Idea Galicji. Historia i fantazja w kulturze politycznej HabsburgówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Listy Krat­tera: „nowe i dziwne”

W 1780 roku cesarz ponow­nie odwie­dził Gali­cję i spę­dził tam trzy tygo­dnie po dro­dze na spo­tka­nie w Rosji z carycą Kata­rzyną. Zawarty w jego dzien­niku opis Lwowa był sto­sun­kowo nie­winny, doty­czył udziału w mszach w kilku kościo­łach oraz spa­ce­rów w kilku ogro­dach, które Józef uznał za „bar­dzo ładne”. Typowy wpis z 16 maja brzmiał po pro­stu: „Rano pra­co­wa­łem do jede­na­stej, potem wysłu­cha­łem mszy w daw­nym kościele jezu­ic­kim, udzie­li­łem sze­regu audien­cji, jadłem, dyk­to­wa­łem, a następ­nie posze­dłem na prze­chadzkę ze szlach­ci­cami”. Wobec rze­czo­nych szlach­ci­ców cesarz wyka­zy­wał zapewne „uprzej­mość”, tak samo jak w 1773 roku, ale w dato­wa­nym na 19 maja liście ze Lwowa do matki napi­sał, że „do tej pory było zbyt wiele pobłaż­li­wo­ści [com­pla­isance] wobec tych wiel­kich panów” — czyli wobec pol­skiej szlachtyk34. Śmierć Marii Teresy w listo­pa­dzie 1780 roku i począ­tek samo­dziel­nych rzą­dów Józefa wyzna­czały kres cesar­skiej pobłaż­li­wo­ści, a może nawet uprzej­mo­ści w Gali­cji.

Cesa­rzowa zmarła 29 listo­pada 1780 roku, sześć mie­sięcy po wizy­cie Józefa w Gali­cji. Maria Teresa rzą­dziła przez czter­dzie­ści lat i kiedy w wie­deń­skiej Kapu­zi­ner­gruft skła­dano ją do grobu obok jej habs­bur­skich przod­ków, rów­nież w kate­drze lwow­skiej roz­brzmie­wały śpiewy i mowy pogrze­bowe. W jed­nej z nich — wygło­szo­nej po pol­sku, ale opu­bli­ko­wa­nej rów­nież w Wied­niu po nie­miecku — Pola­ków nazwano naj­młod­szymi dziećmi habs­bur­skiej monar­chini, ponie­waż sta­no­wili naj­now­szy naby­tek cesar­stwa: „Jeste­śmy pod­da­nymi cesar­skimi, naj­mniej­szymi w Oświe­ce­niu i wie­dzy pośród tych wszyst­kich, któ­rymi rzą­dzi i któ­rych pro­wa­dzi naj­ła­skaw­szy z wład­ców. Jeste­śmy dziećmi, które ledwo co ukoń­czyły ósmy rok życia”k35. A zatem nowość wyna­le­zio­nej w 1772 roku Gali­cji w 1780 wyra­żono za pomocą meta­fory dzie­ciń­stwa. Józef II, który po 1780 roku rzą­dził samo­dziel­nie, miał się zmie­rzyć z napię­ciami wieku dora­sta­nia.

Lata osiem­dzie­siąte XVIII wieku były w monar­chii habs­bur­skiej dekadą potęż­nych tur­bu­len­cji zwią­za­nych z pro­wa­dzoną przez Józefa II rewo­lu­cyjną kam­pa­nią abso­lu­ty­zmu oświe­co­nego, nazwa­nego póź­niej józe­fi­ni­zmem. Jej pro­gram zawie­rał: pły­nący z Wied­nia impuls cywi­li­za­cyjny, obję­cie życia reli­gij­nego kon­trolą pań­stwa, wpro­wa­dze­nie tole­ran­cji reli­gij­nej, zła­go­dze­nie cen­zury i atak na przy­wi­leje szlachty. Wszę­dzie w monar­chii reformy miały rewo­lu­cyjny cha­rak­ter, ale ponie­waż Gali­cja została prze­jęta nie­dawno i fakt ten przed­sta­wiano jako „rewin­dy­ka­cję”, histo­ryczne pre­ro­ga­tywy miały tu mniej­sze zna­cze­nie niż gdzie indziej. Reformy józe­fiń­skie narzu­cano tutaj zatem bar­dziej bez­ce­re­mo­nial­nie, nie zwa­ża­jąc na dotych­cza­sowe zaszło­ści. Gali­cję jako twór wymy­ślony można było uznać za pozba­wioną histo­rii, a zatem dostar­czała dosko­na­łego mate­riału na sys­te­ma­tyczną oświe­coną trans­for­ma­cję. Jed­no­cze­śnie w deka­dzie józe­fiń­skiej wła­dze habs­bur­skie na­dal gro­ma­dziły kom­plek­sowe infor­ma­cje na temat Gali­cji, wie­dzę urzę­dową, która uła­twiała rzą­dze­nie. Prze­kazy te dotarły rów­nież do oświe­co­nych czy­tel­ni­ków nie­miec­ko­ję­zycz­nych spoza Gali­cji, a nie tylko zamiesz­ku­ją­cych monar­chię habs­bur­ską. W 1786 i 1787 roku w Lip­sku i w Wied­niu uka­zały się pro­wo­ka­cyjne rela­cje z podróży. To nie­miec­kie spoj­rze­nie na Gali­cję przy­pi­sy­wało pro­win­cji okre­śloną toż­sa­mość i spo­istość w kon­tek­ście ogól­nych wyobra­żeń oświe­ce­nio­wych odno­śnie do Europy Wschod­niej.

Franz Krat­ter, mło­dzie­niec ze Szwa­bii — kra­iny w Świę­tym Cesar­stwie Rzym­skim Narodu Nie­miec­kiego, ale poza wła­da­niem Habs­bur­gów — w latach osiem­dzie­sią­tych miesz­kał w Wied­niu, publi­ko­wał pam­flety w duchu reformy józe­fiń­skiej i wdał się w spory frak­cyjne w gro­nie wie­deń­skich wol­no­mu­la­rzy. W 1784 roku spę­dził sześć mie­sięcy w Gali­cji w odwie­dzi­nach u swo­ich braci, któ­rzy pro­wa­dzili we Lwo­wie skład wina. Jego Briefe über den itzi­gen Zustand von Gali­zien. Ein Beitrag zur Sta­ati­stik und Men­schen­ken­nt­nis4 (Lipsk 1786) uka­zały się ano­ni­mowo w dwóch tomach, dzięki czemu Gali­cja po raz pierw­szy stała się przed­mio­tem dys­ku­sji w sfe­rze publicz­nej, poza krę­gami i kana­łami zastrze­żo­nymi dla wła­dzy habs­bur­skiej. Zwra­ca­jąc się w poprze­dza­ją­cym pierw­szy tom wstę­pie do czy­tel­nika, Krat­ter stwier­dził, że rela­cje z podróży „zawsze były ulu­bioną lek­turą nie­miec­kiej publiki”, ponie­waż odwo­łują się do „jej gustu, jej skłon­no­ści do tego, co nowe i dziwne”k36. W latach osiem­dzie­sią­tych Gali­cja bez wąt­pie­nia była dla czy­tel­ni­ków czymś zupeł­nie nowym, ale Krat­ter zapro­po­no­wał jesz­cze wię­cej: coś nie tylko nowego, ale rów­nież dziw­nego. Rela­cje z podróży, które fascy­no­wały w XVIII wieku, bywały nie­zwy­kle egzo­tyczne, jak cho­ciażby opisy wysp pacy­ficz­nych — takich jak Tahiti i Hawaje — odwie­dzo­nych w latach 1768–1779 przez kapi­tana Cooka. Gali­cja, cho­ciaż dla nie­miec­kich czy­tel­ni­ków nie­po­rów­na­nie mniej odle­gła, była podob­nie nie­zna­joma i Krat­ter sta­rał się pod­kre­ślić, czy wręcz czę­ściowo wykre­ować, jej tak pożą­daną dziw­ność.

Krat­ter obie­cy­wał przed­sta­wić nie tylko pozy­tywne, ale rów­nież „złe, brzyd­kie, obrzy­dliwe” [das Schlechte, Hässliche, Abscheu­li­che] aspekty Gali­cji. Dziw­ność nie­ko­niecz­nie miała przy­brać atrak­cyjną postać tahi­tań­skiego egzo­ty­zmu, ale raczej gali­cyj­skiej obrzy­dli­wo­ści. Krat­ter prze­wi­dy­wał nawet, że złe, brzyd­kie i obrzy­dliwe może przy­tło­czyć jego oświe­co­nych czy­tel­ni­ków, toteż z góry pro­sił o wyro­zu­mia­łość:

Przy­ja­ciele ludz­ko­ści, szla­chetne, łagodne, życz­liwe dusze, muszę pro­sić was o wyba­cze­nie, jeśli urażę kiedy waszą deli­katną wraż­li­wość i przy­pra­wię was o krwa­wie­nie serca kosz­mar­nymi obra­zami nie­ludz­kiej tyra­nii, smut­nymi opi­sami uci­ska­nej ludz­kiej nędzy. Zazna­jo­mi­cie się tutaj z zupeł­nie obcymi kate­go­riami ludzik37.

Krat­ter wyko­pał zatem rów, który oddzie­lał peł­nych ogłady nie­miec­kich czy­tel­ni­ków od obcej gali­cyj­skiej kra­iny. Cho­ciaż pisał po nie­miecku i przy jej oce­nie cza­sem powo­ły­wał się na nie­miec­kie normy cywi­li­za­cyjne, jego spoj­rze­nie z lat osiem­dzie­sią­tych nie było naro­dowo nie­miec­kie we współ­cze­snym sen­sie tego słowa, lecz zawie­rało takie ele­menty, jak nie­miec­kie wykształ­ce­nie, oświe­ce­nio­wość józe­fiń­ska, habs­bur­ska cesar­skość i euro­pej­skie ucy­wi­li­zo­wa­nie. Jego nie­mieccy czy­tel­nicy byli zara­zem „przy­ja­ciółmi ludz­ko­ści”. Nie­długo po publi­ka­cji swo­jej książki Krat­ter osiadł w Gali­cji i odgry­wał czo­łową rolę w życiu teatral­nym Lwowa, a jego dra­maty, napi­sane po nie­miecku w Gali­cji, wysta­wiano w całej nie­miec­ko­ję­zycz­nej Euro­pie Środ­ko­wej. Pod koniec życia — zmarł w 1830 roku we Lwo­wie — przy­pusz­czal­nie uwa­żał się za Gali­cja­nina, lecz w latach osiem­dzie­sią­tych poprzed­niego stu­le­cia Gali­cja wciąż wyda­wała mu się kra­iną zupeł­nie obcą.

Szcze­gól­nie nie­chęt­nym okiem Krat­ter patrzył na gali­cyj­ską szlachtę, a ponie­waż adre­so­wał swoją rela­cję do miesz­czań­skiej publicz­no­ści, mógł od niej ocze­ki­wać akcep­ta­cji dla józe­fiń­skiego ataku na szla­chec­kie przy­wi­leje: „Szlach­cie gali­cyj­skiej pod wła­dzą Habs­bur­gów trzeba było oczy­wi­ście narzu­cić ustrój zupeł­nie odmienny od daw­nej kon­sty­tu­cji […], aby wziąć jej nie­rząd­nego anar­chi­stycz­nego ducha w karby monar­chii”. Samo poję­cie „gali­cyj­skiej szlachty” było czymś nowym, wytwo­rem rzą­dów austriac­kich. Habs­bur­go­wie anek­to­wali bowiem wło­ści pol­skiej szlachty, która w momen­cie utraty pol­skiego sta­tusu poli­tycz­nego stała się gali­cyj­ska. W swoim poprzed­nim wcie­le­niu ten nie­rzą­dem sto­jący stan „okra­dał resztę narodu, czy­nił z ludzi nie­wol­ni­ków, rzą­dził swo­imi pod­da­nymi z cał­ko­wi­tym bez­pra­wiem despo­ty­zmu, dopusz­czał się wszel­kiego rodzaju zbrodni i okru­cieństw [Grau­sam­ke­iten]”k38. Oświe­ce­nie dostrze­gało w Euro­pie Wschod­niej — w co naj­mniej takim samym stop­niu w Rosji, jak w Pol­sce — sche­mat sto­sun­ków spo­łecz­nych, w któ­rym chłopi pańsz­czyź­niani byli w prak­tyce nie­wol­ni­kamik39. W 1788 roku bra­ta­nek Józefa II Fran­ci­szek, przy­szły cesarz, jako dwu­dzie­sto­la­tek wybrał się w podróż do Gali­cji i pod­su­mo­wał swoje obser­wa­cje w bar­dzo podob­nym duchu do Krat­tera: „Miesz­kańcy, a zwłasz­cza chłopi, wła­śnie zaczęli dostrze­gać, jak wiel­kiej zaznają życz­li­wo­ści pod naszymi rzą­dami, jako że wcze­śniej byli nie­wol­ni­kami, a teraz są ludźmi wol­nymi”k40. Nie­wol­nic­two w józe­fiń­skiej Gali­cji było postrze­gane jako jedno z „okru­cieństw”, które uza­sad­niały narzu­ce­nie tam­tej­szej szlach­cie habs­bur­skiej wła­dzy.

Nowo­żytną ideę Europy Wschod­niej sfor­mu­ło­wano w epoce Oświe­ce­nia, kiedy wschod­nie zie­mie kon­ty­nentu zaczęto postrze­gać jako kra­inę zaco­fa­nia, która czeka na bło­go­sła­wień­stwa cywi­li­za­cji. Rzą­dze­nie Gali­cją trak­to­wano zatem jako pro­jekt cywi­li­za­cyjny i w tym kon­tek­ście Krat­ter mówił o „bar­ba­rzyń­skiej dzi­ko­ści pol­skiej szlachty”. Przed nasta­niem wła­dzy Habs­bur­gów pol­ski szlach­cic był „naj­bar­dziej nie­ludz­kim, budzą­cym naj­wyż­szy wstręt dzi­ku­sem [Wil­dling]”, tudzież czło­wie­kiem „odda­lo­nym od oby­czaj­nego towa­rzy­stwa, od mło­do­ści prze­zna­czo­nym do nie­ogra­ni­czo­nego roz­ka­zy­wa­nia, zahar­to­wa­nym gru­biań­skimi, dzi­kimi, okrut­nymi uczyn­kami aż do tygry­siej znie­czu­licy”. Obu­rzone spo­łe­czeń­stwo cywi­li­zo­wa­nego świata — nie­miec­kie kręgi czy­tel­ni­cze — prze­ciw­sta­wiono dzi­kiemu, nie­okrze­sa­nemu, a nawet zwie­rzę­cemu światu dra­pież­nego jak tygrys pol­skiego szlach­cica w Gali­cji. Kiedy Krat­ter pisał swoje słowa, te dzi­kie stwo­rze­nia były pod­da­wane refor­mie, ucy­wi­li­zo­wa­niu, były „prze­ta­piane” [umge­sch­mol­zen] na gali­cyj­skich pod­da­nych Habs­bur­gówk41.

 

W oce­nie Krat­tera pol­ska szlachta jawiła się jako szcze­gól­nie bar­ba­rzyń­ska w swoim postę­po­wa­niu wobec chło­pów pańsz­czyź­nia­nych. Poja­wia się w niej na przy­kład nie­jaki hra­bia M. — zwany „dzi­kim” albo „strasz­nym” — który chło­stał swo­ich chło­pów na śmierć za drob­nostki. Z kolei książę L. nastę­pu­jąco roz­strzy­gnął spór mię­dzy pew­nym Żydem a szlach­ci­cem:

KSIĄŻĘ: He, kapi­ta­nie. [Wcho­dzi]. Powieś Żyda w sąsied­nim pokoju.

KAPI­TAN: Już się robi. [Chwyta Żyda i wywleka do sąsied­niego pokoju].

KSIĄŻĘ: Hej, sługa! Przy­nieś mi mojego naj­lep­szego tokaju! Sia­daj, szlach­cicu, napij się ze mną! [Piją. Tro­chę póź­niej].

KAPI­TAN: Żyd już wisi!

KSIĄŻĘ: Brawo!k42

Krat­ter, który na póź­niej­szym eta­pie życia miał two­rzyć dra­maty lite­rac­kie, prze­kształ­cił ten przy­kład bar­ba­rzyń­stwa w scenkę teatralną, ćwi­cząc wyobraź­nię dra­ma­tur­giczną.

Kolejne bru­talne scenki doty­czyły rodu P. (przy­pusz­czal­nie Potoc­kich), któ­rego człon­ko­wie „mor­do­wali dla zabi­cia czasu”. Krat­ter dono­sił, że jeden z przed­sta­wi­cieli rodu kazał chłopu wspiąć się na drzewo i usu­nąć sowie gniazdo, a następ­nie zestrze­lił go z gałęzi i śmiał się do roz­puku. Poja­wia się też rela­cja o byłym bisku­pie lwow­skim, który rze­komo kazał tor­tu­ro­wać i palić swo­ich chło­pów. „Gdyby scenę mógł wyko­rzy­stać dobry malarz — oce­nił Krat­ter — stwo­rzyłby arcy­dzieło przed­sta­wia­jące śmie­ją­cego się dia­bła”. Krat­ter pusz­czał wodze wyobraźni arty­stycz­nej, budu­jąc demo­niczną postać biskupa w celu udra­ma­ty­zo­wa­nia daw­nych „okru­cieństw” Gali­cji. „Tacy despoci rzą­dzili Gali­cją, zanim prze­szła pod wła­da­nie Austrii”, stwier­dziłk43. W 1786 roku uka­zało się w Prze­my­ślu ano­ni­mowe pol­skie dzieło Geo­gra­fia, które zawie­rało „dokładny opis Kró­le­stwa Gali­cji i Lodo­me­rii”, lecz w imie­niu pol­skiej szlachty odma­wiało temu bytowi geo­po­li­tycz­nemu pra­wo­moc­no­ścik44. Potę­pia­jące pol­ską szlachtę dzieło Krat­tera słu­żyło poli­tycz­nemu celowi habs­bur­skiej rewin­dy­ka­cji. Maria Teresa rościła sobie prawo do pano­wa­nia nad tymi tery­to­riami na mocy węgier­skiego tytułu do śre­dnio­wiecz­nej Rusi Halic­kiej i Wło­dzi­mier­skiej. W epoce Józefa II, w latach osiem­dzie­sią­tych XVIII wieku, można było sfor­mu­ło­wać wobec opi­nii publicz­nej bar­dziej współ­cze­sny argu­ment, pod­kre­śla­jąc koniecz­ność zastą­pie­nia bar­ba­rzyń­skiego okru­cień­stwa oświe­co­nymi rzą­dami.

„Zgroza i obrzy­dze­nie”

Dążąc do ogra­ni­cze­nia pre­ro­ga­tyw szla­chec­kich w całej monar­chii, Józef II usi­ło­wał jed­no­cze­śnie ogra­ni­czyć przy­wi­leje Kościoła, przede wszyst­kim pod­po­rząd­ko­wu­jąc go pań­stwu. Wro­gość Krat­tera do budzą­cych naj­wyż­szy wstręt bisku­pów gali­cyj­skich w takim samym stop­niu wpi­sy­wała się zatem w ducha józe­fi­ni­zmu jak jego nie­na­wiść do tam­tej­szej szlachty. Cesa­rzowi szcze­gól­nie zale­żało na likwi­da­cji zako­nów, a Krat­ter kipiał z obu­rze­nia na gali­cyj­skich mni­chów. Mieli oni swój udział w grze­chach szlachty, ponie­waż zakon­nik mógł roz­grze­szyć szlach­cica z jego „sprzecz­nych z naturą, zło­dziej­skich i mor­der­czych czy­nów”. Roz­grze­szony zło­czyńca mógł potem wyna­gro­dzić Kościół sowi­tym dat­kiem:

To dla­tego jest w Gali­cji tyle kościo­łów, klasz­to­rów i fun­da­cji o naj­bar­dziej nie­do­rzecz­nych celach i — nie mówię tego bez­pod­staw­nie — takie są korze­nie więk­szo­ści klasz­to­rów w z gruntu dia­bel­skim i bluź­nier­czym kup­cze­niu grze­chami. To dla­tego kościoły i klasz­tory zamie­nia się w domy roz­pu­sty dla magna­tów! Oto przy­czyna, dla­czego świeccy i księża mil­czą, kiedy lubieżny, roz­wią­zły potwór każe zabrać spod ołta­rza modlącą się nie­winną pokut­nicę i w trak­cie naj­więk­szego miste­rium nabo­żeń­stwa, w oto­cze­niu swo­jej świty, gwał­cił ją na oczach ludzi! Moje serce się obu­rza! Krew we mnie wrze, moją duszę wypeł­nia zgroza i obrzy­dze­nie, a moje poję­cie o ludz­ko­ści i Kościele w tej chwili gor­sze niż o naj­więk­szej brzy­do­ciek45.

Tego typu pisar­stwo w nie­zbyt zawo­alo­wany spo­sób słu­żyło poli­tycz­nemu celowi uza­sad­nie­nia dzia­łań Józefa prze­ciwko ducho­wień­stwu, lecz swo­bodne potrak­to­wa­nie tematu przez Krat­tera wycho­dziło poza kon­wen­cje pole­miczne dla osią­gnię­cia bluź­nier­czo por­no­gra­ficz­nego obrazu, który budzi sko­ja­rze­nia z pisar­stwem mar­kiza de Sade. Chwy­ta­jąc za pióro, Krat­ter wpę­dzał się we fre­ne­tyczny trans i opi­sy­wał z kli­niczną pre­cy­zją swoje wzbu­rze­nie, praw­do­po­dob­nie w nadziei, że udzieli się ono co podat­niej­szym czy­tel­ni­kom. Moralny wstręt mie­szał się z por­no­gra­ficz­nym pobu­dze­niem, nie tylko w celu zaszcze­pie­nia czy­tel­ni­kom oświe­co­nego anty­kle­ry­ka­li­zmu, ale rów­nież w celu wywo­ła­nia głę­boko emo­cjo­nal­nej, a nawet fizjo­lo­gicz­nej reak­cji na Gali­cję.

Z nie mniej­szą gwał­tow­no­ścią Krat­ter oma­wiał kwe­stie higieny ducho­wień­stwa i czy­sto­ści w klasz­to­rach: „W klasz­to­rach nie­miec­kich chlewy są zazwy­czaj czy­ściej­sze niż tutaj kuch­nie i refek­ta­rze”k46. „Pro­ces cywi­li­za­cyjny”, jak Nor­bert Elias okre­ślił histo­rię oby­cza­jów we wcze­sno­no­wo­żyt­nej Euro­pie, dostar­czył pro­bie­rza do mie­rze­nia odle­gło­ści mię­dzy cywi­li­zo­waną wła­dzą a bar­ba­rzyń­skim nie­okrze­sa­niem. Elias cytuje szes­na­sto­wieczne poucze­nia Era­zma z Rot­ter­damu, że ludzie kul­tu­ralni wycie­rają nos chu­s­teczką, a także przy­ta­cza osiem­na­sto­wieczne Zasady dobrego wycho­wa­nia Jana Chrzci­ciela de la Salle: „Bar­dzo się to sprze­ci­wia zasa­dom ogłady, gdy się wytrze nos w dwa palce, potem zrzuca paskudz­two na zie­mię, a następ­nie wyciera palce o odzież”k47. W takim oto kon­tek­ście coraz bar­dziej świa­do­mego prze­strze­ga­nia reguł sto­sow­no­ści Krat­ter roz­my­ślał o gali­cyj­skich księ­żach:

Pod­czas mszy nie­któ­rzy wycie­rają nosy w szaty litur­giczne, a nie­któ­rzy w dło­nie i odrzu­cają smarki o kilka kro­ków. Sto­jąc bli­sko ołta­rza, trzeba uwa­żać, jeśli ktoś nie chce, aby tro­chę księ­żego paskudz­twa tra­fiło na jego odzież lub twarz. Na wła­sne oczy widzia­łem, jak ksiądz pod­czas komu­nii wyciera nos dło­nią, a potem tymi samymi świe­cą­cymi, zapa­sku­dzo­nymi pal­cami, któ­rymi wyrzu­cił smarki, łamie hostię i ze zdro­wym ape­ty­tem wsa­dza sobie do ustk48.

Ten wyra­zi­sty opis, mający na celu wywo­ła­nie u cywi­li­zo­wa­nego czy­tel­nika odru­cho­wego obrzy­dze­nia i wstrzą­śnię­cie jego deli­katną wraż­li­wo­ścią, ujaw­nił pewien szcze­gólny aspekt gali­cyj­skiego anty­kle­ry­ka­li­zmu Krat­tera. Można powie­dzieć, że autor poło­żył palec na cywi­li­zu­ją­cym pul­sie oświe­co­nej nie­miec­kiej opi­nii publicz­nej, powo­łu­jąc się na higie­niczne obu­rze­nie jako prze­słankę impe­rial­nej obec­no­ści Habs­bur­gów. Kwe­stia cywi­li­za­cji była fun­da­men­talna dla oświe­co­nych spoj­rzeń na Europę Wschod­nią, toteż z pozoru kurio­zalne pod­kre­śla­nie pro­blemu smar­ka­nia w gali­cyj­skich kościo­łach sta­no­wiło tylko dra­styczny wyraz new­ral­gicz­nego powią­za­nia mię­dzy oby­cza­jami a cywi­li­za­cją.

Wpro­wa­dze­nie przez Józefa II kon­troli pań­stwo­wej nad reli­gią było szcze­gól­nie dotkli­wym cio­sem dla gali­cyj­skiego Kościoła rzym­sko­ka­to­lic­kiego, lecz Kościół unicki czy grec­ko­ka­to­licki, jak z cza­sem zaczęli go nazy­wać Habs­bur­go­wie, pod pew­nymi waż­nymi wzglę­dami sko­rzy­stał na rzą­dach Habs­bur­gów. Oparty na unii brze­skiej z 1596 roku, która zacho­wy­wała pra­wo­sławny obrzą­dek i sło­wiań­ską litur­gię przy jed­no­cze­snym uzna­niu hie­rar­chicz­nej wła­dzy papieża, Kościół obej­mu­jący lud­ność ruską Rze­czy­po­spo­li­tej zawsze cier­piał z powodu uprzy­wi­le­jo­wa­nej pozy­cji rzym­skiego kato­li­cy­zmu. Maria Teresa i Józef II sta­rali się trak­to­wać oba wyzna­nia rów­no­praw­nie, lecz na przy­kład utwo­rze­nie semi­na­riów pań­stwo­wych Kościół unicki odczuł jako bar­dzo korzystne dla sie­bie.

Rów­nież Krat­ter był bez­stronny w swoim anty­kle­ry­kal­nym spoj­rze­niu na oba wyzna­nia, cho­ciaż unic­kie ducho­wień­stwo para­fialne zasłu­żyło sobie nie tylko na jego ryczał­tową pogardę, ale rów­nież na współ­czu­cie. Gre­ko­ka­to­liccy księża para­fialni czę­sto musieli w pocie czoła upra­wiać zie­mię, jak chłopi:

Nie jest w tym kraju niczym nie­zwy­kłym zoba­czyć księ­dza w obszar­pa­nym płasz­czu, z kolo­ratką wokół szyi, z fajką w ustach, batem w dłoni, czła­pią­cego obok swo­ich koni albo wołów. Więk­szość z nich pije alko­hol jak wodę, są pijani pra­wie codzien­nie, a potem dopusz­czają się bezec­nych łaj­dactw typo­wych dla pija­ków. Bar­dzo chcia­łem oso­bi­ście poznać takie zwie­rzę w księ­żych sza­tachk49.

Krat­ter patrzył na gali­cyj­skie życie kościelne z nie­sma­kiem, pro­tek­cjo­na­li­zmem i być może poczu­ciem komi­zmu, dekla­ru­jąc repor­ter­ski zamiar zapo­zna­nia się z jakimś typo­wym oka­zem. Kiedy udało mu się zor­ga­ni­zo­wać wywiad, dono­sił póź­niej, że ksiądz, z któ­rym roz­ma­wiał, mieszka w nędz­nej izbie, cho­dzi w brud­nym ubra­niu i jest roz­pacz­li­wym igno­ran­tem: „Usi­ło­wa­łem skie­ro­wać roz­mowę na różne tematy, reli­gię, moral­ność, opiekę dusz­pa­ster­ską, kate­chezę, oświatę, nowe prze­pisy. Ani razu mnie nie zro­zu­miał”k50. Zgod­nie z zało­żoną z góry asy­me­trią cywi­li­za­cyjną Krat­ter twier­dził, że rozu­mie Gali­cję i potrafi ją wyja­śnić, lecz Gali­cja nie umie zrozu­mieć jego.

Józef II przy­stą­pił do edu­ko­wa­nia unic­kiego ducho­wień­stwa, otwie­ra­jąc w latach osiem­dzie­sią­tych Semi­na­rium Ogólne oraz Insty­tut Ruski we Lwo­wie. Krat­ter uwa­żał takie insty­tu­cje za fun­da­men­talne dla ucy­wi­li­zo­wa­nia Gali­cji:

Czy filo­zof, przy­ja­ciel ludz­ko­ści, kie­dy­kol­wiek będzie w sta­nie wyba­czyć prawu to, że porzu­ciło ten biedny lud na czter­na­ście dłu­gich, wynisz­cza­ją­cych lat na żer dra­pież­nym lisom, niedź­wie­dzom i wil­kom, ani razu poważ­nie nie roz­wa­ża­jąc sku­tecz­nych środ­ków zba­wien­nej reformy? W końcu mądry Józef stwo­rzył w kraju lep­sze per­spek­tywy dla roz­woju ducho­wień­stwa dzięki dwóm insty­tu­cjom edu­ka­cyj­nym we Lwo­wie kształ­cą­cym przy­szłych nauczy­cieli luduk51.

Kra­jo­braz lite­racki Europy Wschod­niej z lat osiem­dzie­sią­tych XVIII wieku, odma­lo­wany na przy­kład w popu­lar­nych powie­ściach o baro­nie Münchhausenie, czę­sto odda­wał dzi­kość tych obsza­rów za pomocą obra­zów zwie­rząt takich jak wilki i niedź­wie­dzie. Krat­te­rowi jako dra­pież­niki jawili się ludzcy miesz­kańcy Gali­cji, a kon­kret­nie przed­sta­wi­ciele ducho­wień­stwa, któ­rzy wyma­gali oswo­je­nia przez habs­bur­skiego cesa­rza. Okres czter­na­stu lat, jakie upły­nęły od powsta­nia Gali­cji w 1772 roku po publi­ka­cję listów Krat­tera, autor postrze­gał jako epokę wycze­ki­wa­nia, uwień­czoną nie tylko cesar­skimi refor­mami, ale rów­nież czyn­nym zaan­ga­żo­wa­niem nie­miec­kiej opi­nii publicz­nej, czyli jego filo­zo­ficz­nie uspo­so­bio­nych czy­tel­ni­ków.

Cho­ciaż Krat­ter z jed­na­kową wro­go­ścią trak­to­wał rzym­ski kato­li­cyzm, Kościół unicki, który zacho­wał pra­wo­sławny obrzą­dek, wyda­wał mu się jesz­cze bar­dziej obcy. Autor listów prze­żył wstrząs, ujrzaw­szy pro­stra­cję unic­kiego księ­dza przed ikoną św. Miko­łaja: „Rzu­cił się na pod­łogę jak nie­wol­nik przed despotą, a potem spoj­rzał na mnie bar­dzo zna­cząco, ponie­waż nie chcia­łem rzu­cić się razem z nim na pod­łogę przed wiel­kim Miko­ła­jem”k52. Krat­ter reago­wał z iro­niczną pogardą na roz­bu­do­wany i według niego prze­sadny cere­mo­niał rytu unic­kiego, a działo się to w okre­sie, kiedy reforma józe­fiń­ska dążyła do uprosz­cze­nia i okro­je­nia cere­mo­nial­nych zawi­ło­ści rzym­skiego kato­li­cy­zmu. W tym sen­sie można powie­dzieć, że kry­tyczne spoj­rze­nie Krat­tera na obrzą­dek unicki było uwa­run­ko­wane przez kli­mat reli­gijny epoki józe­fiń­skiej. Krat­ter posu­nął się nawet do tego, że nazwał ten obrzą­dek „lichą komiczną bur­le­ską” [nie­drig­ko­mi­sche Pur­le­ske­rei], cho­ciaż jed­nym ze źró­deł tego komi­zmu był użyty przez autora ton opisu. Pew­nego razu Krat­ter poszedł we Lwo­wie na nie­szpory i zoba­czył unic­kiego biskupa, który prze­wod­ni­czył rytu­ałowi cało­wa­nia świę­tych reli­kwii i ikon:

 

Usta­wili się z całym kra­mem, a reszta ducho­wień­stwa szła pro­ce­syj­nie i cało­wała to, co nale­żało uca­ło­wać. Potem tłum­nie ścią­gnęli ludzie, aby cało­wać to, co nale­żało uca­ło­wać. W całym kościele byłem jedy­nym wyrzut­kiem [Ver­wor­fene], który, z powodu nie wie­dzieć jakiego nie­wy­ba­czal­nego osty­gnię­cia zapału, nie chciał cało­waćk53.

Dekla­ra­cja chłod­nego dystansu czło­wieka, który stoi poza komicz­nym krę­giem rytu­al­nego cało­wa­nia, czy­tel­nie zde­fi­nio­wała spoj­rze­nie Krat­tera na dziw­ność Gali­cji.