Królowa ŻaruTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Laura Sebastian

Królowa Żaru


Tytuł oryginału

Ember Queen ISBN 978-83-8202-287-2 Text copyright © 2020 by Laura Sebastian Jacket art copyright © 2020 by Billelis Map illustrations copyright © 2018, 2019, 2020 by Isaac Stewart All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2021 Redaktor prowadzący Dariusz Wojtczak Redakcja Magdalena Wójcik Skład i projekt graficzny Paweł Uniejewski/Studio graficzne Pixelnoiz Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

DLA WSZYSTKICH DZIEWCZYN które nigdy nie czuły się dość silne, by być bohaterkami własnych opowieści. Jesteście dość silne.



PROLOG

PRZEZ PIERWSZE SZEŚĆ LAT ŻYCIA głównie bałam się tronu własnej matki, tak jak większość dzieci drży na myśl o potworach czających się pod łóżkami. To był przerażający mebel: wysoki i cieniście czarny, o ostrych krawędziach, rzeźbiony w kształt mrocznych płomieni. Pamiętam zakorzenione we mnie przekonanie, że jego dotyk może palić.

Codziennie widziałam matkę siedzącą na tym tronie i wierzyłam, że to on ją do tego zmuszał, a jego obsydianowe palce wbijały się w jej skórę. Widziałam, jak przekształcał ją w kogoś innego, kogoś dla mnie obcego. Znikała kobieta stanowiąca centrum mojego świata, matka o łagodnym głosie, która całowała mnie w czoło, sadzała na kolana i śpiewała co wieczór kołysanki. Na tronie jakiś nieznajomy byt przejmował jej ciało — jej głos robił się donośny, a plecy prostowały. Starannie dobierała słowa i wyrażała się autorytarnie, bez cienia uśmiechu w głosie. Kiedy tron w końcu ją uwalniał, była wyczerpana.

Teraz, gdy jestem starsza, wiem, że tron nie był potworem, przynajmniej nie takim, jakiego sobie wyobrażałam. Wiem, że nie miał fizycznego wpływu na matkę. Wiem, że kiedy zasiadała na tronie, wciąż była sobą. Ale rozumiem też, że w pewien sposób miałam rację. Nigdy nie była tą samą osobą, siedząc na tronie, jak podczas przebywania poza nim.

Zwykle należała wyłącznie do mnie. Na tronie stawała się własnością wszystkich.

OBRACHUNKI

SŁOŃCE MNIE OŚLEPIA, gdy na chwiejnych nogach wychodzę z trzewi jaskini. Podnoszę ciężkie, obolałe ramię, aby osłonić oczy, ale wysiłek związany nawet z tak drobnym gestem powoduje, że świat wokół zaczyna wirować. Uginają się pode mną kolana, po czym upadam na ziemię, twardą i pełną ostrych skał. Boli, ale, och, jak dobrze jest leżeć, mieć świeże powietrze w płucach i być spowitym przez światło, nawet jeśli jest go za dużo.

Mam tak wyschnięte gardło, że nawet oddech wywołuje ból. Na palcach, ramionach i włosach czuję zakrzepłą krew. Na wpół świadomie zdaję sobie sprawę, że to moja własna, ale nie potrafię powiedzieć, skąd się tam wzięła. Moje wspomnienia przypominają pustynię — pamiętam, jak weszłam do jaskini, oraz przypominam sobie głosy przyjaciół błagające, bym zawróciła. A później już… nic.

— Theo — woła znajomy głos, lecz wydaje się tak odległy. Tysiąc stóp uderza o ziemię, a każda z nich wzbudza pulsowanie w mojej głowie. Odsuwam się od dźwięków, bardziej zanurzając się w sobie.

Czyjeś dłonie dotykają mojej skóry, moich nadgarstków, badają puls za uchem. Są tak zimne, że wywołują gęsią skórkę.

— Czy ona… — rozlega się głos. Blaise. Próbuję wymówić jego imię, lecz żaden dźwięk nie wydobywa się z moich ust.

— Żyje, ale puls ma słaby, a skórę rozpaloną — odpowiada inny głos. Heron. — Musimy wnieść ją do środka.

Ramiona ujmują mnie i przenoszą. Sądzę, że należą do Herona. Znowu próbuję się odezwać, lecz ponownie mi się to nie udaje.

— Art, twój płaszcz — mówi Heron, a jego przyciśnięta do mojego policzka klatka piersiowa dudni przy każdym słowie. — Narzuć jej go na głowę. Ma nadwrażliwe oczy.

— Tak, pamiętam — odzywa się Art. Tkanina szeleści, a jej płaszcz opada na moją twarz, ponownie spowijając świat w ciemności.

Teraz już mogę w nią wpaść. Jestem wśród przyjaciół, więc nic mi nie grozi.

Gdy ponownie otwieram oczy, spoczywam na składanym łóżku w namiocie, a jasne promienie słońca są filtrowane przez grubą białą bawełnę, aby były dla mnie znośne. Łomotanie w głowie wciąż nie ustało, ale teraz zrobiło się tępe i odległe. Moje gardło nie jest już suche i zdarte, a jeśli się skupię, udaje mi się przywołać mgliste wspomnienie Artemisii wlewającej mi wodę do ust. Poduszka pod głową nadal jest wilgotna w miejscu, w którym woda się rozlała.

Obecnie jestem jednak sama.

Zmuszam się, by usiąść, mimo że wzmaga to ból odbijający się echem w każdym nerwie. Kalovaxianie powrócą wcześniej czy później, a kto wie, jak długo Cress zechce utrzymać Sørena przy życiu? Jest tyle do zrobienia i mam na to tak niewiele czasu.

Stawiam bose stopy na pylistym podłożu i próbuję się podźwignąć na nogi. Kiedy to robię, klapa namiotu unosi się i do środka wchodzi Heron, pochylając szerokie ramiona, by zmieścić się w niewielkim otworze. Kiedy widzi, że nie tylko się zbudziłam, ale i stoję, waha się przez moment, kilkakrotnie mrugając, aby zyskać pewność, że sobie tego nie wyobraził.

— Theo — mówi powoli, jakby wypróbowując brzmienie mojego imienia.

— Ile minęło, od kiedy weszłam do kopalni? — pytam cicho.

Przygląda mi się przez chwilę.

— Dwa tygodnie — przyznaje w końcu.

Aż rzuca mną do tyłu i znów siadam na łóżku.

— Dwa tygodnie — powtarzam. — Byłam przekonana, że godziny, góra dni.

Heron nie wydaje się tym zaskoczony. Przeszedł przecież przez to samo.

— Czy pamiętasz spanie? — pyta mnie. — Jedzenie? Picie? W pewnym momencie musiałaś to wszystko robić, bo w przeciwnym razie byłabyś w znacznie gorszym stanie.

Kręcę głową, próbując ogarnąć umysłem to, co pamiętam, ale tak niewiele z tego jest na tyle konkretne, bym mogła się tego uchwycić. Fragmenty wydarzeń, duchy, które nie mogły być prawdziwe, ogień zalewający moje żyły. Ale nic więcej.

— Powinniście byli mnie tam zostawić — stwierdzam. — Dwa tygodnie… Armia Cress może wrócić w każdym momencie, a Søren…

— Według raportów żyje — przerywa Heron. — A Kalovaxianie nie otrzymali żadnych rozkazów odnośnie do powrotu tutaj.

Patrzę na niego.

— Skąd możesz to wiedzieć? — pytam.

Wzrusza niezgrabnie ramionami.

— Od szpiegów — stwierdza, jakby odpowiedź była oczywista.

— Ale my nie mamy szpiegów — odpowiadam powoli.

— Nie mieliśmy szpiegów. Ale dostaliśmy informację, gdy nowy Theyn udał się do swojej wiejskiej posiadłości, dwa dni jazdy stąd. Zdołaliśmy nakłonić do współpracy kilku jego niewolników, zanim wrócili z nim do stolicy. Właśnie otrzymaliśmy naszą pierwszą wiadomość. Theyn jeszcze nie nakazał żołnierzom powrotu. Poza tym zdecydowana większość armii odeszła. Zostaliśmy tylko Blaise, Artemisia, Erik, Dragonsbane i ja oraz grupka rekonwalescentów po bitwie. Ale nawet oni udadzą się w bezpieczne miejsce wraz z Dragonsbane za dzień, góra dwa.

Ledwo go słyszę, wciąż próbując oswoić się z informacją o szpiegach. Jedyną osobą, która przychodzi mi na myśl, jest Elpis i to, co się jej przydarzyło, gdy poprzednio próbowałam uczynić z kogoś swojego szpiega.

— Nie aprobowałam wykorzystania szpiegów — stwierdzam.

— Weszłaś do kopalni dzień przed nakreśleniem planu — zauważa Heron nieco podniesionym głosem. — Nie tylko tego nie mogłaś zatwierdzić, a nie mieliśmy czasu, by czekać na twój powrót. Ani zakładać, że w ogóle do niego dojdzie.

Riposta utyka mi w gardle. Przełykam ją.

— Jeśli zginą…

— Będzie to konieczne poświęcenie — mówi Heron. — Wiedzieli o ryzyku, gdy zgłosili się na ochotnika. Poza tym, z tego, co słyszeliśmy, Kaiserina nie jest tak paranoiczna jak Kaiser. Myśli, że nie żyjesz, nie widzi w nas zagrożenia i ma Sørena. Jest przekonana, że wygrała, więc robi się nieostrożna.

Kaiserina. Czy kiedykolwiek nadejdzie dzień, że gdy usłyszę ten tytuł, pomyślę najpierw o Cress, a nie o Kaiserinie Anke?

— Wspomniałeś, że nasza armia odeszła. Dokąd? — pytam.

Heron robi głęboki wydech.

— Ominęło cię sporo sprzeczek. Niemal ci zazdroszczę. Vecturiański wódz wysłał do nas córkę, Maile, aby nam pomogła wraz ze swoimi żołnierzami. Po odejściu Sørena to ona i Erik mają największe doświadczenie bitewne, lecz niemal w niczym się nie zgadzają. Erik chce maszerować prosto na stolicę, aby zdobyć miasto i uratować Sørena.

 

— To głupie — stwierdzam, kręcąc głową. — Dokładnie tego się spodziewają, a nawet gdyby tak nie było, nie jesteśmy wystarczająco liczni, by przeprowadzić oblężenie.

— Tak właśnie powiedziała Maile — odpowiada Heron, kręcąc głową. — Utrzymywała, że powinniśmy kontynuować podróż do Kopalni Ziemi.

— Ale nie możemy tego zrobić bez przemarszu obok najliczniejszych miast, nie mogąc skorzystać choćby z osłony gór czy lasów — zauważam. — Nie da się uniknąć wykrycia, a wtedy Cress przywita nas ze swoją armią w Kopalni Ziemi.

— Dokładnie tak powiedział Erik — kontynuuje Heron. — I już jesteś na bieżąco.

— Kto postawił na swoim? — pytam.

— Nikt — mówi Heron. — Zdecydowano, że powinniśmy wysłać wojska do miast położonych wzdłuż rzeki Savria. Żadne z nich nie jest gęsto zaludnione, ale będziemy w stanie powstrzymać Kalovaxian, uwolnić ich niewolników, zwiększyć liczebność naszych sił, a także zbierać broń i żywność. A co najważniejsze, nasi żołnierze przestaną być łatwym celem, jak podczas stacjonowania tutaj.

— Chcesz powiedzieć, że tak łatwym celem jak my obecnie — mówię, pocierając skronie. Tym razem rozbłysk bólu głowy nie ma nic wspólnego z kopalnią. — Przypuszczam, że teraz jestem tutaj, by przełamać impas.

— Tym zajmiemy się później. Kiedy już będziesz w stanie samodzielnie chodzić.

— Nic mi nie jest — rzucam z większym naciskiem niż to konieczne.

Heron obserwuje mnie dyskretnie. Otwiera usta, lecz szybko je zamyka, kręcąc głową.

— Jeśli chcesz zapytać mnie o kopalnię, to nic nie pamiętam — wyjaśniam. — Ostatnim moim wspomnieniem jest wejście do niej, a później wszystko się rozmywa.

— Z czasem pamięć wróci — zapewnia. — Nie wiadomo tylko, czy to dobrze. Wiem jednak, że sam nigdy nie chciałem rozmawiać o tym, czego wówczas doświadczyłem. Zakładałem, że też możesz tak mieć.

Przełykam ślinę, odsuwając od siebie tę myśl. To problem na inny dzień, a tych na chwilę obecną i tak mam aż nadto.

— Ale coś cię nurtuje — mówię do Herona. — O co chodzi?

Przez chwilę zastanawia się nad tym pytaniem.

— Czy się udało? — pyta.

Przez sekundę nie wiem, co ma na myśli, ale nagle to do mnie dociera — powód, dla którego weszłam do kopalni, słabą moc władania ogniem, którą posiadłam jako efekt uboczny trucizny Cress. Poszłam do kopalni, by przejąć właściwą moc, w nadziei, że będę miała dość sił, by przeciwstawić się Cress, gdy nadejdzie czas.

Czy się udało? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Unoszę lewą dłoń i wzywam ogień. Jeszcze nim wyprostuję palce, czuję pod nimi ciepło, silniejsze niż kiedykolwiek przedtem. Przychodzi łatwo, kiedy go przywołuję, jakby stanowił część mnie, zawsze czającą się tuż pod powierzchnią. Płonie jaśniej, jest cieplejszy, ale to nie wszystko. Aby zademonstrować go Heronowi, podrzucam płomień w powietrze i utrzymuję w miejscu, zawieszony, ale wciąż żywy i jasny. Oczy mojego przyjaciela rozszerzają się, ale nic nie mówi, gdy podnoszę rękę i wyginam płomień. Kula ognia naśladuje mnie, formując się w kształt dłoni. Kiedy poruszam palcami, odwzorowuje każdy mój ruch. Zaciskam pięść, a ogień też to robi.

— Theo — mówi ochrypłym szeptem. — Widziałem możliwości Ampelia, kiedy mnie szkolił. Nie potrafił czegoś takiego.

Przełykam i znów chwytam płomień, dusząc go w uścisku i zamieniając w popiół wewnątrz dłoni.

— Jeśli nie masz nic przeciwko — odzywam się, utkwiwszy wzrok w ciemnej substancji, która rozmazuje się na mojej skórze, podobnie jak działo się z koroną z popiołu — czy mogłabym się spotkać z Miną, jeśli wciąż tu przebywa? Ona jest…

— Uzdrowicielką — kończy za mnie, kiwając głową. — Tak, jest tutaj. Pomagała rannym. Znajdę ją.

Kiedy odchodzi, strzepuję popiół z dłoni i patrzę, jak osiada na pokrytym kurzem klepisku.

Kiedy Mina wchodzi do namiotu, ponownie przyzwyczajam się do stania, chociaż moje ciało wciąż niezupełnie należy do mnie. Każdy ruch, każdy oddech wydaje się wymuszony, a wszystkie mięśnie mam obolałe. Mina najwyraźniej to zauważa, bo rzuca mi krótkie spojrzenie i uśmiecha się ze zrozumieniem.

— To normalne — zapewnia. — Kiedy opuściłam kopalnię, kapłanki powiedziały, że bogowie mnie złamali i złożyli od nowa. To chyba było najlepsze podsumowanie tego, jak się czułam.

Kiwam głową, próbując rozluźnić mięśnie pleców, by znów usiąść na składanym łóżku.

— Jak długo trwał ten stan? — pytam.

Wzrusza ramionami.

— Ból trwał kilka dni, ale się zmieniał. — Przerywa, patrząc na mnie. — To, co zrobiłaś, było niewiarygodnie głupie. Wchodząc do kopalni, kiedy już posiadałaś pewną ilość mocy, kiedy byłaś już w połowie wypełnionym naczyniem, wręcz prosiłaś się o kopalniany obłęd. Zdajesz sobie z tego sprawę, prawda?

Wpatruję się w ziemię. Minęło trochę czasu, odkąd zostałam tak zbesztana przez kogoś, kto martwi się o mój stan. Próbuję cofnąć się myślami do tego momentu i stwierdzam, że mogła być to moja matka. Podejrzewam, że Hoa też to czyniła, tyle że bez słów.

— Byłam świadoma ryzyka — zapewniam.

— Jesteś Królową Astrei — kontynuuje, jak gdybym nic nie powiedziała. — Co byśmy bez ciebie zrobili?

— Przetrwalibyście — odpowiadam, tym razem głośniej. — Jestem tylko jedną osobą. Straciliśmy znacznie więcej ludzi podczas wojny, jak również w trakcie samego oblężenia, nie wyłączając mojej matki. Zawsze udawało nam się wytrwać. Moja śmierć nie zrobiłaby żadnej różnicy.

Mina przyszpila mnie nieodgadnionym spojrzeniem.

— Niemniej było to głupie — upiera się. — Ale przypuszczam, że również odważne.

Znowu wzruszam ramionami.

— Jakiekolwiek to było, zadziałało — stwierdzam.

Pokazuję jej to samo, co Heronowi. Udowadniam, że mogę nie tylko wezwać ogień, ale i uczynić z niego przedłużenie własnego ciała. Mina cały czas obserwuje mnie z zaciśniętymi ustami, nie wypowiadając ani słowa, dopóki nie skończę i nie strząsnę popiołu na ziemię.

— I spałaś — mówi bardziej do siebie niż do mnie.

— Z tego, co mi wiadomo, dosyć twardo — odpowiadam oschle.

Podchodzi do mnie.

— Czy mogę dotknąć twojego czoła? — pyta. Kiwam głową, a ona przyciska grzbiet dłoni nad moimi brwiami. — Nie jesteś rozpalona — stwierdza, zanim dotknie pasma bieli w moich kasztanowych włosach.

— Było tam już wcześniej — wyjaśniam. — Po truciźnie.

Kiwa głową.

— Pamiętam. Nie tak jak włosy Kaiseriny, prawda? Ale przypuszczam, że powinnaś podziękować za to Artemisii. To ona szybko wykorzystała swój dar, by zlikwidować truciznę, nim ta wywarła na ciebie jeszcze większy wpływ. Gdyby trucizna nie zabiła cię na miejscu, kopalnia na pewno by to zrobiła.

— Nie widziałaś jeszcze Cress, Kaiseriny — zmieniam temat. — Musiałaś już jednak słyszeć opowieści o jej mocy.

Mina rozważa moje słowa.

— Słyszałam opowieści — przyznaje ostrożnie. — Chociaż uważam, że podobne historie często bywają przesadzone.

Przypominam sobie, jak Cress zabiła Kaisera wyłącznie rozgrzanymi dłońmi zaciśniętymi na jego szyi, jak również to, jak jednym palcem tworzyła spopielony ślad na biurku. Promieniowała mocą w sposób, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Nie jestem pewna, jak ktokolwiek mógłby wyolbrzymić to, co widziałam na własne oczy.

— To tak, jakby… nie musiała nawet przywoływać swojego daru. Gołymi dłońmi zabiła Kaisera w kilka sekund — oznajmiam.

— I nadal nie czujesz się wystarczająco silna, aby się jej przeciwstawić — zgaduje Mina.

— Nie sądzę, by ktokolwiek był w stanie to uczynić — przyznaję. — Czy kiedykolwiek słyszałaś o Strażnikach zabijających z tak niewielkim wysiłkiem?

Kręci głową.

— W ogóle nie słyszałam nic o zabijaniu przez Strażników. Oni tak nie postępowali. Jeśli przestępstwa danej osoby kiedykolwiek uzasadniały egzekucję, dokonywano jej bardziej przyziemnymi środkami. Strażnicy nigdy nie czynili tego za pomocą darów powierzonych im przez bogów. Byłoby to swoiste świętokradztwo, wypaczenie czegoś świętego.

Myślę o tym, jak Blaise wyruszył na pole bitwy ze świadomością, że może zginąć, lecz również postanowieniem, by zabrać ze sobą jak najwięcej Kalovaxian. Czy to było wypaczenie jego daru? A może standardy w czasach wojny są inne?

— Dzieci, które widziałam wcześniej, te, które testowałaś — mówię, przypominając sobie chłopca i dziewczynkę posiadających tę samą niestabilną moc, co Blaise. — Co z nimi?

— Laius i Griselda — przypomina ich imiona. — Mają się tak dobrze, jak można by było oczekiwać w tych okolicznościach. Są przestraszone i zszokowane przerażającymi eksperymentami, jakie przeprowadzili na nich Kalovaxianie, ale pod wieloma innymi względami pozostają silne. — Milknie na sekundę. — Twój hipotetyczny przyjaciel okazał się pomocny. Pomimo jego nieprzystępności dzieci go polubiły. To naprawdę coś, gdy odkrywasz, że nie jesteś tak samotny na świecie, jak sądziłeś.

Kiedy powiedziałam Minie o Blaisie, mówiłam o nim tylko hipotetycznie, choć dość szybko mnie przejrzała. Wygląda na to, że doskonale wie, kim on jest. Ale wcale się nie boi, ani jego, ani Laiusa i Griseldy.

— Czy podzieliłaś się z kimkolwiek swoim odkryciem? — pytam.

Zaciska wargi.

— Niczego nie odkryłam, Wasza Królewska Mość — odpowiada, wzruszając ramionami. — To tylko hipoteza, a to za mało, by wszystkich denerwować. Ludzie boją się tego, czego nie rozumieją, a w obecnych czasach strach może pchnąć do groźnych decyzji.

Gdyby inni wiedzieli, jak silni i jak niestabilni są Blaise, Laius i Griselda, mogliby ich zabić. Byłam tego świadoma już wcześniej, ale gdy teraz słyszę, jak ona również to sugeruje, zapiera mi dech w piersi.

— Wszyscy widzieli, co Blaise zrobił na statku — ­przypominam. — Widzieli, jak prawie zniszczył siebie i wszystkich wokół. Nie zrobili mu jednak żadnej krzywdy.

— To prawda — zgadza się. — Jeśli mam być szczera, podejrzewam, że przez kilka najbliższych stuleci ten czyn będzie wysławiany w pieśniach, niemniej trzeba pamiętać, że nikomu nie stała się wówczas krzywda. Teraz jest dla nich bohaterem. Herosem, który był tak potężny, że nie potrafił się kontrolować, ale mimo wszystko bohaterem. Nigdy nie zapominaj, że może to ulec zmianie w mgnieniu oka.

IMPAS

MINA SUGERUJE, ŻE SPACER może mi dobrze zrobić, a ja korzystam z jej rady, mimo że moje ciało stanowczo protestuje. Muszę wspierać się na Heronie, a mięśnie wciąż bolą przy każdym kroku, jednak nie mogę zaprzeczyć, że świeże powietrze w płucach i słońce na skórze są warte bólu. I kiedy idę, mięśnie zaczynają się rozluźniać, a ból kończyn staje się nieco bardziej znośny.

Dziwnie jest widzieć obóz przy kopalni tak pusty, opuszczone miasto opustoszałych baraków, z których tylko garstka wciąż jest zajęta przez chorych i rannych. Heron wskazuje, które z nich zostały przysposobione na lazaret, kiedy przechodzimy obok, ale nie potrzebuję jego wyjaśnień. Można to bez trudu poznać po dźwiękach wydobywających się zza ścian — suchego kaszlu, cichego płaczu, zawodzenia z bólu. Odgłosy te grożą zatopieniem mnie w morzu poczucia winy.

Wielu żyje i ma się dobrze — powtarzam sobie. — Wielu odzyskało wolność.

Heron próbuje odwrócić moją uwagę, wskazując na inne budynki, które przetrwały bitwę. Wyjaśnia, że jedzenie jest reglamentowane i wydawane w starej mesie, a grupa mężczyzn i kobiet, którzy zostali, zgłosiła się na ochotnika do polowań i zbieractwa, aby zapasy nie wyczerpały się zbyt szybko. Kiedy wyruszymy, by dogonić żołnierzy, zabierzemy ze sobą więcej jedzenia.

Nawet stare kwatery dla niewolników zostały oddane do użytku, ale, co zrozumiałe, nikt nie chce w nich spać — zamiast tego oczyszczono je z mebli i kajdan i przeznaczono na magazyny broni i miejsca do trenowania z dala od nieznośnego słonecznego żaru.

— Kto tu ćwiczy? — pytam Herona, kiedy wskazuje mi jedną z nowo zaadaptowanych sal treningowych. — Myślałam, że żołnierze odeszli.

— Nie wszyscy — odpowiada ostrożnie. — Większość osób, które zostały pobłogosławione w kopalniach, wzięło udział w przyspieszonym szkoleniu i było również kilku członków starszyzny, którzy pomagali im kontynuować szkolenie. Pozostali jednak ci wymagający większego wsparcia.

Pobłogosławienie. Było kilkunastu dotkniętych błogosławieństwem Astreańczyków, których Kalovaxianie trzymali w tym obozie. Przypominam sobie, że eksperymentowano na nich, choć sama ta myśl wywołuje u mnie dreszcz. Na własne oczy widziałam tego dowody: pokrojoną skórę, odcięte palce u rąk i nóg, a jednemu człowiekowi nawet wyłupiono oko.

 

— Tak szybko przeszli trening? — pytam zaskoczona. Kiedy wchodziłam do jaskini, żadne z nich nie było w stanie samodzielnie przejść przez obóz, nie mówiąc o walce.

— Pomogłem w ich fizycznym uzdrowieniu — wyjaśnia Heron, wzruszając ramionami. — Ale rany psychiczne i emocjonalne to inna sprawa. Wielu z nich postrzegało trening jako sposób na uzdrowienie. Pragnęli go. Art, Blaise i ja zadbaliśmy o to wraz z kilkoma członkami astreańskiej starszyzny, którzy byli zaznajomieni ze szkoleniem, nawet jeśli nie byli Strażnikami. Oczywiście nie są w pełni przeszkoleni, ale poczynili znaczne postępy w krótkim czasie, jakim dysponowaliśmy. I zapewne kontynuują szkolenie, nawet teraz, gdy o tym rozmawiamy.

Artemisia powiedziała mi kiedyś, co czuje, kiedy zabija, jak dobre wydaje się jej odbieranie czegoś, co jej wcześniej zabrano. Wygląda na to, że nie jest w tym osamotniona.

— Wkrótce ja również będę musiała zacząć trenować — mówię.

— Proponuję najpierw skupić się na tym, żebyś zaczęła samodzielnie chodzić — odpowiada Heron.

Z zamyślenia wyrywa mnie para ramion, która obejmuje mnie w pasie, podnosi z ziemi i zakręca mną dookoła. W gardle rodzi się krzyk, ale zanim zdołam wydobyć głos, właściciel ramion odzywa się, a ja rozpoznaję go.

— Witaj z powrotem w krainie żywych — mówi Erik, odstawiając mnie na ziemię.

Odwracam się do niego i obejmuję go za szyję.

— Czy uwierzyłbyś, że się za tobą stęskniłam? — pytam ze śmiechem.

— Nie uwierzę, że mogłoby być inaczej — odpowiada, mocno mnie przytulając.

— Ostrożnie z nią! — strofuje go Heron. — Wciąż jest nieco krucha.

Erik szydzi.

— Królowa Theodosia? Widziałem głazy bardziej kruche od niej.

Uśmiecham się, lecz delikatnie wyswobadzam się z uścisku.

— Doceniam to, lecz Heron ma rację.

Po moich słowach Erik cofa się i lustruje mnie od stóp do głów.

— Wyglądasz, jakbyś przeszła przez piekło albo dwa — stwierdza.

— Może nawet trzy — przyznaję.

— Theo! — krzyczy nowy głos, a ja odwracam się i widzę Artemisię biegnącą w moją stronę, z lśniącym sztyletem zatkniętym na biodrze, podczas gdy za jej plecami powiewają modre włosy.

W przeciwieństwie do Erika wie, że nie powinna mnie przytulać. Zamiast tego klepie mnie po ramieniu, niezręcznie i lekko.

— Jak się masz? — pyta ostrożnie.

— Żyję, a to więcej, niż mogliśmy oczekiwać — odpowiadam z uśmiechem. — I się udało.

Uśmiecha się jeszcze bardziej.

— Miałam nadzieję, że tak będzie — mówi. — W przeciwnym razie twój nowy przydomek brzmiałby „niefortunna”.

Marszczę brwi, spoglądając po kolei na nią, Erika i Herona.

— Mój nowy przydomek? — powtarzam jej słowa.

Wymieniają porozumiewawcze uśmiechy, ale to Artemisia oddaje mi teatralny pokłon, a następnie kłaniają się Erik i Heron.

— Niech żyje Theodosia — mówi Artemisia. — Królowa Płomieni i Furii.

Cała trójka podnosi się z identycznymi uśmiechami, ale to nie jest żart, bez względu na to, jak lekko stara mi się to przekazać. Królowa Płomieni i Furii. To trudny przydomek. Mocny, owszem, ale również brutalny. Po raz pierwszy uświadamiam sobie, że sukces lub porażka będą stanowić moją spuściznę. Wspominam wszystkie wizerunki mojej matki wykonane w delikatnych akwarelach, na których odziana jest w zwiewne szyfonowe sukienki. Myślę o wierszach napisanych na jej cześć, odach do jej piękna, życzliwości i łagodnego usposobienia. Nazywali ją Królową Pokoju. To był zupełnie inny rodzaj królowej.

Jakieś wspomnienie rozkwita mi w pamięci, przedzierając się przez mgłę kopalni.

Umarłam jako Królowa Pokoju, a pokój umarł wraz ze mną — powiedziała mi matka. — Ale ty jesteś Królową Płomieni i Furii, Theodosio. I to ty wzniecisz ogień na tym świecie.

Nie wiem, czym było to coś w kopalni, czy był to duch matki, wytwór mojej wyobraźni, czy coś zupełnie innego, ale wiem, że w jakiś sposób usłyszałam to nowe imię jeszcze przed jego stworzeniem, a ta myśl wzbudza we mnie niepokój.

Nie możemy opracować planu bez Blaise’a, więc wysyłam pozostałych, aby zgromadzili wciąż pozostających w obozie przywódców, a sama udaję się na plac ćwiczebny, gdzie, jak się dowiedziałam, Blaise spędza niemal cały swój czas. Heron nie chciał, żebym szła sama, ale zapewniłam, że czuję się wystarczająco dobrze, aby przejść przez obóz bez wspierania się na nim, więc ostatecznie musiał ustąpić.

Szczerze mówiąc, nie jestem pewna, czy dam radę dotrzeć do celu. Chociaż czuję się lepiej, każdy krok sprawia mi trudność. Ale wolę poradzić sobie z bólem, niż mieć u boku Herona lub kogokolwiek innego, kiedy znów spotkam Blaise’a.

Nie rób tego. Nie zostawiaj mnie — powiedział, zanim weszłam do kopalni. Jego ostatnie słowa do mnie padły niedługo po tym, jak skierowałam do niego podobny apel. Żadne z nas nie usłuchało drugiego.

Przytłacza mnie poczucie winy, gdy przypominam sobie, jak załamał mu się głos, na jak zagubionego wyglądał w tym momencie, zupełnie jakbym przecięła ostatnią linę przywiązującą go do tego życia. Jakby nie był jeszcze tak zdeterminowany, aby je porzucić.

To on pierwszy odszedł — przypominam sobie. Dwukrotnie rzucił się w objęcia śmierci, mimo że go prosiłam, a nawet błagałam, by tego nie robił. Nie może być na mnie zły za uczynienie tego samego.

A teraz? Wbrew wszystkiemu oboje wciąż tu jesteśmy, a teraz musimy zmierzyć się z konsekwencjami.

Okazuje się, że barak opisany przez Herona jest oddzielony od pozostałych, a resztki ogrodzenia wciąż są zakopane w ziemi wokół niego. Pamiętam, że widziałam to podczas bitwy, tę wielką czarną rzecz, która błyszczała na czerwono w słońcu. Søren wyjaśnił, że ogrodzenie zostało wykonane z żelaza zmieszanego z Klejnotami Ognia. Od tamtej pory zostało już ono rozebrane.

Kiedy ostrożnie otwieram drzwi, widzę, że we wnętrzu jest ciemno, a jedyne źródło światła stanowi duża, ustawiona pośrodku świeca, będąca w stanie oświetlić tylko Blaise’a, Laiusa i Griseldę. Dzieci nadal składają się głównie z kości, lecz ich twarze zaczynają nabierać krągłości, a skóra zrobiła się nieco mniej blada, choć akurat to może wynikać głównie z ciepłego światła świecy. Nawet to nie wystarcza jednak, by ukryć sińce pod ich oczami.

Identyczne cienie jak u Blaise’a. Dowód, że dzieci nie śpią. Są silniejsze, niż kiedy widziałam je ostatnio. Jest to widoczne w sposobie, w jaki Griselda wyskakuje w powietrze, ciskając kulą ognia wielkości mojej głowy w kamienną ścianę.

Ogień gaśnie przy pierwszym kontakcie, ale pozostawia po sobie przypalony ślad. Ściany są pokryte podobnymi znakami, teraz już bardziej czarne niż szare.

Chwilę później dziewczyna osuwa się na ziemię, zgięta w pół i bez tchu, lecz na jej wargach błąka się cień uśmiechu, niewyraźny i ponury, ale niewątpliwie obecny.

— Dobra robota — oznajmiam, zaskakując całą trójkę. Griselda podrywa się na nogi, a jej oczy mnie odnajdują. Ma nie więcej niż piętnaście lat, czyli jest niewiele młodsza ode mnie. Nagle przychodzi mi do głowy, że jeśli minęły dwa tygodnie, odkąd wkroczyłam do kopalni, to teraz mam już siedemnaście lat.

— Wasza Królewska Mość — mówi Griselda, kłaniając się niezdarnie, a następnie swoją wersję ukłonu wykonuje Laius.

— Nie ma takiej potrzeby — zapewniam ich, zanim zmuszę się do spojrzenia na Blaise’a.

W przeciwieństwie do nich wygląda dokładnie tak samo jak podczas naszego ostatniego spotkania. Ma te same zmęczone zielone oczy i zacięte, gniewne usta. Ale to sposób, w jaki na mnie patrzy, tak naprawdę jest dla mnie jak cios w brzuch. Spogląda na mnie jak na ducha, zupełnie jakby nie wiedział, czy powinien się bać, czy poczuć ulgę.

Boisz się mnie? — zapytał mnie pewnego razu i byłam zmuszona przyznać, że owszem. Nie może się mnie teraz bać, nie w ten sam sposób, ale być może jest zdenerwowany. Z powodu tego, co mogę powiedzieć, co mogę zrobić i jak mogę go jeszcze skrzywdzić.

To on zostawił mnie pierwszy, przypominam sobie, ale myśl nie jest balsamem, jakim powinna być.

Blaise odchrząkuje i odwraca wzrok.

— Czas na obiad — mówi, patrząc raz na Laiusa, a raz na Griseldę. — Idźcie coś zjeść i wróćcie za godzinę.

— A tak właściwie — mówię — czemu nie mielibyście zrobić sobie wolnego popołudnia? Muszę pożyczyć Blaise’a na resztę dnia.

Ten jednak kręci głową.

Inne książki tego autora