwa. Przez pierwszy tydzień po przyjeździe Betty mówiłam sobie, że jakoś przetrwam te drobne napaści, spodziewałam się bowiem, że będą coraz rzadsze.

W innej szkole nauczycielka pewnie widziałaby to wszystko, ale pani Taylor ufała, że cokolwiek dzieje się za jej plecami, nie jest warte jej uwagi.

Ponieważ uczyła nas wszystkich, ławki ścieśnione pod tablicą były zawsze zajęte przez klasę, która akurat przerabiała z nią lekcję, a w tym czasie pozostali siedzieli na swoich miejscach i robili zadania, dopóki nie przyszła ich kolej na zajęcie miejsc przy katedrze.

Niektórzy starsi chłopcy spali przez większą część dnia. Kiedy budzili się na swoje lekcje pod tablicą, zupełnie nie kryli pogardy dla pani Taylor, która – jak mi się zdaje – poświęcała im chyba mniej czasu niż innym. Byli to już rośli młodzi ludzie i pomagali rodzicom w gospodarstwie, więc nie rozumieli, po co im szkoła, skoro nikt im tam nie mówi, jak siać, żąć i wypasać bydło. I na bank wiedzieli, że jeśli zdążą dorosnąć, zanim skończy się wojna, nie będą mieli z tej szkoły żadnego pożytku w walce z Niemcami. Praca na farmie i przy bydle mogła im zapewnić zwolnienie z frontu, bo karmiła żołnierzy, albo dać im siły do walki, ale szkoła nie dawała im nic.

Mimo to w najzimniejsze miesiące roku rodzice pędzili ich do robót trudnych i żmudnych – musieli naprawiać płoty, dachy obór i koła wozów. Jeśli więc mieli do wyboru cały dzień próżnowania, spania na pulpitach i rozrabiania z innymi chłopakami na przerwach zamiast tyrania na dworze w lodowatym wietrze, na ogół wybierali szkołę. Pod warunkiem, że ojcowie ich do szkoły puszczali. Ale kiedy Betty zjawiła się u nas, był październik i dni jeszcze ciepłe, więc te najgorsze rozrabiaki chodziły na lekcje w kratkę. Gdyby nie Betty, nasza szkoła byłaby oazą spokoju – przynajmniej do listopada, kiedy świat stanął na głowie i musiałam znacznie rozwinąć swój repertuar kłamstw.

Wtedy nie znałam jeszcze słowa, które właściwie opisałoby Betty, i nie umiałam nazwać tego czegoś, co odróżniało ją od innych dzieci w naszej szkole. W niecały tydzień zapoznała nas z kilkunastoma wyrażeniami, których znajomość nie była nam do niczego potrzebna, wylała cały kałamarz atramentu na sweterek Emily i opowiedziała maluchom, skąd się biorą dzieci, czego ja dowiedziałam się od babci niewiele wcześniej, bo poprzedniej wiosny, kiedy ocieliła się nasza krowa. Wiedza ta spłynęła na mnie łagodnie, bo babcia umiała przekazywać ją z wdziękiem i poczuciem humoru kobiety, która sama rodziła, a wszystkie jej dzieci bez wyjątku przyszły na świat w tym samym łóżku, w którym spała z dziadkiem. Jednak na najmłodsze dzieciaki w mojej szkole wiedza ta wcale nie spłynęła łagodnie. Betty wyłożyła ją brutalnie. Napędziła im okropnego stracha. I na domiar złego zapowiedziała im, że jak nakablują na nią rodzicom, to po szkole pójdzie za nimi do lasu i ich spierze na kwaśne jabłko – tak jak później mnie. Albo nawet zabije. A one jej uwierzyły, zupełnie tak samo jak ja.

 

Mogłam grozić braciom nagłą śmiercią i posiekaniem na kawałki sto razy na dzień, a oni tylko śmiali się ze mnie i pokazywali mi język, ale z Betty wystarczyło, że ledwie na nich spojrzała, a zaraz byli jak trusie. Więc pewnie i tak niewiele by mi pomogli, gdyby byli ze mną tamtego dnia w Wilczym Jarze, kiedy Betty wyszła zza drzewa i zagrodziła mi drogę.

Gdy byłam mała, spytałam raz dziadka, skąd się wzięła nazwa Wilczy Jar.

– Ludzie kopali tam kiedyś głębokie doły, żeby łapać wilki – odpowiedział.

Dziadek był jednym z ośmiu mieszkańców naszej farmy, należącej do rodziny od stu lat, przedstawicielem najstarszego z trzech pokoleń stłoczonych pod jednym dachem po wielkim kryzysie, który mocno odchudził cały kraj i udowodnił, że nasza farma jest najlepszym miejscem do życia na ziemi. Teraz, kiedy na świecie szalała druga wielka wojna i brakowało jedzenia, bardzo wielu ludzi uprawiało przydomowe ogródki, a nasza farma była jednym wielkim ogrodem, który mój dziadek pielęgnował przez całe życie.

Był człowiekiem poważnym i zawsze mówił mi prawdę, której nie zawsze chciałam słyszeć, ale czasem pytałam i tak. Kiedy więc chciałam się dowiedzieć, skąd się wzięła nazwa Wilczy Jar, odpowiedział mi szczerze, choć miałam wtedy zaledwie osiem lat.

Siedział w kuchni na krześle niedaleko pieca, łokcie wsparł na kolanach, dłonie zwisały mu swobodnie z wielkich nadgarstków, białe stopy były gotowe wsunąć się w buty. W inne pory roku wyglądał młodziej, oczy miał jakby szerzej otwarte. Ale w tamten poranek, choć był dopiero czerwiec, wydawał mi się skonany. Górna część czoła była biała jak stopy, za to nos i policzki miał brązowe jak ręce i ramiona do miejsca, do którego podwijał rękawy. Wiedziałam, że jest bardzo zmęczony, choć większą część dnia siedział w cieniu, zajmując się drobniejszymi pracami.

– Po co chcieli łapać wilki?

Przecież nie da się ich wydoić. Ani zaprząc do pługu. Ani zjeść na kolację. Jakoś nie mogłam sobie tego wyobrazić.

– Żeby się ich tyle nie pałętało po lasach.

Nie patrzył na mnie. Patrzył na swoje dłonie. Mimo że były twarde jak garbowana skóra, u nasady kciuków powychodziły mu pęcherze, kiedy pomagał przy sadzonkach mojemu tacie.

– I żeby nie zjadały kur? – spytałam. Czasami nad ranem budziły mnie krzyki mamy, kiedy do naszego kurnika przekopał się lis. Nie byłam pewna, czy nawet moja mama popędziłaby za wilkiem tak jak za lisem.

– Między innymi. – Dziadek wyprostował plecy i potarł oczy. – Wtedy już ludzie nie polowali na wilki tak jak w dawniejszych czasach. Więc było ich za dużo i na za dużo też zaczynały sobie pozwalać.

Pomyślałam o dole pełnym wilków.

– Zabijali je, kiedy już tam wpadły?

Dziadek westchnął.

– Strzelali je. Uszy zabierali, bo nagroda była. Trzy dolary za parę.

– Uszy? A jak były młode, to brali je do domu?

Kiedy dziadek się śmiał, nie było go prawie słychać. Podrygiwały mu wtedy tylko ramiona.

– Myślisz, że taki wilk dogadałby się z psami?

Na farmie była zawsze cała sfora psów. Nie umiałabym sobie wyobrazić gospodarstwa, po którym nie biegałoby sześć czy siedem hałaśliwych czworonogów. Raz na jakiś czas któryś gdzieś przepadał, ale niedługo potem jego miejsce zajmował nowy pies.

– Przecież mogli te młode wilki właściwie wychować. Zrobić z nich psy.

Dziadek założył szelki na ramiona i zaczął wciągać skarpety na nogi.

– Wilk to wilk i nigdy psem nie będzie, choćby nie wiem jak go wychowywać – odrzekł mi wtedy.

Kiedy wzuł i zasznurował buty, wstał i położył mi na głowie wielką dłoń.

– Młode też zabijali, Annabelle. Pewnie się nad tym nawet nie zastanawiali. Przypomnij sobie, czy choć drgnęła ci powieka, jak na wiosnę zdeptałem tego małego mokasyna.

Pamiętałam, że na ciele martwego węża zachował się ślad po bucie, jakby był z gliny.

– Mokasyny są jadowite, a to duża różnica – sprzeciwiłam się.

– Nie dla tego węża – odrzekł mi na to. – Ani Boga, który go stworzył.


Rozdział 2

O tym wężu myślałam, kiedy stałam na ścieżce na skraju Wilczego Jaru, gdzie czekała na mnie Betty. Włoski na karku mi się podniosły i poczułam niejakie pokrewieństwo z wilkami, które tu kiedyś straciły życie. Betty była w sukience w biało-czarną kratkę, swetrze w kolorze jej niebieskich oczu i czarnych bucikach ze skóry. Długie blond włosy miała związane w koński ogon. W sumie wyglądałaby całkiem niewinnie, gdyby nie wyraz jej twarzy.

Zatrzymałam się dobre trzy metry przed nią.

– Cześć, Betty – odezwałam się, ściskając mocno książkę, którą trzymałam pod prawą pachą. Był to podręcznik do historii, tak stary, że Arizona nie była w nim jeszcze stanem, miał za to słuszną wagę, więc pomyślałam sobie, że mogłabym cisnąć nim w Betty, gdyby podeszła za blisko. Śniadaniówka w lewej ręce była za lekka i nie nadawała się do niczego, ale trochę ją rozbujałam, żeby pokazać Betty, że nie jestem tak całkiem bezbronna.

– Annabelle… Co to ma być za imię? – Głos miała głęboki, prawie chłopięcy. Mierzyła mnie spojrzeniem z głową spuszczoną i lekko przekrzywioną jak u psa, który jeszcze nie wie, czy będzie musiał ugryźć. Na jej ustach pełgał słaby uśmieszek, ręce wisiały bezwładnie wzdłuż boków.

Wzruszyłam ramionami. Nie wiedziałam, co to za imię, ta Annabelle.

– Bogata panienka jesteś – powiedziała. – Takie imiona mają bogate.

Obejrzałam się, czy na ścieżce za mną nie stoi jakaś inna dziewczynka. Jakaś bogata.

– Myślisz, że jestem bogata?

Nigdy nie przyszło mi nawet do głowy, że ktoś mógłby uważać mnie za pannę z bogatego domu, mimo że moja rodzina mieszkała w tej okolicy od stu lat, a po oddaniu części swej ziemi pod kościół i szkołę starczyło jej jeszcze na sporą farmę. Moi przodkowie leżeli pod najpiękniejszymi nagrobkami na całym cmentarzu, a nasz dom musiał być chyba bardzo duży, skoro mieszkały w nim obecnie – co prawda w strasznym ścisku – aż trzy pokolenia. Mieliśmy bieżącą wodę. Parę lat wcześniej pan Roosevelt zelektryfikował wieś i mieliśmy dość pieniędzy, żeby podłączyć nasz dom do prądu. Na ścianie bawialni zamontowano nam aparat telefoniczny, co nadal rozpatrywaliśmy w kategoriach cudu. No i rzeczywiście – może dwa razy do roku jadaliśmy w Sewickley w restauracji Lancastera. A już największym dziwem z tego wszystkiego była ubikacja wewnętrzna, którą moi rodzice zainstalowali zupełnie niedawno, bo dziadkowie byli już w takim wieku, że to im się należało. Ale bogaci to my nie byliśmy.

– Masz fioletowe okno – dodała Betty.

Nie rozumiałam, o co jej chodzi, dopóki w końcu nie przypomniałam sobie, że mamy w oknie frontowej sieni wrzosową szybę – jedną z tych rzeczy, które po prostu uwielbiam w naszym domu. Wrzosowa szyba, szczyty ścian i łupki na dachu, które wyglądały jak srebrzyste pióra. Duże kominki w każdym pokoju. I okna wysokie jak drzwi.

– Babcia mówiła mi o tym waszym fioletowym oknie – powiedziała Betty. – W życiu o czymś takim nie słyszałam, chyba że w kościele albo jakimś królestwie. Ludzie nie mają fioletowych okien, jak nie są bogaci.

Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć, więc nie powiedziałam nic.

Betty podniosła z ziemi kij. Był już uschnięty, ale po tym, jak go trzymała, widziałam, że nadal jest ciężki.

– Jutro masz mi coś przynieść, bo jak nie, to spiorę cię tym kijem.

Powiedziała to tak spokojnie, że z początku uznałam to za żart, ale gdy podeszła krok w moją stronę, zrobiło mi się gorąco i serce zaczęło mi walić jak młot.

– Co niby? – spytałam. Wyobraziłam sobie, jak taszczę przez las nasze fioletowe okno.

– Co tam masz.

Za wiele to ja nie miałam. Świnkę z miedziakami, srebrnego dolara i książki. Bobrową mufkę, którą dziadek dawno temu zrobił dla babci, a kiedy się znosiła, babcia dała ją mnie. Koronkowy kołnierzyk, który mocowałam zatrzaskami do niedzielnych sukienek do kościoła. Parę białych bawełnianych rękawiczek, trochę już na mnie przyciasnych. I haftkę do swetra, którą pożyczyłam od ciotki Lily, ale jeszcze się o nią nie upomniała.

Zrobiłam w myślach szybki spis swojego dobytku, ale nie byłam pewna, czy chcę jej cokolwiek dać, zanim nie dodała:

– Zaczekam na twoich braci, jak ty nie przyjdziesz.

Moi bracia to byli mali rozrabiacy, ale młodsi ode mnie, więc miałam ich w swojej pieczy.

Patrzyłam w milczeniu, jak Betty opiera kij o drzewo i rusza dalej pod górę.

– I nikomu o tym ani słowa, bo mały dostanie kamieniem.

Mały, kamieniem. James. Mówiła o Jamesie.

Odczekałam, aż Betty zniknie z pola widzenia, po czym znów zaczęłam oddychać i wyobraziłam sobie, jak by bolało uderzenie kijem.

Rok wcześniej, kiedy Henry rzucił we mnie wielkim jak talerz muchomorem, zdążyłam się uchylić, ale wpadłam na psa i złamałam rękę. Kilka razy się oparzyłam, nadepnęłam na końcówkę motyki i dostałam trzonkiem w czoło, skręciłam też kostkę w norze świstaka. To w zasadzie cała lista fizycznych cierpień, jakich doznałam w ciągu tych moich jedenastu lat na ziemi, niemniej swoje już przeżyłam i wiedziałam, że uderzenie suchej gałęzi na pewno mnie nie zabije.

Mimo to, przechodząc obok opartego o pień kija, który upatrzyła sobie na mnie Betty, chwyciłam go i cisnęłam jak najdalej w las. Dokoła znalazłoby się mnóstwo innych, ale poczułam się trochę lepiej z myślą, że nie będzie już miała tego pod ręką.

Wlokąc się ścieżką pod górę, uznałam, że Betty nie ruszy Henry’ego ani Jamesa, dopóki nie spróbuje ze mną, postanowiłam więc zaczekać i przekonać się, czy ten pies tylko warczy, czy może także gryzie. Lepiej było na razie nie mówić rodzicom niczego, co mogłoby rozjuszyć Betty. Musiałam jednak przyznać, że bałam się tak, jak jeszcze nigdy przedtem.

Nie zdążyłam jeszcze w swoim życiu bać się tak naprawdę, chyba że tej wojny… tego, że ciągle się jeszcze nie skończy, gdy moi bracia dorosną, i będą musieli walczyć z nazistami… choć chłopaków z farm często nie brano na front. Jednak do tego czasu na pewno już ktoś tę wojnę wygra. I tego też się bałam – kto wygra, a kto przegra.

My, dziewczynki z klubu 4-H[1], uszyłyśmy do kościoła flagę, do której przyszywałyśmy niebieską gwiazdkę za każdym razem, kiedy ktoś z naszej parafii poszedł na front. A kiedy ktoś zginął, niebieską gwiazdkę zastępowałyśmy złotą. Na razie na naszej fladze były tylko dwie takie, ale byłam na obu pogrzebach i wiedziałam, że to nie żadne „tylko”.

Czasem wieczorami, kiedy pozmywałyśmy już po kolacji, siadałam z dorosłymi i słuchałam radia. Gdy nadawali wiadomości, nikt się nie odzywał. Mama słuchała ze spuszczoną głową, z dłońmi znieruchomiałymi na udach w połowie cerowania. W radiu mówili o obozach koncentracyjnych i z początku myślałam, że ludzie tam jeżdżą poważnie rozmyślać.

– Bardzo bym chciał, żeby tak to było – powiedział na to tata. – Ale to nie o takie miejsca chodzi, Annabelle. To więzienia dla ludzi, których nie lubi Hitler.

Za nic nie mogłam zrozumieć, dlaczego ten Hitler nie lubi aż tylu ludzi.

– Czy on kogoś w o g ó l e lubi? – spytałam.

Tata się zamyślił.

– Blondynów o niebieskich oczach – odpowiedział po chwili.

I ucieszyłam się wtedy, że mam kasztanowe włosy. I takie same oczy.

Słuchaliśmy o bombach i łodziach podwodnych, uśmiechaliśmy się, kiedy spiker ogłaszał, że wojska sprzymierzonych niedługo odbiją Włochy, ale poza tym byliśmy bardzo zmartwieni.

– Nie ma się czego bać – mówiła mi mama, głaszcząc mnie po plecach.

Ale ja się bałam.

Nie bałam się mamy, nie, choć czasem potrafiła być bardzo surowa. Może dlatego, że zapomniała już, jak to jest huśtać się pod samo niebo, zapomniała, że można odłożyć motykę, zanim ręce będą całe w bąblach, że nie trzeba z góry zakładać, że będzie trudniej, niż się zdaje. Miała siedemnaście lat, kiedy mnie urodziła, i dopiero dwadzieścia osiem tamtego roku, kiedy nauczyłam się kłamać – sama mogłaby jeszcze nazywać siebie dziewczyną, a już była obarczona trzema pokoleniami i miała sporo obowiązków na farmie. Ale nie bałam się jej nawet wtedy, gdy nie miała do mnie ani krztyny cierpliwości.

 

I tak naprawdę nie bałam się też ciotki Lily, choć potrafiła mnie zaniepokoić. Była to chuda i brzydka tyka, która mogłaby się podobać, gdyby przyszła na świat jako mężczyzna, ale była poczmistrzynią i całe dnie spędzała w pracy, żeby wieczorami się modlić, czytać Biblię i ćwiczyć kroki taneczne na małym kwadraciku podłogi przed łóżkiem. Czasem zapraszała mnie do swojego pokoju i puszczała mi z fonografu Piotrusia i wilka, a od wielkiego dzwonu wrzucała mi nawet centówkę do porcelanowej świnki, którą sama mi dała, ale przerażały mnie jej wielkie kanciaste zęby i żarliwa dewocja.

Czasem też bałam się o schorowane serce babci, przez które musiała wchodzić na piętro rakiem, przysiadając na każdym stopniu… jakaż zdawała mi się niekiedy słaba i siwiuteńka, zupełnie jak nie ta babcia co kiedyś, kobieta silna i sprawna. Gdy obie mogłyśmy sobie na to pozwolić, siadałyśmy na huśtawce na werandzie i grałyśmy w „zgadnij, na co patrzę”, zachwycałyśmy się motylami w ogrodzie przed domem i czekałyśmy, aż z lasu wyskoczy bażant, skuszony ziarnami, które babcia rozsypywała ptaszkom. Kochała wszystko, co ćwierka i szczebiocze. Po prostu kochała. Nawet te nieciekawe, szare maleństwa. Zwłaszcza te nieciekawe, szare maleństwa. Z babcią nie wiązało się nic, co mogłoby mnie przerażać – z wyjątkiem myśli, że już niedługo może nam jej zabraknąć.

Ten lęk dzieliłam jednak z resztą domowników.

A że Betty bałam się tylko ja, uznałam, że tylko ja mogę ją rozbroić. Jeżeli zdołam. Tak zupełnie sama.

Tymczasem jednak cieszyłam się, że sobie poszła, a podążałam za nią tak wolno, że kiedy dotarłam do linii lasu i wyszłam na pole, już jej nie zobaczyłam, tylko jej ślady – głębokie i ostre, jakby dźwigała na barkach ciężar ponad siły.