Wiatrom powierzoneTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Plik jest zabezpieczony znakiem wodnym


Quel che affidiamo al vento

©2020 First published in Italy by Piemme

This edition published in arrangement with Grandi & Associati

Copyright © 2021 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2021 for the Polish translation by Lucyna Rodziewicz-Doktór

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Justyna Chmielewska

Korekta: Jolanta Olejniczak-Kulan, Edyta Malinowska-Klimiuk

ISBN: 978-83-8230-139-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E - wydanie 2021

SPIS TREŚCI

Objaśnienie

Wstęp

I

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

II

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

Epilog

Słowniczek

Bibliografia

Istotna uwaga

Podziękowania

Przypisy

Powieść jest czystym wytworem fantazji. Przedstawione sytuacje i bohaterowie są owocem wyobraźni autorki, a ich jedynym celem jest uwiarygodnienie narracji. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych postaci, wydarzeń i miejsc jest przypadkowe.

Dla Ryōsuke, Sōsuke i Emilia – ich głos już na zawsze pozostanie z wami

Objaśnienie

W transkrypcji terminów japońskich wykorzystany został system Hepburna, w którym pisownia opiera się na fonologii języka angielskiego. Oto kilka zasadniczych uwag1:

ch wymawia się jak ć

j wymawia się jak dź

sh wymawia się jak ś

ts wymawia się jak c

u poprzedzone przez s i tz (su i tsu) jest prawie głuche i nieme

w wymawia się jak ł

y wymawia się jak j

z wymawia się dz

Samogłoski długie oznaczone zostały makronem (ˉ).

Historia rozgrywa się w miejscu, które istnieje naprawdę – w prefekturze Iwate, położonej w północno-wschodniej części Japonii.

Pewnego dnia pewien mężczyzna, którego dom leżał u podnóży Kujira-yamy, Góry Wieloryba, pod miastem Ōtsuchi – jednym z miejsc najbardziej dotkniętych przez tsunami z 11 marca 2011 roku – postawił w swoim ogrodzie budkę telefoniczną.

 

W środku umieścił stary czarny aparat telefoniczny, do niczego niepodłączony, słowa wypowiadane do słuchawki niesie więc ze sobą wiatr.

Co roku przybywają tu tysiące osób.

To przejście z jednej formy życia

do drugiej.

Koncert, podczas którego

tylko orkiestra się zmienia.

Ale muzyka pozostaje i brzmi dalej.

Mariangela Gualtieri

Powstań, wietrze północny, nadleć, wietrze z południa,

Wiej poprzez ogród mój, niech popłyną jego wonności!

Niech wejdzie miły mój do swego ogrodu

I spożywa jego najlepsze owoce!

Pieśń nad Pieśniami, 4,162

Nie ofiaruj więc miłości w pośpiechu.

Kojiki

Wstęp

Nagłe uderzenie wiatru szarpnęło roślinami w rozległym i nieco spadzistym ogrodzie Bell Gardia.

Kobieta odruchowo zakryła łokciem twarz i skuliła plecy. Zaraz jednak otrząsnęła się i wyprostowała.

Przyszła tu przed świtem i patrzyła, jak robi się jasno, chociaż słońce nie wychodziło z ukrycia. Z samochodu wyładowała duże torby: rulon grubej plastikowej folii o długości pięćdziesięciu metrów, kilka taśm izolacyjnych, dziesięć pudełek śledzi i specjalny młotek z rączką dla kobiet. W ogromnym supermarkecie budowlanym Conan sprzedawca poprosił, żeby pokazała mu dłoń: chciał tylko sprawdzić rozmiar, ale ona aż się wzdrygnęła.

Szybkim krokiem podeszła do budki telefonicznej: była niepokaźna, jakby z waty cukrowej albo bezy, której dotykało niezliczenie wiele palców. Wiatr dął z coraz większą siłą, nie było czasu do stracenia.

Przez dobre dwie godziny bez wytchnienia pracowali na wzgórzu nad Ōtsuchi: ona owijała folią kabinę, ławkę, znak przy wejściu i nieduży łuk, który otwierał ścieżkę, a wiatr ani na moment nie przestawał jej chłostać. Czasami mimowolnie obejmowała się mocno rękami; od dziecka robiła tak w chwilach, gdy emocje sięgały zenitu. Potem jednak wstawała, prostowała plecy i patrzyła wyzywająco na czapę chmur, która całkowicie spowiła już wzgórze.

Zatrzymała się dopiero pod koniec, gdy w ustach poczuła słony smak morza, jakby jego opary wspięły się tak wysoko, by wywrócić świat do góry nogami. Opadła bez sił na ławkę owiniętą jak kokon jedwabnika i spojrzała na podeszwy oblepione wilgotną ziemią.

Pomyślała, że jeśli świat ma runąć, ona runie razem z nim, ale jeśli istnieje nawet minimalna szansa, by utrzymać go na nogach, choćby w komicznie chwiejnej pozycji, dobędzie resztek sił i mu pomoże.

Położone w dole miasto jeszcze spało. Kilka lamp rozświetliło okna, ale z powodu nadciągającego tajfunu większość mieszkańców zamknęła okiennice i zaryglowała je dodatkowo drewnianymi drągami. Niektórzy ułożyli przed drzwiami worki z piaskiem, żeby wiatr ich nie wyważył i nie zalał pokoi deszczem.

Ale Yui nie martwiły ani deszcz, ani niebo, które miała pod butami. Patrzyła na własne dzieło: na metry folii i taśmy, którymi zabezpieczyła budkę, ławkę, płyty na ścieżce, łuk nad wejściem i tabliczkę z napisem: „Wietrzny Telefon”.

Na wszystkim były krople wody i grudki ziemi. Postanowiła czuwać, żeby od razu naprawić to, co tajfun oderwie lub zniszczy.

Nie przyszło jej do głowy, że delikatność jest cechą nie tyle przedmiotów, ile ciała, bo rzeczy materialne można naprawić i zastąpić, ale ciała się nie da i nawet jeśli jest twardsze od duszy – bo gdy ta pęknie, to już na zawsze – na pewno nie jest wytrzymalsze od drewna, ołowiu czy żelaza. Nie pomyślała, że największe niebezpieczeństwo grozi jej samej.

„Już wrzesień” – szepnęła Yui, wpatrując się w nadciągającą ze wschodu ciemność. Nagatsuki, „miesiąc długich nocy”, jak głosiła nazwa nadana mu w starożytności. Powtarzała to jednak przy każdym miesiącu. „Już kwiecień”, mówiła, a potem: „Już maj”, i tak dalej, w skrupulatnym odliczaniu dni od tamtego 11 marca 2011 roku.

Każdy tydzień to trud, każdy miesiąc to czas odkładany na strych, na przyszłość, która kto wie, czy w ogóle nadejdzie.

Yui miała długie czarne włosy o jasnych końcówkach, jakby odrosty pięły się na wspak, w górę głowy. Przestała je farbować, gdy jej matka i córka zostały wciągnięte w morskie odmęty. Przycinała tylko odrobinę od czasu do czasu, aż urosły takie, z aureolą u dołu. Jej włosy i granica między dawnym blondem a oryginalną czernią wyznaczały czas żałoby. Jednocześnie stały się swoistym kalendarzem adwentowym.

Swoje ocalenie zawdzięczała przede wszystkim temu ogrodowi, białej budce z harmonijkowymi drzwiami i stojącemu na półeczce czarnemu telefonowi, obok którego leżał zeszyt. Palce wykręcały pierwszy lepszy numer, słuchawka przylegała do ucha, a głos wpadał do aparatu. Czasami płakała, czasami się śmiała, bo życie potrafi być śmieszne nawet wtedy, gdy dojdzie do tragedii.

A teraz tajfun już prawie ją dopadł, Yui czuła na sobie jego oddech.

W tych stronach huragany to rzecz normalna, zwłaszcza latem. Wstrząsają krajobrazem, zrywają poszycie i rozsypują po ziemi dachówki. Opiekun Bell Gardii, Suzuki-san, za każdym razem zabezpieczał ogród z wielką troską.

Tym razem jednak tajfun miał być znacznie silniejszy, a Suzuki-sana nie było. Szybko rozeszła się wiadomość, że zachorował. Nikt nie wiedział na co, mówiono jednak, że jest w szpitalu na badaniach.

Kto zaopiekuje się tym miejscem pod jego nieobecność?

Tajfun przypominał Yui złośliwego chłopca, który planuje wylać wiaderko wody na zamek z piasku zbudowany przez drugie dziecko, słabsze i bardziej naiwne. Przygląda mu się z daleka, zza skał, w każdej chwili gotowy do ataku.

Chmury nieustannie zmieniały pozycję, wszystko tam w górze goniło i nawet światło uciekało na zachód. Z minuty na minutę niebo coraz bardziej się osuwało, jak ręka, która dotyka czoła wzgórza, by sprawdzić, czy naprawdę jest gorące, czy tylko udaje.

Kiedy wiatr z wyciem uderzył w ogród, ten jakby się skulił, szepcząc cicho: „Nie rób mi krzywdy”.

Włosy Yui rozczapierzyły się, wydęły jak meduza i zaczęły falować. Wystarczyło spojrzeć na głowę kobiety, by zrozumieć partyturę wiatru. Na jego złowrogi gwizd zbuntowały się wszystkie rośliny: cały w szkarłacie kwiat nirwany, kwiat umarłych, higanbana; przekwitła hortensja przypominająca łysy krzak; fūsen-kazura z białymi kwiatkami i zielonymi owocami, którymi dzieci potrząsają, jakby to były dzwoneczki.

Choć z trudem utrzymywała się na nogach, chciała jeszcze raz sprawdzić, czy zabezpieczyła wszystko jak należy. To kuląc się, to napierając całym ciężarem ciała na ścianę wiatru i machając zamaszyście rękami, jakby płynęła, postawiła krok na ostatniej płycie ścieżki. Przyjrzała się uważnie śledziom przytrzymującym plastikowe płachty wokół budki.

Płyta zaskrzypiała, a w głowie Yui rozbrzmiały słowa córki, która kamienne bloki zabezpieczające kanał przed domem nazywała ciasteczkami.

Uśmiechnęła się, wdzięczna za odzyskane wspomnienie.

Dzieci postrzegają szczęście jako rzeczy. Pociąg wystający z pudełka, folia spożywcza, którą owinięty został kawałek tortu. Albo zdjęcie, na którym stoją pośrodku i wszystkie oczy skierowane są tylko na nie.

U dorosłych sprawy się komplikują. Szczęście to sukces, praca, mężczyzna albo kobieta, ma niejasne kontury i wymaga wysiłku. Kiedy jest albo kiedy go nie ma, staje się przede wszystkim słowem.

Yui pomyślała, że dzieciństwo uczy czegoś innego: że szczęście jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy tylko zwrócić się we właściwym kierunku.

Teraz ta trzydziestoletnia kobieta na przekór wszystkiemu stała wyprostowana pod szarą breją nieba. I zastanawiała się nad praktycznym wymiarem szczęścia, zatopiona w rozważaniach jak dawniej w książkach, w cudzych historiach, które wszystkie, co do jednej, zawsze wydawały się piękniejsze niż jej własna. Może dlatego wybrała pracę w radiu. Fascynowały ją inne życia, lubiła się w nich zatracać.

Yui od wielu lat szczęście czerpała z tego ciężkiego czarnego aparatu, który w kółko mielił cyfry od zera do dziewięciu. Zatracała się z uchem przyciśniętym do słuchawki, patrząc na ogród położony na tym odległym wzgórzu w północno-wschodniej Japonii. Przez prześwit w kształcie litery V widziała nawet morze, czuła jego zmarszczony i słony zapach. To tu wyobrażała sobie, że rozmawia z córeczką, która zatrzymała się na trzech latkach, i z matką, która do ostatniej chwili obejmowała wnuczkę ramionami.

Kiedy szczęście przybiera postać r z e c z y, wszystko, co mu zagraża, staje się wrogiem. Nawet jeśli jest to nienamacalny wiatr albo spadający z chmur deszcz.

Yui za żadne skarby, nawet za cenę swojego nic niewartego życia, nie pozwoli, by cokolwiek stało się tej r z e c z y i temu miejscu, któremu powierzyła swój głos.

I

1

Po raz pierwszy usłyszała o niej w radiu.

Pewien słuchacz zadzwonił pod koniec programu, żeby opowiedzieć, co przynosi mu ulgę po śmierci żony.

Długo dyskutowali w redakcji nad tematem odcinka. Wszyscy wiedzieli o Yui i o pustce, którą w sobie nosi. Ona jednak nalegała. Twierdziła, że poradzi sobie bez względu na to, w jakim kierunku potoczy się audycja. Cierpiała, dlatego żadna rozpacz nie może już jej zranić.

„Co pomaga wam wstawać co rano i kłaść się wieczorem do łóżka po wielkiej stracie? Co poprawia wam nastrój, gdy czujecie się przygnębieni?”

Odcinek okazał się znacznie mniej ponury, niż przewidywano.

Jakaś kobieta z Aomori zwierzyła się, że kiedy jest smutna, zaczyna gotować: przygotowuje słodkie i słone ciasta, makaroniki, konfitury i drobne przekąski, jak krokieciki, kotleciki czy kawałki ryby w cukrze i sosie sojowym, oraz gotowane warzywa, które potem wkłada do bentō. Kupiła nawet dodatkową zamrażarkę. Do kulinarnej krzątaniny szykuje się zwłaszcza na Hina-matsuri, święto dziewczynek przypadające trzeciego marca, które kiedyś obchodziła z córką. Wie, że gdy będzie patrzeć w salonie na wystawę lalek i towarzyszące im pluszowe przytulanki, które odgrywały role członków rodziny cesarskiej, dopadnie ją nieodparta potrzeba, by obierać, ciąć i blanszować. Gotowanie sprawia, że czuje się dobrze, powiedziała, pomaga jej odnaleźć swoje miejsce na świecie.

Pewna młoda urzędniczka z Aichi zdradziła natomiast, że chodzi po kafejkach tylko po to, żeby głaskać koty, psy i fretki. O tak, zwłaszcza fretki. Wystarczy, że ich małe pyszczki dotkną jej rąk, a ona od razu odzyskuje radość życia. Zadzwonił też starzec, który wyznał szeptem – żeby żona z sypialni go nie słyszała – że gra w pachinko, a pracownik dużej korporacji, który boleśnie przeżył rozstanie z narzeczoną, wspomaga się filiżankami gorącej czekolady i podgryzaniem sembei.

Cała redakcja uśmiechnęła się, gdy gospodyni domowa z Tokio, kobieta pod pięćdziesiątkę, która w wypadku samochodowym straciła najbliższą przyjaciółkę, powiedziała, że zaczęła uczyć się języka francuskiego, bo odmienny sposób modulowania głosu, gardłowe „r” oraz skomplikowane akcenty sprawiają, że czuje się kimś innym. „Nigdy się go nie nauczę, brak mi zdolności językowych, ale nawet nie wiecie, ile satysfakcji daje mi powiedzenie takiego bonjouurrrrr”.

Ostatni telefon był z Iwate, jednego z miejsc najbardziej dotkniętych przez kataklizm w 2011 roku. Redaktorka programu spojrzała wymownie na dźwiękowca, który długo wpatrywał się w spikerkę, potem opuścił wzrok na konsoletę i aż do końca rozmowy go nie podniósł.

Słuchacz, podobnie jak Yui, stracił w tsunami bliską osobę – żonę. Dom zalała woda, a jej ciało odpłynęło wraz z innymi szczątkami. Zaliczono ją do zaginionych, yukue fumei, „nieznany ślad”. Teraz mieszkał z synem w środkowej części wyspy, gdzie morze jest tylko odległym wspomnieniem.

– Ale przejdźmy do rzeczy. – Co chwilę zawieszał głos, by zaciągnąć się papierosem. – W samym środku ogrodu, na wzgórzu, daleko od miasta, stoi budka telefoniczna. Aparat nie jest podłączony, ale głos i tak niesie się w dal, z wiatrem. Mówię: „Halo, Yōko, jak się masz?”, i wydaje mi się, że jest jak dawniej, kiedy moja żona słuchała mnie z kuchni, krzątając się przy śniadaniu albo kolacji, a ja marudziłem, bo oparzyłem język kawą. Wczoraj wieczorem czytałem wnukowi historię o Piotrusiu Panie, latającym chłopcu. Zgubił swój cień, a pewna dziewczynka przyszyła mu go do podeszwy. Myślę, że tak jest też z tymi, którzy idą na wzgórze: próbujemy odzyskać własny cień.

 

W redakcji zapadła absolutna cisza, jakby do studia wpadł nagle jakiś duży obcy obiekt.

Nawet Yui, choć zazwyczaj zgrabnie ucinała zbyt długie wypowiedzi kilkoma wyważonymi słowami, teraz wstrzymała oddech. Otrząsnęła się dopiero, gdy mężczyzna zakasłał, a dźwiękowiec wyciszył jego głos. W pośpiechu puściła muzykę i sama aż zdziwiła się adekwatnością tytułu utworu: Max Richter, Mrs. Dalloway: In the Garden.

Tej nocy redakcja otrzymała wiele wiadomości, które przychodziły nawet, gdy Yui była już w przedostatnim pociągu do Shibuyi i w ostatnim do Kichijōji.

Zamknęła oczy, ale sen nie nadchodził. Długo rozmyślała nad słowami słuchacza, jakby przemierzała tam i z powrotem wciąż tę samą drogę, za każdym razem skupiając się na nowych szczegółach. Znak, tabliczka, dom. Zasnęła dopiero, gdy była pewna, że zapamiętała całą trasę.

Następnego dnia, po raz pierwszy od śmierci matki i córki, wzięła dwa dni wolnego.

Odpaliła silnik w samochodzie, zatankowała i wyruszyła do ogrodu Suzuki-sana, kierując się wskazówkami nawigacji satelitarnej.

Jeszcze nie szczęście, ale przynajmniej uczucie ulgi zaczęło przybierać konkretną postać.

2

Kolejność utworów podczas programu Yui tamtej nocy:

Fakear, Jonnhae Pt. 2

Hans Zimmer, Time

Plaid, Melifer

Agnes Obel, Stone

Sakamoto Kyū, Ue wo mite arukō

The Cinematic Orchestra, Arrival of the birds & Transformation

Max Richter, Mrs. Dalloway: In the Garden

Vance Joy, Call if you need me

3

Yui skupiła się na nawigacji, żeby jakoś powstrzymać mdłości.

Zawsze czuła je na widok morza przez pierwszych dziesięć minut, taki już efekt na niej wywierało. Jakby przez samo patrzenie usiłowało wedrzeć się jej do gardła, co więcej, jakby ktoś na siłę wlewał je przez lejek. W takich razach szybko wkładała coś do ust, kostkę czekolady albo cukierek. Po kilku minutach serce się uspokajało, a torsje ustawały.

Pierwszy miesiąc po tsunami spędziła na macie o wymiarach dwa na trzy metry, w sali gimnastycznej w szkole podstawowej, pośród stu dwudziestu innych osób. Nigdy więcej nie doświadczyła tak wielkiej samotności, jak właśnie w tamtym miejscu.

Pomimo obfitych opadów śniegu, nietypowych jak na marzec, wychodziła na zewnątrz tak często, jak tyko mogła; wciskała się w wyłom w murze otaczającym szkolny dziedziniec, obejmowała drzewa o korzeniach głęboko wpuszczonych w ziemię i stamtąd obserwowała morze, które wróciło już na swoje miejsce, oraz krater pełen gruzów, jakie po sobie zostawiło.

Przez wiele tygodni w skupieniu wpatrywała się w wodę. Była pewna, że w jej toni znajdzie odpowiedź.

Co rano i co wieczór udawała się do punktu informacyjnego z jednym i tym samym pytaniem: dwoje imion, warkoczyki, posiwiałe włosy średniej długości, spódnica w takim a takim kolorze, pieprzyk na brzuszku.

W drodze powrotnej zaglądała pospiesznie do malutkich łazienek, do których zazwyczaj chodziły dzieci między szóstym a jedenastym rokiem życia. Przemierzała korytarze udekorowane obrazkami i wyklejankami z papieru. Potem wracała na swój prostokątny skrawek życia, oszołomiona całym tym absurdem.

Niektórzy nieustannie rozmawiali ze swoich mat rozłożonych na podłodze pokrytej linoleum. Musieli ubrać w słowa to, co się stało, żeby mieć pewność, że to prawda. Inni z kolei nic nie mówili, jakby przerażeni tym, co przeczytają na następnej stronie, na której opisano tragedię: karmili się przekonaniem, że jeśli nie przewrócą kartki, nic z tego się nie wydarzy. Byli też tacy, którzy już wszystko wiedzieli, nie mieli więc nic do powiedzenia. Większość jednak ciągle czekała, i jedną z takich osób była Yui.

Do tej albo innej grupy przynależało się w zależności od informacji uzyskanej w punkcie przyjęć. Niektórzy od razu wyruszali do innego ośrodka, gdzie czekali na nich ci, na których oni sami czekali.

W sali gimnastycznej były setki historii do opowiedzenia. Po fakcie wszystko jawiło się jako zbieg okoliczności („gdybym nie leżała chora w łóżku”, „gdybym tamtego dnia zamiast w lewo, skręcił w prawo”, „gdybym nie wysiadł z samochodu”, „gdybyśmy nie wrócili do domu na obiad”).

Każdy słyszał głos młodej urzędniczki, która znajdując się sto metrów od morza, bez ustanku przekazywała przez megafon ostrzeżenie o nadciągającym tsunami; mówiła, że trzeba udać się w góry, na najwyższe piętra budynków ze zbrojonego betonu. Wszyscy wiedzieli, że nie przeżyła.

Zdjęcia z telefonów komórkowych, które ludzie teraz ładowali, stojąc nawet po kilka godzin w kolejce do gniazdka, przedstawiały absurdalne ujęcia mieszkańców przycupniętych na dachach powywracanych przez morski żywioł aut albo domów, które po zaciekłej walce ruszały w ślad za swoimi właścicielami, jak woda spływająca w zlewie do odpływu.

I jeszcze ten ogień, silniejszy niż woda, choć nikt by nie przypuszczał, bo od dziecka uczono nas, że nożyce wygrywają z papierem, a papier z kamieniem. Woda zawsze wygrywa z ogniem, bo go gasi, i po strachu. W tej dziecięcej grze nikt nie wziął pod uwagę, że o wszystkim decyduje czas i że dym zatyka płuca jak czop. Że podczas tsunami można umrzeć, nawet jeśli nie dotknie się wody.

Z otaczających miasteczko wzgórz, na których, gdy tylko skończyło się silne trzęsienie ziemi, znalazła schronienie, Yui widziała napierający ocean. Posuwał się powoli, lecz stanowczo, jakby nic nie było w stanie go powstrzymać. Zresztą co może zrobić ocean, jak nie napierać?

Do domu miała daleko, a ponieważ matka zapewniła ją w esemesie, że dojeżdża już z wnuczką do lokalnego schronienia, podążyła za ludźmi, podała nawet ramię pewnej staruszce, która z trudem stawiała kroki. Starała się być pomocna, jak tylko umiała, w przekonaniu, że jej już się udało. Przez chwilę miała wręcz poczucie winy, że akurat ją spotkało to szczęście.

Gdy wszyscy dotarli na polanę, stłoczyli się nad zboczem, jak na balkonie w teatrze. Trzymali w rękach telefony, bezwzględnie zawierzając technologii. Zachowywali się jak dzieci, zatarła się w nich granica między ekscytacją a strachem. Ale kiedy morze z impetem zaatakowało ląd i zatrzymało się dopiero u podnóża góry, zapadła wręcz namacalna cisza.

To był tak surrealny spektakl, że Yui długo nie mogła pojąć, co tak naprawdę widziała.

Tsunami zalało obszary położone znacznie powyżej szacowanej wysokości, przez co niektóre s c h r o n i e n i a minęły się ze swym powołaniem, a ich nazwa wprowadziła w błąd, jak nieprecyzyjna definicja łącząca dwa pojęcia w ogóle do siebie niepasujące. Ofiarami tego błędu były jej córka i matka, które w schronieniu spotkały śmierć.

Przez miesiąc czekała na macie o wymiarach dwa metry na trzy, choć tak naprawdę nie wiedziała na co. Wokół niej leżały jak girlanda przedmioty, które miała przy sobie w chwili trzęsienia ziemi. Do nich dołączyły butelki z wodą, ręczniki, pojemniczki z rāmen w proszku, onigiri, batony i napoje energetyczne, podpaski. W otoczeniu tych starzejących się rzeczy czekała, aż to wszystko się skończy.

Wreszcie odnaleziono ciała i Yui przestała patrzeć w morze.