Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena

Tekst
Z serii: Lennart Malmkvist #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Następnego dnia rano telefon i internet wciąż nie działały. Lennart dowiedział się z radia, że to wina uderzenia pioruna w stację dystrybucyjną podczas wczorajszej burzy i że firma telekomunikacyjna walczy o ponowne uruchomienie systemu przed południem. Nawet sieci komórkowe zostały dotknięte tą awarią, niekiedy nawet na parę godzin. Lennart doszedł do wniosku, że lepiej będzie poinformować komisarza Nilssona o niepokojącej rozmowie z Emmą Mårtensson. Wyglądało na to, że coś jej faktycznie mogło grozić albo – co bardziej prawdopodobne – że stała się zakładniczką własnego zdezorientowanego umysłu. Tak czy inaczej, dziewczyna miała poważne kłopoty. I choć wydział zabójstw Nilssona niespecjalnie zajmował się takimi sprawami, Lennart nie chciał sobie później robić wyrzutów, że nie uczynił wszystkiego, co w jego mocy, by pomóc Emmie. Może i miała manię prześladowczą, ale i tak ją lubił.

Najpierw zaniósł Marii klucz do swojego mieszkania, bo zgodziła się zajmować mopsem w czasie, gdy Lennart będzie poza domem, a w drodze na tramwaj w końcu zdecydował się zadzwonić do komisarza. Opowiedział mu o dziwnej rozmowie z Emmą poprzedniego wieczoru około wpół do dziewiątej, tuż przed tym, jak telefony przestały działać.

– Pani Mårtensson to ta znajoma z firmy, która ostatnio wystawiła pana do wiatru? – upewnił się Nilsson.

– Tak, to ona – odpowiedział Lennart. Pękała mu głowa.

– Telefony znów działają. Nie próbował pan się z nią dzisiaj skontaktować?

– Tak, oczywiście, ale pod numerem, który od niej dostałem, włącza się tylko poczta głosowa, a wczoraj zadzwoniła z zastrzeżonego numeru.

– I czuła się prześladowana i zagrożona, mówi pan? Myśli pan, że coś w tym jest?

– Brzmiała bardzo przekonująco – przypomniał sobie Lennart – ale też… – zawahał się – jak by to ująć… powiedzmy, że dość specyficznie.

– Więc możliwe, by pani Mårtensson mogła sobie to wszystko wyobrazić?

– Całkiem możliwe – przyznał się do swoich wątpliwości Lennart.

– Jedna rzecz jest w tym dziwna – zastanowił się komisarz.

– Co pan ma na myśli?

– Hm, ciekawe, że pani Mårtensson dzwoni do pana, choć wcale się tak dobrze ani długo nie znacie, czy może się mylę? Nie ma żadnych innych przyjaciół? – chciał wiedzieć Nilsson.

– Nie mam pojęcia. Ja też nie potrafię sobie tego wyjaśnić – odpowiedział Lennart i zamknął oczy z bólu, gdy tuż za nim zatrąbił jakiś klakson.

– No dobrze – mruknął komisarz – niech będzie. A powiedziała, skąd dzwoni?

– Nie, ani słowa. Wydaje mi się, że chciała to zrobić, ale potem zerwało się połączenie.

Komisarz milczał przez chwilę. Potem powiedział:

– Jeśli pani Mårtensson znów się do pana odezwie, niech mi pan natychmiast da znać. Nie wydaje mi się co prawda, by ktoś ją prześladował, ale nigdy nic nie wiadomo, a ona może po prostu potrzebuje pomocy. Ma pan jej adres?

– Eeee… Nie, obawiam się, że nie. Jak już wspominałem, nie znamy się jeszcze…

– Więc proszę podać mi numer komórki pani Mårtensson, a ja zobaczę, co moi koledzy będą w stanie zrobić.

– Jasne. Dziękuję. – Lennart podyktował komisarzowi numer Emmy, a potem się pożegnał. Kiedy się rozłączył, był zadowolony, że podjął właściwą decyzję. Nilsson zrobił na nim wrażenie spokojnego, ale też zainteresowanego i zaangażowanego. No i poza tym miał poczucie, że spełnił swój obowiązek.

Kiedy na krótko przed wpół do dziewiątej Lennart zatrzymał się przed wejściem do budynku administracyjnego HIC AB przy Gullbergs Strandgata piętnaście, niebo wyglądało tak, jak sam się czuł. Kłębowisko bezkształtnych, szarych chmur (wydawało mu się, czy też jedna z nich przypominała trochę grubego mopsa?), tu i ówdzie porozrywanych i odsłaniających kawałek ciemnego nieba, który zdawał się prowadzić do nicości. Miał mętlik w głowie, czuł się wypalony i zmęczony. Nieskończenie zmęczony.

Tak jak wczorajszego wieczoru wciąż wiał zimny, nieprzyjemny wiatr, ale już nie padało. Na rzece Göta älv na szczytach fal pojawiła się piana, a gigantyczny kontenerowiec przebijał się w kierunku morza, nieprzerwanie tnąc mętne masy wody rdzawoczerwonym dziobem. Statek – zupełnie jakby sobie z niego szydził – nosił nazwę Emma, a więc imię kobiety, którą Lennart dopiero niedawno poznał i która od tamtej pory od czasu do czasu wynurzała się niczym duch z głębin jego ostatnio dziwnie nieprzewidywalnego życia.

Lennart wyobraził sobie, jak by to było być takim gigantycznym kontenerowcem, tak po prostu sunącym przez mętne fale życia, nieważne, jak bardzo wzburzone, bo przecież takim właśnie człowiekiem zawsze był – ukierunkowanym na cel, konsekwentnym, nie do zatrzymania i z jasno wytyczonym kursem. Ale z tamtego Lennarta Malmkvista chwilowo niewiele zostało.

A przecież to nie było tak dawno temu. Lennart Malmkvist, młody, odnoszący sukcesy mężczyzna, zdrowy, wysportowany, atrakcyjny i wypłacalny. Rzeczowy opis jego osoby sam w sobie stanowiłby doskonały tekst ogłoszenia towarzyskiego, i to z gwarancją dużego odzewu. Z pewnością idealnie by się nadawał na okładkę jakiejś błyszczącej broszury znanego banku; grupa docelowa: młodzi, odnoszący sukcesy single o wysokich dochodach.

Byłby.

A teraz?

Teraz, gdy miały się spełnić jego zawodowe marzenia, stał przed wejściem do biura z głową pełną wydarzeń z ostatnich dni. Musiał jak najszybciej uwolnić się od chaotycznych myśli wywołanych czerwonym winem, by nie narazić resztek stabilności w swoim życiu: pracy u Haddinga. Peer Wikström z pewnością by się ucieszył z upadku Lennarta, bo chętnie wcisnąłby na jego miejsce kogoś, kim mógłby łatwiej kierować.

– Ach, Malmkvist. Dzień dobry.

Jak to było z tym diabłem?

– Dzień dobry, panie Wikström.

– Malmkvist! Strasznie pan wygląda. Imprezowało się?

– Obawiam się, że to początki przeziębienia – skłamał Lennart. Tak na szybko nic lepszego nie przyszło mu do głowy. Miał wiele dobrych powodów do wczorajszego pijaństwa i dzisiejszego kaca, ale przedstawienie prawdziwych okoliczności, które do tego doprowadziły, definitywnie pozbawiłoby go możliwości dalszej kariery w HIC.

– Przeziębienie? – Wikström zmrużył oczy i przyjrzał mu się sceptycznie. – Wygląda pan raczej tak, jakby zobaczył pan ducha. – Postukał palcem wskazującym w grubego na kciuk rolexa. – Spotkanie jest za pół godziny. Time to move! Sugeruję, by udał się pan teraz do swojego biura i dotarł co najmniej na czas do sali konferencyjnej numer trzy. A w drodze tam zdecydowanie zalecam, by zatrzymał się pan w toalecie i zrobił użytek z zimnej wody. Chcę widzieć na pańskiej twarzy świeżość i zaangażowanie! Mamy dziś bardzo ważnego gościa i mam nadzieję, że da pan z siebie wszystko. Nie mogę sobie pozwolić na porażkę. Pan zresztą też nie, ale to tak na marginesie. Z reguły zawsze wychodzi na moje i chcę, żeby na koniec dnia dalej tak było. – Głos Wikströma przybrał nieprzyjemnie złowróżbny ton. Wbił wzrok w Lennarta, ponownie postukał w zegarek za sto tysięcy koron, a następnie odwrócił się i odszedł.

Lennart zebrał się w sobie, sięgnął po aktówkę, którą wcześniej postawił między nogami, wsunął pod ramię torbę z laptopem i pospiesznie ruszył za Wikströmem, który właśnie zniknął za szklanymi drzwiami okazałej filii HIC AB w Göteborgu.

Lennart miał dobry gabinet. Dobry w sensie najlepszej lokalizacji. Był położony na najwyższym piętrze trzypiętrowego budynku z jasnoczerwonej cegły (od dołu ku górze rosło też w wyraźny sposób znaczenie pracowników). A do tego z widokiem na rzekę, co również stanowiło swego rodzaju nagrodę. Wszyscy pracownicy, którzy nie mieli biur zwróconych w stronę wody, musieli zadowolić się widokiem budynków fabrycznych i nieciekawych ulic. On natomiast przy dobrej pogodzie był w stanie zobaczyć zakotwiczony na rzece statek hotelowy i ruchliwe wody Göta älv aż po drugi brzeg, gdzie leżały Ringön, Tingstad, Aröd i Bäckedalen, aż po horyzont zaś ciągnęła się zabudowana równina znaczona latem zielonymi plamami lasów. Widok ten, jego bezkres, dawał mu uczucie bycia częścią znaczącego przedsiębiorstwa w kosmopolitycznym mieście, co zresztą w pewnym stopniu było prawdą.

Położył teczkę na biurku, wyjął laptop i włączył. Podczas uruchamiania systemu poszedł do toalety i przy umywalce skorzystał z rady Wikströma. Zimna woda dobrze mu zrobiła. Zaczesał włosy do tyłu, spojrzał na zmęczoną twarz w lustrze, ale unikał dłuższego kontaktu wzrokowego z własnym odbiciem. Lepiej będzie, jeśli przed spotkaniem nie pojawią się żadne dalsze komplikacje i wątpliwości.

W drodze z powrotem do biura Lennart przyniósł sobie z małej kuchni na końcu korytarza latte macchiato z idealną mleczną pianką, a następnie przejrzał jeszcze raz prezentację, koncentrując się na zdaniach, które przygotował do każdego slajdu. Spróbował uporządkować myśli i w duchu szybko przećwiczył pozbawione emocji, profesjonalne reakcje na ewentualne uwagi Wikströma. Peer Wikström lubił robić coś takiego przed całym zespołem i nazywał to „realistycznym środkiem treningowym”. Prawdopodobnie zrobi coś takiego przed ważnym gościem, którego zapowiedział, niezależnie od tego, kto to mógł być. Właściwie dzisiejsze spotkanie miało być tylko próbą; prawdziwa prezentacja u klienta miała się odbyć pod koniec tygodnia. Ale co, jeśli Wikström dla zabawy już dziś przyprowadzi klienta? Tego „ważnego gościa”, jak zapowiedział? Nie, nawet on by się na coś takiego nie odważył. Zbyt wiele od tego zależało, DataMining Group AB było zbyt ważnym klientem o zbyt wysokim budżecie. Lennart poświęcił cały rok na ich pozyskanie, aż w końcu uzgodniono termin spotkania na koniec tego tygodnia. Harald Hadding pewnie osobiście udusiłby Wikströma, gdyby ten z czysto osobistych powodów zawalił taki interes.

 

Lennart zerknął na zegarek. Za pięć dziewiąta! Zaklął cicho, wlał w siebie resztę kawy z mlekiem, zamknął laptop, wsunął go pod pachę, sięgnął po teczkę i wyszedł na korytarz, na którego końcu znajdowała się sala konferencyjna. Drzwi były otwarte. Wikström już tam stał, z rękoma splecionymi na plecach, przy wielkim oknie, za którym dziś i tak nie było nic widać prócz szarej monotonii. Zachowywał się jak samozwańczy król spoglądający na swoje włości z murów zamku.

Gdy tylko Lennart wszedł na salę, Wikström odwrócił się, spojrzał na rolexa (lubił to robić) i potrząsnął lekko głową.

– Cieszę się, że się panu udało, Malmkvist. W ostatniej chwili, ale mimo wszystko. – Podszedł do Lennarta. – Niech pan zamknie drzwi.

– Nikt więcej nie przyjdzie? – spytał zmieszany Lennart.

– Później. Zaczynajmy. – Gestem dał znak Lennartowi, ale nie usiadł, lecz dotknął przycisku sterującego aluminiowymi żaluzjami w szerokim oknie. Światło w pomieszczeniu stało się jeszcze bardziej przyćmione niż to, które oferował i tak już ponury dzień.

Lennart podłączył laptop do rzutnika. Obraz na ścianie na drugim końcu stołu konferencyjnego stawał się widoczny, coraz jaśniejszy, aż w końcu można było całkiem wyraźnie zobaczyć stronę tytułową prezentacji.

Dlaczego czuł się tak, jakby wpadł w tarapaty? Zupełnie jak uczeń przed klasówką z matematyki, który wiedział, że za mało się nauczył? Dlaczego pociły mu się ręce? Wykonywał tę pracę od lat, był opanowany, kompetentny i doświadczony. „Hau!” – szczeknął w oddali Bölthorn gdzieś w jego głowie. – „Na pewno dasz radę!” – A potem mops bezczelnie wyszczerzył zęby.

Lennart nerwowo przygładził wilgotne włosy. „Odczep się! Idź sobie i zostaw mnie w spokoju, ty tłuściochu!” – pomyślał i kliknął na pierwszy slajd.

– Zacznijmy od analizy potrzeb DataMining Group AB i jej szybkiego rozwoju na rynku, a także wynikających z tego deficytów w obszarze przetwarzania danych. Następnie przejdziemy do kilku proponowanych przeze mnie rozwiązań i wtedy zwrócę uwagę na synergie związane z obrotami, które wynikłyby z przyłączenia się do HIC. – Czy ten drżący, niepewny głos należał do niego?

– Cały zamieniam się w słuch. – Wikström ubrany w trzyczęściowy garnitur w jodełkę skrzyżował ręce i oparł się o ścianę. – Ale proszę mówić trochę głośniej, Malmkvist. I trochę wolniej. Co się z panem dzieje?

Lennart wziął głęboki oddech i kontynuował.

Im bardziej zanurzał się w prezentacji, tym bardziej powracał do teraźniejszości i do swojego zawodu. Podczas tej próby generalnej z chwili na chwilę stawał się coraz bardziej pewny siebie, pozwalał sobie na drobne żarty, które przygotował sobie na piątkową prezentację z klientami, a także ignorował fakt, że Wikström jak zwykle nie potrafi się z nich śmiać. To, co on sobie myśli, stawało się coraz mniej istotne. Mopsy, kataryniarze, umarli, nieumarli, sny i policja – wszystko rozpuszczało się w dobrze znanym poczuciu bezpieczeństwa, zupełnie jakby ta prezentacja w sali konferencyjnej numer trzy, na trzecim piętrze biurowca HIC AB, była wyspą stabilności, przeciw której piętrzącym się skalnym klifom fale przyboju obłąkanego równoległego świata nie były w stanie nic zdziałać.

Miał za sobą mniej więcej jedną trzecią wystąpienia, gdy drzwi otworzyły się cicho. Lennart to zauważył, ale się nie odwrócił, udając, że nic do niego nie dotarło.

Drzwi się zamknęły.

Nowy slajd.

– Teraz powoli przejdę do kluczowych punktów, a więc do tych środków, które uważam za rozstrzygające dla projektu…

– Malmkvist, byłoby miło, gdybyś przywitał naszego gościa – skarcił go Wikström.

Lennart zmarszczył brwi. Gość? Kto mógłby…? Kiedy się odwrócił, jego serce niemal stanęło, a mięśnie twarzy natychmiast zwiotczały.

Był niższy, niż wydawał się w telewizji i w gazetach. Mniej więcej wzrostu Lennarta. Ale jego charyzma sprawiała, że nawet w tym pogrążonym w półmroku pomieszczeniu wyglądał, jakby miał trzy metry. Wiek Haddinga był trudny do określenia. Lennart wiedział, że jest po sześćdziesiątce, ale ktoś, kto by go nie znał, pewnie dałby mu jakieś pięćdziesiąt pięć lat. Jego postawa nasuwała zaś na myśl o wiele młodszego mężczyznę: wyprostowany, nieugięty, silny. Tak czy inaczej, Harald Hadding aurą swej władzy całkowicie wypełnił pomieszczenie.

Wydawało się, że Peera Wikströma jednocześnie to przyciąga i powstrzymuje. Zupełnie jakby znajdował się na dobrze wyważonej orbicie, wytyczanej przez grawitację podziwu i siłę odśrodkową respektu. I tego samego zdawał się oczekiwać od Lennarta, może tylko w trochę większej odległości od centralnej gwiazdy firmy.

– Malmkvist! – napomniał go. – Będziesz się gapił na pana Haddinga przez resztę dnia czy może go przywitasz?

Hadding zbliżył się spokojnie. Uśmiechnął się.

– Ależ panie Wikström, niech pan pozwoli temu młodemu człowiekowi spokojnie dokończyć pracę. Przepraszam, że się spóźniłem, mój samolot ze Sztokholmu po prostu nie mógł wystartować wcześniej z powodu burzy, a na to nawet ja nie mam żadnego wpływu. Ale pracuję nad tym, zapewniam. – Kolejny uśmiech. A potem zwracając się do Lennarta, powiedział: – Proszę spokojnie kontynuować, panie Malmkvist, i nie pozwolić, by zbiło to pana z tropu. Jestem ciekaw, co pan wypracował. Z pewnością jest pan w tym dobry.

Hadding był czarodziejem. Bawił się ludźmi, jak mu się podobało. Lennart wyczuł subtelność jego słów i małą szpilę wbitą Wikströmowi, która go uciszyła i wyraźnie wskazała mu miejsce na jego orbicie, a przy tym Hadding nie musiał nawet o ton podnosić głosu. Lennart natomiast poczuł się zachęcony, by podjąć i kontynuować prezentację. Ci, którzy chcieli zbliżyć się do słońca, musieli się postarać. Odchrząknął.

– Dziękuję, panie Hadding. Jestem zachwycony i zaszczycony, że będzie pan obecny podczas mojej prezentacji.

Hadding łaskawie kiwnął głową i znów się uśmiechnął.

Lennart kontynuował.

Ponad godzinę później prezentacja dobiegła końca. Reakcja Haddinga była bardzo pozytywna. Wikström natomiast milczał, robiąc dobrą minę do złej gry. Prawdopodobnie podobało mu się, że Lennart pracował w jego dziale i tym samym część zasług spadnie na niego, ale z nazwiska pochwalony został tylko Lennart.

A potem Hadding zaskoczył Malmkvista.

– A tak przy okazji, prezentacja odbędzie się jutro, a nie pod koniec tygodnia.

– Już jutro? – powtórzył zaskoczony Lennart. Zresztą Wikströmowi ta informacja też wydawała się czymś nowym. – Myślałem, że w piątek.

– Nic na to nie poradzimy. Jak to mówią, nasz klient nasz pan. Przed chwilą dzwonili z DataMining i poprosili o przyspieszenie prezentacji, ponieważ ich menedżerom coś wypadło pod koniec tygodnia – poinformował Hadding. – A bez szefów działu finansów i IT ta prezentacja prawdopodobnie niewiele by dała. A może widzą to panowie inaczej?

Ani Wikström, ani Lennart nie zgłosili sprzeciwu.

– A zatem – podjął Hadding, wstając i prostując się – jutro o tej samej porze. O dziewiątej rano w DataMining Group, panie Malmkvist. Mnie tam nie będzie. Jeszcze dziś wieczorem wracam do Sztokholmu.

– W porządku – powiedział Lennart. – Jutro. O dziewiątej.

– I oczekuję, że zrobi to pan równie profesjonalnie jak przed chwilą. To dla mnie ważny klient. Stawką jest wiele milionów.

– Też mogę tam być – zasugerował Wikström.

– Nie trzeba – odparł Hadding. – Ufam panu Malmkvistowi tak samo jak panu. – I zwrócił się do Lennarta: – Lepiej, żeby zrobił pan to perfekcyjnie. Gdy wszystko już będzie załatwione, proszę zajrzeć do mojego biura w Sztokholmie i osobiście przekazać mi, jak było. Myślę, że powinniśmy zjeść razem kolację, znam wspaniałą restaurację w pobliżu zamku. Przy kolacji rozmowa jest o wiele przyjemniejsza niż przez telefon czy Skype’a, a w dodatku będziemy mogli uczcić sukces kieliszkiem dobrego wina. Przekażę mojej asystentce, by zarezerwowała dla was obu – tu zerknął krótko na Wikströma – przelot i pokoje w hotelu. I co panowie na to? Termin panom odpowiada?

Lennart poczuł, że aż płonie z dumy, i z trudem panował nad entuzjazmem.

– Kolacja? Jutro wieczorem w Sztokholmie? Z miłą chęcią. Będę tam oczywiście.

Wikström uniżenie skinął głową i uprzejmie podziękował.

– Bardzo dobrze – stwierdził Hadding. – A teraz proszę nam wybaczyć, panie Malmkvist. Pan Wikström i ja mamy jeszcze wiele do omówienia.

– Oczywiście. – Lennart odłączył laptop od rzutnika, pozbierał swoje rzeczy i wstał.

Hadding wyciągnął rękę.

– Do widzenia, panie Malmkvist. A tak przy okazji, może pan dzisiaj skończyć trochę wcześniej. Do zobaczenia jutro i powodzenia.

Lennart uścisnął jego dłoń.

– Dziękuję, tak zrobię. Do zobaczenia jutro wieczorem.

Dłoń Haddinga była ciepła, pełna energii, a jednocześnie zimna i twarda.

Wciąż oszołomiony, że właśnie uścisnął rękę jednemu z najpotężniejszych szwedzkich przedsiębiorców, Lennart wrócił do swojego biura. Po drodze spotkał kilkoro współpracowników, z którymi przyjaźnie się przywitał. Susanna, młoda kobieta z księgowości, posłała mu jednoznaczne spojrzenie. Już od jakiegoś czasu miała plany co do Lennarta. Uśmiechnął się do niej, mrugnął i otworzył drzwi swojego gabinetu.

I kiedy nikt już go nie obserwował, zacisnął prawą pięść i stłumił okrzyk radości. To z pewnością dobrze zrobiło jego karierze! Czuł, że stary Lennart znów powraca. Może powinien połączyć to uczucie z jakąś randką? Czemu nie, Susanna była śliczna i wydawała się miła. Wysypka zniknęła – może tym razem na zawsze? – i przecież nie ma nic złego w tym, by się trochę zabawić. Właściwie nie miał już ochoty zaprzątać sobie głowy Emmą. Lubił ją, ale to nie było dla niego dobre. Wystawiła go do wiatru, a poza tym pewnie była tylko trochę zwariowana i faktycznie cierpiała na manię prześladowczą. Co mu do tego? Nie chciał mieć już nic wspólnego z tymi wszystkimi bzdurami. Żadnej Emmy, żadnego sklepu, a dzisiaj powie Marii, że nie chce też tego grubego mopsa, a przynajmniej ani dnia dłużej, niż uzgodnili. Tylko do końca tygodnia, a potem basta! Tu też można było zarobić miliony, jeśli człowiek znał się na rzeczy.

Frederik prawdopodobnie miał rację. To wszystko wynikało z napięcia, stresu i z tego, że od dawna nie miał prawdziwych wakacji. O tak! Jutro rano szybko załatwi tę sprawę z DataMining Group, wieczorem kolacja i wino na koszt firmy z samym Haddingiem, i to w Sztokholmie (mimo że Wikström również tam będzie, to był zaszczyt i może sytuacja wkrótce tak się odwróci, że to jego przełożony będzie musiał się martwić o swoje stanowisko), a potem zarezerwuje urlop. W jakimś miłym, ciepłym miejscu. Na przykład w Tajlandii. A może lepiej na Wyspach Kanaryjskich? Lennart poluzował krawat, położył laptop i teczkę na stoliku i włączył komputer. Z ulgą rozparł się w biurowym fotelu, założył ręce na kark, zamknął oczy i delektował się tą chwilą.

I wtedy zadzwonił telefon. Pozwolił mu dzwonić.

Raz. Dwa. Trzy. Cztery razy.

Potem odebrał.

– HIC AB, Malmkvist przy telefonie, w czym mogę pomóc? – wymruczał radośnie pełnym werwy głosem.

– Lennart Malmkvist? – Głos po drugiej stronie był cichy i łamliwy jak chrust.

– Tak, tu Malmkvist, Lennart Malmkvist.

– Nazywam się Isaksson, dzwonię z kancelarii adwokackiej Isakssona.

– Przepraszam, kto mówi?

– Jak już mówiłem, mecenas Isaksson z kancelarii adwokackiej Isakssona.

W końcu Lennart sobie przypomniał.

– Wrzucił mi pan do skrzynki list od pana Bolmena.

– To, jak sądzę, można było wywnioskować po nadawcy.

– O co chodzi?

– O Buriego Bolmena, a ściślej mówiąc, o jego spuściznę.

Lennart przełknął. W wyobraźni ujrzał na chwilę twarz sympatycznego, szalonego staruszka. A potem list. A potem mopsa. Bölthorna. Przeszył go dreszcz.

– W tym liście napisano, że odziedziczę sklep, jeżeli będę go prowadził przez rok i jeśli przez ten czas zaopiekuję się też psem.

– To się pokrywa z informacjami, które posiadam – wychrypiał Isaksson tym swoim łamliwym głosem. – I właśnie dlatego do pana dzwonię. Pan Bolmen uważał, że nie powinien pan odziedziczyć kota w worku, gdyż, jak sam pan zauważył, przyjęcie spadku wiąże się z jednorocznymi zobowiązaniami. Dlatego może pan otrzymać klucz do sklepu jeszcze przed otwarciem testamentu. To dość niezwykłe, ale tak właśnie rozporządził pan Bolmen. Aby mógł pan wyrobić sobie jakieś ogólne wyobrażenie, jak to ujął. W każdym razie klucz od tej chwili leży do odbioru w mojej kancelarii przy Viktor Rydbergsgatan osiemnaście. Policja zwróciła mi go dzisiaj i zapewniła, że miejsce zbrodni zostało już uprzątnięte.

 

– Ale ja wcale nie chcę tego sklepu! – krzyknął Lennart. – I nie chcę też psa!

Isaksson milczał przez chwilę, a Lennart wyraźnie słyszał bicie własnego serca. Wreszcie prawnik rzeczowo stwierdził:

– Moja praca, panie Malmkvist, nie polega na przekonywaniu pana do tego, co powinien pan zrobić, a czego nie. Moim zadaniem jest raczej zrealizowanie dokładnie tego, co moi klienci polecają mi zrobić i za co mi płacą. Pan, panie Malmkvist, nie jest moim klientem. Pan Bolmen natomiast nim był. I między innymi poprosił mnie, żebym w odpowiednim czasie powiedział panu to, co właśnie powiedziałem. Cała reszta to już pańska sprawa. Do widzenia.

Tut-tut-tuuut, tut-tut-tuuut, tut-tut-tuuut…

Lennart zdumiony wpatrywał się w telefon w swojej ręce.

Sygnał brzmiał jak szyderczy śmiech.

Tylko kto się śmiał?

I dlaczego?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?