Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena

Tekst
Z serii: Lennart Malmkvist #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie musi pani, sam to zrobię – zaprotestował Lennart.

– Ale przyniosę ci nadziewane panierowane kuleczki mozzarelli, caro! Z salsa di pomodoro.

– Och, pyszności, dziękuję. – Nie odważył się wspomnieć, że nie zdążył jeszcze zjeść sobotniej lasagne, a ten kawałek w mikrofalówce na pewno już wystygł. Bronią Marii Calvino były łzy, walutą zaś – jej wyroby kulinarne.

I tak oto już kwadrans później – zapewne po to, by w ostatniej chwili nie wycofał się z wymuszonej szantażem emocjonalnym obietnicy – Lennart Malmkvist został tymczasowym panem otyłego mopsa.

Było parę minut po trzeciej, gdy Maria Calvino wcisnęła mu do ręki smycz. Do tego dała mu jeszcze (bez wątpienia w charakterze łapówki!) całą piramidę jedzenia przykrytą folią aluminiową i złożoną ze smażonych kulek mozzarelli, nadziewanych pesto i polanych salsa di pomodoro. Na koniec pochyliła się nad Bölthornem, pogłaskała go i pożegnała się z nim słowami:

– Trzymaj się, mój słodki wróbelku, i bądź miły dla Lennarta. – Najpierw uśmiechnęła się do psa, potem do jego opiekuna, zrobiła krok w kierunku schodów, jeszcze raz się odwróciła i posłała Bölthornowi całusa, a następnie zeszła do swojego mieszkania, gdzie pewnie przez resztę dnia będzie płakać albo przygotowywać całą masę złożonych śródziemnomorskich potraw, by jakoś poradzić sobie z żałobą.

Choć Lennart nie miał najmniejszej ochoty na to pyzate, posapujące coś, nie mógł się już wycofać. Maria ugotowała go na miękko. Mimo całej tej paplaniny Lennart wyczuwał jej głęboki smutek i rozpacz. I jeśli to coś (z wyrzutem spojrzał w dół na Bölthorna) było ceną za to, by dać Marii Calvino trochę wsparcia i przynajmniej kilka dni na przeżywanie żałoby, to było warto. Ale absolutnie nie zamierzał zatrzymać tego psa na dłużej, bez względu na łzy czy kuleczki mozzarelli. Po tygodniu to włochate, otyłe, obślinione straszydło będzie musiało zniknąć.

Lennart stał w drzwiach, dopóki nie usłyszał, że drzwi Marii się zatrzaskują. Bölthorn ziajał i charczał, jakby dusiła go jakaś niewidzialna ręka. Przed odbiorem mopsa Lennart dostał dwie miski z napisem Mops sweet mops, kocyk, zestaw szczotek, kosz, monstrualnych rozmiarów worek z psią karmą, długą i krótką smycz oraz rzekomo zmywalną syntetyczną obrożę, prawdopodobnie mającą stanowić wizualną alternatywę dla tej ze stylizowanymi spadającymi gwiazdami. Ponadto dostał też wielostronicową, odręcznie napisaną listę przeróżnych informacji o mopsach, które Maria zapewne usłyszała od Buriego lub wyszukała w internecie. Obładowanego tymi wszystkimi rzeczami, odesłała go z powrotem do mieszkania, by mógł wszystko tak urządzić, żeby Bölthorn poczuł się jak u siebie; domagała się tego z surowym spojrzeniem i emfazą godną włoskiej mammy.

Jak u siebie?

Nonsens! – pomyślał Lennart, zamykając drzwi przed nosem mopsa, który cicho bulgocząc, wpatrywał się tępym wzrokiem w klatkę schodową. Najważniejsze było to, żeby ten włochaty klops nie dokonał tu żywota i żeby znalazł nowy dom, w którym ktoś naprawdę go polubi, a nie tylko będzie tolerował, by wyświadczyć przysługę miłej sąsiadce.

– Chodź, kiełbasko – rzucił Lennart i pochylił się, by spuścić psa ze smyczy. Bölthorn spojrzał na niego z wyrzutem, ale przynajmniej nie warczał tak jak zwykle na jego widok. Lennart po krótkim poszukiwaniu odpowiedniego miejsca odwiesił smycz na wieszak – zapaleni właściciele psów prawdopodobnie mieli do tego celu specjalny haczyk – po czym przeszedł do salonu, zwalił się na sofę i włączył telewizor. Bölthorn, posapując, ruszył za nim.

– No idź już grzecznie do koszyczka – na próżno próbował go zmotywować Lennart. Mops przez chwilę się nie ruszał i w końcu usiadł (choć optycznie nie miało to większego znaczenia; trochę tak, jakby karzeł podskakiwał na barowym stołku). Gapił się na Lennarta, jakby czekał na spełnienie jakiejś obietnicy.

– O co chodzi? Czego chcesz? No już, tup-tup do koszyka, chcę trochę odpocząć. Dość mi się zwaliło na głowę w ostatnich dniach.

Bölthorn przekrzywił łeb.

I zaczął skomleć.

Lennart podgłośnił telewizor.

Bölthorn zaskomlał z większym przekonaniem.

Lennart jeszcze bardziej podgłośnił telewizor, ale stwierdził, że mu to przeszkadza, więc ściszył go do znośnego poziomu i zwrócił się do Bölthorna:

– No co jest? Byłeś na spacerze, jedzenie dostaniesz później, a przynajmniej tak wynika z instrukcji od Marii, więc o co ci chodzi?

Bölthorn nagle ucichł i jeszcze bardziej przekrzywił głowę.

– Myślę, że potrzebujesz terapeuty jeszcze bardziej niż ja – wywnioskował z tego Lennart i sięgnął po karteczkę od Marii, którą położył na stoliku. Odczytał na głos: – „Po pierwsze, po spacerze wytrzeć do sucha (tylko jeśli padało). Po drugie, przed snem zdjąć obrożę. Po trzecie, jedzenie rano i wieczorem, po spacerze. Po czwarte, zwracać uwagę na to, by miseczka z wodą zawsze była pełna…” Cholera! Dlaczego o tym zapomniałem? Nasz serdelek chce parę kropelek? – zakpił z Bölthorna i dopiero gdy wypowiedział te słowa, zdał sobie sprawę, co tak właściwie działo się z nim przez ostatni kwadrans. To było dokładnie to, czego tak strasznie nie znosił u właścicieli psów i co uważał za śmieszne: a mianowicie zadawanie zwierzęciu retorycznych pytań, jakby było człowiekiem, i traktowanie go jak inteligentnego partnera do rozmowy. A tym ostatnim mops z całą pewnością nie był.

Bölthorn podźwignął się na krótkich łapkach i się otrząsnął. Wyraźnie widoczne pasmo śliny z jego pyska poleciało w kierunku dość drogiej, ręcznie sygnowanej litografii i wylądowało tuż obok niej na tapecie, po czym ściekło na podłogę. Lennart zerwał się na nogi, sięgnął po rolkę kuchennych ręczników, która pozostała tu po napadach płaczu Marii, zaklął i z obrzydzeniem wytarł ze ściany przypominającą klej do tapet substancję, a następnie ruszył za mopsem do kuchni, gdzie zwierzak faktycznie czekał przed dwoma pustymi miskami.

Lennart napełnił pojemnik i postawił go na podłodze przed nosem Bölthorna. Pies niemal natychmiast zaczął chłeptać chłodną wodę, przy czym u podstawy miski pojawiła się rosnąca kałuża śliny, która znów ciekła mu z pyska. Podczas gdy Bölthorn wciąż gasił pragnienie, wydając przy tym odgłosy bardziej przypominające pompę błotną niż żywą istotę, Lennart wrócił do salonu, gdzie z poirytowaniem stwierdził, że czuć tu już intensywnie starym psem. Opadł zrezygnowany na sofę. Po jakimś czasie przyczłapał do niego Bölthorn, nie bez wysiłku wlazł do koszyka, obrócił się dwa razy w kółko, co zaczynało wyglądać na jakiś jego osobisty rytuał, i w końcu położył się, posapując.

– Jeden tydzień – westchnął półgłosem Lennart. – To tylko jeden tydzień! – A potem skupił się na oglądaniu telewizji.

O wpół do siódmej Maria w końcu zabrała psa na wieczorną przechadzkę. Jej złożona w dobrej wierze propozycja, że Lennart spokojnie może iść z nimi, dzięki czemu dowiedziałby się, dokąd chodzić na spacery, nie spotkała się z przychylnym przyjęciem. Wykręcił się uprzejmie, acz stanowczo, mówiąc, że ma jeszcze trochę roboty, i zapewnił:

– Za to chętnie jutro albo jakoś tak.

Słyszał, jak Maria i gruby mops w ślimaczym tempie schodzą po schodach, a potem na dole trzasnęły drzwi wejściowe. Czy powinien się wstydzić, że nie było mu ani trochę smutno, gdy mógł choć na chwilę pozbyć się tego psa? Zadawał sobie to pytanie w drodze do kuchni, gdzie sięgnął po stojącą na półce butelkę czerwonego wina, odkorkował ją i nalał duży kieliszek. Odpowiedź brzmiała: nie, to było całkowicie w porządku! W końcu nikt go nie pytał, czy chce się nim zajmować. O nie, został do tego wręcz zmuszony.

Upił duży łyk i pozwolił, by podziałał na niego aromat ciemnych owoców. Delektował się pełną słońca rioją; pozwolił sobie na całą jej skrzynkę mimo wygórowanej ceny dwustu trzydziestu koron za butelkę. Wyobraził sobie przy tym, jak by to było faktycznie o tej porze roku siedzieć na plaży w jakiejś przyjemniejszej okolicy, z dala od tego wszystkiego.

Z dala od morderstwa i mopsa.

Ale ta wyimaginowana podróż na Południe nie trwała zbyt długo, bo na zewnątrz niepostrzeżenie nadciągnęła burza. Pierwsze krople zaczęły uderzać o kuchenne okno, na horyzoncie błysnęło. Gdzieś na ulicy coś przewróciło się z brzękiem, włączył się alarm jakiegoś samochodu. Maria z pewnością już tu wraca, pomyślał Lennart i zaledwie kilka minut później rozległ się dzwonek do drzwi. Tak jak przypuszczał, na progu stała Maria Calvino, a obok niej Bölthorn. Ociekający wodą. Oboje wyglądali tak, jakby przejechał obok nich samochód czyszczący ulice. Maria w jednej ręce trzymała smycz, a w drugiej zniszczony parasol i mokrą kopertę.

– Wygląda na to, że trochę zmokliście. Na dworze jest aż tak źle? – zapytał Lennart.

– Dio mio! Święty Boże! Straszna ulewa, a do tego zaczęło jeszcze grzmieć. Posłuchaj tylko. – Uniosła rękę ze szkieletem parasolki i kopertą, wyciągnęła głowę w kierunku klatki schodowej i pozostała w tej pozie. I rzeczywiście, Lennart też zobaczył krótki rozbłysk i usłyszał następujący po nim grzmot. – To pasuje do tego strasznego dnia – kontynuowała, gdy już się upewniła, że Lennart też to zauważył. – Wezmę zaraz gorącą kąpiel, a potem chyba spróbuję zasnąć, choć nie ma jeszcze ósmej. Jestem taka wyczerpana.

Lennart skinął głową i odebrał od niej smycz, starając się przy tym wyglądać na szczerze uradowanego.

– Tak, niech pani tak zrobi. Myślę, że czasami sen jest jedyną rzeczą, która może pomóc.

– To mi go nie przywróci – odparła Maria i znów się rozpłakała.

Lennart położył jej rękę na ramieniu.

 

– Mario, musi pani teraz być silna. Jeśli coś będzie nie tak, zawsze może pani do mnie przyjść albo zadzwonić, dobrze?

– Jesteś dobrym człowiekiem. – Wytarła oczy i z wdzięcznością spojrzała na Lennarta. – Masz, ten list wystawał trochę z twojej skrzynki, więc pomyślałam, że ci go przyniosę, zanim zamoknie.

Lennart odebrał od niej kopertę. Nadawcą był niejaki Cornelius Isaksson z Göteborga, który sam siebie anachronicznie i ze stosowną dozą megalomanii tytułował mecenasem. To na pewno ten notariusz, o którym wspominał mu wcześniej komisarz Nilsson, przypomniał sobie Lennart. Ale czego mógł od niego chcieć? Znów przyjrzał się kopercie. Nie było na niej żadnego znaczka. Jedynie nadawca, nazwisko Lennarta i adres, wszystko staromodnie zapisane atramentem, który rozmazał się już trochę od wilgoci. Ktoś musiał osobiście wrzucić go do skrzynki.

– Dziękuję, Mario. A teraz niech już pani idzie i trochę wypocznie. A gdyby coś się działo, proszę dać mi znać, dobrze?

Kiwnęła głową, spróbowała uśmiechnąć się z wdzięcznością, a potem ze zwieszoną głową zaczęła powoli schodzić po schodach.

Starym ręcznikiem kąpielowym (to był punkt pierwszy na liście Marii) wytarł do sucha Bölthorna, któremu zresztą zdawało się to sprawiać przyjemność, o ile Lennart poprawnie interpretował jego pomruki i charczenie. Gdy skończył, z obrzydzeniem wyrzucił brudny ręcznik za drzwi mieszkania – zarówno pies, jak i materiał śmierdzieli niczym stary pieczony kurczak w zatęchłej piwniczce z winami – i spojrzał na mopsa.

– Chodź, ty stare karczycho, dostaniesz mniam-mniam, żebyś nam przypadkiem nie schudł. – Lennart odwiesił smycz i ruszył przodem do kuchni. Bölthorn poczłapał za nim i usiadł przy stalowych miskach na podłodze.

– Popatrz, popatrz, wcale nie jesteś taki głupi – zdziwił się Lennart i zauważył, że Bölthorn bacznie mu się przygląda, gdy nalewał świeżej wody do jednej miski i sypał suchą karmę do drugiej. Na wierzch nałożył trochę ugotowanych przez Marię warzyw, które, jak zapewniała Lennarta, bardzo Bölthornowi smakują i w dodatku są niezwykle ważne dla zdrowia psa. W tym dla trawienia. Bölthorn ze stosowną łapczywością rzucił się na swoją kolację, gdy tylko Lennart postawił przed nim miskę i wycofał się do kuchennego stołu, by obserwować zachowanie mopsa.

Przy okazji przyjrzał się listowi, który przyniosła mu Maria. Adres napisano zamaszyście, z fantazją i niemal kaligraficzną precyzją. Kapitaliki w imieniu i nazwisku były znacznie większe od reszty liter i ozdobione zawijasami. Krople atramentu utworzyły zacieki, ale zdążyły już wyschnąć. List miał w sobie coś z pożółkłych rękopisów z muzeum; przypominał dokumenty liczące sobie sto lat albo nawet starsze. Lennart nalał sobie kolejny kieliszek, upił duży łyk, ponownie dolał wina, a następnie rozerwał kopertę. Ale zanim zdążył wysunąć z niej pismo, zadzwoniła jego komórka. Westchnął, odłożył list z powrotem na kuchenny stół i wyjął telefon z kieszeni. Wyświetlacz pokazywał numer zastrzeżony.

– Tu Malmkvist.

– Lennart, czy to ty? – Głos kobiety na drugim końcu linii brzmiał, jakby była daleko i dokądś się spieszyła albo jakby przed chwilą biegła.

– Emma?

Najwyraźniej sprawiła sobie nową komórkę; nic dziwnego, że nie mógł się do niej dodzwonić.

– Tak. Chciałam… chciałam cię przeprosić, że nie przyszłam w sobotę. – Połączenie było fatalne. Lennart musiał się starać, żeby cokolwiek zrozumieć.

– W zasadzie coś takiego ma prawo się zdarzyć – odparł. – Ucieszyłbym się jednak, gdybyś przynajmniej odwołała spotkanie. Wiesz, to tak, jakby coś zamówić, a potem tego nie odebrać. To chyba dość dobrze opisuje, jak się poczułem. Tak się po prostu nie robi. Nie wysłałaś nawet SMS-a. Dlaczego?

– Przepraszam, naprawdę. Po prostu nie mogłam. Czy rozmawiałeś z kimś o mnie albo o nas?

Tak, z Frederikiem, pomyślał Lennart, ale Emmie nic do tego. Jej co najmniej dziwne zachowanie zaczynało go wkurzać.

– Posłuchaj, Emmo. Nie wiem, w co sobie pogrywasz, ale nie mam na to ochoty, OK? Powiedz wreszcie, czego chcesz, albo skończmy tę rozmowę. Nie gniewaj się na mnie, ale mam wystarczająco dużo na głowie, a dziś miałem wyjątkowo zły dzień.

Na zewnątrz błyskało się coraz mocniej, a odstępy między grzmotami były coraz krótsze.

– Musimy się jak najszybciej spotkać. Chyba jestem w niebezpieczeństwie. W śmiertelnym niebezpieczeństwie.

– W śmiertelnym niebezpieczeństwie? – powtórzył zaskoczony Lennart. W tej chwili nie wiedział, co bardziej go przerażało: to, że faktycznie mogła się znajdować w śmiertelnym niebezpieczeństwie, czy fakt, że traktowała to poważnie. – O co chodzi, na litość boską? Gdzie jesteś?

– To… jestem… – Błysnęło, rozległ się huk grzmotu i nagle połączenie się zerwało. Wytrącony z równowagi Lennart jeszcze przez kilka sekund patrzył na telefon i w końcu odłożył go na kuchenny stół. Wypił kolejny łyk wina.

Czyżby ta kobieta była stalkerką? Wariatką, która postanowiła, że zamieni jego życie w piekło? A może w tym, co mówiła, jednak coś się kryło? Czy powinien zgłosić to na policję? Wciąż lekko poirytowany rozmową i w ogóle całym dniem, jednym haustem opróżnił kieliszek i znów sobie polał. Z zadowoleniem stwierdził, że jego ciało jest teraz przyjemnie ociężałe, za to ciężar teraźniejszości z każdym łykiem wydaje się mniejszy.

Butelka była pusta.

Burza osiągnęła swój punkt kulminacyjny.

Na przemian błyskawice i grzmoty, kruczoczarna noc i oślepiające światło. Bölthornowi zdawało się to nie przeszkadzać. Lennart wysączył ostatni łyk riojy i odkorkowując drugą butelkę, obserwował mopsa. Ten zdążył już pochłonąć całą kolację i leżąc na podłodze, oblizywał wargi, czemu towarzyszyły mało apetyczne dźwięki.

– No, proszę, proszę, co za żarłok. Nic dziwnego, serdelku, że z ciebie taki tłuścioszek – zauważył Lennart i potrząsnął głową, bo powoli zaczynał mieć wyraźne problemy z artykulacją. No i co z tego? W taki dzień można było się spokojnie upić, to mu się po prostu należało! Bez namysłu napełnił kieliszek i niemal jednym haustem wypił cały. Skål! Na zdrowie! Za tego dupka Wikströma, za wszystkie śliczne, zimne jak lód policjantki i za biedną, szaloną Emmę z jej manią prześladowczą! Trochę niezgrabnie wyjął list z koperty i stwierdził, że to dokument staromodnie zapieczętowany woskiem. Przełamał pieczęć, rozłożył pismo, upił wielki łyk i ze zmrużonymi oczami zaczął studiować tekst.

Göteborg, w dniu Samhain roku 2016

Drogi Lennarcie,

kiedy czytasz te słowa, powróciłem już do krainy cieni. Jak zawsze powtarzałem, wszystko ma swoje powody. Mam nadzieję, że wkrótce je zrozumiesz, ale stanie się tak tylko wówczas, gdy zaangażujesz się w coś, co z gruntu zmieni Twoje życie. Jesteś na to gotowy? Mam nadzieję, że się co do Ciebie nie myliłem.

Przekażę Ci sklep. I Bölthorna. O jedno i drugie będziesz musiał się zatroszczyć. Nawet jeśli Ci się to nie spodoba, trzeba Ci wiedzieć, że mój sklep to szczególne miejsce, a Bölthorn będzie dla Ciebie dobrym sojusznikiem we wszystkim, co Cię jeszcze czeka. Będziesz bardzo potrzebował pomocy. Nie będzie Ci łatwo, albowiem to długa droga i bardzo niebezpieczna. I gdyby nie to, że już nie ma mnie wśród żywych, niemal byłbym skłonny przyznać, że nie chciałbym być na Twoim miejscu, ale w mojej obecnej sytuacji mogłoby to zabrzmieć dość dziwnie.

Nie traktuj jednak mojego dziedzictwa jako ciężaru, lecz jako test. Zaufaj mi! Sporządziłem stosowny testament. Jest on zdeponowany u mego prawnika i starego przyjaciela, mecenasa Corneliusa Isakssona, który zresztą wysłał do Ciebie ten list. Obarczyłem go prowadzeniem egzekucji mej woli, ponieważ moja spuścizna obłożona jest też warunkami: przez rok musisz zajmować się sklepem i Bölthornem. Ani dnia więcej, ale też ani dnia mniej. Potem możesz zrobić, co zechcesz – to już zależy od Ciebie.

Jeśli jesteś odważny, podejmiesz właściwą decyzję i wszystko zrozumiesz. Gra toczy się o bardzo wiele, a może wręcz o wszystko. Bądź silny i nie zapominaj o mnie i moich słowach.

Wróg przyjacielem

A przyjaciel wrogiem

I gdy już myślisz, że cel tuż za rogiem

Dopiero wtedy pojmiesz być może

Że ci ucieczka nic nie pomoże.

Oddany Ci na zawsze

Twój Buri

Lennart szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w kuchnię. Opuścił list.

Grzmiało.

Błyskało.

I w krótkiej chwili ciszy Bölthorn powiedział:

– Mam nadzieję, że Buri się co do ciebie nie mylił. Sprawiasz wrażenie dość niezrównoważonego.

Głos był przytłumiony, głuchy i brzmiał, jakby dobiegał z oddali. Słowom Bölthorna towarzyszyło rzężenie; wydawało się, że sylaby z trudem uwalniają się z jego gulgoczących strun głosowych, by dotrzeć do warg i stać się głosem mopsa.

Ale na Boga, to jednak był głos!

Lennart zerwał się z wrzaskiem. Dłoń zacisnęła się na liście. Butelka zachwiała się i przewróciła. Czerwone wino rozprysło się na ścianę, zalało kopertę, komórkę, podłogę i spodnie Lennarta. Potrącony kieliszek przesunął się na skraj stołu i spadł, rozbijając się na kuchennych płytkach.

– Właśnie o to mi chodziło – skomentował Bölthorn, gulgocząc i potrząsając głową. – Po prostu jesteś niezrównoważony.

Lennart znów krzyknął i spróbował oddalić się od tego piekielnego stworzenia, które – jakby tego wszystkiego było mało – poczłapało kilka kroków w jego stronę. Potrącił stojące za nim krzesło i bardziej opadł na nie, niż usiadł, choć akurat to dobrze zrobiło jego mięknącym kolanom.

– Tak będzie przez całą noc? – zakpił z niego mops. – Posłuchaj, mądralo. W obrażaniu małych psów jesteś niezły. Ale żeby zachować się jak mężczyzna, to już nie bardzo ci wychodzi, co? Bo niby jak mam rozumieć twoje żałosne zachowanie?

Lennart poczuł, jak krew odpływa mu z głowy i zbiera się w dolnej części ciała. Świat wokół zawirował.

– Nie moszesz mófić – wydusił w końcu. – Pszy nie mogą mófić. To niemoszliwe!

Bölthorn usiadł, podrapał się nieelegancko tylną łapą i wreszcie odparł:

– Czyżby? Więc jak wytłumaczysz to, że ja mogę? Bo jak mi się wydaje, jestem psem.

– To… tylko moja fyobraśnia. Albo jakaś sztuszka. Tsoojatamwiem – wyjąkał cienkim głosem Lennart (a właściwie to raczej wybełkotał). – A mosze ja wariuję?

Bölthorn zmarszczył czoło, choć nie, tak właściwie to zmarszczył cały pysk. Wyglądał jak pomięta, owłosiona poduszka na sofie.

– Czy możemy już porozmawiać jak dorośli? Czas nam ucieka. I na przyszłość lepiej daj sobie spokój z piciem takich ilości wina.

Czyżby kompletnie zwariował? No dobrze, niech i tak będzie, zdecydował w duchu. Postanowił z godnością znosić to szaleństwo, które z pewnością ma jakieś patologiczne przyczyny – bo inne wyjaśnienie nie istniało – i wykorzystać je najlepiej, jak potrafił. A więc czemu nie miałby porozmawiać z psem? Skoro już oszalał, to niech przynajmniej ma z tego jakąś rozrywkę.

– Dlaszego usieka nam szas? – odważył się zapytać i chwiejnie spróbował się trochę wyprostować na krześle.

– Ponieważ potrafię mówić tylko wtedy, gdy w pobliżu jest burza – wyjaśnił rzeczowo mops. – Dlatego.

– Ach tak – powiedział Lennart i otwartą dłonią uderzył się w czoło. – No oszywiście. Że tesz szam na to nie fpadłem. Logiszne!

Jakby na potwierdzenie na zewnątrz zagrzmiało.

– Trudno mi to sobie wyobrazić – odparł Bölthorn. – To część rzuconego na mnie zaklęcia albo swego rodzaju szczątkowa zdolność, której mi przez pomyłkę nie odebrano. Bo tak naprawdę wcale nie jestem mopsem.

– Ty…tylko szym?

Bölthorn zrobił jeszcze kilka małych kroczków w stronę Lennarta i ponownie usiadł; w przypadku rottweilera z pewnością wyglądałoby to majestatycznie.

– Jestem pradawną istotą uwięzioną w tym ciele za sprawą klątwy.

– Rosumiem – powiedział Lennart, dziko potakując głową. – A dokładnie to jaką isztotą? – W jego pijanym mózgu resztki rozsądku jechały teraz górską kolejką jak w wesołym miasteczku i zanosiły się szaleńczym śmiechem.

Zagrzmiało, ale tym razem już gdzieś dalej.

– To nie ma znaczenia – odrzekł mops. (Lennartowi się tylko wydawało, czy też jego głos stawał się coraz cichszy?) – Ważne, żebyś mnie posłuchał. Musisz przyjąć testament Buriego. Koniecznie. Na pewno się dziwisz, skąd miał tyle pieniędzy. – Głos był coraz słabszy i coraz trudniej było zrozumieć słowa. Lennart pochylił się do przodu, a Bölthorn jeszcze bardziej się do niego zbliżył. Jego pysk wydawał się udręczony, niemal zdesperowany. – Wszystko zrozumiesz. Jesteś ważny, Lennarcie Malmkviście, nie masz nawet pojęcia jak bardzo. W sklepie jest wiele tajemnic, wiele magii…

 

Ledwie dało się go zrozumieć. Lennart zsunął się z krzesła i przezwyciężając obrzydzenie, zbliżył głowę do obślinionego pyska Bölthorna. Po chwili miał mokro w uchu, a nieświeży oddech mopsa nasuwał skojarzenia ze spleśniałym kebabem. Starał się nie oddychać przez nos.

– Przyjmij spadek i znajdź jego mordercę, jesteś mu to winien! – wyszeptał mops. – Ale nie ufaj nikomu, nawet policji… – To była ostatnia rzecz, jaką Lennartowi udało się pojąć z całego tego mokrego mlaskania. Kiedy podniósł wzrok i wyjrzał przez kuchenne okno, burza była już tylko rozbłyskami w oddali. Pomiędzy czarnymi chmurami znów migotały pierwsze gwiazdy, a Lennart kucał na podłodze w kałuży czerwonego wina, wśród odłamków stłuczonego kieliszka, w towarzystwie otyłego mopsa, który teraz oniemiał tak samo jak on.