Kiedyś zrozumieszTekst

Z serii: Heartland #6
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginału

One Day You’ll Know

Projekt serii

ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Ilustracje na okładce

© Working Partners LTD

© zuzule / fotolia.com

Koordynacja projektu

SYLWIA MAZURKIEWICZ-PETEK

Redakcja

URSZULA HAMKAŁO

Korekta

JANINA GERARD-GIERUT

Redakcja techniczna

ADAM KOLENDA

Copyright © Working Partners Ltd, 2001

Heartland is a trademark of Working Partners Ltd.

Polish edition © Publicat S.A. MMVIII, MMXIX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

ISBN 978-83-271-5993-9


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Zapowiedź części 7. „Blizny przeszłości”

Specjalne podziękowania dla Lindy Chapman

Many Ritchie – wspaniałej przyjaciółce,

która podobnie jak Any słucha przede wszystkim sercem

Rozdział 1

Spokojnie – szepnęła Amy Fleming do Melodii, kiedy klacz szarpnęła lonżą i zarżała w kierunku źrebaka. Ale Jutrzenka, czterodniowa córeczka Melodii, nie zważała zupełnie na obawy matki. Z ciekawością kłusowała po wybiegu z wygiętą w łuk szyją i uniesionym wysoko łbem, a jej maleńkie kopyta uderzały delikatnie w pokrytą śniegiem trawę. Jasnokasztanowa sierść małej klaczki błyszczała w promieniach bladego listopadowego słońca. „Idealne Święto Dziękczynienia...”.

Ale Amy postanowiła zapomnieć o tym, że właśnie dziś jest Święto Dziękczynienia. Dlatego zamiast w domu z dziadkiem i starszą siostrą, spędzała czas na dworze z Melodią i Jutrzenką. Dlatego cały dzień pracowała bez wytchnienia w obejściu, odsuwając od siebie myśl, że to pierwsze Święto Dziękczynienia bez mamy.

Melodia znowu zarżała.

– Już dobrze, kochana – powiedziała Amy i zaczęła kreślić małe kółka na szyi klaczy. – Twoja córeczka jest bezpieczna. Ona się tylko rozgląda.

Melodia rozpoznała kojący dotyk rąk Amy i odwróciła łeb. Amy pogłaskała ją po czole i klacz uspokoiła się nieco. „Jeśli ty jesteś obok – wydawała się mówić – wszystko musi być dobrze”.

Widząc ufność w oczach klaczy, Amy poczuła, jak ogarniają fala ciepła. A przecież jeszcze miesiąc temu wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Kiedy Melodia po raz pierwszy przyjechała do Heartlandu, schroniska dla koni, które założyła nieżyjąca już mama Amy, była wyjątkowo nieufna. Stopniowo zaczynała jednak ufać Amy, a po tym, kiedy dziewczyna asystowała przy narodzinach Jutrzenki, więź pomiędzy nimi zacieśniła się jeszcze bardziej.

Lodowaty podmuch wiatru zwiał długie, jasnobrązowe włosy Amy prosto na twarz. Odgarnęła je i podążyła wzrokiem w ślad za źrebakiem. Każdy krok małej klaczy kipiał energią, aż trudno było uwierzyć, że jeszcze kilka dni wcześniej jej życie wisiało na włosku. Poród okazał się skomplikowany i przez moment istniało ryzyko, że ani klacz, ani jej źrebak, nie przeżyją. Jednak Amy, Lou i dziadek nie dawali za wygraną i w końcu Jutrzenka przyszła na świat.

Źrebię stanęło w miejscu z drżącymi nozdrzami i uniesionym wysoko łbem. Promienie słońca oświetliły sierść klaczki i przez moment każdy włos jej kasztanowatego umaszczenia płonął żywym kolorem. A potem gra świateł zniknęła. Jutrzenka odwróciła się szybko i popędziła przez trawę, po czym włożyła łeb pod brzuch matki i zaczęła pić mleko.

Amy przyglądała się, jak źrebię macha swoim puszystym ogonem, i uśmiechnęła się. Od dnia narodzin Jutrzenki czuła wielkie przywiązanie do klaczki. Zastanawiała się, czy to dlatego, że asystowała przy porodzie, czy kryło się za tym coś więcej. Znowu usłyszała głos mamy, który mówił „Raz na jakiś czas możesz spotkać na swojej drodze szczególnego konia – takiego, który zmieni całe twoje życie”. Kiedy patrzyła na Jutrzenkę, była pewna, że rozumie, co mama miała na myśli.

– Chodź tu, Jutrzenko – wyszeptała, kiedy mała skończyła jeść. Klaczka zrobiła krok do przodu i powąchała wyciągniętą dłoń Amy, patrząc na nią bystrym wzrokiem.

– Dobra dziewczynka – powiedziała Amy cicho i wyciągnęła rękę, żeby pogłaskać ją po szyi.

Ale Jutrzenka zarżała i odskoczyła do tyłu. Amy odsunęła się w ostatniej chwili i aż jęknęła, gdy pełna werwy mała klacz wierzgnęła w powietrzu tylnymi kopytami i odbiegła.

– Będzie z niej kawał łobuza – czyjś głos zatrzymał Amy.

Odwróciła się na pięcie. Przy bramie stał miejscowy weterynarz, Scott Trewin oraz jej siostra Lou.

– Scott! – zawołała. – Co ty tu robisz?

– No pięknie! – powiedział ironicznie. – Mnie również miło jest cię widzieć, Amy.

– Nie to miałam na myśli – zaśmiała się i podeszła do nich. – Myślałam, że będziesz w domu, bo w końcu jest... – te słowa nie chciały przejść jej przez gardło. – Święto Dziękczynienia i w ogóle.

– Scott przyjechał złożyć nam życzenia, prawda? – Lou odwróciła się do niego z uśmiechem.

Chwycił ją za rękę i odwzajemnił uśmiech.

– Nie mogłem przecież nie zobaczyć się dzisiaj z tobą.

Amy pomyślała przez chwilę, że zaraz się pocałują.

– No, już dosyć tego dobrego – powiedziała szybko. Scott i Lou od niedawna chodzili ze sobą i chociaż była z tego powodu bardzo zadowolona, to jednak istniały jakieś granice!

Scott i Lou oderwali się od siebie. Scott uśmiechał się, Lou natomiast wnikliwie przyglądała się frędzelkom swojego szala.

– A... a... jak tam Jutrzenka? – odezwała się w końcu Lou. Gdy była zawstydzona, w jej głosie słychać było wyraźnie brytyjski akcent.

– Szaleje – odparła Amy i pomyślała, nie po raz pierwszy zresztą, jak zupełnie inaczej mówiły obie z siostrą. Lou spędziła prawie całe swoje życie w Anglii, natomiast Amy w wieku trzech lat przeprowadziła się do Wirginii. – Jak zwykle.

Lou uśmiechnęła się.

– No dobrze, dziadek kazał ci przekazać, że wszystko będzie gotowe za pół godziny.

Amy poczuła ścisk żołądka na myśl o Święcie Dziękczynienia bez mamy.

– Ale muszę jeszcze zaprowadzić je do stajni i trzeba posprzątać w boksach – trajkotała. – A potem przygotować pasze. Nie ma mowy, żebym zdążyła w pół godziny. Wiesz, może ty i dziadek zjecie beze mnie...

– Amy! – przerwała jej Lou. W błękitnych oczach kryło się współczucie, ale i stanowczość. – Wiesz, że dziadek włożył wiele serca w przygotowanie kolacji. Musimy zjeść wszyscy razem. Pomożemy ci z końmi, prawda Scott?

– Jasne – kiwnął głową.

Amy czuła wielką suchość w gardle, ale wiedziała, że Lou ma rację.

– Dobrze – powiedziała, starając się, by jej głos brzmiał naturalnie. – Otwórzcie bramę, a ja poprowadzę Melodię. Jutrzenka pójdzie za nami.

Jednak, mimo że Amy wyprowadziła Melodię z wybiegu, Jutrzenka uparcie tkwiła na swoim miejscu – najwyraźniej zasmakowawszy po raz pierwszy wolności, nie zamierzała tak łatwo z niej rezygnować. Melodia zarżała z niepokojem, ale Jutrzenka nastawiła tylko uszu w kierunku, z którego dochodził dźwięk, nie ruszając się z wybiegu.

 

– No, chodź – zachęcił ją Scott, podchodząc bliżej.

Klaczka zarzuciła wdzięcznie łbem, opuściła uszy i pobiegła za Melodią, a kiedy ją dogoniła, trąciła gniewnie w bok, jakby strofując za to, że matka zostawiła ją samą.

– Hej! – zaprotestowała Amy. Jutrzenka machnęła łbem w kierunku dziewczyny, ale Amy zaśmiała się tylko i odepchnęła klaczkę.

– Musisz się nauczyć dobrych manier, mała – powiedziała. Źrebak spojrzał na nią niepokornie, a Amy przypomniało się to, co mówił wcześniej Scott. Będzie kawał łobuza z tej Jutrzenki, nie było co do tego najmniejszych wątpliwości.

Kiedy Melodia i Jutrzenka znalazły się już w swoim boksie, a wszystkie konie dostały świeżą słomę, Scott odjechał do swojej rodziny na świąteczną kolację. Amy obserwowała z paszami, jak Lou odprowadza Scotta do samochodu, całuje się z nim, a potem czeka, aż auto zniknie za zakrętem i wraca przez podwórze z rozmarzonym wyrazem twarzy.

– Co mam zrobić? – zapytała, wchodząc do pomieszczenia.

– Mogłabyś dolać tu trochę tranu z wątroby dorsza i wszystko dobrze wymieszać – Amy wskazała ręką na uszykowane wcześniej wiadra z paszą.

– Dobrze – Lou pokiwała głową z roztargnieniem, wyjrzała jeszcze raz przez drzwi, po czym odwróciła się do Amy i zmarszczyła czoło. – Co mówiłaś?

– Lou! – oburzyła się Amy. Siostra miała dwadzieścia trzy lata, była więc o osiem lat od niej starsza, ale w takich chwilach jak te, wydawało się, że jest odwrotnie. Amy podniosła zakurzoną puszkę z tranem i włożyła ją siostrze do rąk.

– Tran z wątroby dorsza – do wiader – wymieszać – powiedziała i zaśmiała się, popychając do działania swoją zwykle bardzo rozsądną siostrę.

– Scott zaprosił mnie na kolację z okazji świątecznego spotkania wszystkich weterynarzy z jego roku – powiedziała odmierzając krople tranu do przygotowanej paszy. – Za trzy tygodnie. Wymagane stroje wieczorowe, muszę coś sobie kupić. Pojechałabyś ze mną na zakupy w przyszłym tygodniu?

– Jasne – odpowiedziała mieszając pasze. Trudno było ją zmobilizować, by kupiła coś do ubrania dla siebie, ale chodzenie z Lou po sklepach i szukanie olśniewającej sukni mogło być całkiem zabawne.

– Tak sobie pomyślałam, że ty i Matt powinniście się bardziej zaprzyjaźnić – powiedziała Lou. – Wtedy moglibyśmy iść razem na randkę.

– To niemożliwe – odpowiedziała Amy, myśląc o młodszym bracie Scotta. Był jej przyjacielem i przez długi czas próbował namówić ją, by z nim chodziła.

– Dlaczego nie? Scott mówi, że Matt bardzo cię lubi.

– Tak, i ja go też lubię. Ale nie tak bardzo.

– A kogo tak lubisz?

Wzruszyła ramionami i zaczęła zbierać wiadra.

– Nikogo – odpowiedziała. Tak właśnie było. Nie było żadnego chłopaka w szkole, z którym chciałaby chodzić. I bardzo dobrze, pomyślała. Ma dosyć roboty – nadchodzi zima, a wtedy w obejściu jest mnóstwo pracy. Amy wstawała codziennie o szóstej i rzadko kiedy kładła się spać przed północą. Jedyni chłopcy, jakich widywała poza szkołą to Treg i Ben, którzy pracowali w Heartlandzie. Przez moment zamajaczył jej przed oczami obraz cichego, ciemnowłosego Trega i zarumieniła się na wspomnienie pewnego letniego dnia, kiedy to dotknął jej policzka, a nią wstrząsnął wtedy dreszcz.

– Amy? – powiedziała radośnie Lou, która najwyraźniej zauważyła rumieniec. – A więc jest ktoś, prawda? Kto to?

– Nie ma nikogo – odpowiedziała pospiesznie, starając się wyprzeć z pamięci wspomnienie Trega. Zachowuję się jak idiotka, przecież Treg jest jak brat i przyjaciel, a nie sympatia. – Naprawdę nie ma – powiedziała i chwyciła za wiadra. – Idę, poroznoszę jedzenie – dodała i szybko wyszła z paszami, zanim Lou przyszło do głowy zadać jej kolejne pytanie.

* * *

Obie siostry płukały wiadra pod kranem, kiedy z domu wyszedł Jack Bartlett.

– Skończone? – zawołał. W tej samej chwili zgiął się w pół i poważnie rozkaszlał.

– Dobrze się czujesz, dziadku? – zapytała Amy z niepokojem. Słyszała, jak kaszlał poprzedniej nocy.

– To tylko paskudne przeziębienie – powiedział, odchrząkując. – Pewnie zaziębiłem się tej nocy, kiedy rodziła się Jutrzenka. – No, dobrze – zmienił temat – może w końcu wejdziecie? Kolacja już gotowa.

– Już idziemy – odpowiedziała Lou.

Kiedy dziadek zawrócił do domu, Lou wyjęła łagodnie wiadro z rąk Amy.

– Chodź. Czas zjeść kolację.

Amy wzięła głęboki oddech i ruszyła w ślad za siostrą. Wszystko będzie dobrze, wmawiała sobie. Spojrzała na swoją siostrę: Lou była taka opanowana, zupełnie jakby było jej wszystko jedno, że to pierwsze Święto Dziękczynienia od czasu, kiedy zmarła mama. Ale Amy wiedziała, jak jest naprawdę: wiedziała, że w głębi duszy Lou przejmuje się wszystkim tak samo jak ona. Tylko inaczej radzi sobie z uczuciami, kierując całą swoją energię na bycie praktyczną i rozsądną osobą.

W przedsionku ściągnęła buty, a Lou otworzyła drzwi prowadzące do ciepłej, jasno oświetlonej i zagraconej kuchni. Dziadek wyciągał właśnie z piekarnika idealnie przyrumienionego indyka.

– Ale smakowity zapach – powiedziała Lou, podchodząc do zlewu, by umyć ręce. – Mogę w czymś pomóc?

Amy stanęła w drzwiach, czując jak wali jej serce. Wszystko wyglądało tak swojsko i znajomo – białe i czerwone świece na stole, ogromne ciasto dyniowe stygnące na kredensie, miseczki z sosem żurawinowym własnej roboty, słodkie ziemniaki i kasztanowy farsz. Omiotła wzrokiem cały stół i rozpłakała się. Na przeciwległym końcu stołu, tam gdzie zawsze siedziała mama, nie było żadnego nakrycia.

Lou i dziadek odwrócili się natychmiast na dźwięk jej szlochu.

Dziadek odłożył indyka i podbiegł do Amy.

Objął ją, a wtedy poczuła, że nie jest w stanie dłużej wstrzymywać smutku, z którym tak dobrze sobie radziła przez ostatnich kilka miesięcy. Przed oczami nadal stał jej ten dzień, w którym namówiła mamę, by zabrały przyczepę i pojechały do Clairdale Ridge, żeby uratować na wpół zagłodzonego ogiera, Spartana. Pamiętała dobrze burzę i walące się drzewo, a potem przebudzenie w szpitalu i Lou, która przekazała jej wiadomość, że mama nie żyje.

Nie miała pojęcia, jak długo płakała, ale w końcu zaczęła znowu dostrzegać kuchnię i czuć, jak drapie ją w twarz szorstki wełniany sweter dziadka.

– Przepraszam – wymamrotała, odsuwając się do tyłu i próbując odzyskać kontrolę nad emocjami.

– Nie ma za co, skarbie, to naturalne – powiedział dziadek. – Takie okazje są zawsze trudne, kiedy straciło się kogoś bliskiego.

Spojrzała w niebieskie oczy dziadka i znalazła w nich zrozumienie.

– Tak bardzo mi jej brak, dziadku. Tak bardzo... – szepnęła, a na samą myśl o mamie ścisnęło jej się serce. – Nie tylko dzisiaj, cały czas...

– Wszystkim nam jej brakuje – powiedział i pocałował ją w czubek głowy. – I zawsze będziemy za nią tęsknić. Ale mamy siebie i dzisiaj szczególnie powinniśmy za to dziękować. Mama na pewno by tego chciała. Wiesz, jak wierzyła w to, że należy patrzeć w przyszłość, zamiast rozpatrywać przeszłość.

– Dziadek ma rację – Lou pogłaskała ją po ramieniu.

Amy przełknęła ślinę i skinęła głową.

– Chodźcie – powiedział dziadek i jeszcze raz ją przytulił. – Siądźmy do stołu.

Atmosfera zrobiła się dość smutna, więc kiedy już usiedli i zaczęli podawać sobie półmiski, Lou postanowiła przerwać ciszę.

– Ciekawe, co teraz robi tata – powiedziała.

Amy spojrzała szybko na dziadka. Widać było, że twarz mu stężała.

– Pewnie nic szczególnego – powiedziała pospiesznie. – W Anglii nie obchodzą Święta Dziękczynienia, prawda?

– Nie – potwierdziła Lou. – Ale może o nas myśli.

– Na pewno, kochanie – powiedział dziadek i tylko zaciśnięte wargi zdradzały jego prawdziwe uczucia. Amy wiedziała, że dziadek nigdy nie wybaczył ich ojcu tego, że porzucił je i mamę tuż po wypadku, który zakończył jego międzynarodową karierę jeździecką dwanaście lat temu.

– Mam nadzieję, że dostał mój ostatni list – powiedziała Lou. – Poprosiłam, żeby zadzwonił do nas dzisiaj.

– Więc może tak zrobi – powiedział dziadek.

Amy widziała jednak ból w jego oczach, więc poderwała się szybko na nogi.

– Nie podziękowaliśmy jeszcze za konie – wyrzuciła z siebie, bo była to pierwsza rzecz, jaka przyszła jej na myśl, kiedy postanowiła zmienić temat. – Mama zawsze dziękowała – my też powinniśmy.

– Masz rację – powiedział dziadek, po czym wstał i sięgnął do górnej półki kredensu po gruby, przykurzony album ze zdjęciami.

– Chciałabyś? – zapytał, podając jej album.

Zawahała się przez chwilę. Tak naprawdę chciała tylko, by rozmowa zeszła z tematu taty.

– Eee – powiedziała powoli. Wzięła do ręki skórzany album i otworzyła go, czując jak w gardle narasta jej jakiś ciężar. Na każdej stronie widniały zdjęcia koni, które były leczone w Heartlandzie. Spojrzała na pierwszą stronę i przeczytała znajome pismo mamy: Lecząc konie, pomagamy samym sobie.

– Jeśli nie chcesz... – zaczął dziadek, patrząc na nią z zatroskaniem.

– Nie, nie – przerwała mu. – Chcę – powiedziała i nagle zrozumiała, że tak właśnie jest. – Mama zawsze powtarzała, jakim przywilejem jest możliwość pracy z końmi. Ja też tak uważam – powiedziała, myśląc o wszystkich tych koniach, którym pomogła w ciągu pięciu miesięcy od śmierci mamy: Kacperkowi, Spartanowi, Bajce, Melodii... lista była długa. – W każde Święto Dziękczynienia mama mówiła, że lecząc konie, pomagamy także sobie i jest w tym wiele prawdy. Konie, którym pomagałam, dały mi tyle dobrego, że chciałabym im teraz podziękować tak, jak zrobiłaby to mama.

– Za konie – powiedział dziadek, unosząc szklankę. – Za te z przeszłości, obecne i te, które dopiero do nas przyjdą.

– Za konie – powtórzyły cicho Amy i Lou, po czym odłożyły szklanki i chwyciły za sztućce. Amy spojrzała na siostrę. Lou przyglądała się albumowi, a w jej oczach pojawił się jakiś cień.

– Żałuję, że nigdy mnie tu nie było, kiedy mama wypowiadała te słowa – powiedziała ze smutkiem.

– Przecież pracowałaś – pocieszył ją dziadek.

– Tak – odparła powoli. – Pewnie tak.

Kiedy skończyli jeść kolację i uporali się z ciastem dyniowym, Amy i Lou sprzątnęły ze stołu naczynia, a potem wszyscy usiedli przed telewizorem. Po jakimś czasie Amy zerknęła na zegarek – dochodziła dziesiąta.

– Zajrzę może do koni – powiedziała, wstając.

Dziadek poderwał się ze swojego fotela, ale złapał go nagły atak kaszlu.

– Nie udało mi się zbudować prawdziwej przyjaźni z mamą – odwróciła się Lou. – Drugi raz nie powtórzę tego samego błędu.

– Co masz na myśli? – zapytała Amy, czując niepokój.

– Tatę. Nie mogę przestać o nim myśleć. Znajdę go, Amy, choćbym nie wiem, co musiała zrobić.

Rozdział 2

Tej nocy Amy leżała w łóżku, myśląc o tym, co powiedziała Lou. Kiedy ojciec odszedł, miała zaledwie trzy lata, więc praktycznie wcale go nie pamiętała. Znała go tylko ze zdjęcia, na którym jechał na swoim koniu, Pegazie. Po wypadku mama zabrała ją z Anglii i przeniosły się do dziadka do Wirginii, a Lou – przekonana, że tata któregoś dnia wróci – ubłagała mamę i została w swojej angielskiej szkole z internatem. Mama zgodziła się, ponieważ nie chciała, by Lou jeszcze bardziej cierpiała. Podczas swoich rzadkich wizyt w Heartlandzie Lou nie kryła przekonania, że mama i Amy popełniły błąd, opuszczając Anglię.

Wkrótce po śmierci mamy Amy i Lou odkryły list wysłany przez ojca pięć lat wcześniej, w którym błagał o wybaczenie. Marion nigdy nie odpisała na ten list, ale Lou postanowiła twardo, że odnajdzie ojca i napisała na podany w liście adres, prosząc o spotkanie.

Amy przycisnęła kolana do piersi i próbowała wyobrazić sobie spotkanie z ojcem. Trzy tygodnie temu mignął jej przelotnie na cmentarzu, przy grobie mamy, ale wtedy nie zdawała sobie jeszcze sprawy, kim jest. Dopiero później dziadek przyznał się, że Tim – czyli ojciec – odwiedził Heartland tego dnia, a on kazał mu odejść i więcej nie wracać. Początkowo Amy miała wrażenie, że Lou nigdy nie wybaczy dziadkowi, ale w końcu – w noc, w którą na świat przyszła Jutrzenka – dziadek i Lou się pogodzili.

Amy westchnęła. Jak to będzie, jeśli tata naprawdę wróci do ich życia? Po śmierci mamy wszystko wywróciło się do góry nogami – Lou rzuciła swoją super pracę na Manhattanie, a Treg i Amy musieli nauczyć się leczyć konie samodzielnie. Był to czas wielkich zmian i rewolucji, ale ostatnio życie zaczynało się stabilizować. Jeśli tata się z nimi skontaktuje, z pewnością będzie trzeba poradzić sobie z kolejnymi zmianami.

 

Zamknęła oczy. Miała wrażenie, jakby na horyzoncie czaiła się niebezpiecznie wielka chmura burzowa. Zadrżała i postanowiła więcej o tym nie myśleć.

Amy obudziła się wcześnie rano. Kiedy zabierała swojego kuca, Figara, na poranną przejażdżkę, powietrze było nieruchome i lodowate.

Wróciła po czterdziestu minutach, by usłyszeć dobrze znany warkot podjeżdżającego pod dom samochodu Trega. Odstawiła Figara do stajni i podeszła do Trega, by się przywitać.

– Cześć! – zawołała. – Jak minęło Święto Dziękczynienia?

– Całkiem dobrze – odkrzyknął, zatrzasnął drzwi auta i odsunął ciemne włosy opadające mu na oczy. Treg był szczupłym, ale umięśnionym chłopakiem, niewiele wyższym od Amy.

– A u ciebie? Pewnie nie było łatwo?

Wzruszyła ramionami. Treg pracował w Heartlandzie od dwóch i pół roku i znał ją tak dobrze, że udawanie czegokolwiek było bezcelowe.

– Nie było – przyznała. – Ale jakoś przetrwałam. Wypuściłam wczoraj po południu Melodię i Jutrzenkę – powiedziała, zmieniając temat. Nie chciała rozmawiać o Święcie Dziękczynienia.

Na szczęście Treg nie skomentował nagłej zmiany tematu.

– I jak? – zapytał.

Przeszli w kierunku siodlarni, a Amy po drodze opowiedziała mu o wszystkim w szczegółach.

– Jutrzenka to bardzo niepokorny źrebak. Im szybciej nauczymy ją chodzić na lonży, tym lepiej. Jakoś nie bardzo czuje potrzebę przebywania blisko swojej matki.

– Zaczniemy nawet dzisiaj – powiedział Treg.

– Ale rano. Po południu umówiłam się z Mattem na zakupy.

– Ooo – uniósł brwi. – Idziecie na randkę, co?

– Absolutnie nie! Dla twojej informacji: idzie z nami też Soraya. Będziemy kupować prezenty na Gwiazdkę – powiedziała i pokręciła głową z dezaprobatą. – O co wam wszystkim chodzi? Matt to tylko kolega i nic więcej!

* * *

Kiedy wszystkie konie zostały nakarmione a ich boksy sprzątnięte, Amy i Treg podeszli do Melodii i Jutrzenki. Mieli zamiar nauczyć źrebaka, by drogę na pastwisko pokonywał na lonży, a nie biegał swobodnie, jak to było poprzedniego dnia.

Amy wiedziała, jak ważne jest nauczenie Jutrzenki chodzenia na lonży. Mama zawsze powtarzała, że zaakceptowanie uzdy i lonży to najważniejsza lekcja dla każdego źrebaka. Była przy tym zdecydowaną przeciwniczką wszelkiej przemocy, wychodząc z założenia, że koń powinien nauczyć się ustępować człowiekowi z własnej woli. Użycie siły niszczy zaufanie, powtarzała mama. A bez zaufania nie ma mowy o prawdziwym partnerstwie.

Amy przypomniała sobie te słowa w drodze do boksu Jutrzenki i Melodii. Zajmowała się klaczką regularnie, żeby zdobyć jej zaufanie. Początkowo Jutrzenka stawiała opór, ale Amy nie dała za wygraną i teraz źrebak stał już spokojnie, podczas gdy Amy masowała jego łeb, nogi i grzbiet. Trzeba przyznać, że nie robił tego z radością, ale nie protestował, a to już było coś.

Zaplanowali z Tregiem, że on zabierze Melodię na wybieg, a Amy pójdzie za nimi z Jutrzenką, prowadząc ją za uzdę i lonżę. Lonża miała służyć wyłącznie do tego, by poprowadzić źrebaka we właściwym kierunku, a nie po to, by go ciągnąć, czy do czegokolwiek zmuszać. Gdyby Jutrzenka stanęła w miejsca, Amy miała zamiar położyć jej rękę na zadzie i delikatnie przycisnąć, zachęcając konia do zrobienia kroku w przód. Tak właśnie robiła mama, więc Amy była pewna, że sposób okaże się skuteczny.

Melodia zarżała na powitanie, kiedy Treg otworzył drzwi do boksu.

– Cześć – przywitała ją Amy. Jutrzenka stała z tyłu, za matką. Amy cmoknęła, ale źrebak spojrzał na nią buntowniczo i nie ruszył się z miejsca.

– Lepiej będzie, jeśli zahaczymy lonżę o uzdę, a nie o metalowy zaczep – zasugerował Treg i zaczął zakładać uzdę Melodii. – Jeżeli nawet się wyrwie, to koniec liny wysunie się z uzdy. Nie możemy ryzykować, że będzie biegała po podwórzu z uwiązaną do uzdy liną.

Amy pokiwała głową na znak zgody. To było rozsądne posunięcie. Podeszła do Jutrzenki, a klaczka odwróciła się tyłem i podniosła ostrzegawczo tylne kopyto.

– Chodź tutaj – powiedziała dziewczyna, odchodząc ostrożnie od zadu klaczki w kierunku jej łba. Zanim Jutrzenka zorientowała się, co się dzieje, Amy wsunęła jej przez nos uzdę i przeciągnęła z tyłu linę.

Źrebak zarzucił łbem, ale Amy trzymała go mocno.

– Nie wygłupiaj się – powiedziała. – Przyzwyczaisz się.

Treg wyprowadził Melodię na zewnątrz. Początkowo wszystko szło tak, jak powinno. Jutrzenka zorientowała się, że wychodzą na wybieg, więc z radością pospieszyła za matką. Amy trzymała luźno lonżę i szła tuż obok. Jednak gdzieś w połowie podwórza, źrebak zatrzymał się gwałtownie.

– Chodź – zachęciła ją Amy, dotykając dłonią jej zadu i lekko przyciskając. Kiedy mama coś takiego robiła, każdy źrebak ruszał z miejsca. Ale nie Jutrzenka. Klaczka podniosła wysoko łeb i zaparła się kopytami, więc Amy przycisnęła mocniej.

– Chodź – powiedziała stanowczo.

Z prędkością, która całkowicie zaskoczyła Amy, Jutrzenka rzuciła się do tyłu. Zanim Amy wypuściła lonżę z ręki, źrebak skoczył już tak daleko, że lina napięła się maksymalnie. Zarżał z wściekłością i stanął dęba, rzucając przy tym łbem, by się uwolnić. Przednimi kopytami gwałtownie wierzgał w powietrzu.

– Puść linę! – krzyknął Treg na widok tego, co się dzieje. – Puść, bo się przewróci!

Amy zdążyła już dostrzec niebezpieczeństwo grożące źrebakowi i instynktownie poluzowała lonżę. Lina wyślizgnęła się z uzdy i Jutrzenka była wolna. Kiedy jej przednie kopyta stanęły na ziemi, klaczka rzuciła się w bok i zatrzymała, drżąc i parskając.

– Spokojnie, spokojnie – Treg próbował uspokoić Melodię, która rwała się do swojej córki. – Co się stało? – zapytał, kiedy udało mu się opanować klacz.

– Położyłam dłoń na jej zadzie i wpadła w szał – wyjaśniła Amy patrząc na źrebaka. Serce jej waliło na myśl, jak blisko było nieszczęścia. Zrobiła krok w kierunku Jutrzenki, chcąc spróbować ją złapać, ale klaczka odskoczyła do tyłu.

– Zostaw ją – powiedział Treg. – Musi ochłonąć. Wyprowadźmy je po prostu na wybieg.

– Ale wtedy Jutrzenka się nauczy, że o ile uda jej się uwolnić z lonży, będzie mogła robić to, co zechce – zaprotestowała Amy.

– Wiem, ale zobacz, jaka jest zdenerwowana – odparł. – Jeśli będziemy ją teraz zmuszać do czegokolwiek, będzie stawiać jeszcze większy opór.

Amy zawahała się. Stała przed prawdziwym dylematem. Jeżeli ustąpią źrebakowi, mogą mieć później problemy z naprawieniem tego błędu, ale Treg miał przecież rację – zmuszaniem niczego nie wskórają. Skinęła głową na znak niechętnej zgody i poszła otworzyć bramę prowadzącą na wybieg.

Treg wprowadził Melodię i puścił ją wolno. Nie spuszczając wzroku z Amy, Jutrzenka wystrzeliła do przodu i pognała przez bramę do swojej mamy. Zatrzymała się tuż przy klaczy, nachyliła łeb pod jej brzuch i zaczęła pić mleko. Nie wyglądała na przejętą tym, co się zdarzyło, co więcej – machała dość radośnie ogonem.

Amy czuła się fatalnie. Pierwsza poważna lekcja w prowadzeniu na lonży i wszystko zakończyło się porażką.

– Co ja robiłam źle? – zapytała. – Nigdy nie widziałam, żeby źrebak zachowywał się w taki sposób przy mamie. Przestraszyłam ją, czy co?

– Przestraszyłaś? – powtórzył zdziwiony Treg. – No coś ty. Przecież widziałaś ją – nie była przestraszona liną, tylko chciała się uwolnić.

– Ale dlaczego?

– Bo to bardzo niezależna klaczka, widać po oczach. Konie to raczej pokorne zwierzęta, na wolności słuchają przywódcy stada. U nas uczą się w podobny sposób słuchać ludzi. I zwykle nie ma z tym żadnych problemów. Ale czasem pojawia się koń, który nie chce się podporządkować. Na wolności zapewne to on byłby przywódcą stada, a tu walczy przeciwko wszelkim próbom poskromienia jego swobody. O takich koniach często mówi się, że są narowiste – powiedział patrząc na Jutrzenkę.

– Mama mówiła, że nie ma czegoś takiego! – zaprotestowała Amy. – Konie nie rodzą się de, złe mogą stać się wyłącznie przez ludzi.

– Wiem. I zgadzam się, że w większości przypadków tak właśnie jest. Ale to nie zmienia faktu, że pojedyncze konie rodzą się z przywódczym charakterem i nie ulegają niczyim rozkazom. Jutrzenka też do nich należy, a to oznacza, że nauka będzie bardzo trudna.

– Nauczy się. Jest jeszcze malutka.

Treg milczał przez chwilę.

– Taak – powiedział w końcu. – Masz rację. Jest młoda, a jeśli będziemy cierpliwi, nauczymy ją wszystkiego – dodał i zamknął bramę. – Ale moim zdaniem, dzisiaj powinniśmy odpuścić i nie próbować już prowadzić jej na linie. Trzeba nad nią popracować.

Amy skinęła głową. Treg miał rację. Dopóki Jutrzenka nie zaakceptuje nacisku dłonią jako wskazówki, że ma iść do przodu, prowadzenie jej na lonży jest zbyt niebezpieczne. Spojrzała na niepokornego źrebaka – wyglądało na to, że uczenie Jutrzenki będzie o wiele trudniejsze, niż sobie wyobrażała.

Lou wysadziła Amy w mieście tuż po czternastej. Wszystkie drzewa i witryny sklepowe obwieszone były lampkami, a ze wszystkich głośników dobiegały dźwięki kolęd. Amy przedzierała się przez tłum, myśląc, że chyba wszyscy w mieście wybrali się właśnie na zakupy. W końcu zauważyła Matta i Sorayę pod lodziarnią.

– Cześć – wydyszała, podbiegając. – Przepraszam za spóźnienie, ale byłam zajęta szykowaniem paszy i wyprowadzaniem...

– Oczywiście – uśmiechnął się Matt. – Nikt nie podejrzewał, że nagle zmienisz swoje nawyki.

– Przecież nie zawsze się spóźniam.

– Skądże. Tylko w dziewięćdziesięciu dziewięciu przecinek dziewięciu przypadkach na sto – zakpiła Soraya. – No dobra, to co musisz kupić?

– Wszystko – powiedziała Amy i ruszyli w kierunku sklepów. – Wszystkie prezenty gwiazdkowe; no i niedługo Treg ma urodziny. Muszę znaleźć coś dla niego.

– Poczekajcie, może tu będzie pasek dla Scotta – Matt wskoczył do sklepu z wyrobami skórzanymi, który właśnie mijali.