Ciało na wrzosowiskuTekst

Z serii: Agnes Hillstrøm #1
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ciało na wrzosowisku
Ciało na wrzosowisku
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,98  43,98 
Ciało na wrzosowisku
Ciało na wrzosowisku
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
29,99  21,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lars Kjædegaard

Ciało na wrzosowisku

Tłumaczenie

Edyta Stępkowska

Saga

Ciało na wrzosowiskuTłumaczenie Edyta Stępkowska

Tytuł oryginału

Liget i lyngen

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2020, 2020 Lars Kjædegaard i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726570861

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1.

Budziła się powoli. W półśnie usiadła na łóżku, spuściła nogi na podłogę i jak co rano spojrzała na półkę ze zdjęciem Toma.

To był jej codzienny rytuał.

Tom z fotografii uśmiechał się do niej i ona też spróbowała odpowiedzieć tym samym. Zaraz po wypadku na kilka miesięcy musiała odwrócić zdjęcie tyłem. Promienny uśmiech Toma obezwładniał ją, nie była nawet w stanie się ubrać.

Dziewiętnaście lat. Tom miał dziewiętnaście lat, kiedy w środku nocy na obwodnicy potrącił go samochód. Zginął na miejscu. Nigdy nie znaleziono sprawcy ani jego samochodu.

Koledzy w pracy starannie unikali rozmawiania o tym w jej obecności. Okazywali zrozumienie. Chcieli ją chronić, dlatego zawsze ktoś się zgłaszał, żeby ją zastąpić, kiedy wzywano ich do wypadku. Przez rok z wdzięcznością przyjmowała ich pomoc. Ale to nie pomagało.

Nic nie pomagało.

Życie toczyło się dalej i w pierwszą rocznicę wypadku, będąc na cmentarzu, zdecydowała, że się z tego podźwignie. Na zebraniu wydziału poprosiła o głos, podziękowała kolegom za pomoc i wsparcie, po czym jasno zaznaczyła, że odtąd będzie przyjmować zadania na takich samych warunkach jak pozostali. Stwierdziła, że czas najwyższy, aby skończyć ze szczególnym traktowaniem i troską.

Przyjęli jej oświadczenie ze spokojem i bez zbędnych komentarzy. Po naradzie szef wydziału Torben Pandrup położył jej rękę na ramieniu i lekko ścisnął. Od tamtej pory wszystko było po staremu – poza tym, że nic nie było po staremu i już nigdy nie będzie.

Miała sześćdziesiąt dwa lata i została sama. Każdy dzień zaczynał się tak samo: siadała na łóżku ze spuszczonymi nogami i zmuszała się, aby spojrzeć Tomowi w oczy.

Była znana z tego, że zawsze potrafiła spojrzeć prawdzie w oczy. Gdy obchodziła dwudziestopięciolecie pracy, Torben Pandrup wygłosił krótką mowę. Widziała po jego twarzy, że starannie dobierał słowa. Powiedział wtedy, że to właśnie umiejętność chłodnej oceny faktów uczyniła z niej jedną z najlepszych śledczych w kraju. Ani słowem nie wspomniał o Tomie ani o wypadku, ale i tak wszyscy wiedzieli, co miał na myśli.

Skoro umiała spojrzeć w oczy tej prawdzie, to żadna inna nie będzie jej straszna. Zrozumiała słowa szefa i była mu za nie wdzięczna. Miały na celu nadanie czegoś w rodzaju sensu temu, co się stało. Jego zdaniem, choć nie powiedział tego wprost, to, co spotkało Toma, obligowało ją do dalszego odgrywania roli, którą przyjęła od początku swojej drogi zawodowej.

Była śledczą w wydziale zabójstw. I Torben Pandrup chciał, aby nią pozostała. To właśnie miał na myśli, a ona skinęła głową, otarła łzy i postanowiła spełnić jego wolę.

Potem przyszedł do jej biura i wręczył jej wizytówkę. Spojrzała na nią.

– Harald Berg, psycholog – przeczytała na głos i podniosła wzrok na szefa. – Wybierasz się do psychologa?

Torben się uśmiechnął.

– Nie. Ja już byłem. Teraz pora na ciebie.

– Torben, to niepotrzebne. Dziękuję za troskę, ale…

– To nie jest kwestia do omówienia, tylko polecenie służbowe.

Wciąż patrzyła na niego zza biurka.

– Dlaczego? – spytała w końcu.

– Dobrze wiesz dlaczego. Dziesięć spotkań. Profilaktycznie.

– Profilaktycznie?

Pokiwał głową.

– Agnes, z całym szacunkiem, wiem, że nic ci nie dolega. Ale wiele przeszłaś i nie chcę ryzykować, że nagle cię to uderzy w najmniej odpowiednim momencie.

Westchnęła i rzuciła wizytówkę na biurko. Torben podszedł bliżej i postukał palcem w kartonik.

– Od razu do niego zadzwonisz i umówisz się na wizytę. Kapisz?

Przyglądała mu się przez kilka sekund, po czym kiwnęła głową.

– Przyjęłam.

Gdy wyszedł, wzięła wizytówkę do ręki, raz jeszcze się w nią wpatrzyła i w końcu podniosła słuchawkę telefonu stacjonarnego.

Wstała i poszła do kuchni. Nasypała kawy do filtra małej kawiarki Bialetti, nalała do niej wody i ustawiła ją na rozgrzanej płycie. Czekała, oparta o blat, aż kawa się zagotuje. Potem zdjęła czajnik z płyty i postawiła na niej rondelek z odrobiną mleka. Już nie słodziła kawy.

Z parującą filiżanką przeszła do salonu i wyjrzała przez okno na szary poranek. Było wpół do szóstej.

Wzięła prysznic i się ubrała, po czym zaparzyła filiżankę kawy numer dwa i zjadła miskę płatków, na które nie miała ochoty. Lekarz powiedział, że musi coś jeść. Jednak od pewnego czasu jej kawa już nie była słodka, a ona już nie miała apetytu.

Szykowała się do wyjścia, kiedy zadzwonił telefon. Odłożyła płaszcz, żeby odebrać.

– Dzień dobry, Torben – powiedziała. – Właśnie jadę na komendę.

Torben Pandrup odparł:

– Nigdzie nie jedź. Przed chwilą rozmawiałem z Ottonem. Przyjedzie po ciebie za dwadzieścia minut.

Usiadła przy stole w jadalni.

– Co mamy? – spytała.

– Otto o wszystkim ci opowie. Jedziecie na Jutlandię.

Rzuciła okiem na lśniącą bordową walizkę na kółkach stojącą po drugiej stronie kanapy.

– Jestem gotowa – powiedziała. – Przekaż Ottonowi, że jestem gotowa.

– Agnes, ty zawsze jesteś gotowa.

Przez chwilę patrzyła wprost przed siebie, zanim pokiwała głową i przyznała:

– To prawda, zawsze jestem gotowa. Tylko nigdy nie wiem na co.

– Za to Otto wie – zapewnił ją szef. – Zadzwoń do mnie jutro.

Torben Pandrup patrzył w dal. Agnes nie była gliną, którą dało się formować czy urabiać. Przeciwnie – była stanowcza, wierna swojej intuicji, a momentami przemądrzała i niecierpliwa.

Czasami niełatwo mu było wstawiać się za nią u zwierzchników. Prawie niemożliwe było racjonalne uzasadnienie zaufania, jakim ją darzył. Na papierze jej metody wyglądały czasem jak zwykłe zgadywanki, co nieraz wypominali mu jego trzeźwo myślący przełożeni.

Rzecz jednak w tym, że Agnes była efektywna. Wystarczyło więc, aby przypomniał szefom o jej wskaźniku wykrywalności sprawców przestępstw i kilkukrotnie użył słowa „skuteczny”. Statystyki mówiły za siebie. Agnes była skuteczniejsza niż jakikolwiek polityk.

Możliwe, że kiedyś to się zmieni. Że któregoś dnia będzie musiał odbyć z nią tę trudną rozmowę.

Ale do tej pory to się nie stało i jeszcze długo nie stanie, więc odrzucił od siebie tę myśl. Otto Vang na pewno da mu znać, jeśli Agnes straci intuicję i instynkt.

Wstał i upomniał się w myślach, aby nie martwić się na zapas. Agnes była skuteczna i teraz też taka będzie.

Krótka rozmowa z szefem, prysznic i kawa wyrwały ją z marazmu porannej rutyny. Szybko przebrała się w strój do pracy w terenie – porządne czarne dżinsy, czarne skórzane buty za kostkę, flanelową koszulę, watowaną kamizelkę i skórzaną kurtkę na podszewce. Kiedyś, gdy gdzieś razem jechali, Otto stwierdził, że wygląda, jakby się wybierała na konną przejażdżkę. Nie wiedziała, czy to był komplement, ale zdecydowanie lepiej wyglądać tak niż jak policjantka na służbie.

Gdy zobaczyła, jak ciemnoszary ford wrzuca kierunkowskaz i wjeżdża na parking pod domem, podniosła walizkę, zatrzasnęła za sobą drzwi i ruszyła po schodach na dół. Uznali, że jest gotowa – i postanowiła im uwierzyć.

2.

Otto Vang był od niej prawie o połowę młodszy. Miał trzydzieści cztery lata i był otwartym, ambitnym i ciężko pracującym młodszym aspirantem policji, który w niektórych sytuacjach boleśnie jej uświadamiał, jakim człowiekiem mógłby się stać Tom. Zdawała sobie sprawę ze swoich matczynych uczuć względem Ottona. Tłumiła je i ukrywała pod surową maską logiki w imię profesjonalizmu. Lepiej uchodzić za szorstką niż dać Ottonowi najmniejszy powód do podejrzeń, że widzi w nim swojego zmarłego syna.

Wjechali na autostradę, kierując się na południe. Otto jechał pewnie i szybko, po drodze nakreślając jej sytuację.

– W nocy dostaliśmy prośbę o wsparcie z Okręgu Środkowej Jutlandii. Pandrup zadzwonił do mnie o wpół do drugiej.

Spojrzała na niego.

– Mam nadzieję, że mimo to udało ci się przespać.

Pokiwał głową.

– Spałem jak kamień. Po tym, jak się spakowałem. Bez obaw, jestem zwarty i gotowy.

– Więc co tam mamy?

– Zwłoki na otwartym polu. Jak dotąd wiemy niewiele. Chłopiec, około dwunastoletni. Na razie brak identyfikacji. Nie został zamordowany w miejscu znalezienia, ale na pewno było to zabójstwo. Na mapie satelitarnej miejsce, w którym go porzucono, wygląda jak wrzosowisko. Pustkowie. Najbliższa miejscowość nazywa się Bejdrup.

 

– Mamy coś jeszcze? Modus operandi?

– Narzędzia zbrodni jeszcze nie znaleziono. Brak widocznych ran kłutych czy postrzałowych. Wstępne ustalenia wskazują na uderzenie bliżej nieokreślonym tępym narzędziem.

– A więc ktoś zatłukł na śmierć młodego chłopca i wyrzucił zwłoki na wrzosowisku.

– Nie wiemy, czy wyrzucił. Może wywiózł.

Spojrzała na niego.

– Co za różnica?

– Odniosłem wrażenie, że sprawca próbował ukryć zwłoki.

– Są zakopane?

– Nie. Przykryte… no, wrzosem właśnie. Dość niedbale.

– Kto go znalazł?

– Opiekunka środowiskowa, kiedy wczoraj po południu jechała do swojego ostatniego podopiecznego. Wybrała skrót i z drogi, w zaroślach, dostrzegła coś czerwonego. Zatrzymała się, podeszła bliżej i go znalazła. Następnie powiadomiła lokalny posterunek.

Agnes zapisywała informacje w podręcznym notesie. W praktyce na niewiele się to zdawało, robiła to wyłącznie z przyzwyczajenia. Nie umiała myśleć, gdy nie notowała.

– Ruszali go?

– Nie – odparł Otto. – Kryminalistycy z Viborga odgrodzili teren i ustawili namiot. Czekają na nas.

Odchyliła się w fotelu.

– Całe szczęście.

– Tak – przytaknął. – Czegoś się jednak nauczyli.

– Domyślam się, że twój telefon wie, o której będziemy na miejscu?

Otto posłusznie zerknął na komórkę zamocowaną w uchwycie.

– Twierdzi, że o jedenastej dwadzieścia sześć.

Agnes spojrzała na zegar na desce rozdzielczej. Była ósma czternaście.

Otto dodał:

– Wiesz, gdzie jest pokrętło.

Znalazła okrągły uchwyt z boku fotela i lekko odchyliła oparcie.

– Będzie ci przeszkadzać, jeśli na moment zamknę oczy?

Uśmiechnął się.

– A jak myślisz, dlaczego wspomniałem o pokrętle?

Oparła głowę o zagłówek.

– Nie będę spać. Zamknę tylko oczy.

Harald Berg był cichym mężczyzną o łagodnych oczach. Siedzieli naprzeciw siebie w identycznych fotelach. Na stole między nimi stało pudełko chusteczek.

Przy ich pierwszym spotkaniu powiedział:

– Jeśli dobrze zrozumiałem, nie zamierzasz rezygnować z pracy?

– Praca to jedyne, co mam.

– Rozumiem. Ale zważywszy na to, czym się zajmujesz… Ktoś inny rozważałby zmianę.

– Nie jestem kimś innym.

Harald Berg lekko się uśmiechnął.

– No dobrze. Przyjmijmy to za punkt wyjścia. Powiedz mi, jak utrata syna wpływa na ciebie, gdy masz do czynienia z ofiarą zabójstwa?

– Pomaga mi.

– W jaki sposób?

– Pomaga mi się odnieść do bliskich ofiary. Wiem, co czują. Kiedy myślę o Tomie, łatwiej jest mi się skupić.

Psycholog pokiwał głową.

– Rozumiem. Mówiłaś, że brałaś środki nasenne. Jak obecnie sypiasz?

Patrzyła na niego przez kilka sekund, zanim odparła:

– Sypiam… różnie. Po tabletkach łatwiej mi się zasypiało, ale mnie otępiały. Więc wolę zasypiać naturalnie. Czasem się udaje, a czasem nie.

Nie było to całą prawdą, ale było prawdą co do zasady – wystarczającą dla psychologa, który mógłby jej doradzić coś bez chemii.

Harald Berg zapisał tę informację, po czym podniósł na nią wzrok i stwierdził:

– Nie potrafię rozstrzygnąć, czy ty jesteś twarda, czy zmuszasz się, aby taką być.

– Zgadnij – odparła z uśmiechem.

Otworzyła oczy i w szybie przed sobą zobaczyła autostradę. Niebo było szare.

– Gdzie jesteśmy?

– Za dziesięć minut wjedziemy na most nad Małym Bełtem – odpowiedział Otto.

Wyprostowała oparcie fotela.

– Chyba przysnęłam.

Zerknął na nią z boku.

– Tylko zamknęłaś oczy.

Otworzyła szerzej powieki i zamrugała kilka razy.

– Właśnie, tylko zamknęłam oczy. Jak stoimy z czasem?

– W porządku. Mamy nawet lekki zapas.

– Jesteś dobrym kierowcą, Otto – stwierdziła z uznaniem. – Możemy sobie pozwolić na krótką przerwę po drugiej stronie mostu?

– Za dwadzieścia pięć kilometrów będzie stacja.

– To tam się zatrzymajmy – postanowiła. – Musisz rozprostować nogi. Pamiętaj o krążeniu.

– Wiadomo – przytaknął Otto. – Ale kanapka z kurczakiem i bekonem oraz kawa też mi nie zaszkodzą.

Zatrzymali się przy barze szybkiej obsługi. Na drugim końcu budynku ciągnął się sznur zaparkowanych ciężarówek.

Otto patrzył na nią, gdy szybkim krokiem weszła do środka. Uśmiechnął się na wspomnienie jej cichego pochrapywania w samochodzie. Agnes nigdy nie spała. Zamykała tylko oczy.

Niewiele było osób, które Otto podziwiał, ale Agnes Hallstrøm darzył podziwem. Uważał się za szczęściarza. Uczył się od niej. Nie dlatego, że go pouczała. Po prostu wyrażała się tak jasno, że rozumiał – albo wydawało mu się, że rozumie – jej tok myślenia.

Była jego mentorką.

Lubił występować w swojej roli ucznia. Dzięki temu nie musiał brać na siebie ostatecznej odpowiedzialności. Jednocześnie pozwalało mu to również – o ile posłużył się swym talentem dyplomatycznym – wpływać na nią, temperować jej niekontrolowane przeskoki myślowe i teorie. Wymagało to pewnej odwagi. Agnes była w stanie rozszarpać człowieka gołymi rękami. Ale on się jej nie bał.

Kiedy wysiadła z samochodu, założyła kaszkiet. Był to granatowy, wełniany męski kaszkiet. Jej wygląd był mylący. Nikt by nie uwierzył, że ta koścista starsza pani w młodzieżowych lewisach, butach traperach, skórzanej kurtce i marynarskim kaszkiecie na głowie to jedna z najlepszych śledczych w korpusie policji.

Wiedział, że jej strój nie był przypadkowy. Tylko na taki wyglądał. Wielokrotnie obserwował, jak zbyt pewni siebie lokalni policjanci czy komendanci odzywali się do niej tonem protekcjonalnym i lekceważącym, ponieważ nie widzieli w niej osoby, której się spodziewali.

Agnes nie wdawała się w dyskusje z takimi ludźmi. Uśmiechała się jedynie i pozwalała im się wygadać, po czym w paru słowach stawiała ich do pionu. Bez cienia konfrontacji. Przemawiały przez nią wyłącznie doświadczenie i autorytet. I gdy już Agnes w swoim powściągliwym, spokojnym stylu wygłosiła swe krytyczne uwagi, Otto z satysfakcją obserwował, jak w oczach tych ważniaków pojawia się respekt. Bo wiedzieli, że potrafiłaby ich zmiażdżyć, ale litościwie zadowoliła się naprostowaniem ich poglądów.

Siedzieli naprzeciw siebie w kafeterii, każde z kanapką i kawą w papierowym kubku.

– A co u Fanny? – spytała Agnes.

Spojrzał na nią.

– U Fanny?

Pomachała niecierpliwie kanapką.

– No u twojej dziewczyny. Ma na imię Fanny, prawda?

Miała na imię Fanny.

Agnes zrobiła wielkie oczy.

– Zmieniła imię?

– Nie – odparł Otto. – Zmieniła chłopaka.

Pokiwała wolno głową.

– Wybacz, nie chciałam być… niedelikatna.

Ugryzł kanapkę i pokręcił głową.

– Nic nie szkodzi.

Parę razy przelotnie zajrzał jej w oczy. Dostrzegł w nich błysk wesołości. Wydało mu się, że ta wesołość wynikała nie tylko z sympatii. Agnes się bawiła jego kosztem.

Po chwili zapytała:

– A ty?

– Co ja?

– Też zmieniłeś dziewczynę? Skoro Fanny tak zrobiła?

Znów pokręcił głową.

– Pracuję nad tym.

Odłożyła serwetkę na stół i podniosła kaszkiet.

– Nie powinieneś mieć z tym większych problemów. Taki ładny chłopak jak ty… – Uśmiechnęła się i wstała. – Idziemy?

Pokiwał głową, ale został jeszcze chwilę, żeby dopić kawę, i odprowadził ją wzrokiem. Nie zdawała sobie sprawy, że najbardziej się odsłaniała, kiedy próbowała zamaskować swoją wrażliwość, siląc się na bycie zabawną.

Jechali dalej w to szare przedpołudnie, aż Agnes przerwała panującą w samochodzie ciszę:

– Co robimy z noclegiem?

– Trzy kilometry od miejsca znalezienia jest pensjonat.

– A gdzie będziemy pracować?

– Hm. Jeśli nie zostaniemy na miejscu, to na komendzie w Viborgu.

– Jak daleko jest od miejsca znalezienia?

– Jakieś dwadzieścia pięć kilometrów.

– Daleko – mruknęła.

– Sekcję będą musieli zrobić w Viborgu – zauważył Otto. – Więc…

Pokiwała głową i postanowiła:

– Pierwszą noc zostaniemy w pensjonacie, a potem się zobaczy.

Otto wrzucił kierunkowskaz.

– Od teraz będziemy jechać wiejskimi drogami.

– Wiem, Otto. Jedź ostrożnie. Chyba nie chcemy się wrąbać w jakiś traktor, prawda?

Zwolnił i włączył radio. Agnes nie przeszkadzała muzyka, kiedy jechali. Od czasu do czasu nuciła nawet cichym, dziewczęcym głosem.

Jechali wzdłuż jutlandzkiego działu wodnego, mijali uprawy świerków i płaskie połacie pól skąpane w szarym świetle, aż włączył GPS i zaczęli zjeżdżać na coraz to węższe drogi i dróżki wiodące do wskazanego miejsca na wrzosowisku.

– Już niedaleko – powiedział. – Siedemset metrów.

Agnes wzięła kaszkiet z deski rozdzielczej i włożyła go na głowę. Jechali teraz wąską uliczką przecinającą wrzosowisko. Jakiś kilometr od drogi znów zaczynały się świerki. W zasięgu wzroku nie było żadnych zabudowań.

Pięćdziesiąt metrów od drogi, pośród pagórkowatego wrzosowiska stały samochody i biały namiot. Wypatrzyli biały radiowóz, zabłocony volvo kombi i ciemny wóz dostawczy.

Otto zjechał z drogi i zatrzymał samochód. Agnes odpięła pas i powiedziała:

– Okej. Sprawdźmy, co to za chłopak, któremu będziemy musieli oddać sprawiedliwość.

Wysiadła jako pierwsza. Otto jeszcze chwilę siedział w samochodzie i pomyślał, że w pełni się z nią zgadza. To właśnie robią – oddają sprawiedliwość ofiarom.

W końcu wysiadł. Widział ją wśród zarośli. Padał drobny deszcz. Agnes już rozmawiała z wysokim policjantem w czarnym mundurze. Zabrał swoją teczkę i ruszył w ich stronę.

3.

Posterunkowym był ów wysoki mężczyzna w mundurze. Nazywał się Gorm Lange i stał obok drugiego, jeszcze wyższego mężczyzny. Tamten był zresztą nie tylko wysoki, ale w ogóle duży – wzdłuż i wszerz. Był po pięćdziesiątce i miał na sobie kalosze oraz kurtkę nieprzemakalną. W wielkiej dłoni trzymał skórzaną torbę.

Lange powiedział:

– Tak, trochę się tu pokręciliśmy. Uznałem, że może nam się przydać opinia lekarza na miejscu, zanim przeniesiemy ofiarę. Dlatego sprowadziłem naszego doktora.

Na to odezwał się ten wielki:

– Kim Carlsen. Mam gabinet w Bejdrup.

Agnes pokiwała głową.

– I co udało ci się stwierdzić, Kim?

Lekarz postawił torbę na ziemi.

– To chłopiec w wieku około dwunastu lat. Zmarł najprawdopodobniej od silnych ciosów tępym narzędziem. Pałką, może kijem bejsbolowym. Tylko go obejrzałem, nie przesuwałem ciała. Nie mogę wykluczyć ran kłutych, chociaż krwi jest niewiele. Nie żyje od jakiegoś czasu, co najmniej od doby. Sądzę, że zgon nastąpił gdzie indziej. W każdym razie już nie żył, kiedy go tu przeniesiono.

– Przeszukaliśmy zarośla w poszukiwaniu śladów bieżnika. Jak na razie bez powodzenia – przyznał Gorm Lange.

Agnes chwilę patrzyła na nich obu, po czym stwierdziła:

– Okej, zobaczmy, co tu mamy.

Otto robił to, co zwykle – przyglądał się, jak ostrożnie stąpając, weszła do namiotu rozstawionego nad martwym chłopcem. Potem założyła niebieskie gumowe rękawiczki i przykucnęła obok ciała, delikatnie rozsuwając kępki wrzosu. Co jakiś czas wypowiadała kilka słów, które Otto skrzętnie notował.

Chłopiec leżał na brzuchu z rozsuniętymi nogami. Prawe ramię było schowane pod ciałem, a lewe wyrzucone w bok pod kątem prostym. Drobna głowa była odwrócona na bok. Nie miał czapki. Otto widział bladą twarz, brązowe, posklejane włosy, jedno otwarte oko i zęby odsłonięte w zastygłym grymasie.

Agnes raportowała:

– Brak widocznych śladów duszenia. Brak bezpośrednich oznak napaści seksualnej. Głębokie rozcięcie z prawej strony czaszki, mogące wskazywać na uderzenie tępym narzędziem.

Podniosła wzrok na lekarza.

– Kim, widoczny jest tylko ślad po tym jednym uderzeniu.

Mężczyzna odchrząknął.

– Zajrzałem mu pod kurtkę. Na plecach też ma ślady silnego pobicia. Jest również krew, ale niewiele. I na nogach…

Agnes spojrzała w dół.

– Tak, widzę. Krew na tylnej stronie ud.

Otto patrzył, jak Agnes milknie i wbija wzrok przed siebie, pocierając podbródek. Wreszcie skierowała wzrok na Langego i spytała:

– Ślady techniczne? Portfel, papierek po cukierku, jakieś karteczki?

 

Lange pokręcił głową.

– Nic. Na razie.

Agnes wstała powoli i stwierdziła:

– W porządku. Tutaj niczego więcej się nie dowiemy. Został skatowany na śmierć i przeniesiony w to miejsce. I nie wiemy, kim jest.

Podeszła do obu mężczyzn i zwracając się do Langego, spytała:

– Nie zginął wam nikt ostatnio? Nie mieliście telefonu od zaniepokojonych rodziców? Uczniowie nie zgłaszali, że zniknął ich kolega z klasy?

– Jeszcze nie.

Agnes znów potarła podbródek i odwróciła się do zmarłego.

– Ale chyba jest stąd? Wygląda na duńskie dziecko.

– To znaczy? – Lange nie rozumiał, o co jej chodzi.

– Bo ja wiem? Mogli to zrobić sezonowi robotnicy z Europy Wschodniej w tranzycie. Biedni imigranci. Ktoś mógł zapłacić kierowcy ciężarówki, żeby go tu przywiózł. Mogła wyniknąć bójka, spór o pieniądze – sytuacja, która wymknęła się spod kontroli.

Obaj, lekarz i policjant milczeli dłuższą chwilę. W końcu odezwał się Lange:

– Hm… Tak, oczywiście nie można tego wykluczyć. Ale my akurat nie mamy u siebie wielu obcokrajowców. Już prędzej w okolicy autostrady. Moim zdaniem chłopak musi być tutejszy.

Agnes przytaknęła.

– Tylko czy w takim razie to nie dziwne, że nikt nie zgłosił zaginięcia?

– Niby tak, ale…

Agnes podeszła bliżej ciała.

– Ubranie. Dżinsy. Markowe. Buty całkiem nowe. Dobrej jakości. I ta puchówka też raczej nie jest z dyskontu.

Kim Carlsen dodał:

– Ma związane sznurówki.

Agnes znów przykucnęła obok ciała.

– Tak, rzeczywiście. – Spojrzała na nich. – Co nam to mówi?

Wyglądało na to, że Lange chce coś powiedzieć, ale lekarz go uprzedził:

– Może sprawca nie był pewien, czy chłopak jest martwy? Może związał sznurówki, żeby… no cóż, żeby się nie rozkopał?

Agnes się wyprostowała.

– I kiedy mówisz „on”…

– …to chodzi mi o zabójcę – sprecyzował lekarz.

– Czyli uważasz, że to mężczyzna?

Lekarz wyglądał na skonsternowanego.

– No, tak… To znaczy nie umiem tego uzasadnić, ale myślę…

Pokiwała głową i dokończyła za niego:

– Że coś takiego najprawdopodobniej zrobił mężczyzna.

– Nie twierdzę, że to nie mogła być kobieta.

– Oczywiście, ale zgadzam się z tobą. Tak podają statystyki. Poza tym nigdy się nie zetknęłam ze zbrodnią, w której kobieta zakatowałaby na śmierć dziecko.

Otto usłyszał trzask drzwi samochodu i zobaczył, jak od strony dostawczaka idzie do nich mężczyzna w białym plastikowym kombinezonie z kapturem. Ukłonił się im.

– Deszcz się nasila – powiedział. – Kończymy już? Viborg chce go zabrać.

Agnes znów spojrzała na ciało, po czym zwróciła się do kryminalistyka:

– Macie zdjęcia?

Człowiek w skafandrze pokiwał głową.

– Wszystko dokładnie obfotografowane.

– Okej. Więc kończymy tutaj.

Mężczyzna skinął głową i dał znak swojemu koledze w samochodzie.

Agnes odwróciła się do Langego.

– Zostajemy tu dziś na noc, a jutro jedziemy do Viborga. Gdzie pracujesz, Gorm?

– Zazwyczaj w Viborgu. Ale mam też swoją dziuplę na posterunku w Bejdrup.

– W porządku. Priorytetem jest w tej chwili identyfikacja. Im szybciej, tym lepiej. Tu masz mój numer. – Wręczyła mu wizytówkę. – Dzwoń bez względu na porę. Bez identyfikacji mamy związane ręce.

Policjant spojrzał na nią.

– Ale gdzie… gdzie będziecie spać?

Odpowiedział mu Otto:

– Jest tu jakiś pensjonat. Powinien być gdzieś…

Lange mu przerwał:

– U Bibi i Klausa?

– Nazywa się „Wrzosowa chata”.

– Tak, to oni.

Agnes spytała:

– Czy to miejsce… Polecałbyś je?

Gorm Lange odparł dyplomatycznie:

– Osobiście tam nie spałem, ale tak, myślę, że tak. Na jedną noc. Jest… swojsko.

Otto dostrzegł cień uśmiechu na ustach Agnes.

– Swojsko?

Krótki kawałek drogi od wrzosowiska do pensjonatu jechali już w ponurych strugach deszczu. Agnes położyła czapkę przy przedniej szybie. Otto spojrzał na nią. Patrzyła przed siebie. Kiedy tak siedziała i nie czuła, że jest obserwowana, wyglądała na starszą niż była w rzeczywistości.

Po pewnym czasie zapytała:

– Pomyślałeś o czymś, o czym ja nie pomyślałam?

– Nie wiem. Nie wiem, o czym nie pomyślałaś.

– Chodzi mi o coś innego niż to, co zostało powiedziane. Zauważyłeś coś takiego?

– Nie bardzo. Zgadzam się, że chłopak jest tutejszy. Albo przynajmniej, że jest Duńczykiem. Brakuje tylko szkolnego plecaka.

Cały czas patrzyła przed siebie.

– I pochodzi z raczej zamożnego domu. Nie jest to zaniedbany dzieciak z patologicznej rodziny żyjącej w zagrzybiałej norze z klepiskiem zamiast podłogi.

– Zdecydowanie.

– Więc dlaczego nikt go nie szuka?

– Tak, to dziwne.

Agnes wygładziła mokre od deszczu włosy.

– Miejmy nadzieję, że wkrótce się tego dowiemy od Gorma Langego.

Otto wrzucił kierunkowskaz.

– Oto i „Wrzosowa chata”.

Wjechał na szutrowy plac przed długim skrzydłem domu pomalowanym na żółto, z białymi oknami i szyldem na skraju drogi.

Agnes rozpięła pas.

– Mam nadzieję, że nie mają pełnego obłożenia.

– Zarezerwowałem nam pokoje. I kolację.

Uśmiechnęła się do niego.

– Świetny z ciebie kompan, Otto. I podoba mi się sposób, w jaki mówisz „kolacja”.

– To znaczy nie wiem, czy…

– Jasne. Ale kiedy to mówisz, to już brzmi jak coś pysznego.

Wyłączył silnik. Wokół panowała absolutna cisza. Miał poczucie, jakby świat wokół nich się zatrzymał.

– Ja marzę raczej o łóżku – powiedział.

Agnes otworzyła drzwi i popatrzyła na niego krótko.

– Wy, młodzi, jesteście potwornie wygodniccy.

Wysiadła i zamknęła drzwi. Otto pokręcił tylko głową. Zrobili dobrych trzysta kilometrów. A była dopiero trzynasta z minutami. Wypuścił powietrze i otworzył drzwi.