Wiatrom powierzoneTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

12

Ulubione tematy rozmów staruszki o imieniu Kujira-yama z jej psem:

Jakim romantykiem był jej mąż w młodości.

Ten raz, kiedy kochali się wśród orchidei.

Jej córka Marie, mieszkająca w Kōbe, która wyszła za inżyniera.

Okropne krawaty, które nosi zięć.

Namiki, dwuipółletnia wnuczka, która na Skypie gorąco się z nią wita, by zaraz zapomnieć o ekranie.

Jakie pyszne są kraby z Hakodate i z jakim smakiem by je zjadła.

Jej mieszkający w Niemczech syn, który wraca na Nowy Rok, żeby przedstawić swoją żonę.

13

– Była cholernie przekorna, miała coś do powiedzenia na każdy temat – zaśmiał się chłopiec.

Gdy wyszedł z budki, podszedł do Yui i dał jej znać, że już skończył. Wtedy strażnik zawołał do nich z progu: herbata była gotowa.

Młodzieniec miał na imię Keita, mieszkał dwie wioski dalej. Przychodził tu na piechotę, bo autobus pechowo odjeżdżał dokładnie w momencie, kiedy on opuszczał salę po treningu kendo. Był w ostatniej klasie liceum. Stracił matkę, u której zbyt późno wykryto nowotwór.

– Moja matka ukończyła uniwersytet w Tokio, Tōdai. Była zafiksowana na naszej nauce, mojej i Naoko.

– To jego młodsza siostra, ma czternaście lat – wyjaśnił Suzuki-san.

– Ciągle się z mamą kłóciłem – kontynuował chłopiec. – Uważałem, że za bardzo mnie pilnuje.

– Wszyscy tak robimy – roześmiał się Fujita-san. – Też wypominałem to ojcu, ale najprawdopodobniej wobec córki będę taki sam.

– Próbowałem być milszy – podjął chłopiec – ale mi się nie udawało. Nawet gdy jej koniec był bliski, ale wtedy z innego powodu. Bałem się, że jeśli nagle stanę się uprzejmy, to ona pomyśli, że już nie wierzę w jej wyzdrowienie.

Suzuki-san krzątał się w kuchni i co jakiś czas kiwał głową, jakby znał słowa młodzieńca na pamięć.

– Założę się, że gdyby ona tu była, znowu byśmy się pokłócili.

Wiatr zatrząsł szybami w kuchennych oknach, do szkła przywarł jakiś czerwony listek. Powietrze szybko zwolniło jednak uścisk, bo zaraz spadł poza parapet.

– Mój ojciec niczego mi nie broni, mówi tylko: „Na spokojnie oceń sytuację, a potem sam zadecyduj, ja ci ufam” – dodał chłopiec. – Tyle że ja sam sobie nie ufam.

– W twoim wieku wszystko jest trudne – skomentował Suzuki-san.

Yui tylko słuchała w milczeniu, zaskoczona ich szczerością. Do tej pory uważała, że licealiści są raczej beztroscy, powierzchowni, a przede wszystkim nie do końca szczerzy wobec siebie. „Może to cierpienie nadaje życiu głębię” – pomyślała ze smutkiem.

– Plus jest taki, że już mi nie przerywa, kiedy mówię – zażartował ponuro młodzieniec.

– Twoi wiedzą, że tu przychodzisz? – zapytał Fujita-san. Obracał w palcach filiżankę i stukał paznokciami w żółtą porcelanę, jak zawsze, kiedy się nad czymś zastanawiał.

– Tylko ojciec, bo gdy tu jestem, zawsze spóźniam się na kolację. Siostrze nie powiedziałem.

Keita nie przyznał się, że to dlatego, że sam chciał opowiadać matce o rodzinie. Kiedy jeszcze żyła, niewiele ze sobą rozmawiali.

– Dziękuję, Suzuki-san – uciął krótko, nieoczekiwanie zrywając się z krzesła. Wyciągnął z torby zmiażdżoną torebkę: – To dla pana i dla pańskiej żony. Zgniotły się trochę, przepraszam.

Opiekun ogrodu położył na stole torebkę z przysmakami, podziękował i upomniał chłopca, żeby o siebie dbał („Zima nadchodzi”) i żeby uczył się do egzaminów wstępnych („Ale bez przesady!”), a kiedy wzruszony i speszony licealista obiecywał, że wróci, jak tylko będzie mógł, kłaniając się Suzuki-sanowi oraz dwójce nieznajomych, Yui duchem była już daleko.

Patrzyła, jak wychodzi przez drzwi z przewieszoną przez ramię torbą, która wykrzywia mu sylwetkę, i dźwiga na ramionach całą przyszłość, jaką w jej wyobraźni niosą takie nastolatki jak on, i jednocześnie myślała, że nie warto zatrzymywać głosu chłopca w pamięci, bo on splótł się z głosami wielu innych w ogrodzie Bell Gardii. I na zawsze tam pozostanie, tuląc matkę, opowiadając jej o egzaminach i o pierwszych zajęciach na uniwersytecie, o tamtej dziewczynie, którą pokochał, ale która nie odwzajemniła uczucia, i tej drugiej, którą odepchnął, bo choć sam o tym nie wie, nie była wystarczająco do niej podobna; o pierwszej pracy, o ślubie i o tym, ilu przygotowań wymaga, o pierwszym dziecku, o radości i jednocześnie bezustannym poczuciu, że nie dorasta do tego, by ktoś wołał do niego „tatusiu”.

Ten głos również dołączy do szemrzącego nurtu. A morze wszystkie je zepchnie na brzeg miasta, do dzielnicy portowej.

– I co potem?

A potem połkną je ryby, tak jak pierścionki w legendach, które Yui wieczorami czytała swojej córce przed snem.

– I co potem?

A potem, pewnego dnia, w jakiejś kuchni w niezbyt odległym królestwie ktoś otworzy takiej rybie brzuch i wyfruną z niego te wszystkie słowa.

Yui przypomniała sobie to: „I co, mamusiu, co potem?”, powtarzane przez jej córeczkę, i ten gest, gdy dziewczynka już w piżamie, wtulona w futon, kładła sobie ręce na brzuchu. Yui czytała na głos, a ona za każdym razem wykrzykiwała: „Biedna rybka!”.

Przypomniała sobie jej poważną minę, szczerą troskę o zwierzę.

I o jego rozcięty brzuszek, z którego dobywano bogactwa dla królowej czy króla.

Gdy zostali sami, Yui w kilku słowach pożegnała się ze strażnikiem i znowu wyszła do ogrodu. Tam, na późnopopołudniowym wietrze, poczekała na Fujita-sana. Pójdą potem na jeżowce o pomarańczowym miąższu, na zupę z tofu i na ryż z pysznym domowym furikake, i opowiedzą sobie o swoich dotychczasowych życiach.

Chmury na horyzoncie jakby się przerzedziły, rozdmuchane od środka.

To było pogodne popołudnie, wieczór zapowiadał się podobnie. Yui odkryła, że chciałaby poznać córkę Fujita-sana, spojrzeć jej w oczy i powiedzieć, żeby była dumna, bo niewiele dziewczynek jest otaczanych tak wielką miłością jak ona. Ale nawet gdyby doszło do spotkania, nie powiedziałaby jej tego. Yui wiedziała, że najsilniejsza miłość to ta, która jest oczywista.

Dowiedziała się też, że Fujita-san na pierwsze imię ma Takeshi. Bardzo jej się spodobało zestawienie tych dźwięków. Od tej pory, gdy przywoływała w myślach jego postać, już zawsze tak go nazywała.

Pożegnali się serdecznie i żadnemu nie wydało się to przesadą. Oboje czuli, że jakimś trafem się odnaleźli, jak dwa przedmioty, które przez przypadek zaplątały się na dnie torebki pełnej różności.

Tego wieczoru Yui jechała do Tokio po pustej autostradzie. Dzielnice Kichijōji i Mitaka minęła już późną nocą: kombini rzucający kwadrat światła na ulicę, szpaler czereśni w alei w Musashino-shi, dom spokojnej starości, sala gimnastyczna. Wszystko tonęło we śnie, jak pod wpływem czarów.

Po raz pierwszy od dwóch lat, patrząc we wsteczne lusterko, w którym codziennie spodziewała się zaraz zobaczyć śpiącą w foteliku córeczkę, Yui pomyślała, że mogłaby jej zaśpiewać kołysankę; że mogłaby spojrzeć w lewo, gdzie zawsze siedziała jej matka, i opowiedzieć o tym dziwnym magicznym dniu, który właśnie dobiegł końca.

Po raz pierwszy od dnia kataklizmu pozwoliła sobie zwątpić w kategoryczny podział na dwa światy – świat żywych i świat umarłych – jaki sobie narzuciła.

Pomyślała, że chyba nikomu nie zaszkodzi, jeśli się porozmawia z kimś, kogo już nie ma.

Wystarczy zaakceptować fakt, że ręce niczego nie dotkną, zmusić umysł do wypełnienia luk, oddać się radości kochania i skupić tylko na dawaniu, a nie braniu.

Tej nocy, owinięta w kołdry, otworzyła książkę z bajkami.

Przeczytała na głos tę o nieustraszonym ołowianym żołnierzyku, o wielkiej rybie, która go połknęła, o długiej podróży, dzięki której wrócił do tancerki stojącej tylko na jednej nóżce, i o płomieniu w kominku, w którym oboje skończyli jako ołowiane serduszko i mały poczerniały cekin.

14

Telefoniczna rozmowa Keity z matką:

– Halo, mama? Słyszysz mnie? To ja, Keita.

– Przepraszam, że ostatnio rzadziej przychodzę.

– Codziennie wieczorem mam trening juku, a w weekendy kursy wspomagające, żeby zdać testy na Tōdai. Wieki mi to wszystko zajmuje.

– Tata mówi, że ty też uważałaś pytania wielokrotnego wyboru za kretyństwo. To nienormalne, żeby w życiu były tylko cztery opcje i tylko jedna prawidłowa.

– A ty jak się masz? Nie mów, że dalej wyjadasz słodycze po kryjomu! (Śmiech).

– Mam wrażenie, że tym podjadaniem zaraziłaś Naoko.

– Kiedy robię pranie, z jej kieszeni wyjmuję papierki po cukierkach i czekoladkach, a raz znalazłem nawet precelek i churrosa. To nie jest normalne.

– Aha, Naoko się zakochała. I nie pytaj w kim, bo nie wiem.

– Widać to po jej twarzy. Stała się nawet jakby milsza.

– Muszę lecieć. Jakaś pani chodzi po ogrodzie, chyba czeka, aż zwolnię telefon.

– Niebawem znowu wrócę, obiecuję. Cześć.

(Zawraca).

– Możesz jeść wszystko, na co tylko masz ochotę.

15

Po tamtym razie Yui i Takeshi często wracali do Bell Gardii. Przynajmniej raz w miesiącu.

Umawiali się na spotkanie w Shibuyi, przed posągiem Moyai. Oboje mieli blisko, zresztą Yui uwielbiała być tam przed świtem, kiedy nie widać żywego ducha w miejscu, w którym w dzień i w nocy zbiega się cała planeta. Przy zgaszonych ekranach i migoczących semaforach Scramble Crossing wyglądało jak porzucony na poboczu wóz jarmarczny.

 

Przyzwyczaili się do tych wypraw o czwartej nad ranem, samochodem aż do Iwate, do postoju w Chibie przy Lawsonie, gdzie kupowali śniadanie i tabliczkę czekolady, którą Yui pospiesznie zaczynała pakować sobie do ust kawałek po kawałku, gdy tylko pojawiał się przed nimi ocean.

W ten sposób Takeshi dowiedział się o nudnościach na widok morza.

Yui natomiast odkryła, że w ten jeden dzień w miesiącu Takeshi zostawia w domu telefon komórkowy. Powiedział jej, że f i z y c z n i e potrzebuje tej podróży, że musi sam się od siebie uwolnić. A komórka mogła cofnąć go w czasie i ciągle przypominać mu o tym, kim od zawsze jest.

Dlatego Takeshi dał swojej matce, która zostawała z wnuczką podczas jego nieobecności, numer do Yui. Kolejna osoba dowiedziała się o istnieniu Wietrznego Telefonu i tej młodej kobiety, która raz w miesiącu, w niedzielę, jedzie na Kujira-yamę.

Yui i Takeshi widywali się tylko wtedy, gdy ruszali razem do Bell Gardii. Miejsce, gdzie się poznali, uwarunkowało ich kolejne spotkania, chociaż za każdym razem dystans coraz bardziej się skracał.

W końcu zaczęli codziennie wysyłać do siebie esemesy.

Tego wieczoru, kiedy Yui szukała rękawiczek, ale zamiast nich znalazła zapakowany prezent dla córki, pierwszą osobą, jaka przyszła jej na myśl, był Takeshi. Przeprowadzka odbyła się w błyskawicznym tempie, wszystko, co wtedy powrzucała bez ładu i składu do kartonów, paliło jak ogień. Nowy dom po dwóch latach ciągle krył przerażająco wiele przedmiotów, które kiedyś kupiła dla dziewczynki, rzeczy, które nabyła, bo wpadły jej w oko albo były w promocji, choć ona była na nie jeszcze za mała, ubranka, które odłożyła na później, kiedy córka trochę podrośnie i będzie mogła je nosić; czasami wygrzebywała pluszowe maskotki, kolorowe komiksy, spódniczki, o których całkiem zapomniała, gdy przyszła na nie pora. Na widok tych nielojalnych przedmiotów Yui przeszywał ból, ogarniało ją rozdzierające poczucie, że przez własne roztargnienie pozbawiła córkę tej drobnej radości.

Takeshi życzliwie odpowiedział na wiadomość. Robił tak za każdym razem, gdy Yui się do niego zwracała.

Obiecał, że pewnego dnia, kiedy będzie już gotowa, razem stawią czoła mieszkaniu, szafom, skrytkom i nierozpakowanym od czasu przeprowadzki pudłom, które budziły w niej autentyczny strach.

Pisał też do Yui, kiedy zdawało mu się, że w pacjentce stojącej pod oknem i odwróconej do niego plecami rozpoznaje żonę, że w zadyszanej kobiecie, która przebiegła mu drogę, spiesząc się do pracy, widzi jej profil.

To Yui opowiedział o obawach wychowawczyń z przedszkola, bo tam też córka nie otwierała ust – rysowała i uczestniczyła w zabawach, ale bezdźwięcznie. Od dawna nikt nie słyszał głosu Hany i czasami wydawało mu się, że zapomina już, jak kiedyś brzmiał. W takich chwilach oglądał zapisane na komputerze filmiki: Hana śpiewająca piosenki z kreskówek, Hana wypaczająca słowa w tradycyjnych pieśniach, Hana z przekonaniem wygadująca bzdury, jakie mówi się tylko w jej wieku.

Zmagając się z tęsknotą za tym, co utracił, i z wrażeniem, że nie jest w stanie podołać próbie, przed jaką postawiło go życie, pisał do Yui, że czuje się „trochę smutny”, a ona go rozumiała.

Nie zdając sobie z tego sprawy, Yui i Takeshi powoli się do siebie upodobnili.

Takeshi zaczął inaczej patrzeć na kąty w swoim domu, zwłaszcza te, gdzie chował przedmioty, których Hana nie powinna znaleźć: niebezpieczne narzędzia, smakołyki, rzeczy, których mała nie odłożyła na miejsce, wobec czego zniknęły za karę. Przestał kupować ubrania i prezenty na zapas. Kiedy trafiał na coś, co by się jej spodobało, dawał jej to od razu.

Nauczył się od Yui, że j u t r o to z zasady coś, czego nie ma.

Z kolei Yui znowu zaczęła chodzić do przychodni. Po dwóch latach, kiedy podświadomie liczyła, że każde przeziębienie rozwinie się w zapalenie płuc, że nieleczony ból gardła sprawi jej tyle cierpienia, że nie będzie mogła myśleć o niczym innym, znów zaczęła dbać o zdrowie i troszczyć się o siebie.

A kiedy widziała jakąś zabawną albo rozczulającą scenę – psa, który bawi się w parku sam, podczas gdy jego pan drzemie na ławce, przedszkolaki idące w parach i piszczące na widok przejeżdżającego pociągu – utrwalała ją w postaci wizualnego haiku, które odkładała na bok, żeby przyjrzeć mu się w drodze do pracy albo przed snem, w każdym trudnym momencie dnia. Idąc za przykładem Takeshiego, zgromadziła całkiem sporą kolekcję ujęć, którymi rozświetlała mgliste godziny.

A potem nadchodziła sobotnia noc, a po niej niedzielny poranek, kiedy mieli razem jechać do Bell Gardii, i umówiona godzina, o której Yui kładła rękę na klaksonie, żeby dać znać Takeshiemu, że już jest na miejscu, tak jak kiedyś sygnalizowała matce, żeby pospieszyła się z wyjściem z domu. I ta chwila, kiedy Takeshi wstawał z cokołu pomnika Moyai i szedł w stronę kobiety, o której chciał wiedzieć coraz więcej, i był szczęśliwy, bo widział uśmiechniętą twarz Yui, błyszczące oczy, małe mięsiste wargi, spiczasty nos i spływające na plecy dwukolorowe włosy.

Ten moment dla obojga przestał być spotkaniem dwójki nieznajomych w jednym miejscu na świecie, by dotrzeć do drugiego, lecz stał się powrotem.

On wracał do niej, a ona wracała do niego.

16

Przedmioty kupione dla córki (i nigdy niewykorzystane), znalezione w domu przez Yui:

Smoczek z wąsami.

Różowe spodnie z kieszonkami obszytymi koronką.

Trąbka Anpanmana.

Kubek z Minnie z uszkiem w kształcie kokardy.

Trzy spinki wysadzane sztucznymi diamencikami.

Płyta ze świątecznymi piosenkami.

Myjka z gazy do kąpania niemowląt.

Śpioszki dla trzymiesięcznego dziecka.

Para rękawiczek z materiału w kwiatki.

17

W drodze do Bell Gardii rzadko włączali radio i ani razu nie puścili stacji, w której pracowała Yui. Takeshi starał się słuchać jej programów na żywo, a kiedy akurat był w sali operacyjnej albo przy nagłym wypadku, nagrywał je. Dla pewności zaczął nagrywać każdy odcinek, zapisywał na dysku głos Yui.

Podobał mu się stanowczy ton, jakim prowadziła głosy badaczy, dziennikarzy czy naukowców, oraz delikatne i ciepłe brzmienie, jakim wspierała słuchaczy dzwoniących z najodleglejszych zakątków Japonii, by wypowiedzieć się na antenie. A najbardziej lubił to, że Yui sprawiała, iż nawet osoby nienawykłe do mówienia czuły się komfortowo.

Mając ocean z boku, a góry przed sobą, najczęściej słuchali muzyki. Yui uwielbiała bossa novę, nostalgiczne nuty z lat, których nie przeżyła, i z ziemi, której nie znała; te melodie doprowadzały ją do łez swoim pięknem. Dzięki nim dowiedziała się, że nostalgia nie ma nic wspólnego ze wspomnieniami, że można jej głęboko doświadczać nawet w stosunku do rzeczy, z którymi nie miało się bezpośredniej styczności.

Takeshi natomiast wychował się na japońskim rocku, słuchał X Japan, Luna Sea i Glaya, ale czasami proponował Yui bardziej melodyjne kawałki, jak Forever Love albo Yūwaku. Ona śmiała się i próbowała pogodzić ze sobą spokojny głos Takeshiego z wywrzeszczanymi na całe gardło piosenkami.

Droga z Tokio do Ōtsuchi była długa. Wystarczająco długa, żeby ich serca za każdym razem miały czas, by się przygotować na spotkanie z ogrodem położonym na łonie Kujira-yamy. Niekończące się godziny jazdy, podczas których zmieniali się za kierownicą, gdy Yui była zmęczona, muzyka w tle, pęczniejące w samochodzie rozmowy i milczenie, jego albo jej oddech, kiedy kolejno zapadali w sen – to wszystko hartowało ich nerwy i mięsień sercowy.

Stawali się coraz lepiej przygotowani na kolejną milimetrową szczelinę, jaką wiatr w Bell Gardii w nich wyżłobi. Z kilometra na kilometr byli coraz bliżej Wietrznego Telefonu, ogrodu, łódek i morskich fal.

Gdyby Yui miała to wyjaśnić na jakimś konkretnym przykładzie, powiedziałaby, że to proces analogiczny do przeszywających skurczów poprzedzających poród, do cudu, jakiego doświadczyła, gdy rodziła się jej córka: zamknąć po to, by otworzyć, spiąć, by się rozluźnić, zacisnąć i przytrzymać, a potem przeć i się rozwierać.

Jednym słowem: absolutny paradoks, jak wtedy, gdy mamy zwyczaj mówić, że coś udaje się dopiero, kiedy człowiek odpuszcza. Jak w prawdziwej miłości, jak z dzieckiem, które ciągle się nie pojawia.

Czy tego dnia uda im się porozmawiać z bliskimi? Czy w tym miesiącu Yui będzie nieco mniej cierpieć co rano po przebudzeniu, uświadomiwszy sobie, że jest w domu sama? Czy Takeshi przestanie wpatrywać się w puste miejsce na łóżku albo przystawać przed drzwiami do łazienki z krążącym po głowie pytaniem, ile jeszcze jego żona będzie tam siedzieć, by zaraz wyszeptać łagodnie: „Nie spiesz się”?

18

Ulubione utwory Yui wywodzące się z muzyki brazylijskiej – w przeszłości i obecnie:

Águas de Março, Elis Regina, wersja oryginalna z albumu Elis (1972).

Desandou, Caio Chagas Quintet, z albumu Comprei um Sofá (2017).

19

– Wystarczyłoby, żeby choć raz, jeden jedyny raz zapewnił mnie, że jest i że słucha. Że nie jest obrażony.

Coś pękło w tym spokojnym i pełnym rezygnacji zdaniu, poprzedzonym innymi, burzliwymi. Mężczyzna pospiesznie łyknął powietrze, powstrzymał szloch, a potem wyrzucił z siebie oskarżenia i inwektywy.

Spotkali go rano, na drodze do Bell Gardii, jadąc tradycyjnie z omiyage dla Suzuki-sana i jego żony, z myślą o jeżowcach i zupie z tofu w małej knajpce, w której za każdym razem się zatrzymywali. Takeshi przywiózł uwielbiane przez jego żonę bananowe eklery z bitą śmietaną, a Yui miała czekoladę ukrytą w schowku.

Wszystko zgodnie ze zwyczajem. Wszystko jak zwykle, jak za każdym powrotem.

– Z zawodu jestem dziennikarzem, moja praca to pisanie. I jeśli kiedyś napiszę o tej całej historii, o ile żona mi pozwoli, zatytułuję ją: Wiek, w którym się nie umiera.

Siedzieli w pomieszczeniu przed biblioteką, gdzie Suzuki-san przygotował kąt do nieformalnych rozmów i picia herbaty, zanim otworzą kafejkę z prawdziwego zdarzenia.

– Mocny tytuł – z kuchni dobiegł uprzejmy komentarz strażnika.

– Jedyny możliwy, moim zdaniem. Napiszę o nieobecnym u młodzieży poczuciu zagrożenia, o tym, że w pewnym wieku nie pojmuje się, że ludzie nie są nieśmiertelni i że za głupstwa wcześniej czy później płaci się własną skórą.

To był potężny mężczyzna, z obfitym brzuchem, w dużych kanciastych okularach na nosie. Gadatliwy i niecierpliwy, często brakowało mu czasu, by zaczerpnąć tchu, więc do końca zdania docierał już na bezdechu. Od razu jednak wciągał powietrze do płuc i mówił dalej.

– Pamiętacie filmik tych kretynów, którzy w ubiegłym roku w Hiroszimie skoczyli do rzeki podczas tajfunu? Tej trójki, w majtkach i w pontonie, takim dmuchanym, jak nad morzem, do którego wkłada się małe dzieci, a te od razu robią siusiu do środka?

Yui i Takeshi spojrzeli na siebie pytająco, ale niczego sobie nie przypominali.

– No jasne, po co mielibyście go oglądać? Żałosne przedstawienie, na samą myśl włos się jeży na głowie, a co dopiero gdy się go obejrzy od początku do końca. W każdym razie jednym z tych trzech kretynów był Kengō, mój syn.

Następnego dnia Yui i Takeshi, każde na własnym telefonie, odszukali nagranie na stronach telewizji NHK. Dwójka wyrostków w majtkach – jeden z rozjaśnianymi włosami, drugi z czupryną czarną jak smoła – siedzi na gumowym pontonie i śmieje się do filmującego ich z góry (z brzegu rzeki, a może z mostu?) kolegi. Całość trwa zaledwie kilka sekund, ponieważ chłopców porywa nurt i znikają z ekranu, wtedy też film się urywa. W wiadomościach podanych przez NHK kilkusekundowe nagranie powtórzone zostało trzy lub cztery razy i przeplatane było ujęciami rzeki oraz uszkodzonych przez tajfun okolicznych domostw. Głos dziennikarza, wspomagany przez napisy na pasku, relacjonuje szczegóły: ciała odnaleziono po czterech godzinach poszukiwań (akcja przedłużała się ze względu na fatalne warunki atmosferyczne) i przeczesywania dna rzeki dzięki podwodnej kamerze.

 

– Byli jak nasiąknięta ścierka – skomentował mężczyzna. – Ryby zaczęły już ich podskubywać. Kengō miał nawet we włosach kraba.

Takeshi i Yui do tej pory wymieniali się tylko esemesami, teraz jednak po raz pierwszy postanowili do siebie zadzwonić. Oboje byli wstrząśnięci, nie mogli opędzić się od myśli o tym, ile razy (dziesiątki? setki?) ojciec musiał oglądać to nagranie, z rozpaczą, z niedowierzaniem, może z wściekłością, nadludzkim wysiłkiem starając się pocieszyć, że syn miał przynajmniej na koniec świetną zabawę.

– Dureń, prawdziwy dureń. Bo jak można sądzić, że coś takiego ujdzie płazem? – mówił dalej mężczyzna. Dodał, że w pogodzeniu się ze śmiercią syna pomógł im los przyjaciela, który utopił się razem z nim, i samobójstwo tego trzeciego. Nie dlatego, żeby źle życzyli tamtym chłopakom, ale w ten sposób każda z rodzin mogła zrzucić z siebie poczucie winy za złe wychowanie.

Oni byli bardzo surowi wobec Kengō, wybrali drogę zakazów. Rodzice Kōty – drugiego topielca – byli natomiast wyrozumiali i przekonani, że dzięki przyzwoleniom sam dokładnie zrozumie, czego chce, i nie będzie szukał wkoło wrogów. Natomiast trzeci, Katsuhiro, pod względem charakteru był całkowitym przeciwieństwem kolegów, nie poradził sobie ze wstydem, że on przeżył i nie powstrzymał tamtych, a nawet nakłaniał ich do większej brawury.

– Fakt, że wszyscy trzej umarli, choć nie w jednym czasie, upewnił nas w przekonaniu, że i tak by do tego doszło, bez względu na to, co byśmy zrobili. Że niekiedy wystarczy po prostu mieć pecha, żeby przenieść się na tamten świat.

Mężczyzna z pogardą powtórzył zdanie: „Wystarczy tylko jeden wyskok, jeden jedyny, typowy dla wieku młodzieńczego…”.

I pech, straszny pech. On też w młodości zachowywał się jak kretyn. A oni? Przecież Yui i Takeshi też musieli choć raz zrobić coś głupiego, prawda? Ale im się upiekło. Właśnie, bo mieli szczęście, zwyczajne szczęście.

– Przez jakiś czas wstydziłem się i nie mówiłem o tym głośno. Tutaj, do Bell Gardii, przyjeżdżają ludzie opłakujący tych, którzy umarli, choć na wszelkie sposoby unikali ryzyka. Los postanowił jednak inaczej. Życie to czysty przypadek.

Nastąpiła krótka przerwa na słowa pocieszenia i otuchy, ale ponieważ mężczyzna źle znosił ciszę, ani Suzuki-san, ani Yui czy Takeshi nie zdążyli się odezwać.

– Wszystko z siebie wyrzucam do tej słuchawki. A nawet więcej – opowiadał dalej. – W ogóle się nie cenzuruję. Mówię mu, że zachował się jak idiota. Gadam, gadam i co mi z tego, po drugiej stronie cisza. Wiem, że to zabrzmi absurdalnie, ale on mi potem odpowiada w nocy, we śnie. Jakby ktoś przeciął scenariusz rozmowy na pół.

Yui wierzyła mężczyźnie. Przypomniała sobie sen, który nawiedzał ją przez cały rok, ten o poczęciu córki. Takeshi też uwierzył, bo on z kolei pamiętał o radach, jakich we śnie udzielał Hanie.

– To niemądre, wiem, ale przez całe życie nie zapamiętałem ani jednego snu, a teraz we śnie rozmawiam z synem. A właściwie nie r o z m a w i a m, bo każdy mówi swoje, gdy przychodzi jego kolej, więc się nie kłócimy i mamy czas, żeby przemyśleć to, co powiemy sobie następnym razem.

Suzuki-san wytarł ręce. Przyniósł imbryk z wrzątkiem, postawił go na stole i powiedział, że rozmowa to coś pięknego, niezależnie od postaci.

– Dzisiaj na przykład opowiedziałem mu, że matka znalazła blok rysunkowy z czasów jego podstawówki. – Mężczyzna wyciągnął z torby telefon komórkowy, żeby pokazać zdjęcie.

Na środku kartki stoi mały Kengō, ręce ma rozłożone aż po brzegi papieru. W tym specjalnym uścisku, powiedział mężczyzna, znaleźliśmy się wszyscy, nawet dom i świat, który narysował jako mniejszy niż jego własna twarz, i pomalował na niebiesko.

Żona powiesiła rysunek w kuchni, w takim miejscu, żeby go widzieć za każdym razem, kiedy przygotowuje kolację. A on za każdym razem, kiedy koło niego przechodzi, czuje wzruszenie. Bo gdy patrzy na dzieło syna, przyznał, na nowo odkrywa, że jest ojcem.

– Rodzicem jest się nawet wtedy, kiedy dzieci już nie ma.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?