Z każdym nowym dniemTekst

Z serii: Heartland #9
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginału

Every New Day

Projekt serii

ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Ilustracje na okładce

© Working Partners LTD

© zuzule / fotolia.com

Koordynacja projektu

SYLWIA MAZURKIEWICZ-PETEK

Redakcja

URSZULA HAMKAŁO

Korekta

JANINA GERARD-GIERUT

Redakcja techniczna

ADAM KOLENDA

Copyright © Working Partners Ltd, 2002

Heartland is a trademark of Working Partners Ltd.

Polish edition © Publicat S.A. MMIX, MMXIX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

ISBN 978-83-271-5996-0


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Zapowiedź części 10. „Obietnica”

Specjalne podziękowania dla Gill Harvey

Dedykuję Kevinowi Yatesowi,

przyjacielowi nie tylko mojemu, ale i Heartlandu

Rozdział 1

Koń rzucił się do przodu. Amy patrzyła z zapartym tchem, jak uderza kopytami o ziemię, a z tyłu powiewa mu długi, biały ogon. Jeździec siedział na grzbiecie niedbale, zupełnie jakby stanowił przedłużenie końskiej szyi. Koń przeszedł z kłusu w galop, a po kilku susach zwolnił kroku, najpierw z powrotem do kłusu, potem do stępa.

Zwierzę uniosło dumnie łeb. Widok był naprawdę zachwycający – z człowiekiem na grzbiecie nie łączyły go żadne lejce, żadne siodło, a jednak gołym okiem widać było głęboką więź łączącą tych dwoje.

Amy poczuła wzruszenie. Wiedziała wiele o tym szczególnym porozumieniu, które zdarza się czasem pomiędzy człowiekiem i koniem, ale nigdy nie spotkała się z czymś tak głębokim. Ten koń reagował na każde, minimalne nawet poruszenie się Indianina na swoim grzbiecie. Kiedy jeździec z wierzchowcem podjechali do ogrodzenia, przy którym stała Amy, dziewczyna uśmiechnęła się. Twarz mężczyzny nawet nie drgnęła, ale Amy dostrzegła w jego oczach jakieś ciepłe iskierki.

– Dzień dobry – przywitała się. – Pan Huten? Jestem Amy Fleming.

Mężczyzna zsunął się z konia, rzucił jej krótkie spojrzenie, które musiało wystarczyć za odpowiedź twierdzącą i zabrał się za otwieranie bramy.

– Pana syn, Bill, przysłał mnie tu z domu – wyjaśniła. – Jestem akurat w okolicy z siostrą. Pan znał moją mamę, Marion Fleming z Heartlandu w Virginii. Chciałyśmy oddać książkę, którą pan jej kiedyś pożyczył.

– Marion Fleming – wyszeptał mężczyzna, który najwidoczniej przypomniał sobie, o kim mowa. – Kobieta o magicznym dotyku – dodał, po czym nagle jego oczy zwęziły się, bo zdał sobie sprawę z tego, co powiedziała Amy. – Ale dlaczego w czasie przeszłym?

– Mama – zaczęła Amy cicho – mama zmarła w zeszłym roku – powiedziała. Pogodziła się już ze śmiercią mamy, ale za każdym razem, gdy komuś o niej mówiła, ogarniało ją uczucie żalu.

Na twarzy Hutena pojawił się widoczny smutek. Odwrócił się do Amy i spojrzał na nią uważniej.

– Byłaś tu już kiedyś – powiedział. – Nigdy nie zapominam twarzy.

– Tak – potwierdziła zdumiona tym, że ją pamięta. – Przyjechałam tu z mamą, ale miałam wtedy zaledwie sześć lat.

Nie pamiętała szczegółów swojej pierwszej wizyty w Ocanumba, wysoko w Appalachach. Od tamtego czasu minęło już dziewięć lat. W zakamarkach jej pamięci pozostało jednak związane z tym miejscem uczucie ciepła i radości, poczucie przynależności do wielkiej, szczęśliwej rodziny.

Huten wyszedł z wybiegu, tuż za nim szedł koń – nadal bez uździenicy i bez lonży. Weszli na zacienioną ścieżkę na zboczu góry.

– Niesamowicie było pana oglądać – powiedziała Amy. – Fantastycznie pracuje pan z końmi.

Mężczyzna uśmiechnął się powoli.

– To Albatros jest niesamowity – powiedział i pogłaskał go po szyi. – Mówią że był bardzo krnąbrny, ale to nie jest prawda. On po prostu wie, kim jest. Ludzi najczęściej nie darzy szacunkiem.

– Mama zawsze powtarzała, że nie istnieją złe konie.

– Miała rację. Koni nie trzeba zwykle do niczego przymuszać. Jeśli nie chcą czegoś zrobić, widać mają ku temu wyraźny powód.

Amy pokiwała głową. Tak brzmiała kolejna zasada, którą wpoiła jej mama. Ale i tak Amy nie widywała raczej takich koni jak Albatros, doskonale dających się prowadzić bez uprzęży i siodła. Albatros prychnął i potrząsnął łbem, by odgonić natrętne muchy. Amy pomogła mu je odpędzić, a potem podrapała go w szyję. To z pewnością szczególny koń, ale miała wrażenie, że ufność wobec Hutena wiązała się ściśle z tym, w jaki sposób ten starszy mężczyzna ją zdobywał.

Na ścieżce czekała na nich Lou, jej blond włosy lśniły w promieniach słońca.

– To moja siostra – powiedziała Amy. – Wybrała się na spacer po lesie, kiedy ja pana szukałam.

– Nie przyjechała tu wtedy z tobą i twoją mamą – zauważył Huten.

Amy znowu była pod wrażeniem jego doskonałej pamięci.

– Nie. Lou wychowała się w Anglii. W Stanach mieszka dopiero od czasu skończenia studiów.

Doszli do Lou i Amy uśmiechnęła się.

– Lou, to pan Huten Whitepath – powiedziała.

– Bardzo mi miło pana poznać – powiedziała Lou, wyciągając rękę na powitanie.

Mężczyzna skinął głową i uścisnął jej dłoń z delikatnym uśmiechem.

– Przejdźcie do domu – powiedział. – Ja tylko zaprowadzę Albatrosa do stajni.

– Lou, to było niesamowite – powiedziała Amy przyciszonym głosem. – Szkoda, że nie widziałaś. Między Hutenem i Albatrosem istnieje niewiarygodna więź, zupełnie jakby czytali w swoich myślach. Nie dziwię się wcale, że mamie się tu podobało.

– A ja zaliczyłam fantastyczny spacer po lesie – uśmiechnęła się Lou. – To miejsce jest niesamowite.

Amy potwierdziła skinieniem głowy i wzięła głęboki wdech, napełniając płuca rześkim, wiosennym powietrzem. Wokół Ocanumba rozpościerały się kilkukilometrowe połacie lasów. Z drewnianego domku wyszła im na powitanie Indianka; miała najwyżej czterdzieści pięć lat.

– Witajcie – powiedziała. – Mam na imię Barbara i jestem żoną Billa. Wspominał mi, że przyjechałyście zobaczyć się z Hutenem. Wchodźcie do środka, zapraszam.

Domek – przestronny, ale przytulny – miał ściany udekorowane przepięknymi tkaninami. Barbara zaprowadziła dziewczyny do kuchni z kominkiem i ogromnym stołem.

– Zwykle tu właśnie przesiadujemy – wyjaśniła gospodyni. – To najcieplejsze pomieszczenie w całym domu, a zimy, jak się zapewne domyślacie, są tu naprawdę ostre – to mówiąc, zajrzała do sąsiedniego pokoju i zawołała – Carey, chodź się przywitać!

Do kuchni weszła dziewczyna, może kilka lat starsza od Amy. Jej podobieństwo do Hutena było uderzające: niska, o szczupłej, ale krzepkiej budowie ciała, miała dokładnie takie same wyraźne, czarne brwi. I poruszała się z identycznym wdziękiem, a w jej sposobie patrzenia na ludzi widać było taką samą ostrożność i powściągliwość.

– Cześć, jestem Amy Fleming.

– A ja Lou.

– Cześć – przywitała się szorstko Carey. Amy spojrzała na nią z zainteresowaniem. Mimo uderzającego podobieństwa do reszty rodziny, Carey nie czuła się chyba swobodnie, wyglądała, jakby nie interesowały ją pogaduszki z gośćmi.

 

– Siadajcie. Bill i Huten powinni się zjawić lada moment – powiedziała Barbara. – Rano upiekłam placek orzechowy, musicie go koniecznie spróbować.

Ledwie skończyła mówić, do kuchni weszli Bill i Huten. Po chwili na stole stał już dzbanek z parującą kawą.

– Będziecie tu parę dni? – zapytał Bill. Barbara zaczęła nakładać wszystkim ciasto. Bill, w przeciwieństwie do swojego ojca i córki, był gadatliwy i jowialny. Zupełnie jak jego żona, pomyślała Amy.

– Niestety nie – powiedziała z żalem Lou. – Tylko przez weekend. Przyjechałyśmy w piątek wieczorem, jutro rano będziemy wracać. Nie możemy zostawić Heartlandu na więcej niż dwa dni.

– Co to jest Heartland? – zaciekawiła się Carey.

– To farma, na której mieszkamy – wyjaśniła Amy.

– Należy do naszego dziadka, Jacka Bartletta, a mama przekształciła ją w schronisko dla potrzebujących koni – doświadczonych przez los, cierpiących.

Huten spojrzał na Amy zamyślonym wzrokiem.

– Kto się nim zajmuje teraz, kiedy nie ma już Marion? – zapytał. Na te słowa Carey, Bill i Barbara spojrzeli zaskoczeni na Amy.

– Amy – odpowiedziała Lou za siostrę. – Pomaga jej nasz pracownik, Treg. Razem kontynuują to, co robiła mama.

– Stosujemy różne sposoby, w zależności od problemu – dodała Amy. – Ale najważniejsza nasza zasada to zawsze wsłuchiwać się w konia – tak jak wy to robicie tutaj.

Huten pokiwał powoli głową i zatopił się w myślach.

– Jak duże jest to schronisko? – zapytał Bill.

– Mamy osiemnaście boksów, ale przeciętnie jest u nas szesnaście, siedemnaście koni. Gdy tylko któreś wyleczymy, znajdujemy im nowy dom i przyjmujemy następne. Tak to mniej więcej działa.

– Nie chodzisz do szkoły? – zapytała zdziwiona Carey.

– Oczywiście, że chodzę – uśmiechnęła się Amy. – Wstaję o szóstej rano, pracuję w obejściu, a po szkole zajmuję się końmi.

– Musisz być pasjonatką – powiedziała Carey, podnosząc brwi.

Amy zaskoczył ton głosu dziewczyny.

– Uwielbiam to – powiedziała żarliwie. Nie do końca rozumiała Carey: jak można myśleć w ten sposób, mając takiego dziadka jak Huten?

Huten wyrwał się nagle z zamyślenia i pochylił do przodu na krześle, po czym spojrzał na Amy badawczo swoimi ciemnymi oczami.

– Pamiętasz swoją poprzednią wizytę tutaj? – zapytał.

– Niezbyt – przyznała. – Nie byłyśmy tu chyba długo. Ale pamiętam, że mama wydawała się taka szczęśliwa.

Amy i Lou wymieniły spojrzenia. Dziewięć lat wcześniej mama jeszcze się przecież nie uporała z faktem, że jej mąż, Tim Fleming, zostawił ją z córkami. Ich ojciec był skoczkiem międzynarodowej sławy. Gdy w poważnym wypadku został ciężko ranny, uznał, że – straciwszy zdrowie i karierę – nie może spojrzeć swojej żonie w oczy.

– Tak – potwierdził Huten. – Była szczęśliwa, ponieważ właśnie odkrywała prawdziwą siebie – swoje zdolności uzdrawiania.

Amy słuchała uważnie. Dziwnie było spotkać obcego człowieka, który rozumiał, przez co mama przechodziła.

– A w tym swoim na nowo odnalezionym szczęściu – ciągnął Huten – złożyła obietnicę, której nigdy nie dotrzymała.

– Jaką obietnicę? – zapytała Amy nerwowo. Była zła, kiedy ktoś krytykował jej mamę.

– Powiedziała, że tu wróci i przyprowadzi konia, z którym będziemy wspólnie pracowali – odparł i zamilkł na chwilę. – Powiedziała, że będzie wiedzieć, kiedy nadejdzie właściwy czas i wtedy mnie odnajdzie.

Amy rzuciła kolejne spojrzenie w stronę Lou. W ciągu ostatnich miesięcy odkryły sporo rzeczy o mamie, o których wcześniej nie miały pojęcia.

– Ale nigdy tu nie wróciła – kontynuował Huten. – Nigdy nie nadszedł ten właściwy czas, a teraz – teraz jej czas się skończył.

Amy wzięła głęboki oddech.

– W Heartlandzie zawsze było dużo do zrobienia. Pewnie... – zaczęła, ale nie skończyła.

– Wiem. Rozumiem – uśmiechnął się Huten. – Właściwy czas lubi się chować przed człowiekiem. Zwykle siedzi gdzieś poza zasięgiem naszego wzroku.

Przy stole zapanowała cisza. Amy rozmyślała nad słowami Hutena i starała się unikać spojrzenia Lou. Wiedziała, że siostra czuje się tu nieswojo, sama zresztą też czuła się dość dziwnie. Odnosiła wrażenie, że Huten wie o ich mamie więcej niż one. Nie miała pojęcia, co odpowiedzieć.

Rodzinie Whitepathów nie przeszkadzało jednak milczenie. Bill poprosił o dodatkową porcję placka.

– Mamy ze sobą pana książkę – powiedziała w końcu Amy.

– Wiem którą – powiedział Huten kiwając głową. – Usłyszeć milczenie.

– Tak – potwierdziła Amy i zawahała się na moment. – Napisał pan dedykację. „Kiedy w tej książce nie znajdą się już żadne odpowiedzi, znak, że nadszedł właściwy czas”. Chyba wiem, co miał pan na myśli.

Sięgnęła do plecaka i wyjęła niewielką książkę w twardej oprawie. Okładka była niebieska, wypłowiała na krawędziach.

– Proszę – powiedziała i podała ją Hutenowi.

– Dziękuję – odpowiedział cicho.

Zawahała się.

– Przykro mi, że właściwy czas nigdy nie nadszedł – powiedziała.

Kiedy Lou i Amy wychodziły z drewnianego domku, drzewa rzucały już długi, popołudniowy cień.

– Oprowadzę was po obejściu – zaoferował się Bill. – O ile macie czas, oczywiście.

– Byłoby wspaniale – ucieszyła się Amy i ruszyła wraz z siostrą w ślad za Billem.

– W okolicy jest sporo stadnin – mówił. – Mnóstwo ludzi przyjeżdża tu na wakacje z myślą o przejażdżkach konnych po wzgórzach. Ale my, w Ten Beeches, raczej nie organizujemy jazdy konnej. Razem z Hutenem zajmujemy się głównie problematycznymi końmi.

– To tak jak my w Heartlandzie – powiedziała Amy.

– Pewnie dlatego mama cię tu zabrała – powiedział Bill i uśmiechnął się. Oprowadził je jeszcze po stajniach, gdzie konie akurat jadły siano.

– Wiecie, co prawda mamy tu zajmować się końmi, ale w sumie w takim samym stopniu pomagamy ludziom. Ciągnie ich do nas, pewnie dlatego, że Indianie sporo wiedzą o bólu wiążącym się ze stratą. A my pielęgnujemy nasze tradycje i utrzymujemy nasz język.

– Nadal mówicie językiem przodków? – zapytała Lou.

– Oczywiście – odparł. – W domu, kiedy jesteśmy sami. Nasza kultura jest dla nas bardzo ważna.

Spacerując po stajni Amy rozmyślała o słowach Billa – tak wiele z tego, co powiedział, odnosiło się także do Heartlandu. W końcu zatrzymała się przy boksie wychudzonego szorstkowłosego kuca, który wyglądał na trudnego konia. Pewnie ma w sobie krew mustanga, pomyślała. Wyciągnęła rękę, ale koń odskoczył gwałtownie w głąb boksu, spoglądając na nią nerwowo.

– Chyba nie może się odnaleźć – powiedziała cicho, całym sercem współczując przerażonemu zwierzęciu.

– To Maverick – odparł Bill. – Dużo przeszedł w życiu. Gdy zjawił się u nas, był prawie zagłodzony na śmierć. Doprowadzenie go do jako takiego stanu będzie długotrwałym procesem. A do tego jest na wpół dziki, więc oswojenie go też trochę potrwa.

Amy miała wielką ochotę wejść do boksu, ten kuc miał w sobie coś, co ją przyciągało. Jednak Lou zaczynała się już denerwować.

– Amy, musimy już wracać do motelu – powiedziała. – Robi się późno.

– No dobrze – zgodziła się niechętnie. – Powinnyśmy wrócić i pożegnać się ze wszystkimi.

Kiedy szły w stronę domu, na niebie, ponad ciemnym masywem gór, pojawiły się pierwsze gwiazdy. Amy westchnęła. To jest naprawdę idealne miejsce.

– Szkoda, że nie możemy tu zostać dłużej – powiedziała szeptem.

– Nie tęsknisz za Heartlandem? – uśmiechnęła się Lou. – Ani za nikim w Heartlandzie? – dodała.

W odpowiedzi Amy uśmiechnęła się lekko – wiedziała, że Lou ma na myśli Trega. Ostatnio zaczęli z sobą chodzić, ale dla Amy nadal było to nowe i dziwne doświadczenie.

– No... trochę – przyznała.

– Właściwy czas lubi się chować przed człowiekiem – powiedziała do siebie Amy, kiedy następnego ranka siedziały w samochodzie w drodze do domu. – Jak myślisz, co Huten chciał przez to powiedzieć? Jak sądzisz, dlaczego mama nigdy tam nie wróciła?

Lou zawahała się przez moment.

– Nie jestem pewna, czy mama w ogóle chciała tam wracać – powiedziała.

– Jak to nie? – zapytała Amy.

– No wiesz, w Heartlandzie zawsze było mnóstwo pracy, a przewożenie konia taki kawał drogi to szalony pomysł. Mama pewnie rzuciła tylko luźno, że kiedyś jeszcze przyjedzie. A Huten uznał, że zawiodła siebie, a może i nawet jego samego.

Amy zmarszczyła brwi. Nie odbierała tego w taki sposób, wiedziała, że mama zrobiłaby wszystko dla konia, jeśli uważałaby, że to mu pomoże. Z pewnością wyjazd w Appalachy nie byłby dla niej przeszkodą.

Amy i Lou miały czasem zupełnie inne spojrzenie na pewne kwestie, zwłaszcza że obu trudno było się przystosować do zmian, jakie nastąpiły po śmierci mamy. Lou rzuciła pracę w banku na Manhattanie i przeprowadziła się z powrotem do Heartlandu, żeby zająć się prowadzeniem rachunków. Z czasem odnalazła ojca, trzy tygodnie temu przyjechał w interesach do Stanów, miały wtedy okazję go spotkać.

Wizyta nie była łatwa, to dlatego dziadek, Jack Bartlett, zaproponował, żeby wyjechały gdzieś obie na weekend. Początkowo pomysł wydawał się dość dziwny, ale potem Amy trafiła przypadkiem na książkę Usłyszeć milczenie w dawnym pokoju mamy i postanowiła, że pojadą do Ocanumba, żeby ją oddać.

Westchnęła, przypominając sobie, co powiedziała Lou.

– Nie sądzę, żeby Huten miał na myśli to, że mama kogoś zawiodła. Wydaje mi się, że była między nimi szczególna więź i jest mu po prostu przykro, że już nigdy mamy nie zobaczy. Chyba chciał powiedzieć, że czasem trudno człowiekowi uznać, że nadszedł właściwy czas; a potem jest już za późno.

– No, nie wiem – Lou wzruszyła ramionami. – Tak czy owak, w większości wypadków chodzi o to, czy dana rzecz jest możliwa. No wiesz, czy jest rozsądna.

– Rozsądna? – zakpiła Amy. – Cała ty!

Lou zaczerwieniła się nieco, ale uśmiechnęła się do siostry.

– Ktoś tu musi być rozsądny – odparła. Amy uśmiechnęła się tylko i wyjrzała przez okno.

Może Lou ma rację? Może nie warto się zastanawiać nad tym, czy mama przegapiła ten właściwy czas na ponowną wizytę u Hutena. W końcu wydarzenia albo mają miejsce, albo nie. Z drugiej strony jednak, w poglądach Hutena było coś szczególnego – coś, co najwidoczniej wywarło kiedyś wielki wpływ na mamę. Może gdyby Lou widziała, jak on jeździ na Albatrosie, też odniosłaby podobne wrażenie?

– Wstąpimy chyba do Safewaya po drodze, dobrze? – powiedziała Lou. – To nam oszczędzi późniejszej wyprawy. Bardzo ci się spieszy do domu?

– Nie, możemy się zatrzymać.

Dojeżdżały właśnie do miasta, w pobliżu którego leżał Heartland. Lou zjechała z autostrady na parking przed sklepem.

– Lou! – zawołała Amy, kiedy siostra zatrzymała samochód. – Tam jest Treg!

Rzeczywiście, widać było wysoką postać chłopaka zmierzającego ku wejściu do supermarketu.

– Dogonię go – powiedziała Amy. – Mam do ciebie wrócić, czy mogę pojechać z nim?

– Możesz jechać – uśmiechnęła się Lou. – Do zobaczenia w Heartlandzie.

Amy wyskoczyła z samochodu i pobiegła przez jezdnię. Treg wszedł już do środka i zniknął wśród kupujących. Próbowała wyłowić go wzrokiem w tłumie.

– Treg! – zawołała, dostrzegając chłopaka.

Odwrócił się zdziwiony.

– Amy! – ucieszył się. – Jak dobrze cię znowu widzieć – brakowało mi cię! Co ty tu robisz?

Ale zanim zdążyła odpowiedzieć, chwycił ją nagle w ramiona. Spojrzała na niego zaskoczona i zaśmiała się. Uśmiechnął się i nachylił, by ją pocałować.

– Treg! – zaprotestowała, próbując wyswobodzić się z jego objęć. – Przecież jesteśmy w sklepie!

– A jakie to ma znaczenie?

– Bardzo dobre pytanie, Amy – rozległ się z tyłu czyjś głos. Amy obejrzała się przerażona. Że też akurat ze wszystkich ludzi na świecie, musiała to być Ashley Grant!

Ashley poprawiła swoje nieskazitelnie przycięte blond włosy i uśmiechnęła się triumfalnie.

– No, no, no! – powiedziała. – Ale niespodzianka. Pomyśleć, że romans kwitnie pośród detergentów i nikt nic o tym nie wie. Ale Treg ma rację, nie ma lepszego miejsca na ogłoszenie takiej nowiny niż supermarket.

Amy patrzyła na dziewczynę, czując jak palą ją policzki. Ashley była ostatnią osoba na świecie, której powiedziałaby o tym, że spotyka się z Tregiem. Dziewczyna chodziła z Amy do jednej klasy i miała paskudny zwyczaj krytykowania dosłownie wszystkiego.

– To nie twój interes, Ashley – powiedziała chłodno.

 

– Oczywiście, że nie – zgodziła się gładko dziewczyna. – A skoro już mowa o interesach, trochę mało profesjonalnie jest chodzić z własnym pracownikiem, nie sądzisz? Ale w gruncie rzeczy, wcale mnie to nie dziwi – w końcu Heartland to taka dziwaczna dziura.

Amy poczuła rosnącą wściekłość. Jakby Ashley miała jakiekolwiek pojęcie o pomaganiu koniom, nie wspominając nawet o ludziach! Matka dziewczyny, pani Val Grant, prowadziła stadninę Green Briar i specjalizowała się w przygotowywaniu ślicznych kucyków do konkursów. Wierzyła w dyscyplinę i zmuszanie koni do spełniania woli człowieka, natomiast absolutnie nie potrafiła słuchać zwierząt. Green Briar był zupełnym przeciwieństwem Heartlandu. Amy już otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale Treg chwycił ją stanowczo za łokieć.

– Chodź – powiedział cicho. – Ona nie jest tego warta.

Amy zacisnęła usta i się odwróciła.

– Milutkiego dnia – zawołała Ashley w ślad za Amy i Tregiem. – Jestem pewna, że spędzicie go uroczo.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?