Perska namiętnośćTekst

Z serii: Perska miłość #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Perska namiętność
Perska namiętność
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,90  50,32 
Perska namiętność
Perska namiętność
Audiobook
Czyta Ewa Abart
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Jak wyglądam? – zwróciła się do przyjaciółki.

– Dobrze… – Sara przełknęła ślinę. – Bardzo dobrze…

– Naprawdę? – Hana nadal zerkała w stronę lustra. – Ale te włosy… Nie bardzo mi się ułożyły… Nie sądzisz?

– Nie… Dobre są…

– Tak myślisz?

– Tak…

– Jeżeli tak mówisz… – Hana poprawiła parę kosmyków. – Wiesz co, ja już idę. – Wzięła ze stolika torebkę. – Nie chcę, żeby mama siedziała sama.

– Jasne, zaraz do was dołączę.

– Będziemy czekać. – Hana wyszła, a Sara z ulgą zamknęła za nią drzwi.

Te wszystkie zachowania i interakcje, które zazwyczaj były normalne między przyjaciółkami, jeszcze bardziej rozbijały Sarę psychicznie. Kiedyś szczyciła się swoim ciałem, lubiła przymierzać dopasowane bluzki i sukienki podkreślające jej wydatny biust, seksownie tańczyć sama w pokoju, a później eksponować swoje walory na szalonych, koedukacyjnych party, które młodzież potajemnie urządzała w restrykcyjnym Kuwejcie. Teraz jej ciało wydawało się obce, gdyż reagowało wbrew jej woli, wywołując zażenowanie i poczucie winy. Fakt, że Hana nic nie wiedziała o jej rozterkach, tylko wzmagał niezręczność całej sytuacji. Przyjaciółka zaproponowała jej wspólny wakacyjny wyjazd, aby Sara zapomniała o traumatycznych dla niej przeżyciach, a ona nie potrafiła odpłacić jej całkowitą otwartością i szczerością. To ją jeszcze bardziej przygnębiało.

Sara otworzyła szafę, zdjęła z wieszaka pierwszą z brzegu sukienkę, włożyła ją, wsunęła klapki, opuściła pokój i zeszła na dół. Jedna z wielu hotelowych ekskluzywnych restauracji mieściła się na obszernym dziedzińcu, którego urok podkreślały wysokie drzewa o mocnych pniach, bujnych, soczystych koronach i liściach wyróżniających się oryginalnymi kształtami, palmy z lekko powiewającymi na wietrze pierzastymi pióropuszami, krzewy obsypane paletą barwnych płatków i mocno pachnące kwiaty spływające obfitymi girlandami z otaczających go tarasów. Lekko falująca powierzchnia widocznego w oddali połyskującego, bladoniebieskiego basenu i migotanie gęsto porozstawianych wokół dużych i małych świec dopełniały nieodparty czar ciepłej, równikowej nocy.

– Ona jest taka… sama nie wiem, jak to ująć… – mówiła Hana do matki. – Ciągle jakby zamyślona… i zamknięta… Nie wiem, jak mogę jej pomóc.

– Kiedyś już ci mówiłam, Hano, że to depresja. – Siedząca tyłem Emily również nie zauważyła podchodzącej do stolika Sary. – Musisz być bardzo wyrozumiała… i cierpliwa… Sama wiesz, ile przeszła w ciągu ostatnich miesięcy.

Hana z mamą zamilkły, kiedy Sara odsunęła krzesło i dosiadła się do stolika.

– Jadłyście już? – zapytała jak gdyby nigdy nic.

– Nie, jeszcze nie. Czekałyśmy na ciebie – odpowiedziała Hana.

Emily kiwnęła na kelnera i po chwili przystojny Lankijczyk wręczył każdej z kobiet menu.

– Mają tu wyjątkowo bogatą ofertę – stwierdziła Emily. – Kuchnia indyjska, arabska, europejska, chińska, tajska, no i oczywiście lankijska. Jest z czego wybierać, dziewczyny! Saro, na co masz dzisiaj ochotę?

– Wszystko mi jedno.

– Ale Saro, wybierz to, co najbardziej…

– Wezmę to, co Hana – przerwała Sara i odłożyła kartę.

Emily westchnęła, po czym wraz z córką zajęła się wybieraniem dań, a Sara kątem oka obserwowała kobietę i mężczyznę, którzy przy sąsiednim stoliku prowadzili ożywioną rozmowę zapatrzeni w siebie, zaabsorbowani, zagadani, zafascynowani, zakochani…

Po paru minutach kelner przyniósł lokalne potrawy i sprawnie poustawiał je na stole, który rozświetlały migotliwe płomyki kolorowych świec i ozdabiały śliczne kwiaty rozsiewające zachwycające, egzotyczne wonie. Sara spojrzała na siedzącą obok parę i dopadł ją jeszcze większy smutek.

Bo cóż nam po pięknie tego świata, przepojonych liryzmem wzruszeniach, drgnieniach duszy poruszonej, zachwycie niebiańskim, adoracji wzniosłej, wyniosłej, kiedy nie możemy tych uniesień dzielić z kimś bliskim, najbliższym, najdroższym. Upajać się pięknem, ale tylko we dwoje… A wtedy i te aromaty nektarem słodyczy odurzone, te smaki ambrozją nasiąknięte, obrazy doskonałe doskonałością doskonałą, dźwięki symfonią rajską grające, i aksamit dotyku w zatraceniu, zapamiętaniu, oddaniu…

Z głośników popłynęła następna romantyczna melodia wykonywana z przejęciem przez zespół, i siedząca nieopodal para wzniosła wypełnione szampanem kieliszki, patrząc sobie wymownie w oczy. Takie to banalne i wyrafinowane zarazem. Bo przecież w tym krzyżującym się spojrzeniu jest i przeszłość, i przyszłość, i podziękowanie, i obietnica, i wyczekiwanie, i nadzieja… To jest przecież takie intymne.

Sara przypomniała sobie, jak Oskar mocnym, męskim ruchem brał ją w ramiona, i nagle złapał ją nieprzyjemny skurcz brzucha. Przez jej twarz przeleciał spazm cierpienia.

– Saro, dobrze się czujesz? – Hana z niepokojem zapytała przyjaciółkę.

– Nie bardzo.

– A co się dzieje?

– Boli mnie…

– Co? Głowa?

– Nie… Brzuch…

– Brzuch? – Hana bezradnie spojrzała na mamę.

– A gdzie cię dokładnie boli, Saro? – chciała wiedzieć Emily.

– Tu… – Sara położyła rękę na środku brzucha. – A może tutaj… – Zjechała ręką nieco niżej. – Nie wiem dokładnie…

A może wiem… – pomyślała. – Nielojalność Oskara mnie boli, alkoholizm mamy mnie boli, egoizm brata mnie boli, niezrozumienie siostry mnie boli, bezwzględny cynizm Lary mnie boli, bezduszność ojca mnie boli.

– Masz tabletki przeciwbólowe. – Emily wyciągnęła z torebki lekarstwo i podała je dziewczynie. – Może ci pomogą.

Nie pomogą – przemknęło przez głowę Sary.

Muzyka rozbrzmiała głośniej skoczną melodią i zgromadzeni na dziedzińcu goście jeszcze bardziej się ożywili. Słychać było donośne toasty w różnych językach, krystaliczny dźwięk trącanych kieliszków, gromkie wybuchy śmiechu i prowadzone z zaangażowaniem burzliwe dyskusje. Siedząca niedaleko grupka Niemców w różnym wieku zamawiała kolejne drinki, rzucając przy tym niewybredne uwagi po angielsku do obsługujących ich lokalnych kelnerów. Z rozgrzanymi, zaczerwienionymi twarzami i lubieżnymi półuśmieszkami omawiali ich wygląd, komplementując śniadą, lśniącą skórę, gęste, ciemnie włosy, czarne oczy, jasne zęby, pełne, mięsiste usta i wąskie biodra. Rozochocone towarzystwo bez żenady oferowało kelnerom dalszą, wspólną zabawę.

– Pójdę do pokoju. – Sara nagle wstała od stolika.

– Już? – zdziwiła się Hana. – Nawet nie tknęłaś jedzenia.

– Nie jestem głodna.

– To chociaż posiedź z nami. Taka piękna noc… – Hana próbowała przekonać przyjaciółkę.

– Nie, dziękuję. Muszę się położyć.

– Ale Saro…

– Nie nalegaj, Hano – wtrąciła się Emily. – Jeżeli Sara źle się czuje, to niech odpoczywa. Saro – zwróciła się do dziewczyny – dobrze by było, gdyby ci się udało szybko zasnąć. Sen jest najlepszym lekarstwem. Mam nadzieję, że jutro obudzisz się pełna sił, bo mamy w planie mnóstwo atrakcji.

– Dobrze, postaram się zasnąć – zapewniła Sara.

– To do zobaczenia jutro rano.

– Do zobaczenia. – Sara szybko opuściła restaurację.

* * *

Nazajutrz Hana budziła przyjaciółkę.

– Saro, wstawaj! – Delikatnie odsunęła przykrycie. – Chcemy zjeść wczesne śniadanie, a później pojechać do sierocińca dla słoni.

– Nie, nie chcę… – Sara sama czuła się jak sierota.

– Saro, proszę cię, wstań!

– Nie chcę…

– To sama mam jechać do tych słoni?! – W głosie Hany słychać było wyraźną irytację.

– Przecież jedziesz z mamą.

– To nie to samo! Przyjechałaś tu ze mną… – zaczęła Hana z wyraźnym wyrzutem.

– Daj mi spokój! – krzyknęła Sara.

– To jak chcesz! – Hana poczuła się urażona. – Ale tak się nie robi!!!

Zdenerwowana Hana, rzucając się po pokoju, przygotowała się do wycieczki, a następnie wyszła, ostentacyjnie trzaskając drzwiami. Sara cała nakryła się kołdrą, po czym zapadła w niespokojny sen.

Obudziła się dopiero około południa. Włożyła szorty i bluzkę z krótkimi rękawami i udała się w stronę rzeki. Mahaveli Ganga, najdłuższa rzeka Sri Lanki, w tym miejscu miała niezwykle szerokie koryto porośnięte z obu stron bujną roślinnością. Sara usiadła na brzegu i zapatrzyła się w mętne, leniwie płynące wody, w których niewyraźnie odbijał się przybrzeżny pas zieleni. Wiedziała, że w rzece żyją groźne krokodyle, więc wystarczyło tylko wejść do wody… Pomyślała o matce. O tym momencie, kiedy ta, nie widząc już żadnego wyjścia z beznadziejnej sytuacji w domu, nad którym zupełnie straciła kontrolę, mocno pociągnęła pewnym ruchem po swoim nadgarstku. Jak gdyby nie miała żadnych wątpliwości…

Bywają takie chwile w życiu. Chwile, kiedy wieczorem zamykamy oczy i myślimy, że może byłoby lepiej, gdybyśmy się rano nie obudzili. Bo to byłoby wybawienie. Od kłopotów, trosk, spraw i obciążeń, które nas przerastają. Z którymi zupełnie nie umiemy sobie poradzić. Witkacy po dramatycznej śmierci narzeczonej prosił swojego przyjaciela Malinowskiego o cyjanek potasu. I nawet wyprawa na rajski Cejlon, która miała być jego ucieczką od rzeczywistości i nękających go wyrzutów sumienia, nie odciągnęła go od myśli samobójczych. I mimo że ostatecznie Witkacy samobójstwa na wyspie nie popełnił, to ten czas tam spędzony, choć krótki, bo zaledwie parodniowy, w nim tkwił. Dowodem tego są cztery prawie identyczne nokturnowe akwarele przedstawiające jezioro w Kandy, a namalowane aż osiem lat po pobycie artysty w tym mieście. Księżyc w pełni kładący się długą smugą na pomarszczonej tafli jeziora, plama wyspy z rosnącymi na niej drzewami, zarysy palm, jakaś spiczasta góra gdzieś w oddali, niebo świecące wyjątkowo jasnymi gwiazdami i ognisko na pierwszym planie na ciemnoniebieskim papierze. Prostota i głębia, jak większość naszego życia.

 

– Saro! Saro! – Zadyszana Hana mocno potrząsała przyjaciółkę za ramię. – Ale mnie przestraszyłaś! od godziny cię szukam!

Zdrętwiała Sara z trudem odwróciła głowę.

– Saro! Słyszysz mnie?! – Hana z przerażeniem patrzyła na bladą jak płótno twarz koleżanki.

Sara ze zdziwieniem zauważyła, że zapadł już zmrok.

– Ciemno… – wyszeptała.

– Co? – nie zrozumiała Hana.

– Ciemno jest…

– No tak, ciemno… O mało zmysłów nie straciłam… Chodź, chodź już do hotelu!

Zadzwoniła komórka i Hana nerwowo odebrała.

– Tak, mamo, znalazłam ją… Nad rzeką… Nie, nic się jej nie stało… – Hana wyjaśniała urywanie. – Tak, wracaj już… do zobaczenia.

– To mama – powiedziała Hana do Sary. – Szukała cię na mieście, pytała ludzi…

Sarze trudno było iść i co chwilę się potykała. Hana podtrzymywała ją i w ten sposób wolno dotarły do pokoju, w którym zaraz pojawiła się Emily.

– Saro! – zawołała od progu. – Ale nam napędziłaś strachu! Wszystko w porządku? – Dotknęła jej czoła.

– Tak… – cicho odpowiedziała Sara.

– Saro, jak mogłaś… – zaczęła Hana, ale Emily jej przerwała.

– To nie czas na wymówki. Saro, chcesz coś zjeść? Zamówić ci coś do jedzenia do pokoju?

– Nie, nie…

– Hano, zajrzyj do lodówki, powinny tam być jakieś czekoladki czy batoniki, podaj mi je, proszę – wydała polecenie Emily. – I zrób Sarze herbatę. Wszystko, co potrzebne, masz na tym małym stoliku przy ścianie.

– Dobrze, mamo.

– Chcesz się wykąpać, Saro?

– Nie, nie mam siły…

– To w takim razie przebierz się tylko w piżamę i wskakuj do łóżka.

Sara jak w letargu wykonała polecenie Emily, później zjadła podaną jej dużą tabliczkę czekolady i napiła się herbaty. Czuła się znużona, zgnębiona i obolała.

– Śpij, Saro, śpij. – Emily troskliwie okryła ją kołdrą. – Hano, zostań tutaj, zamówię ci kolację do pokoju.

– Oczywiście, mamo.

Następnego dnia Sara, tuż po obudzeniu, wzięła długi, ciepły prysznic, podczas którego odpychała myśli, które podobnie jak wczoraj, wciskały się do jej głowy ze wszystkich stron jak nieproszeni goście: A jeśli ojciec znowu mamę zawiedzie? Odrzuci, zapomni, zdradzi? A mama tam sama na tym morzu… Krokodyle… W tej rzece są krokodyle… Wielkie, drapieżne gady, odznaczające się grubą skórą i silnymi, haczykowatymi zębami. To ludożercy. Jedno kłapnięcie i po tobie. Jeden taki wciągnął z brzegu do tej rzeki rybaka. Pożarł go w okamgnieniu. W hotelu ostrzegali nas, żeby nie podchodzić do rzeki bliżej niż na pięć metrów. A ja siedzę tuż nad brzegiem… Siedzę i czekam…

– Saro! Saro! – Hana zaczęła się dobijać do łazienki. – Jesteś tam?! Co robisz?! Saro! Odezwij się!

– Biorę prysznic!

– Wszystko w porządku?! Dobrze się czujesz?!

– Tak, tak… Nie martw się!

Łomotanie ustało, a Sara przepędziła z myśli sążnisty, łuskowaty ogon krwiożerczego gada. Po paru minutach wyszła z łazienki i zobaczyła Hanę siedzącą na jednym z foteli przy okrągłym stoliku, na którym stały dwie parujące filiżanki.

– Siadaj! – Hana zwróciła się do przyjaciółki. – W podręcznym zestawie hotelowym znalazłam pitną czekoladę i przygotowałam nam. Spróbuj, pyszna jest!

– Dziękuję. – Sara usiadła, wzięła do ręki filiżankę z gorącym płynem i ostrożnie pociągnęła z niej jeden łyk. – Rzeczywiście, jest bardzo dobra – stwierdziła.

– Cieszę się, że ci smakuje. – Tak naprawdę Hana była zadowolona z tego, że Sara przyłączyła się do niej, a nie weszła z powrotem do łóżka i popadła w jakąś trudną do przezwyciężenia apatię.

– I jak tam wycieczka do sierocińca słoni? – zagaiła Sara, bo nie chciała, żeby Hana wracała do jej wczorajszego nagłego zniknięcia.

– Chcesz wiedzieć, jak było? Bardzo niefajnie. Bardzo. I to chyba nawet dobrze, że tego nie widziałaś.

– Dlaczego?

– Bo przykro było patrzeć na słonie skute łańcuchami…

– To oni je skuwają w łańcuchy?

– No tak, i te łańcuchy są owinięte wokół ich nóg, a następnie połączone grubymi ogniwami z łańcuchem okalającym ich szyję. A niby to jest placówka, która ma ratować słonie… Pomagać im… Ale dla mnie i mojej mamy to bardziej wygląda na wykorzystywanie tych biednych zwierząt, aby wyciągnąć więcej pieniędzy od turystów. Chcesz nakarmić słoniątko? Proszę bardzo, kupujesz dodatkowy bilet i dostajesz dla zabawy butelkę z mlekiem. A że słonik może niegłodny, bo już tego dnia karmiło go w ten sposób paru turystów? Nie szkodzi, pracownik sierocińca wytarga go umiejętnie za ucho, zmuszając do jedzenia.

– Aż tak jest tam źle?

– I jeszcze gorzej! Pracownicy chodzą z długimi kijami w dłoniach, których bezlitośnie używają, jeżeli słoń nie chce odpowiednio ustawić się do zdjęcia czy selfie z turystą.

– Ale przecież ich nie biją?!

– Dźgają, trącają, a i bicie też może się zdarzyć!

– A turyści na to nie reagują?

– No właśnie nie! Z przyklejonymi do ręki telefonami tylko czekają, aby być jak najbliżej słonika, złapać jak najlepszą fotkę i wysłać do znajomych. No wiesz, te wszystkie lajki… I w dodatku za te zdjęcia też trzeba płacić.

– Aż trudno uwierzyć!

– Ja i mama też byłyśmy zszokowane. Bo wiesz, parę lat wcześniej oglądałyśmy tu słonie na safari w jednym z parków narodowych i to było zupełnie co innego. One sobie normalnie tam żyły, tak jak na wolności, a ludzie pomagali im tylko w takim zakresie, w jakim było to niezbędne. Widziałam całe słoniowe rodziny swobodnie przemierzające ogromne, zielone połacie rezerwatu, skubiące trąbami liście i gałązki, beztrosko kąpiące się i pryskające wodą na wszystkie strony. To były piękne widoki! A ten sierociniec… Według mnie zupełny koszmar!

– W takim razie dobrze, że tego nie widziałam.

– Z pewnością! A najgorsze były kije zakończone hakami, którymi tresuje się dorosłe słonie ku wątpliwej uciesze turystów. Słoń ma wejść do wody albo się w niej położyć, podnieść drewniany bal, odpowiednio pozować… A jak nie chce, to buch tym hakiem w najbardziej wrażliwe miejsca słonia, tak dotkliwie, że czasami krew się leje…

– Hano, przestań! – Sara nie chciała już więcej słuchać o cierpieniu zwierząt. – Wystarczy!

– Przecież sama zapytałaś! – wykrzyknęła Hana, ale zaraz zniżyła ton, bo przypomniała sobie radę mamy, że ma być wyjątkowo wyrozumiała i cierpliwa w stosunku do Sary. – I jak, dobra czekolada? – zmieniła temat.

– Tak, wspaniała.

Przyjaciółki przez moment w milczeniu sączyły napój, po czym wzrok Sary padł na leżące na stoliku dość duże, kolorowe kartoniki.

– Co to jest? – zapytała.

– Bilety – odpowiedziała Hana.

– Do sierocińca słoni?

– Nie, na przedstawienie prezentujące tradycyjny taniec kandyjski.

– Na kiedy?

– Dziś po południu. Pójdziesz? Bo jeżeli ty nie idziesz, to ja zostanę z tobą.

Sara chwilę się zastanowiła. W zasadzie wolałaby nie ruszać się z pokoju i nigdzie nie wychodzić, ale z drugiej strony musiała przyznać rację przyjaciółce, która jej poprzedniego dnia wykrzyczała w złości, że „tak się nie robi”. Przecież nie może psuć wakacji Hanie i jej mamie bez względu na to, jak bardzo jest przybita. A teraz jeszcze Hana deklaruje, że dotrzyma jej towarzystwa, jeżeli ona nie pójdzie na przedstawienie. Pewnie po wczorajszym incydencie obawia się ją zostawić samą.

– Dobrze, pójdę – zdecydowała.

– Naprawdę?! – Hana wyraźnie się ucieszyła. – To cudownie!

Sara uśmiechnęła się do przyjaciółki i dokończyła swoją czekoladę.

Wkrótce Sara, Hana i jej mama zmierzały tuk-tukiem zatłoczonymi i hałaśliwymi ulicami Kandy do miejsca, gdzie miało się odbyć przedstawienie.

– Te tańce, które będziemy dziś oglądać, są niezwykle fascynujące i reprezentują bogatą tradycję kulturową regionu. Cieszę się, Saro, że się z nami na nie wybrałaś. – Emily nie ukrywała swojej radości. – Uważa się, że korzenie kandyjskich tańców sięgają rytuałów egzorcystycznych Indii. Istnieje legenda, która mówi o tym, że trzej szamani z Indii udali się na Cejlon, aby pomóc panującemu tam królowi wyleczyć tajemniczą chorobę. Król cierpiał na powtarzający się, dręczący go sen, w którym lampart otwierał paszczę i wystawiał w jego kierunku swój groźny jęzor. Panowało przekonanie, że ta nieprzyjemna przypadłość wywołana została przez pierwszą żonę, która zastosowała wobec króla elementy czarnej magii. Kiedy przybyli szamani wykonali swój rytualny taniec, rzucone wcześniej przekleństwo zostało zdjęte, król ozdrowiał, a sam taniec rozpowszechnił się wśród lokalnych mieszkańców.

– To interesujące – stwierdziła Hana. – Ciekawe, jak te tańce wyglądają.

Tuk-tuk podjechał do hali, gdzie zgromadzonych już było wielu turystów, głównie z Indii, Chin i Europy. Emily i dziewczęta pokazały przy wejściu bilety i weszły do środka.

– Dobrze, że przyjechałyśmy trochę wcześniej, to możemy usiąść bliżej sceny – stwierdziła Emily.

Na sali rozstawione były zwykłe, nienumerowane krzesełka i widzowie szybko zajmowali miejsca w pierwszych rzędach. Po sali chodzili sprzedawcy, oferując napoje i drobne przekąski.

– Kupić wam coś? – spytała Emily dziewcząt.

– Dziękuję, mamo, ja nic nie chcę – odpowiedziała Hana.

– Ja też nie – odezwała się Sara.

– To w takim razie wezmę tylko parę butelek wody. Przedstawienie trwa prawie półtorej godziny, a tu jest dość gorąco.

Sala zapełniła się po brzegi i po kilkunastu minutach niecierpliwego oczekiwania zaczął się występ lokalnych tancerzy.

Widownię już od pierwszych donośnych uderzeń bębnów wciągnęła mistyczna atmosfera rytualnych tańców. Kolejne grupy tancerzy w interesujących choreografiach zabierały widzów do świata wierzeń i obrzędów. Wyszukane, niezwykłe w swej egzotycznej barwności kostiumy, wzbogacone o liczne brzęczące ozdoby potęgowały atrakcyjność tradycyjnego pokazu, który przyciągał uwagę kolejnymi interesującymi odsłonami. Układy taneczne obrazowały różnorodne tradycje, do których należał między innymi starożytny rytuał oczyszczenia, pełniący funkcję przebłagalną. Wykonywany był wyłącznie przez mężczyzn ubranych we wspaniałe stroje, składające się z kilkudziesięciu elementów. Dolna, biała część kostiumu, wykończona czerwonymi i czarnymi lamówkami, przypominała długie, wielowarstwowe spódnico-spodnie z szerokimi nogawkami, odkryte torsy mężczyzn skąpo zakrywał ornament upleciony z małych muszelek i srebrnych koralików, a głowy zdobiły imponujące srebrne nakrycia ukształtowane w formie słońca z odchodzącymi od niego promieniami. Ponadto na ciałach mężczyzn pyszniła się bogata srebrna biżuteria artystyczna: grube bransolety na ramionach i przedramionach, ciężkie naszyjniki na szyi i olbrzymie kolczyki całkowicie zasłaniające uszy. Nieco powyżej bioder Lankijczycy przepasani byli szerokimi pasami, z których pośrodku zwisała, zwężająca się ku dołowi i udekorowana grawerowanymi srebrnymi blaszkami w kształcie kół, czerwona ozdoba. Strój do tańca przebłagalnego uważany był za święty, szczególnie dotyczyło to nakrycia głowy, więc początkowo przechowywany był w sanktuarium. Współcześnie przeprowadzano specjalną ceremonię, podczas której tancerzom, po osiągnięciu odpowiedniego stopnia wtajemniczenia, pierwszy raz wkładano na głowę okazałe rytualne nakrycie.

Następnym nadzwyczajnie ekspresyjnym widowiskiem był „taniec diabła”, który miał uspokoić złe duchy wywołujące choroby. Taniec ten był swego rodzaju egzorcyzmem pomagającym ludziom przezwyciężać groźne nadprzyrodzone siły. Tancerze zakładali maski przedstawiające różne postaci, takie jak ptaki, gady i demony, po czym w rytualnych figurach tanecznych starali się przepędzić dolegliwości i nieszczęścia spowodowane przez złe moce. Na lankijskich wsiach wierzono, że pewne choroby wywołane są przez tak zwane niewidzialne ręce, które należy odpędzić od pacjenta, aby doprowadzić do jego uzdrowienia. Szczególny strach u ludzi wywoływał demon cmentarny, więc tancerz, którego zadaniem było uspokojenie go, przebierał się za niedźwiedzia, a głównym akcentem jego stroju była straszna maska z wyszczerzonymi zębami, wielkimi uszami, przerażającymi, wytrzeszczonymi oczami i wystawionym językiem. Towarzyszący mu tancerze również nosili maski i w rytualnym tańcu, pełnym podskoków, gwałtownych ruchów oraz energicznych wymachiwań rąk i potrząsań głową, odstraszali siejącego zło demona.

Przedstawienie składało się z wielu sekwencji choreograficznych, podczas których na scenę wychodzili różni artyści, w tym również kobiety. Sarę urzekły zróżnicowane, kolorowe kostiumy oraz kunszt tancerzy, a zwłaszcza płynna, pełna urozmaiconych ruchów i figur praca ich rąk. Wszystkie tańce wykonywane były boso. Kiedy w finale na scenie, rozdając szerokie uśmiechy, pojawili się wszyscy tancerze, publiczność nagrodziła ich rzęsistymi brawami i entuzjastycznymi okrzykami.

 

– I jak, podobało się? – spytała Emily.

– Bardzo! – zapewniła Hana.

– A tobie, Saro?

– Mnie też się podobało. – Żywe i niesłychanie plastyczne przedstawienie odciągnęło Sarę od ponurych myśli.

– A to jeszcze nie koniec. – Emily cieszyła się, że twarz Sary choć trochę się rozjaśniła.

– Jak to? – Hana wstała z krzesełka i podążyła za Emily w stronę wyjścia.

– Na zewnątrz czekają nas tradycyjne występy pokazujące władzę człowieka nad ogniem.

Na placu, w pobliżu budynku, gdzie odbywało się przedstawienie, już gromadzili się widzowie ciekawi następnych atrakcji. Na środku stał niski, duży, prostokątny żelazny pojemnik, z którego buchały gorące płomienie. Słychać było zawodzące śpiewy i wybijany dłońmi przez ustawionych wkoło bębniarzy miarowy rytm, który nadawał tempo energicznym ruchom tancerzy, trzymających w obu rękach płonące pochodnie. Właśnie zapadał zmierzch i panujący półmrok uwypuklał figury kreślone żywym ogniem przez artystów.

– To kandyjski taniec ognia – powiedziała Emily w stronę dziewcząt.

Tymczasem mężczyźni przyspieszyli i można było odnieść wrażenie, że to sam ogień pogrążył się w rytualnym tańcu. Pląsające płomienie pojawiały się w coraz to innym miejscu, zmieniając kształty w zapamiętałym wirowaniu. Od czasu do czasu tancerze przykładali palące płomienie do swoich nagich torsów lub popisywali się mistrzostwem połykaczy ognia. W kulminacyjnym momencie ogień w żelaznym pojemniku wystrzelił do góry i tancerze przebiegali po znajdujących się w nim rozżarzonych węglach, nie zważając na sięgające im kolan szalejące jęzory.

– Wooow!!! – wyrwało się z ust najbliżej stojących.

– Zobacz, Saro, nawet im się te ich długie sarongi nie zapalają! – podzieliła się swoim spostrzeżeniem Hana.

Nastała noc i zahipnotyzowani widzowie wodzili wzrokiem za rozświetlającymi ciemność błyskami tańczących płomieni. Na koniec jeden z tancerzy rzucił się w żywiołowy taniec wokół własnej osi, wymachując jednocześnie płonącymi pochodniami. Brawurowy pokaz zakończył się głośnym aplauzem publiczności.

Zgaszono ognie i widzowie, komentując w różnych językach dopiero co obejrzane przedstawienie, zaczęli się rozchodzić.

– Mamo, świetnie, że nas tu zabrałaś. To był bardzo udany wieczór. Prawda, Saro? – Błyszczące oczy Hany dowodziły, że wciąż jest pod dużym wrażeniem egzotycznego spektaklu.

– Tak, masz rację – zgodziła się Sara.

– A co najbardziej ci się podobało?

– Nie wiem, trudno powiedzieć, w zasadzie chyba wszystko… – Sara chwilę się zastanowiła. – Ale gdybym miała coś konkretnego wymienić, to zwróciłam uwagę na dużo różnego rodzaju wyjątkowo wymyślnych strojów, urozmaicone tańce i choreografie, bardzo specyficzne, zupełnie nieznane mi wcześniej ruchy tancerzy… To wszystko było dla mnie zupełnie nowe.

– Mamo, pamiętasz, mówiłam dokładnie to samo po obejrzeniu opery japońskiej! – roześmiała się Hana.

– Tak, a szczególnie zaintrygowały cię kredowobiałe, zastygłe w bezruchu maski tancerzy – dodała Emily.

– Niektóre z krwistoczerwonymi ustami… Też wtedy zastanowiło mnie, jak bardzo sztuka japońska różni się od wszystkiego, co znałam do tej pory – wspominała Hana.

– Pamiętajcie, że należy poznawać inne kultury i czerpać ze skarbnicy ich bogactwa i mądrości – z przekonaniem stwierdziła Emily. – O, mamy tuk-tuka. – Emily zatrzymała przejeżdżający tuż koło nich pojazd. – Wracamy do hotelu, pewnie jesteście już głodne. Wsiadajcie! – Emily przepuściła przed sobą dziewczęta.

– Mamo, kiedyś opowiadałaś mi bardzo romantyczną historię związaną z jedną z tutejszych tancerek. – Hana po drodze zwróciła się do matki. – Opowiedz ją Sarze, proszę, bo ja nie pamiętam szczegółów.

– Masz na myśli wielką sekretną miłość króla Toma i Loviny?

– Tak, dokładnie.

– To niezwykła historia… – ciepłym głosem zaczęła Emily. – Niektórzy uważają ją za najbardziej tajemniczą historię miłosną dziewiętnastego wieku…

– Posłuchaj, Saro, ile fascynujących sekretów kryje ta wyspa. – Hana zachęciła przyjaciółkę do uwagi.

– Działo się to w czasach, kiedy kontrolę nad Cejlonem sprawowali Brytyjczycy – ciągnęła Emily. – Pierwszym gubernatorem został sir Thomas Maitland. Ten pochodzący z arystokratycznego rodu czterdziestosześcioletni kawaler zakochał się do szaleństwa w lokalnej tancerce, która występowała w grupie zabawiającej brytyjską śmietankę towarzyską.

– Ale z tego, co pamiętam, to ta tancerka była w połowie Portugalką – wtrąciła Hana.

– Tak, to prawda – przytaknęła Emily. – Lovina miała portugalskie i syngaleskie korzenie, więc może dlatego odznaczała się olśniewającą urodą. Duże piwne oczy, długie, kruczoczarne falujące włosy, śliczna twarz, idealna sylwetka…. Sir Thomas zobaczył ją po raz pierwszy, kiedy zespół taneczny, któremu przewodził ojciec Loviny, wystąpił na uroczystej imprezie powitalnej na cześć nowego gubernatora.

Sir Thomas oczarowany urzekającym uśmiechem, wdziękiem i urokiem osobistym pięknej tancerki zapałał do niej gorącym uczuciem. Owładnięty nieodpartą obsesją, żeby jak najczęściej ją widywać, organizował bale maskowe, na których bawili się panowie w cylindrach i panie w spływających do ziemi sukniach, a grupa ojca Loviny zabawiała ich programami artystycznymi. Oczywiście było nie do pomyślenia, żeby na oczach wszystkich nawiązał się romans między gubernatorem a lokalną tancerką. Zbyt wielka była między nimi różnica społeczna. – Emily przerwała na chwilę, nad czymś się zamyślając.

– I co było dalej? – spytała Sara.

– Mówią, że Sir Thomas ujrzał cudną Lovinę kąpiącą się w falach oceanu i widok ten jeszcze bardziej rozpalił niepohamowaną miłość i namiętność, którą darzył tancerkę – podjęła opowieść Emily. – Wtedy wybrał działkę niedaleko Kolombo, malowniczo położoną na wzgórzu od strony plaży lazurowego Oceanu Indyjskiego, i zbudował na niej okazałą wiktoriańską rezydencję.

– Ale przecież nie mógł oficjalnie zamieszkać w niej ze swoją ukochaną? – zauważyła Sara.

– Oczywiście, że nie! – potwierdziła Emily. – W związku z tym, już w trakcie realizacji projektu, zlecił zbudowanie sekretnego tunelu, który łączył podwórko skromnej chaty ojca Loviny z jego wspaniałą rezydencją.

– Słyszysz, Saro, do czego zdolny jest zakochany mężczyzna! – wykrzyknęła Hana.

– Tak, zakochany mężczyzna potrafi podjąć się niesamowitych działań… – zgodziła się Emily, po czym kontynuowała opowieść. – Tunel miał początek w studni, skąd pobierano wodę pitną, a koniec w piwnicy rezydencji, gdzie gubernator przechowywał wina. I dzięki temu wybiegowi szalona miłość brytyjskiego arystokraty i lokalnej tancerki mogła kwitnąć.

– Prawdziwa miłość zwycięży każdą przeszkodę… – Widać było, że Sara jest pod dużym wrażeniem romantycznej historii.

– Przez siedem lat Lovina pokonywała parusetmetrowy ciemny tunel, aby w tropikalne noce kochankowie mogli upajać się nieposkromioną miłością i nieokiełznaną namiętnością aż do brzasku… I ani tubylcy z Cejlonu, ani wysoko postawieni urzędnicy w Anglii nie byli świadomi tego łamiącego wszelkie konwenanse romansu.

– To piękna historia miłosna – stwierdziła Hana.

– Każda historia prawdziwej miłości jest piękna… – szepnęła Sara. – Szczególnie takiej, która trwa mimo wszystko…

– I skończyło się jak w bajce? – zapytała Hana. – Żyli długo i szczęśliwie?

– Niestety, nie – ze smutkiem powiedziała Emily. – To życie… W końcu skrzętnie skrywana tajemnica kochanków wydała się i zwierzchnicy sir Thomasa, króla Toma, jak go nazywano na wyspie, musieli oficjalnie wyrazić dezaprobatę wobec postępowania swojego urzędnika, które kłóciło się z wyznawanymi wówczas wartościami. Sir Thomas został odesłany do pełnienia funkcji na Malcie i oczywiście nie miał możliwości zabrania ze sobą swojej ukochanej. I to był koniec tej intrygującej historii miłosnej.