Byłam kochanką arabskich szejkówTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Byłam kochanką arabskich szejków
Byłam kochanką arabskich szejków
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 60,90  48,72 
Byłam kochanką arabskich szejków
Audio
Byłam kochanką arabskich szejków
Audiobook
Czyta Ewa Abart
32,90  24,02 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Laila Shukri, 2017

Projekt okładki

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

(www.studio-kreacji.pl)

Zdjęcie na okładce

Daniel Jędzura/Fotolia.com

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Maria Talar

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8123-529-7

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział I

Egzotyczny wielbiciel

Ciepły letni wieczór sprawił, że miasto tętniło życiem beztroskiego weekendowego wypoczynku. Przy zajętych prawie do ostatniego miejsca stolikach goście restauracyjnych i kawiarnianych ogródków raczyli się wybornymi daniami i doskonałymi deserami, popijali kawę, sączyli wino i inne alkohole oraz prowadzili ożywione rozmowy. Z niektórych lokali płynęła nastrojowa muzyka, a na ulicach można było spotkać grajków, przyciągających uwagę przechodniów popularnymi utworami. Grupki przyjaciół i znajomych w doskonałych humorach snuły się po mieście w poszukiwaniu najbardziej odpowiedniego dla nich miejsca do zabawy. Każdy chciał jak najlepiej wykorzystać wolny sobotni czas.

Ja też się cieszyłam, że to już koniec tygodnia. W pracy miałam nawał obowiązków, a poza tym przyszła nowa szefowa, która wyraźnie nie darzyła mnie sympatią, więc zawsze znalazła jakiś pretekst, żeby nie szczędzić mi wymówek. Starałam się jak mogłam, żeby wszystkie sprawozdania i rozliczenia przygotowywać w terminie, ale zwierzchniczka obarczyła mnie dodatkowo ściąganiem należności, co już było znacznie trudniejsze, bo pozytywny rezultat nie do końca zależał od moich wysiłków. Ostatnio firma miała wielu dłużników, więc szefowa zdecydowała, żebym pomogła w egzekwowaniu należnych nam pieniędzy Karolinie, która do tej pory się tym zajmowała.

– Nic nie wskórasz – od razu ostrzegła mnie Karolina. – Większość dłużników ma poważne problemy z płynnością finansową, więc możesz wydzwaniać, wysyłać mejle i napomnienia, a to i tak nic nie da.

Karolina się nie myliła co do spłacających, a szefowa ciągle się mnie czepiała, że nie daję z siebie wszystkiego. Prawda była też taka, że nie wykonywałam swojego zawodu ze szczególnym entuzjazmem. Wprawdzie przykładałam się sumiennie do wszystkich obowiązków służbowych, ale księgowość nigdy nie była moją pasją. To rodzice namówili mnie na studium z kierunkiem rachunkowości, bo uważali, że z takim zawodem nawet na trudnym rynku pracy zawsze znajdę dobrą posadę. Rzeczywiście zatrudniłam się bardzo szybko, ale to nie był szczyt moich marzeń. Od kiedy pamiętam, zawsze chciałam być przedszkolanką i pracować z dziećmi. Miałam nadzieję, że gdy odłożę trochę pieniędzy, to uda mi się jeszcze skończyć studium pedagogiczne.

Zadzwonił telefon.

– Cześć, Julko.

– Cześć, Karolino.

– Co robisz?

– Nic szczególnego, tak wyszłam trochę na miasto. Nie chciało mi się siedzieć w domu.

– Bo wiesz, zadzwoniła do mnie Marta i spytała, czy poszłabym z nią do klubu.

– I co?

– Nie wiem… I dlatego dzwonię… Jeśli ty byś się z nami wybrała, to ja też pójdę. Nie chcę iść sama z Martą… Wiesz, jaka ona jest…

– No tak…

Marta pracowała z nami i była nawet sympatyczna, ale miewała różne humory i czasem potrafiła pokłócić się o byle drobiazg.

– To pójdziesz? – zapytała Karolina.

– A gdzie chcecie iść?

– Marta zaproponowała jakiś orientalny klub Sahara.

– Nigdy tam nie byłam.

– Ja też nie, ale Marta zapewnia, że jest świetny. To co robimy?

– A ty jak myślisz?

– Trochę oddechu nam się przyda… Dzisiaj ta zołza znowu mnie zrugała za to, że ci z Poznania nie zapłacili.

– Ja też dostałam o to reprymendę. A oni już nawet nie odbierają ode mnie telefonów.

– Ode mnie też nie. – Karolina westchnęła. – Chodź Julka, zabawimy się trochę i zapomnimy o tej strasznej babie.

– No dobrze, ale w takim razie muszę wrócić do domu, żeby się przebrać. To gdzie się spotkamy?

– A za ile możesz być gotowa?

– Może za jakieś dwie godziny…

– W takim razie skontaktuję się z Martą, powiem jej, że ty też idziesz, ustalimy wszystko gdzie i kiedy, a później oddzwonię.

– Dobrze, do usłyszenia.

– Do usłyszenia.

Telefon odezwał się dopiero po kilku minutach.

– Marta znowu robi problemy – oświadczyła Karolina.

– A co się stało? – spytałam.

– Chce, żebyśmy za pół godziny spotkały się przed wejściem do klubu.

– Nierealne.

– Też jej tak powiedziałam.

– I co ona na to?

– Mówi, że to bardzo popularny klub, a dzisiaj sobota, więc im później tam dotrzemy, to tym mniejsza szansa, żebyśmy się dostały do środka.

– Trudno, ja nie dam rady. Jeśli chcesz, to idź z nią sama.

– Nie chcę. – Karolina była stanowcza. – Oznajmiłam jej, że albo spotykamy się najwcześniej za dwie godziny, albo w ogóle nie idziemy.

– I zgodziła się?

– Musiała. O ile nie chce bawić się sama…

– To gdzie jest ten klub?

– Niedaleko tego dużego parku. Wyślę ci adres.

– Dobrze, za dwie godziny będę.

– Świetnie, to do zobaczenia.

– Do zobaczenia.

Wróciłam szybko do domu, weszłam do swojego pokoju i otworzyłam szafę, żeby znaleźć odpowiednie ciuchy. Za chwilę pojawiła się mama.

– Wychodzisz?

– Tak.

– A gdzie?

– Do klubu.

– Z kim?

– Z koleżankami.

– Którymi koleżankami?

– Karoliną i Martą.

– One z tobą pracują, tak?

– Tak, mamo! – Ogarnęła mnie lekka irytacja.

– A do którego klubu idziesz?

– Sahara.

– Sahara? A co to za…

– Mamo! Przestań już, dorosła jestem. Przepraszam cię, ale muszę się ubrać.

– Bo ta nazwa… – gderała jeszcze mama, wychodząc z pokoju.

Tego też miałam dość. Nie było mnie stać na to, żeby wyprowadzić się od rodziców, więc musiałam znosić ich ciągłą ingerencję w moje życie. To mnie bardzo denerwowało, zwłaszcza że coraz częściej czułam do nich żal z powodu wybrania mi przez nich zawodu. Mimo wielu rozmów na ten temat w zasadzie nie miałam wyboru, bo zagrozili, że nie zapłacą za żadne inne studium. I nie będą mnie utrzymywali.

– To dla twojego dobra, Julcia – argumentował ojciec. – Sprawna księgowa zawsze znajdzie pracę.

Tylko tę pracę jeszcze trzeba lubić. Tego rodzice w ogóle nie brali pod uwagę.

Wyjęłam z szafy czarną spódniczkę mini, znalazłam do niej dopasowany, ciemnoczerwony, lekko błyszczący top, a na nogi włożyłam wysokie czarne szpilki. Poprawiłam makijaż, uczesałam włosy, wyszłam z mojego pokoju i skierowałam się do wyjścia.

– Kiedy wrócisz? – zapytała mama.

– Nie wiem.

– Tylko nie wracaj późno, bo…

– Dobra, dobra… – Szybko zamknęłam drzwi.

Kiedy dotarłam na miejsce, Karolina i Marta już stały w długiej kolejce do wejścia.

– No nareszcie! – powitała mnie Marta. – Przyszła nasza księżniczka!

Puściłam złośliwą uwagę koleżanki mimo uszu, bo nie chciałam zaczynać wspólnego wieczoru od sprzeczki.

Urządzony we wschodnim stylu klub Sahara cieszył się dużą popularnością, zarówno wśród mieszkańców miasta, jak i przyjezdnych gości. Obowiązywała do niego selekcja i co chwilę widziałam, jak kilka nie wpuszczonych do środka osób odchodzi z zawiedzionymi minami, narzekając na bramkarzy.

– Mówiłam, że trzeba przyjść wcześniej, ale nie słuchałyście – powiedziała z pretensją w głosie Marta.

– Zabawa i tak pewnie rozkręca się dopiero około dziesiątej – zauważyłam.

– Julka ma rację – poparła mnie Karolina. – Bez sensu jest siedzieć długo w prawie pustej sali.

– Tylko że teraz możemy w ogóle nie wejść, bo pewnie w środku jest już pełno – Marta upierała się przy swoim.

– To spędzimy wieczór gdzie indziej – lekko rzuciła Karolina.

– Nawet tak nie mów! – Marta z wyrzutem spojrzała na koleżankę. – Umówiłyśmy się, że pójdziemy do Sahary i nie mam zamiaru tego zmieniać!

– Nic się nie stanie, jeśli jednak coś zmienimy – stwierdziła Karolina.

– Ja nigdzie indziej nie idę – upierała się Marta. – Ale jeśli ty wolisz inne kluby, to nie musisz…

– No wiesz… – Karolina przerwała jej z oburzeniem.

– Dziewczyny, przesuńcie się, bo kolejka się ruszyła – wtrąciłam, gdyż wyglądało na to, że moje koleżanki za chwilę ostro się pokłócą.

Następne dość duże towarzystwo odeszło od drzwi z kwitkiem, głośno złorzecząc na obowiązującą selekcję i jej niejasne zasady.

– Wpuszczają kogo chcą i tyle! – zauważyła Karolina.

– Gdyby niektórzy nie potrzebowali tak dużo czasu, żeby zrobić się na bóstwo… – Marta nie mogła sobie darować uszczypliwego komentarza.

Kolejka posuwała się dosyć szybko, bo większości amatorów zabawy w egzotycznym klubie nie kwalifikowano do wejścia. Kiedy podeszłam z koleżankami do drzwi, muskularny selekcjoner zmierzył nas od stóp do głów, na moment zatrzymując wzrok na naszych wysokich szpilkach, odkrytych nogach i rysujących się pod obcisłymi bluzeczkami biustach. Spojrzał jeszcze pytająco na stojącą w drzwiach wysoką kobietę z zaczesanymi do góry włosami, która też dokonywała wyboru gości, a kiedy ta nieznacznie kiwnęła głową, wpuścił nas do środka.

 

– Uff, udało się! – Marta wykrzyknęła z zadowoleniem.

Kelnerka zaprowadziła nas do jednego z niewielu już wolnych stolików i po chwili przyniosła karty.

– Drogo tu – zauważyłam.

– Tanio nie jest – przyznała Marta.

– To może razem zamówimy butelkę wina? – zaproponowała Karolina.

– Dobry pomysł – przytaknęłam.

– Czerwone czy białe? – zapytała Karolina.

– Czerwone – wybrała Marta.

– Ja też czerwone – zgodziłam się, bo takie preferowałam.

– Dobrze, dziewczyny, niech będzie czerwone, chociaż ja osobiście wolę białe. – Karolina nie chciała wywoływać niepotrzebnych sprzeczek. – A co bierzemy do jedzenia?

– Ja wezmę tylko jakąś sałatkę… – stwierdziłam, bo nie byłam głodna.

– To ja też… A ty Marto? – Karolina zwróciła się do koleżanki.

– Ja na razie dziękuję. Wino mi wystarczy – zdecydowała Marta.

– A może szampana za tysiąc sześćset złotych? – zażartowała Karolina, nadal patrząc w kartę.

– Świetnie, bierzemy! – Marta odpowiedziała równie żartobliwie.

Przyszła kelnerka, zapaliła stojącą na stoliku nastrojową świeczkę i przyjęła zamówienie na wino i sałatki.

– I jak wam się tu podoba? – chciała wiedzieć Marta.

– Fajnie jest – wyraziła swoje zdanie Karolina.

Powiodłam wzrokiem po tłumnie już zapełnionym klubie, którego specyficzną orientalną atmosferę tworzyły zawieszone nad barem kolorowe lampiony, ustawione gdzieniegdzie drewniane ażurowe przepierzenia, kinkiety ze wschodnimi ornamentami oraz duże dzbany z charakterystycznym, wygiętym cienkim dziobkiem. Niedaleko parkietu była dość spora loża otoczona z trzech stron ścianami pokrytymi czerwoną pikowaną skórą, wzdłuż których znajdowały się siedzenia przykryte barwnymi poduszkami. W loży siedziało kilku cudzoziemców, którzy paląc ustawione przed nimi na stolikach fajki wodne, bacznie obserwowali całą salę. Sądząc po uwijających się wokół nich kelnerkach, byli to stali bywalcy albo inni ważni goście.

Kelnerka przyniosła nasze zamówienie, otworzyła butelkę i nalała wino do kieliszków.

– To za co pijemy? – Karolina podniosła kieliszek do góry.

– Za dzisiejszy wieczór! – Marta wzniosła toast.

– I żeby nasza szefowa nie zagrzała długo u nas miejsca – dodałam.

– Błagam, tylko nie o pracy! – Karolina aż jęknęła.

– No dobrze, to za dzisiejszą zabawę. – Stuknęłam się z koleżankami kieliszkiem.

Wypiłam kilka łyków wina i wtedy mój wzrok padł na bukiet przepięknych białych lilii, które w szklanym wazonie ozdabiały klub. Część z nich była już całkowicie rozwinięta i aksamitne płatki zachwycały nieskazitelną bielą, inne kwiaty były jeszcze zamknięte i czekały na swoją chwilę królewskiego rozkwitu, a pozostałe, otwarte w połowie, zastygły w tym krótkim, ledwie zauważalnym momencie w drodze do pełnego majestatu. Zapatrzyłam się na cudną kompozycję piękna, wdzięku i wstydliwości, nie wiedząc o tym, że obraz tych świetlistych lilii będzie mi się później pojawiał przed oczami w okresach mojego największego bólu i upodlenia. Ten wieczór, pełen porywającej arabskiej muzyki, mieszanki egzotycznych aromatów potraw i fajek wodnych oraz szaleństwa do białego rana, miał zmienić całkowicie moje życie, spychając mnie w czeluść odrażającego piekła. Ale o tym jeszcze wtedy nie wiedziałam.

– Idziemy potańczyć? – zapytała Marta.

– Może za chwilę. – Karolina zabrała się do swojej sałatki.

– A ty, Julio? – zwróciła się do mnie Marta.

– Poczekam na Karolinę. – Z trudem oderwałam oczy od białych lilii.

– Z wami to tak zawsze! – Marta burknęła niezadowolona. – Przecież nie przyszłyśmy tu, żeby siedzieć! – Wstała i ruszyła na jeszcze prawie pusty parkiet.

Na środku dwie wyjątkowo ponętne dziewczyny ubrane w skąpe czarne sukienki, które eksponowały ich jędrne biusty, gołe plecy, długie nogi i zgrabne pośladki, poruszały się zmysłowo w rytm dudniącej miarowo muzyki, rozkręcając zabawę. Trochę dalej mężczyzna o śniadej karnacji i jego partnerka, nieco pulchna blondynka, całkowicie zatracili się w tańcu, promieniście się przy tym do siebie uśmiechając.

– Sporo tu cudzoziemców – zauważyła Karolina.

– Rzeczywiście – przyznałam jej rację.

Przy stoliku obok nas siedziała zapatrzona w siebie mieszana para, która z ożywieniem o czymś rozmawiała, przekrzykując dość głośną muzykę. Za nimi pięciu mężczyzn o wschodnich rysach ucztowało przy długim stole bogato zastawionym daniami orientalnej kuchni. W loży mistrz sztuki przygotowywania fajek wodnych z wielką celebracją rozpalił następną z nich, po czym podał długiego węża zakończonego ustnikiem siedzącemu pośrodku przystojnemu mężczyźnie z krótko przystrzyżoną brodą i dużymi ciemnymi, przenikliwymi oczami.

– Fantastycznie jest! – Przybiegła do nas zdyszana Marta. – Czas na następny toast. – Napełniła trzy kieliszki. – To za co teraz?

– Za przyszłość! – Karolina podniosła kieliszek.

– Świetnie, za przyszłość! – podchwyciła Marta.

– Za przyszłość! – przyłączyłam się do koleżanek, nie wiedząc, że ta przyszłość już powoli formuje się w półmroku klubu, jak wydobywające się z loży gęste kłęby dymu wypuszczane przez gości rozkoszujących się odurzającymi nargilami.

Didżej włączył następny arabski przebój i Marta od razu poderwała się z miejsca.

– Tańczycie? – Zwróciła się w naszą stronę.

– Ja tak. – Karolina też się podniosła. – A ty, Julio?

– Ja też. – Poszłam śladem koleżanek.

Gorące rytmy zachęciły też innych klubowiczów, którzy wkrótce zapełnili cały parkiet. Rytmiczna muzyka pulsująca egzotyką i podróżami w dalekie strony porwała mnie na całego. Chciałam tańczyć i śmiać się, i bawić do upadłego, aby choć na moment zapomnieć o szarej monotonnej codzienności. Goście innych narodowości, znakomicie odnajdując się w dobrze sobie znanych rytmach, podnosili do góry ręce i klaskali entuzjastycznie.

– Mówiłam, że będzie super! – zawołała Marta, seksownie kręcąc biodrami.

Jeden z mężczyzn zbliżył się do niej i z szerokim uśmiechem zaczął krążyć wokół, głośno przy tym klaszcząc. Za chwilę przyłączyli się jego koledzy i następne trzy melodie bawiliśmy się razem.

– Ja na razie mam dość! – krzyknęła mi do ucha Karolina, z trudem łapiąc oddech. – Muszę na chwilę usiąść.

– Pójdę z tobą. – Z trudem przeciskając się przez tańczących klubowiczów, podążyłam za koleżanką.

Nie zdążyłyśmy dojść do naszego stolika, kiedy stanął przed nami jeden z mężczyzn, z którymi przed chwilą tańczyłyśmy.

– Zapraszam do nas – powiedział po angielsku, gestem wskazując na lożę.

– Nie, dziękujemy – od razu odmówiłam.

– Zapraszam piękne panie na szampana. – Mężczyzna szarmancko ponowił swoją prośbę.

– Dziękujemy, z przyjemnością. – Ku mojemu zdziwieniu Karolina przyjęła zaproszenie i pociągnęła mnie za rękę w stronę loży.

– Karolino! – syknęłam. – Przecież go w ogóle nie znamy!

– Jak zabawa to zabawa! – odpowiedziała beztrosko Karolina. – Szampana możemy się napić.

Znalazłyśmy się w loży, ale zanim jeszcze usiadłyśmy na wygodnych kanapach, mężczyzna zdążył się przedstawić.

– Tarek.

– Karolina. – Koleżanka szeroko się uśmiechnęła.

– Miło mi. – Tarek odwzajemnił uśmiech.

Zauważyłam, że ma głęboki, męski głos.

– Julia.

– Dżulia – powtórzył, lekko przedłużając literę „u”, co sprawiło, że moje imię zabrzmiało wyjątkowo. Później uwielbiałam, gdy szeptał w uniesieniu zachrypniętym głosem „Dżuulia…”. A jeszcze później zaczęłam to Dżuulia nienawidzić. I przeklinać los za to, że pierwszy raz zabrzmiało tak szczególnie.

– Ach, tu jesteście! – Pojawiła się rozchichotana Marta w towarzystwie trzech kolegów Tarka. – Widzę, że klub przypadł wam do gustu. – Mrugnęła do nas znacząco.

– Samir, Fajsal, Malik. – Tarek wskazał kolejno na swoich towarzyszy. – A to Karolina i Dżulia.

Uśmiechnęliśmy się do siebie przyjaźnie i zajęliśmy miejsca w loży, opierając się o miękkie poduszki. Tarek zawołał obsługę i zamówił trzy szampany. Karolina spojrzała w moją stronę i przewróciła oczy do góry, przypominając tym samym, że jedna butelka kosztuje tysiąc sześćset złotych. Po kilku minutach kelnerki przyniosły ekskluzywne ciemne butelki ze złotymi etykietami z napisem Dom Perignon, po czym z wprawą je otworzyły. Wystrzeliły korki i kieliszki ozdobiła w połowie biała piana, która prędko zamieniła się w jasnozłoty trunek z szybko uciekającymi do góry licznymi bąbelkami.

– Za wspaniałe spotkanie! – Tarek pierwszy podniósł swój kieliszek, zerkając przy tym na mnie.

Zbliżyłam kieliszek do ust i poczułam subtelny zapach migdałów. Następnie pociągnęłam łyk szampana, który miał bardzo wyrazisty smak z lekką grejpfrutową goryczką.

– Wyborny! – Zachwyciła się Marta.

Luksusowy szampan jeszcze bardziej podkreślił wyjątkowość naszej sobotniej zabawy. Piłyśmy z koleżankami kosztowne alkohole, próbowałyśmy orientalnych dań, które zamawiali nowo poznani znajomi, zaciągałyśmy się nargilą z dodatkiem whisky i tańczyłyśmy… Tańczyłyśmy wibrującym szaleństwem spragnionych życia i przygody ciał.

– Wiesz, Julio, wspaniały wieczór, ale ja już powoli będę się zbierać – stwierdziła Karolina około drugiej w nocy.

– To ja też pójdę. – Poczułam, że to najlepszy moment na zakończenie tej żywiołowej nocy. – Możemy wziąć jedną taksówkę, będzie taniej.

– Dobry pomysł. – Zgodziła się ze mną Karolina.

– Marta też może z nami jechać.

– Jasne, tylko musimy ją znaleźć. – Karolina rozejrzała się po klubie. – I jeszcze zapłacić za nasze wino i sałatki – przypomniała.

– To ja zajmę się rachunkiem, a ty poszukaj Marty.

– Dobrze, idę się za nią rozejrzeć, a ty złap kelnerkę.

Karolina odeszła, a ja zawołałam kelnerkę i poprosiłam o nasz rachunek. Kiedy go przyniosła i wyjęłam z torebki portfel, żeby zapłacić, koło mnie pojawił się Tarek.

– Ja się tym zajmę. – Tarek zapytał kelnerki, ile wynosi należność, i od razu ją uregulował, dołączając duży napiwek.

– Ale… – chciałam zaoponować, jednak Tarek nie pozwolił mi dokończyć.

– To drobiazg, nie ma o czym mówić. – Mężczyzna przyglądał mi się badawczo.

– Dziękuję… – powiedziałam półgłosem trochę zmieszana.

– Dżuulia… – Tarek z przejęciem wymówił moje imię.

Ja w tym przedłużonym „u” usłyszałam jakąś nutkę czułości.

– Marta nie jedzie z nami – oznajmiła Karolina, która w tym momencie do nas podeszła.

– To dzwonię po taksówkę. – Sięgnęłam po telefon.

– Wychodzicie już? – W głosie Tarka słychać było żal.

– Czas już na nas. – Zamówiłam taksówkę. – I bardzo dziękuję… to znaczy dziękujemy… – Spojrzałam na Karolinę. – … za zaproszenie na szampana i uroczy wieczór.

– Tak, było cudownie, bardzo dziękujemy – dodała koleżanka.

– Cała przyjemność po mojej stronie. – Tarek był niezwykle uprzejmy.

– Przyszliśmy się pożegnać. – Marta, lekko się chwiejąc, wspierała się na ramieniu Fajsala i wyraźnie było po niej widać wpływ dodatkowych drinków wypitych razem z towarzyszem przy barze.

– To nie jedziesz z nami? – Chciałam się upewnić.

– Nie, jadę z Fajsalem. – Marta pocałowała w policzek nad wyraz zadowolonego mężczyznę.

– Jeśli tak chcesz… – Nigdy nie byłam zwolenniczką tego, żeby od razu lądować w łóżku z dopiero co poznanym mężczyzną. – To my idziemy, taksówka pewnie już czeka.

– Dżulio… – Tarek ujął mnie delikatnie za rękę. – Dasz mi swój numer telefonu? – Popatrzył mi głęboko w oczy. – Bardzo proszę…

Zawahałam się przez sekundę, ale zaraz pomyślałam, że przecież podanie komuś numeru telefonu jeszcze do niczego nie zobowiązuje. I ta sekunda zaważyła na moim życiu.

– Jasne.

– Zadzwoń do mnie, to będę miał twój numer. – Tarek podyktował mi ciąg cyferek.

Wstukałam je w klawiaturę, pożegnałam się ze wszystkimi i razem z Karoliną opuściłam klub, przed którym stała już nasza taksówka. Wsiadłyśmy do niej i podałyśmy nasze adresy.

– To nasza Martunia nieźle zaszalała. – Karolina skomentowała zachowanie koleżanki.

– Nie pierwszy raz… – przypomniałam.

– Masz na myśli Marka z tej imprezy u mnie? – zapytała Karolina.

 

– Tak – przytaknęłam.

– Pamiętam… Marta wyszła z nim chyba po zaledwie dwóch godzinach. – Karolina skrzywiła się z niesmakiem. – Ona lubi takie zabawy…

Takie zabawy, jak to określiła Karolina, to na pewno nie była moja bajka.

– Ale trzeba przyznać, że ten Fajsal był wyjątkowo przystojny. – Karolina wyraziła swoją opinię.

– To jeszcze niczego nie tłumaczy – stwierdziłam.

– A Tarek też świetnie wygląda… I jaki dżentelmeński… – W tonie Karoliny zabrzmiało lekkie rozmarzenie.

– Podoba ci się?

– Tak… To znaczy nie… – Karolina szybko się poprawiła. – To twój numer telefonu wziął. Ciekawe czy zadzwoni.

– Ciekawe…

„Dżuulia” – zabrzmiało w mojej głowie i poczułam jakieś miłe ciepło w środku.

Taksówka zatrzymała się pod moim blokiem.

– Dziękuję, że zadzwoniłaś, żebym z tobą poszła. – Otworzyłam drzwi taksówki. – Ubawiłam się jak nigdy.

– Ja też, fajnie było.

– Dobranoc, Karolino.

– Dobranoc, Julio.

Pojechałam windą na górę. Już w drzwiach przywitała mnie mama.

– Gdzie ty byłaś tyle czasu, martwiłam się o ciebie, czy ty wiesz, która godzina? – Zasypała mnie wymówkami.

– To ty nie śpisz? – Męczyło mnie to ciągłe wtrącanie się do moich spraw.

– Jak mam spać, kiedy ciebie nie ma całą noc w domu?! – wykrzyczała rozdrażniona mama.

– Mamo, ciszej! – Trudno mi było ukryć irytację. – Jeszcze ojca obudzisz!

– A niech się obudzi! – Mama nie zniżyła głosu. – I zobaczy, o której jego córeczka wraca! I do tego jeszcze dobrze wstawiona!

– Mamo, przestań, wszyscy sąsiedzi cię usłyszą! – Zdjęłam szpilki, bo nogi bolały mnie po kilku godzinach obłędnego tańca.

– I co to za obrzydliwy odór?! – Mama ostentacyjnie złapała się za nos, mając zapewne na myśli zmieszane mocne zapachy fajek wodnych.

– Oj, mamo, daj już spokój! – Zamknęłam drzwi do mojego pokoju.

Zdjęłam ciuchy, włożyłam nocną koszulkę i z przyjemnością weszłam pod kołdrę. Kręciło mi się trochę w głowie, ale musiałam przyznać, że to był świetny wieczór. Dżuulia… – ukołysało mnie do snu.

Następnego dnia spałam do południa, a kiedy wstałam i po długiej kąpieli poszłam do kuchni zaparzyć kawę, obrażona mina mamy wyraźnie świadczyła o tym, co myśli o moich nocnych eskapadach. Wzięłam filiżankę z parującą kawą i zamknęłam się w swoim pokoju ze stertą kolorowych czasopism.

Tarek zadzwonił po południu.

– Cześć.

– Cześć.

– Zmęczona po zabawie?

– Nie bardzo.

– To może dasz się zaprosić na kawę – zaproponował Tarek.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

– Dżulio…

– Tak?

– Chciałbym cię lepiej poznać – powiedział Tarek poważnym tonem. – Czuję, że jesteś wyjątkową kobietą, a wczoraj muzyka była tak głośna, że nawet nie można było normalnie porozmawiać.

Milczałam, bo zaskoczył mnie zarówno szybkim telefonem, niespodziewanym zaproszeniem, jak i swoim wyznaniem.

– Dżulio… Byłbym niezwykle zaszczycony, gdybyś zechciała się ze mną spotkać na kawę. – Tarek wyrażał się wyjątkowo kwieciście.

– Dobrze… – Nowy znajomy zaczął mnie intrygować. – To gdzie i kiedy? – zapytałam.

– Może dzisiaj o szóstej w tej kawiarni niedaleko klubu. Odpowiada ci?

– Tak, będę o szóstej.

– To do zobaczenia.

– Do zobaczenia.

Kiedy ubrana i umalowana wkładałam w przedpokoju buty, mama nie omieszkała wtrącić swoich trzech groszy.

– A dzisiaj gdzie znowu wychodzisz?

– Umówiłam się na kawę.

– Z kim?

– Z koleżanką. – Nie miałam zamiaru wtajemniczać mamy w swoje sprawy.

– Którą koleżanką? – Mama musiała zadać obowiązkowy zestaw pytań przed każdym moim wyjściem.

– Z Karoliną.

– Tylko nie wracaj późno, bo jutro praca, a pracy trzeba pilnować, bo teraz tak trudno….

Zbiegłam po schodach, ponieważ nie chciałam czekać na windę i słuchać pouczeń mamy, która stanęła w otwartych drzwiach i nie zamierzała przerywać swoich wywodów. Pomyślałam, że telefon Tarka wyrwał mnie z ciasnego mieszkania rodziców, w którym ich kontrola i uzurpowanie sobie prawa do śledzenia mojego życia w najdrobniejszych szczegółach sprawiały, że często miałam wrażenie, iż się w tym wszystkim duszę.

W eleganckiej i stylowej kawiarni, którą wybrał Tarek, byłam po raz pierwszy.

– Cieszę się, naprawdę bardzo się cieszę. – Tarek wstał z krzesła, gdy tylko mnie zobaczył, a z jego twarzy biła nieskrywana radość.

– Mnie też jest bardzo miło. – Usiadłam naprzeciw niego przy niewielkim okrągłym stoliku z marmurowym blatem.

– Masz przepiękne włosy – powiedział Tarek, przesuwając wzrokiem po moich gęstych włosach sięgających połowy pleców.

Moje naturalne włosy, w różnych odcieniach blondu – od bardzo jasnego poprzez złocisty, aż do miodowego – zawsze były moją chlubą, więc przyjęłam komplement Tarka jako coś zupełnie normalnego.

– Dziękuję. – Uśmiechnęłam się do niego życzliwie.

Kilka miesięcy później wyrzucałam sobie, wyjąc z bólu i pohańbienia, że wtedy, w tej uroczej kawiarni, nie zauważyłam żadnego niepokojącego sygnału, który ostrzegłby mnie, że od samego początku byłam traktowana jak towar. Czy na naszej drodze pojawiają się znaki, które w porę odczytane, pozwoliłyby nam uniknąć życiowych tragedii? Czy uświadamiamy sobie, że je widzieliśmy, dopiero później, mądrzejsi o dramatyczne doświadczenia, które odzierają nas z godności i spychają w odmęty koszmaru. Wówczas, kiedy wracamy myślą do początku zdarzeń, poraża nas świadomość, że te znaki były, tak niby już oczywiste, a jednak wtedy nieczytelne. Wtedy, kiedy zauważone w porę mogłyby nie dopuścić do straszliwych, osobistych katastrof?

– Dżulio… – Głos Tarka był kojąco ciepły. – Jakie jest twoje największe marzenie?

To pytanie, zadane tak od razu, na początku, naprędce, dotknęło moich najważniejszych, a jednocześnie skrzętnie gdzieś głęboko skrywanych pragnień, o których zazwyczaj mało z kim rozmawiałam. Chciałam pracować z dziećmi, które każdego dnia z niewyczerpaną ciekawością eksplorują krok po kroku otaczającą je rzeczywistość, pokładając w nas niezachwianą ufność, że potrafimy im odpowiedzieć na każde pytanie. Poznają taki świat, jaki go im dorośli opiszą, i wchodzą w niego z takim bagażem wiedzy, w jaki ich dorośli wyposażyli.

– Wiesz, gdybym mogła, to…

Tak naprawdę to do dzisiaj nie wiem, co sprawiło, że z miejsca otworzyłam się przed Tarkiem. Może przyczyniła się do tego kameralna atmosfera kawiarni, może za długo tłumiłam w sobie swoje autentyczne tęsknoty, czy może bezkrytycznie wpatrzony we mnie Tarek potrafił wzbudzić odpowiednią dozę zaufania. A może po prostu nikt do tej pory mnie z taką uwagą i zainteresowaniem nie słuchał.

– Bardzo dobrze cię rozumiem – powiedział Tarek, kiedy opowiedziałam mu o tym, jak rodzice zdecydowali o wyborze mojej zawodowej kariery. I o tym, jak z dnia na dzień coraz bardziej męczę się w pracy, którą muszę teraz wykonywać. – U nas w rodzinie była podobna sytuacja – wyznał Tarek.

– Naprawdę? – Zdziwiłam się. – To ciebie też rodzice zmusili do studiowania tego, co oni wybrali?

– Nie, nie chodziło o mnie, tylko o moją siostrę – wyjaśnił.

– Masz siostrę? – spytałam.

– Tak, siostrę i brata – odpowiedział Tarek. – Brat mieszka w Stanach, a siostra z rodzicami w Dubaju.

– A ty mieszkasz w Polsce?

– Nie, w Dubaju.

– A czym się zajmujesz? – Niedawno poznany mężczyzna coraz bardziej mnie intrygował.

– Jestem informatykiem.

– A w Polsce co robisz?

– Sprawy zawodowe – krótko stwierdził Tarek.

– Długo tu będziesz? – Pomyślałam, że bardzo dobrze mi się z Tarkiem rozmawia i szkoda by było, gdyby szybko wyjechał.

– Nie wiem jeszcze, to zależy… – Mężczyzna spojrzał na mnie znacząco.

– Od czego? –Serce zabiło mi szybciej.

– A jak myślisz? – Tarek uniósł lekko jedną brew do góry.

– Nie wiem… – Uśmiechnęłam się zalotnie.

– To zgadnij… – Ton, jakim to powiedział, był lekko przekorny.

– Może… – udałam, że się zastanawiam – … sprawy zawodowe?

– Tak, z pewnością, sprawy zawodowe.

I Tarek, z kilkusekundowym opóźnieniem, wybuchnął szczerym śmiechem. To znaczy wtedy wydał mi się szczery. Później zorientowałam się, że był diaboliczny.

– A jak ma na imię twoja siostra?

– Amira.

– Ładnie. I co z nią było?

– Od zawsze marzyła, żeby zostać nauczycielką języka angielskiego.

– To piękny zawód – powiedziałam z przekonaniem. – Dlaczego rodzice nie chcieli, żeby go wykonywała?

– Bo zawsze marzyli o tym, żeby Amira była lekarzem. Kiedy wyjechali z Syrii…

– Z Syrii?

– Tak, jesteśmy Syryjczykami.

– Teraz tam taka straszna wojna… – Przypomniałam sobie ziejące czarnymi czeluściami okien ruiny zbombardowanych budynków, które niedawno widziałam na opublikowanych w prasie zdjęciach.

– Tak, rzeczywiście, ale ja prawie nie znam Syrii.

– To znaczy? – Nie rozumiałam.

– Moi rodzice opuścili Damaszek, kiedy byliśmy jeszcze małymi dziećmi. Myśleli o nas… Pragnęli dla nas lepszej przyszłości.