Złodziej pocałunków

Tekst
Autor:
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Złodziej pocałunków
Złodziej pocałunków
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 67,80  54,24 
Złodziej pocałunków
Złodziej pocałunków
Audiobook
Czyta Julia Wilczewska
33,90  24,07 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Angelo. – Prze­su­nę­łam dłońmi po jego klatce pier­sio­wej.

Ni­gdy wcze­śniej nie doty­ka­łam w ten spo­sób męż­czy­zny. Tak otwar­cie. Jego mię­śnie napięły się pod moimi pal­cami; wyda­wał się taki gorący, nawet pod gar­ni­tu­rem.

– Powiedz mi – naci­skał.

Pokrę­ci­łam głową.

– Pasu­jemy do sie­bie.

– To my do sie­bie pasu­jemy – sprze­ci­wił się. – A on jest do kitu.

Roze­śmia­łam się przez łzy.

– Tak bar­dzo pra­gnę cię poca­ło­wać, bogini. – Poło­żył mi rękę na karku – już nie był miły, wyro­zu­miały, nie dro­czył się ze mną – i nachy­lił się z deter­mi­na­cją. Chciał coś udo­wod­nić. Tyle że dla mnie już było za późno.

– W takim razie suge­ruję ci zro­bić to od razu, bo za osiem­na­ście dni ona będzie mężatką, a ja będę miał pełne prawo poła­mać ci wszyst­kie palce za doty­ka­nie jej – zabrzmiał nagle oschły, zło­śliwy głos.

Oszo­ło­miona ode­rwa­łam dło­nie od piersi Angela. Nogi się pode mną ugięły, ale mój przy­ja­ciel zdą­żył mnie zła­pać w talii i przy­trzy­mać. Otrzą­snął się z pożą­da­nia i prze­niósł wzrok na Wolfe’a.

Mój przy­szły mąż spo­koj­nym kro­kiem szedł w stronę męskiej łazienki, kom­plet­nie nie­wzru­szony namiętną sceną, która roze­grała się na jego oczach. Był o wiele wyż­szy, szer­szy w barach i mrocz­niej­szy niż Angelo, nie wspo­mi­na­jąc o tym, że miał dzie­sięć lat wię­cej na karku oraz ema­no­wał taką siłą, z którą nie spo­sób było się mie­rzyć. Jego auto­ry­tet był nie­mal nama­calny.

Musia­łam przy­gryźć wnę­trze policzka, żeby nie prze­pro­sić go za to, co zoba­czył. Zamiast tego wyzy­wa­jąco unio­słam głowę, nie chcąc przy­znać się do porażki.

Angelo wbił spoj­rze­nie w jego plecy.

– Sena­to­rze Keaton – wyce­dził.

Wolfe zatrzy­mał się mię­dzy łazien­kami. Czu­łam żar ema­nu­jący z jego potęż­nego ciała. A on patrzył to na mnie, to na Angela jak ktoś zupeł­nie nie­za­in­te­re­so­wany.

– Ja nie żar­tuję, Ban­dini – oznaj­mił niskim gło­sem, pod­cho­dząc. – Jeśli chcesz poca­ło­wać moją narze­czoną na do widze­nia, to dzi­siaj masz jedyną szansę. Tylko zrób­cie to na osob­no­ści.

Po tych sło­wach prze­su­nął pal­cem po pier­ścionku na mojej dłoni, w ten nie­zbyt sub­telny spo­sób przy­po­mi­na­jąc mi, do kogo należę.

Dreszcz prze­biegł mi po ple­cach.

Wolfe znik­nął w łazience, zanim zdą­ży­łam odzy­skać oddech. Sądzi­łam, że znik­nie także Angelo, ale tego nie zro­bił.

Znów przy­ci­snął mnie do lustra i pokrę­cił głową.

– Dla­czego? – zapy­tał.

– A dla­czego Emily? – odpo­wie­dzia­łam pyta­niem, uno­sząc głowę.

– Jesteś jedyną kobietą, jaką znam, która w takiej chwili wspo­mnia­łaby o Emily. – Zaci­snął dłoń w pięść i ude­rzył nią nad moją głową. Zdu­si­łam okrzyk. – Przy­sze­dłem tu z Bian­chi, bo ty jesteś zarę­czona. – Angelo obli­zał wargi, sta­ra­jąc się zapa­no­wać nad emo­cjami. – A także dla­tego, że przez cie­bie wysze­dłem na idiotę. Wszy­scy w całej mafii spo­dzie­wali się po nas zarę­czyn lada chwila. Dosłow­nie wszy­scy. A jed­nak jesteś tutaj, sie­dzisz po dru­giej stro­nie sali przy stole z sekre­ta­rzem stanu, w ramio­nach Wolfe’a Keatona i grasz grzeczną narze­czoną. Musia­łem wyjść z tego z twa­rzą. Bo ty zdep­ta­łaś mnie tymi sek­sow­nymi szpil­kami. A naj­gor­sze w tym wszyst­kim jest to, że nawet nie chcesz mi powie­dzieć dla­czego.

Bo mój ojciec jest słaby i ktoś go szan­ta­żuje.

Wie­dzia­łam, że nie mogę oznaj­mić cze­goś podob­nego. To by znisz­czyło moją rodzinę. Gar­dzi­łam w tej chwili ojcem, ale nie chcia­łam go zdra­dzić.

Uję­łam twarz Angela w dło­nie i uśmiech­nę­łam się przez łzy, które teraz stru­mie­niami pły­nęły po moich policz­kach.

– Zawsze będziesz moją pierw­szą miło­ścią, Angelo. Zawsze.

Poczu­łam na twa­rzy jego ostry, cie­pły oddech, pach­nący słod­kim, moc­nym winem.

– Poca­łuj mnie. Teraz.

Mój głos drżał od emo­cji. Bo gdy ostatni raz zosta­łam poca­ło­wana – po raz pierw­szy w życiu – wszystko poszło nie tak.

– Poca­łuję cię, ale tylko tak, by nie oddać ci swo­jego serca, Fran­ce­sco Rossi. Bo tylko na to zasłu­gu­jesz.

Nachy­lił się i przy­ci­snął wargi do czubka mojego nosa. Czu­łam, że jego cia­łem wstrząsa szloch, chce się wyrwać z gar­dła.

Tyle lat. Tyle łez. Tyle bez­sen­nych nocy spę­dzo­nych na cze­ka­niu. Tyle tygo­dni, dni i minut odli­cza­nych do kolej­nych waka­cji, gdy znów mie­li­śmy się zoba­czyć. Te wszyst­kie zabawy w rzece, bar­dzo bli­sko sie­bie. Palce sple­cione pod sto­łem w restau­ra­cjach. W tym nie­win­nym poca­łunku kryły się te wszyst­kie wspo­mnie­nia. A ja chcia­łam zro­bić to, co powin­nam była pod­czas balu masko­wego – unieść głowę, napo­tkać jego usta. Wie­dzia­łam jed­nak, że nie wyba­czę sobie, jeśli znisz­czę jego szansę na zwią­zek z Emily. Nie mogłam znieść myśli, że mogła­bym przy­czy­nić się do ich porażki tylko dla­tego, że sama nie potra­fi­łam pogo­dzić się ze swoją.

– Angelo.

Oparł swoje czoło o moje.

Zamknę­li­śmy oczy, roz­ko­szu­jąc się tą słodko-gorzką chwilą. Naresz­cie oddy­cha­li­śmy tym samym powie­trzem, ale zaraz mie­li­śmy zostać roz­dzie­leni na zawsze.

– Może w następ­nym życiu – powie­dzia­łam.

– Nie, bogini, na pewno jesz­cze w tym.

Po tych sło­wach odwró­cił się i znik­nął w ciem­nym kory­ta­rzu, pozwa­la­jąc mi zła­pać oddech.

W końcu wró­ci­łam do głów­nego holu. Opa­no­wa­łam drże­nie ciała, odchrząk­nę­łam i poma­sze­ro­wa­łam w stronę swo­jego stołu.

Z każ­dym kro­kiem pró­bo­wa­łam odzy­skać pew­ność sie­bie. Uśmie­cha­łam się coraz sze­rzej, bar­dziej pro­sto­wa­łam plecy. Lecz gdy spoj­rza­łam tam, gdzie podą­ża­łam, nie zauwa­ży­łam Wolfe’a. Rozej­rza­łam się, czu­jąc, jak iry­ta­cja i strach ści­skają mi żołą­dek. Sytu­acja mię­dzy nami zakoń­czyła się dość nie­zręcz­nie, więc nie wie­dzia­łam, czego się spo­dzie­wać. Ponie­kąd liczy­łam na to, że w końcu ma mnie dosyć i że dzi­siaj odwoła układ z moim ojcem.

Im dłu­żej szu­ka­łam jego wyso­kiej syl­wetki, tym moje serce biło szyb­ciej.

I wtedy go zna­la­złam.

Mój przy­szły mąż sena­tor Wolfe Keaton płyn­nym kro­kiem wymi­jał sto­liki. Kilka metrów za nim kro­czyła wysoka, pro­wo­ku­jąca Emily Bian­chi. Jej bio­dra koły­sały się jak zaka­zane jabłko na gałęzi. Miała błysz­czące blond włosy, tak jak part­nerka Wolfe’a na balu. Nikt nie zauwa­żył, że jej policzki pokrywa rumie­niec. Że oboje spe­cjal­nie zacho­wują mię­dzy sobą dystans, mimo że idą w tym samym kie­runku.

Emily pierw­sza znik­nęła za masywną jedwabną kotarą. Wymknęła się z sali nie­po­strze­że­nie.

Wolfe się zatrzy­mał. Uści­snął dłoń jakie­muś boga­temu sta­remu face­towi, poroz­ma­wiał z nim przez dzie­sięć minut, a potem także skie­ro­wał się do wyj­ścia.

Nagle obró­cił głowę, jakby wyczuł moje spoj­rze­nie wśród setek ludzi. Nasze oczy się spo­tkały. Mru­gnął do mnie, jego usta nawet drgnęły, a potem ruszył dalej.

Krew we mnie zawrzała. Kiedy ja wal­czy­łam z pożą­da­niem do jej part­nera, Emily zacią­gnęła mojego przy­szłego męża na szybki nume­rek.

Sta­łam w miej­scu, zaci­ska­jąc dło­nie w pię­ści. Serce mi waliło, jakby chciało wysko­czyć z klatki pier­sio­wej jak ryba z wody.

Emily i Wolfe nas zdra­dzili.

Nie­wier­ność ma swój smak.

Gorzki, kwa­śny.

Może tylko tro­chę słod­kawy.

Przede wszyst­kim wła­śnie dosta­łam ważną nauczkę: to, co łączy naszą czwórkę, nie jest święte. Naszymi brud­nymi, spla­mio­nymi ser­cami tar­gało poczu­cie winy.

Były nie­prze­wi­dy­walne.

I tak łatwo będzie je zła­mać.

Roz­dział piąty

Fran­ce­sca

Następ­nego ranka wrzu­ci­łam bel­gij­skie cze­ko­ladki do kosza w kuchni, licząc, że Wolfe to zoba­czy. Dobro­wol­nie zacią­gnę­łam tam swoje wygło­dzone ciało, bo kie­ro­wało mną teraz coś sil­niej­szego niż głód – żądza zemsty.

Dodat­kowo nakrę­cały mnie wia­do­mo­ści zna­le­zione w tele­fo­nie. Dosta­łam je w nocy po balu, ale nie odczy­ta­łam, bo oba­wia­łam się, że zacznę bła­gać Angela o wyba­cze­nie i zro­bię z sie­bie idiotkę.

Angelo: Wyja­śnisz ten poca­łu­nek?

Angelo: Jadę do cie­bie.

Angelo: Twój ojciec wła­śnie mi powie­dział, że nie mogę tu wię­cej przy­cho­dzić, bo nie­długo będziesz zarę­czona.

Angelo: ZARĘ­CZONA.

Angelo: I nie ze mną.

Angelo: Wiesz co? Wal się, Fran­ce­sca.

Angelo: Dla­czego?

Angelo: Bo cze­ka­łem cały rok? Twój ojciec mi kazał. Przy­cho­dzi­łem co tydzień z prośbą o randkę z tobą.

Angelo: Zawsze liczy­łaś się dla mnie tylko ty, moja bogini.

Potem Angelo nie przy­słał już nic wię­cej.

Dzi­siaj wciąż upie­ra­łam się, by nie jeść. Pani Ster­ling narze­kała na mnie do Wolfe’a przez tele­fon, gdy mija­łam ją w kwie­ci­stej szy­fo­no­wej sukience, która owi­jała się wokół mojego kur­czą­cego się ciała. Żołą­dek już dawno prze­stał pro­te­sto­wać i bur­czeć. Wczo­raj udało mi się ukrad­kiem zjeść kilka kęsów chleba, kiedy Wolfe zaba­wiał się z Emily, ale nie zado­wo­liły one moich skrę­co­nych kiszek. Ponie­kąd liczy­łam na to, że w końcu zemdleję albo zro­bię sobie taką krzywdę, że będę musiała jechać do szpi­tala i mój ojciec wresz­cie zakoń­czy tę farsę. Tylko że cze­ka­nie na taki cud było nie­bez­pieczne, a dodat­kowo bole­sne. Im wię­cej czasu spę­dza­łam w tym domu, tym bar­dziej plotki nabie­rały sensu. Sena­tor Wolfe Keaton ma przed sobą wspa­niałą przy­szłość, a ja pew­nie jesz­cze przed trzy­dziestką zostanę pierw­szą damą.

 

Wstał dzi­siaj wcze­śnie rano, żeby zdą­żyć na lot­ni­sko. W week­end cze­kały go jakieś ważne spo­tka­nia w Waszyng­to­nie.

Mnie w tych pla­nach nie uwzględ­nił. Nawet by się nie prze­jął, gdy­bym umarła. Pew­nie ruszyłby go tylko jakiś gło­śny nagłó­wek, bo takich nie lubił.

Uda­łam się w stronę serca ogrodu, tuż pod moimi oknami oto­czo­nymi blusz­czem. Ze zdzi­wie­niem zauwa­ży­łam, że nowe rośliny i warzywa prze­trwały pomimo braku opa­dów od kilku dni. Jak na razie lato było okrutne, o wiele cie­plej­sze niż zazwy­czaj o tej porze roku. Z dru­giej strony ostat­nio wszystko szło nie tak, więc nie dzi­wiło mnie, że do mojego tra­gicz­nego życia posta­no­wiła dopa­so­wać się pogoda. Jed­nak nowy ogród oka­zał się odporny. A kiedy przy­kuc­nę­łam, żeby wyrwać chwa­sty rosnące wokół pną­czy pomi­dor­ków, dotarło do mnie, że ja rów­nież.

Przy­nio­słam dwa worki nawozu pod moje okno, a następ­nie przej­rza­łam szopę znaj­du­jącą się po dru­giej stro­nie podwórka, gdzie zna­la­złam wię­cej nasion i puste doniczki. Nie wiem, kto zaj­mo­wał się tym ogro­dem, ale naj­wy­raź­niej dostał pole­ce­nie, że teren ma wyglą­dać schlud­nie i mini­ma­li­stycz­nie. Było zie­lono, ale pusto. Pięk­nie, ale nie­sa­mo­wi­cie smutno. Bar­dzo to podobne do wła­ści­ciela. Jed­nak w prze­ci­wień­stwie do niego ja chcia­łam zaj­mo­wać się tym ogro­dem. Mia­łam dużo wol­nego czasu i miło­ści, ale nie mia­łam komu ich poświę­cić.

Kiedy usta­wi­łam wszyst­kie narzę­dzia i mate­riały w rzę­dzie, przyj­rza­łam się zna­le­zio­nym noży­com. Zabra­łam je z szopy, tłu­ma­cząc pani Ster­ling, że są mi potrzebne do otwar­cia wor­ków z nawo­zem. A teraz, kiedy ich ostrza błysz­czały w słońcu, a nic nie­podej­rze­wa­jąca pani Ster­ling krzy­czała w kuchni na bied­nego kucha­rza, który kupił nie­wła­ściwą rybę na kola­cję (bez wąt­pie­nia wciąż miała nadzieję, że zaszczycę sena­tora swoją obec­no­ścią przy posiłku), zro­zu­mia­łam, że to moja szansa.

Zakra­dłam się do domu i omi­nę­łam prze­stronną kuch­nię. Poko­na­łam schody po dwa stop­nie naraz i prze­śli­zgnę­łam się do zachod­niego skrzy­dła, do sypialni Keatona. Byłam tutaj tylko raz, kiedy pod­słu­chi­wa­łam jego roz­mowę z ładną dzien­ni­karką. Weszłam do środka jak naj­szyb­ciej, cho­ciaż Wolfe miał wró­cić dopiero za godzinę. Mimo że podró­żo­wał głów­nie samo­lo­tami, w dro­dze z lot­ni­ska nie miał szans na unik­nię­cie kor­ków w cen­trum.

Mój pokój został urzą­dzony z prze­py­chem, na bogato, ten Wolfe’a nato­miast ele­gancko i mini­ma­li­stycz­nie. Ziało w nim pustką. Sze­ro­kie okna przy­sła­niały czarno-białe zasłony, rów­nież skó­rzane wez­gło­wie łóżka i szafki miały kolor węgla. Ściany poma­lo­wano na ciem­no­szary kolor, jak oczy wła­ści­ciela. A pod sufi­tem wisiał krysz­ta­łowy żyran­dol, który spra­wiał wra­że­nie, że kła­nia się miesz­ka­ją­cemu tu męż­czyź­nie.

Nie zauwa­ży­łam żad­nego tele­wi­zora, lustra czy komody. Wolfe miał za to barek, co wcale mnie nie dzi­wiło, wziąw­szy pod uwagę, że gdyby stan Illi­nois zezwo­lił na mał­żeń­stwo z butelką trunku, on byłby do tego pierw­szy.

Pode­szłam do gar­de­roby i otwo­rzy­łam drzwi, rado­śnie zaci­ska­jąc nowe narzę­dzie w dło­niach. Czarne dębowe półki kon­tra­sto­wały z chłodną bielą mar­mu­ro­wej pod­łogi. Na wie­sza­kach Wolfe trzy­mał gar­ni­tury w róż­nych kolo­rach, kro­jach i sty­lach, wszyst­kie ide­al­nie wypra­so­wane i gotowe do zało­że­nia.

Miał mnó­stwo ide­al­nie zło­żo­nych sza­li­ków, tyle butów, że można byłoby otwo­rzyć sklep, a do tego całą masę swe­trów i płasz­czów. Wie­dzia­łam, co inte­re­suje mnie naj­bar­dziej – wie­szak z chyba setką dro­gich kra­wa­tów. Przy­stą­pi­łam do ich cia­cha­nia i odkry­łam, że lubię patrzeć, jak spły­wają na pod­łogę przy moich sto­pach, niczym jesienne liście.

Ciach, ciach, ciach, ciach, ciach.

Co za przy­jemny dźwięk! Spodo­bał mi się tak bar­dzo, że zapo­mnia­łam, jak byłam wście­kła. Wolfe Keaton prze­le­ciał part­nerkę Angela. Nie zamie­rza­łam mścić się na nim i też go zdra­dzić – to nie w moim stylu – ale mogłam zadbać o to, że jutrzej­szego ranka nie będzie miał co wło­żyć. Bo gdy skoń­czy­łam z kra­wa­tami, wzię­łam się za koszule. On miał czel­ność zało­żyć, że kie­dy­kol­wiek go dotknę?, pomy­śla­łam z gory­czą, nisz­cząc dro­gie mate­riały w naj­róż­niej­szych kolo­rach: kre­mo­wym, zła­ma­nej bieli, jasno­nie­bie­skim. Spo­dzie­wano się, że skon­su­mu­jemy nasze mał­żeń­stwo? Zgoda, Wolfe był przy­stojny, jed­nak mier­ził mnie jego roz­wią­zły styl życia, okropna repu­ta­cja i to, że spał z tak wie­loma kobie­tami. Tym bar­dziej, że ja byłam nie­do­świad­czona. Aż wstyd się przy­znać.

To zna­czy byłam dzie­wicą.

Nie żeby to jakaś zbrod­nia, ale tak wła­śnie się czu­łam, bo wie­dzia­łam, że Wolfe wytknie mi to, że jestem naiwna i ode­rwana od życia. Tak naprawdę w moim świe­cie seks w ogóle nie wcho­dził w rachubę. Rodzice ocze­ki­wali, że pozo­stanę w celi­ba­cie do ślubu, a ja nie mia­łam pro­blemu z ich ocze­ki­wa­niem, bo prze­cież nie wie­rzy­łam w seks z kimś, w kim nie była­bym zako­chana.

Posta­no­wi­łam zająć się kwe­stią swo­jego dzie­wic­twa, gdy przyj­dzie odpo­wiedni moment. O ile w ogóle nastąpi.

Tak bar­dzo sku­pi­łam się na swoim zada­niu – na nisz­cze­niu ubrań i kra­wa­tów war­tych zapewne wiele tysięcy – że nie usły­sza­łam kro­ków na mar­mu­ro­wej pod­ło­dze. Wła­ści­wie dotarły do mnie, kiedy Wolfe zatrzy­mał się przed drzwiami pokoju i ode­brał tele­fon.

– Keaton.

Cisza.

– Że co zro­bił?

Cisza.

– Zadbam o to, by nie mógł zro­bić w tym mie­ście naj­mniej­szego ruchu bez nalotu poli­cji.

A potem zakoń­czył połą­cze­nie.

Cho­lera!, zaklę­łam w duchu, upusz­cza­jąc nożyce na pod­łogę. Rzu­ci­łam się do wyj­ścia, po dro­dze zaha­cza­jąc o otwartą szu­fladę z zegar­kami i strą­ca­jąc coś na pod­łogę, po czym wybie­głam z gar­de­roby.

W tym momen­cie on wszedł do pokoju, wciąż zapa­trzony w ekran tele­fonu.

Zoba­czy­łam go po raz pierw­szy od wczo­raj­szego wesela.

Ze schadzki z Emily wró­cił po dwu­dzie­stu minu­tach i poin­for­mo­wał mnie, że wycho­dzimy. Droga powrotna upły­nęła nam w mil­cze­niu. Ja bez skrę­po­wa­nia wymie­nia­łam ese­mesy ze swoją kuzynką Andreą, on się tym nie przej­mo­wał. W domu (to nie jest twój dom, Fran­kie!) zmę­czona uda­łam się pro­sto do swo­jego pokoju, trza­snę­łam drzwiami i prze­krę­ci­łam zamek. Nie zamie­rza­łam wypy­ty­wać Wolfe’a o Emily. Wła­ści­wie wcale nie oka­za­łam mu zain­te­re­so­wa­nia.

Ale teraz, gdy tak przede mną stał, dotarło do mnie, że moja reak­cja na jego szybki nume­rek z Emily nic mi nie dała. Nie uzy­ska­łam w ten spo­sób żad­nej prze­wagi w naszej woj­nie. To wciąż on roz­da­wał karty.

Cof­nę­łam się instynk­tow­nie, prze­ły­ka­jąc ślinę.

Prze­su­nął suro­wym spoj­rze­niem po moim ciele, jak­bym była naga i zamie­rzała mu się oddać. Zaci­snął usta w cienką linię. Dzi­siaj miał na sobie szare spodnie i białą koszulę z ręka­wami pod­wi­nię­tymi do łokci. Był bez mary­narki.

– Stę­sk­ni­łaś się za mną? – zapy­tał bez­na­mięt­nym tonem, wymi­ja­jąc mnie.

Roze­śmia­łam się nie­szcze­rze, bo wła­śnie dotarło do mnie, że chyba zauwa­żył leżące wierz­chem do dołu zdję­cie w pęk­nię­tej ramce, które zrzu­ci­łam pod­czas próby ucieczki, i znisz­czone ubra­nia w gar­de­ro­bie. Gdy odwró­cił się do mnie ple­cami, na palusz­kach zaczę­łam wyco­fy­wać się z sypialni.

– Nawet o tym nie myśl! – ostrzegł, nie obró­ciw­szy się. Sta­nął przy oknie i nalał sobie szczo­drego drinka. – Szkoc­kiej?

– Sądzi­łam, że nie powin­nam pić? – zadrwi­łam, zasko­czona wła­snym sar­ka­zmem.

Miesz­ka­nie w tym domu mnie zmie­niło. Zro­bi­łam się tward­sza, zarówno w środku, jak i na zewnątrz, bar­dziej uparta. Moją weso­łość pod­szył cynizm, a serce zamar­zło.

– Poza murami tego domu nie możesz. Wkrótce poślu­bisz sena­tora, choć nawet nie skoń­czy­łaś dwu­dzie­stu jeden lat. Wyobra­żasz sobie, jak by to wpły­nęło na mój wize­ru­nek?

– To bez sensu, że można za kogoś wyjść w wieku osiem­na­stu lat, ale pić dopiero w wieku dwu­dzie­stu jeden. Prze­cież wybór part­nera na całe życie jest znacz­nie waż­niej­szy niż alko­hol – papla­łam zde­ner­wo­wana, sto­jąc nie­ru­chomo w miej­scu i obser­wu­jąc sze­ro­kie plecy Wolfe’a.

Widać było, że regu­lar­nie ćwi­czy. Sły­sza­łam zresztą jego oso­bi­stego tre­nera, który codzien­nie o sie­dem­na­stej wcho­dził do domu, pod­śpie­wu­jąc pio­senki z lat osiem­dzie­sią­tych. Wolfe ćwi­czył w piw­nicy godzinę dzien­nie, ale jeśli czas mu pozwa­lał, przed kola­cją wybie­rał się na krótką prze­bieżkę.

Odwró­cił się do mnie, trzy­ma­jąc w dłoni dwie szklanki z alko­ho­lem. Podał mi jedną z nich. Zigno­ro­wa­łam ten gest i skrzy­żo­wa­łam ramiona na piersi.

– Przy­szłaś tutaj, żeby dys­ku­to­wać o legal­no­ści spo­ży­cia alko­holu, Nem?

I znowu użył tego głu­piego prze­zwi­ska! To, że tak mnie nazy­wał, zakra­wało na iro­nię, ponie­waż sam był próżny jak Nar­cyz. No a ja chęt­nie bym się na nim zemściła.

– Czemu by nie? – odpar­łam, żeby nieco roz­pro­szyć jego uwagę. Nie chcia­łam, by teraz wszedł do gar­de­roby i zna­lazł tam stos znisz­czo­nych ubrań. – Prze­cież masz realny wpływ na prawo, prawda?

– Chcesz, żebym zmie­nił prawo, żebyś ty mogła legal­nie pić w towa­rzy­stwie?

– Po tym, co się wczo­raj wyda­rzyło, uwa­żam, że mam prawo do moc­niej­szego drinka za każ­dym razem, gdy gdzie­kol­wiek z tobą wycho­dzę.

Coś bły­snęło w jego oczach, ale szybko zga­sło. Jakieś zado­wo­le­nie? Nie potra­fi­łam go roz­szy­fro­wać. Z hukiem odsta­wił drinka, któ­rego nalał dla mnie, a następ­nie oparł się o barek i zlu­stro­wał mnie spoj­rze­niem. Skrzy­żo­wał nogi w kost­kach i zamie­szał alko­hol w szklance.

– Podo­bała ci się?

– Ale co?

– Moja gar­de­roba.

Czu­łam, że robię się cała czer­wona; w tej chwili nie­na­wi­dzi­łam mojego ciała za to, że mnie zdra­dziło. Na litość boską, prze­cież on wczo­raj z kimś się prze­spał! I jesz­cze spe­cjal­nie się z tym obno­sił! Powin­nam na niego nakrzy­czeć, ude­rzyć go, rzu­cić czymś w niego…! Ale gło­dówka osła­biła mnie i zmę­czyła psy­chicz­nie. Zwy­czaj­nie nie mia­łam ener­gii na to, żeby zro­bić scenę. Nawet jeśli mnie kor­ciło.

Wzru­szy­łam ramio­nami.

– Widzia­łam już w swoim życiu więk­sze, lep­sze i ład­niej­sze gar­de­roby.

– Cie­szę się, że ci się nie podoba. Bo po ślu­bie i tak się nie wpro­wa­dzisz do tego pokoju – oznaj­mił oschle.

– Mimo to zapewne będziesz ocze­ki­wać, żebym ogrze­wała ci łóżko, kiedy będziesz mieć na to ochotę? – Pogła­dzi­łam w zamy­śle­niu pod­bró­dek, zre­wan­żo­waw­szy mu się iro­nią.

Prze­su­nął wzro­kiem po moich pal­cach i odkrył, że nie mam pier­ścionka od niego, a ja uzna­łam to za swoje małe zwy­cię­stwo.

– Cofam, co powie­dzia­łem wcze­śniej. Jed­nak masz cha­rak­te­rek. Ale z rado­ścią cię zła­mię. – Uśmiech­nął się dum­nie.

– Och, dzię­kuję za słowa uzna­nia. Jak zapewne wiesz, niczego tak bar­dzo sobie nie cenię, jak two­jej opi­nii. Cóż, może poza bru­dem pod moimi paznok­ciami.

– Fran­ce­sca. – Moje imię wymó­wił gładko, jakby powta­rzał je sobie setki razy. I może tak było. Może pla­no­wał mnie posiąść, jesz­cze zanim wró­ci­łam do Chi­cago? – Idź do mojej gar­de­roby i zacze­kaj, aż skoń­czę drinka. Musimy sobie wiele wyja­śnić.

– Nie przyj­muję od cie­bie roz­ka­zów – odpar­łam, uno­sząc wysoko głowę.

– Mam dla cie­bie pro­po­zy­cję nie do odrzu­ce­nia. I nie mam ochoty na nego­cja­cje, więc to będzie moja jedyna i osta­teczna oferta.

Moje myśli galo­po­wały. Czy on chce pozwo­lić mi odejść? Wła­śnie prze­spał się z inną i widział, jak pra­wie poca­ło­wa­łam przy­ja­ciela. Jed­nak kiedy zoba­czy, co zro­bi­łam w gar­de­ro­bie, jego cier­pli­wość się skoń­czy.

Pode­szłam tam i przy­kuc­nę­łam, żeby się­gnąć po nożyce. Dla ochrony, tak na wszelki wypa­dek. Potem opar­łam się ple­cami o szu­flady i sta­ra­łam się uspo­koić oddech.

Usły­sza­łam dźwięk szklanki odsta­wia­nej na bar, a potem kroki. Mój puls przy­śpie­szył.

Wolfe zatrzy­mał się w progu i popa­trzył na mnie bez emo­cji, choć z zaci­śnię­tymi szczę­kami. Jego oczy bły­skały sta­lowo. Sterta ubrań się­gała mojego uda. Na pewno domy­ślił się, jak spę­dzi­łam popo­łu­dnie.

– Czy jesteś świa­doma, ile to wszystko kosz­to­wało? – zapy­tał rów­nie bez­na­mięt­nie jak zawsze.

 

Nie obcho­dziło go, że znisz­czy­łam mu ubra­nia, więc czu­łam bez­rad­ność i zagu­bie­nie. Wolfe wydał mi się cał­ko­wi­cie nie­ty­kalny i poza zasię­giem. Jak samotna gwiazda na nie­bie, która błysz­czy, o całe galak­tyki odda­lona od moich żąd­nych odwetu rąk.

– Na pewno nie było warte tyle, ile moja duma – wark­nę­łam, zaci­ska­jąc nożyce w dłoni. Moje noz­drza zafa­lo­wały.

Wsu­nął dło­nie w kie­sze­nie i wsparł się ramie­niem o fra­mugę.

– Co cię drę­czy, Neme­zis? To, że twój chło­pak przy­szedł wczo­raj na bal z inną dziew­czyną? Czy to, że ja wspo­mnianą dziew­czynę prze­le­cia­łem?

Więc przy­znał się do tego. Nie wiem z jakiego powodu, ale do tej pory chcia­łam wie­rzyć, że może jed­nak nie zro­bił tego po kry­jomu z Emily. Teraz jed­nak usły­sza­łam prawdę, i zabo­lała. Boże, to nie powinno aż tak boleć! Jakby ktoś mnie ude­rzył pię­ścią w pusty brzuch. Zdrada, nie­ważne, kto jest za nią odpo­wie­dzialny, nisz­czy coś w tobie, roz­wala. A potem musisz żyć z tymi frag­men­tami, które grze­cho­czą w twoim żołądku.

Sena­tor Keaton nic dla mnie nie zna­czył.

Nie. To też nie do końca prawda.

Był przy­czyną całego zła, które przy­da­rzyło mi się w życiu.

– Oczy­wi­ście, że cho­dzi mi o Angela – prych­nę­łam z nie­do­wie­rza­niem, zaci­ska­jąc palce na noży­cach.

Wolfe zogni­sko­wał wzrok na moich pobie­la­łych kost­kach i uśmiech­nął się drwiąco. Jakby chciał powie­dzieć, że może mnie roz­broić w sekundę, jeśli tylko zechce.

– Kła­miesz – odparł nie­wzru­szony. – I to jesz­cze kiep­sko.

– Dla­czego mia­ła­bym być zazdro­sna o to, że byłeś z Emily, skoro cie­bie nawet nie ruszyło to, że Angelo się do mnie dobie­rał? – Wal­czy­łam ze łzami wzbie­ra­ją­cymi w moim gar­dle.

– Po pierw­sze seks z Emily był świetny. Angelo to szczę­ściarz, że ma do dys­po­zy­cji tak sprawne, słod­kie usta – zakpił, roz­pi­na­jąc pierw­szy guzik koszuli.

Żar prze­pły­nął moimi żyłami; czu­łam się tak, jak­bym pło­nęła. Wolfe ni­gdy jesz­cze nie roz­ma­wiał ze mną o sek­sie, więc do tej pory to mał­żeń­stwo wyda­wało mi się bar­dziej abs­trak­cyjną karą niż rze­czy­wi­sto­ścią.

Roz­piął drugi guzik i zoba­czy­łam cień czar­nych wło­sów na jego tor­sie.

– Po dru­gie nie byłem zado­wo­lony z two­jego zacho­wa­nia. Dałem ci szansę, żebyś się sto­sow­nie z nim poże­gnała. A sądząc po tym, jak trzy­ma­li­ście się w obję­ciach, kiedy wysze­dłem z łazienki, domy­ślam się, że wzię­łaś sprawy w swoje ręce. Podo­bało ci się?

Zamru­ga­łam, sta­ra­jąc się zro­zu­mieć. Czyżby on myślał, że Angelo i ja…? Chry­ste, rze­czy­wi­ście! Jego obo­jętny wyraz twa­rzy nie zdo­łał ukryć emo­cji, które wcze­śniej widzia­łam w jego oczach. Myślał, że prze­le­cia­łam Angela na weselu, więc zemścił się w ten sam spo­sób.

Ogar­nęła mnie taka furia, że aż wstrzą­snęła całym cia­łem. Kiedy dzi­siaj wcho­dzi­łam do tego pokoju, nie sądzi­łam, że mogę jesz­cze bar­dziej znie­na­wi­dzić sena­tora, ale się myli­łam.

Dopiero teraz czu­łam praw­dziwą nie­na­wiść.

Nie zamie­rza­łam wypro­wa­dzać go z błędu. Dzięki temu upo­ko­rze­nie po jego zdra­dzie wyda­wało się nieco mniej bole­sne. Mię­dzy naszymi grze­chami zapa­no­wała rów­no­waga. Wypro­sto­wa­łam ramiona i posta­no­wi­łam wsta­wić temu czoła tylko dla­tego, że chcia­łam zra­nić go rów­nie mocno, jak on mnie.

– Och, spa­łam z Ange­lem wie­lo­krot­nie – skła­ma­łam. – Jest naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nym męż­czy­zną w całej chi­ca­gow­skiej mafii. Spraw­dzi­łam to oso­bi­ście. – Posta­no­wi­łam pod­ko­lo­ry­zo­wać jesz­cze bar­dziej. Może jeśli pomy­śli, że wziął sobie kobietę roz­wią­złą, pozwoli mi odejść.

Wolfe prze­krzy­wił głowę. Jego spoj­rze­nie pozba­wiło mnie resz­tek pew­no­ści sie­bie.

– Inte­re­su­jące. A mógł­bym przy­siąc, że na balu chcia­łaś, aby cię poca­ło­wał. I nic poza tym.

Prze­łknę­łam ślinę, sta­ra­jąc się szybko coś wymy­ślić. Na pal­cach jed­nej ręki mogła­bym poli­czyć, ile razy w życiu skła­ma­łam.

– Bo tak mówił liścik. Tylko sta­ra­łam się pod­trzy­mać tra­dy­cję. Wcze­śniej cało­wa­łam go tysiące razy – wark­nę­łam. – Ale tam­tego wie­czoru cho­dziło o prze­zna­cze­nie.

– Prze­zna­cze­nie połą­czyło nas.

– Nie. Ty mi je ukra­dłeś.

– Być może, ale nagroda i tak jest moja. Obie­cajmy sobie, że to, do czego doszło wczo­raj, wię­cej się nie powtó­rzy. Pozwo­li­łem ci się zemścić. Uznaj, że to pre­zent zarę­czy­nowy ode mnie. Od teraz jestem twoją jedyną opcją. Wóz albo prze­wóz.

– Rozu­miem, że ta zasada nie doty­czy cie­bie? – Unio­słam brew, znowu zaci­ska­jąc palce na noży­cach.

Zer­k­nął na mnie ze znu­dzoną miną.

– Gra­tu­luję bystro­ści, panno Rossi.

– W takim razie, sena­to­rze, z przy­kro­ścią muszę poin­for­mo­wać, że się nie pod­po­rząd­kuję. Będę spać, z kim zechcę i kiedy zechcę, jeśli ty nie zamie­rzasz się dosto­so­wać.

Wal­czy­łam o pozwo­le­nie, żeby sypiać z kim popad­nie, gdy tak naprawdę byłam święt­sza od zakon­nicy. A on był jedy­nym męż­czy­zną, z któ­rym się cało­wa­łam. Jed­nak w tej chwili nie cho­dziło o to, co mogła­bym, ale o zasady. Równe prawa były dla mnie bar­dzo ważne. Może dla­tego, że po raz pierw­szy mia­łam na nie szansę?

– Pozwól, że wyrażę się jaśniej. – Wolfe wszedł do gar­de­roby, zmniej­sza­jąc dystans mię­dzy nami. Nie pod­szedł na tyle bli­sko, żeby mnie dotknąć, mimo to jego bli­skość spra­wiła, że prze­szył mnie dreszcz eks­cy­ta­cji i stra­chu. – Nie jesz, mimo to ja nie zamie­rzam wyco­fać się z naszego układu, nawet jeśli sam cię będę musiał pocho­wać, kiedy twoje ciało już nie wytrzyma. Mogę jed­nak uła­twić ci życie. Mam pro­blem z twoim ojcem, nie z tobą, więc radzę ci tego nie zmie­niać. To jak, Neme­zis? Co mogę ci dać, czego rodzice nie chcieli?

– Pró­bu­jesz mnie kupić? – prych­nę­łam.

Wzru­szył ramio­nami.

– Ja już cię mam. Teraz tylko daję ci szansę, żeby twoje życie stało się zno­śniej­sze. Sko­rzy­staj.

Poczu­łam wzbie­ra­jący w gar­dle histe­ryczny śmiech. Mój zdrowy roz­są­dek wypa­ro­wał jak pot ze skóry. Ten czło­wiek był nie­moż­liwy.

– Ja pra­gnę wyłącz­nie wol­no­ści.

– Przy rodzi­cach ni­gdy nie byłaś wolna. Nie uda­waj, że było ina­czej – wyce­dził i wszedł w głąb gar­de­roby.

Przy­ci­snę­łam plecy do szu­flad. Gałki z mosią­dzu wbiły się w mój krę­go­słup.

– Zasta­nów się dobrze – pod­kre­ślił. – Co takiego mogę ci ofia­ro­wać, czego nie dosta­łaś od rodzi­ców?

– Nie zależy mi na żad­nych suk­niach. Nie chcę nowego samo­chodu. Nie chcę nawet konia! – zawo­ła­łam, roz­pacz­li­wie wyma­chu­jąc noży­cami.

Tata powie­dział, że ten, który posta­nowi się ze mną oże­nić, kupi mi konia z dobroci serca. I pomy­śleć, że wtedy ten pomysł mi się nie spodo­bał.

– Prze­stań uda­wać, że zależy ci na rze­czach mate­rial­nych – wark­nął, a ja odwró­ci­łam się i rzu­ci­łam w niego butem, żeby nie pod­cho­dził bli­żej.

Unik­nął ciosu i roze­śmiał się.

– Dobrze się zasta­nów.

– Nie mam żad­nych pra­gnień!

– Każdy je ma.

– A ty czego chcesz? – zapy­ta­łam, gra­jąc na zwłokę.

– Chcę słu­żyć mojemu kra­jowi. Szu­kać spra­wie­dli­wo­ści i karać tych, któ­rzy na to zasłu­gują. Ty też cze­goś pra­gniesz. Przy­po­mnij sobie roz­mowę na balu.

– Stu­dia! – Pękłam wresz­cie. – Chcę iść na stu­dia. Rodzice ni­gdy mi na to nie pozwa­lali. Nie życzyli sobie, bym zdo­była zawód.

Byłam zdzi­wiona, że Wolfe przy­słu­chi­wał się tak uważ­nie mojej roz­mo­wie z Bisho­pem o tym, co robię w życiu. Zawsze mia­łam świetne stop­nie, egza­miny zda­łam z naj­lep­szymi wyni­kami. Ale rodzice uwa­żali, że stu­dia to strata mojego czasu i powin­nam sku­pić się na pla­no­wa­niu ślubu, mężu i robie­niu dzieci, żeby prze­dłu­żyć ród.

Wolfe zatrzy­mał się w miej­scu.

– Zga­dzam się.

Jego słowa ode­brały mi mowę. Mil­cza­łam, więc pod­szedł bli­żej.

Uśmie­chał się, a ja musia­łam nie­chęt­nie przy­znać, że uśmiech spra­wia, że jego twarz o ostrych rysach wydaje się jesz­cze przy­stoj­niej­sza. Zasta­na­wia­łam się, jak by wyglą­dał, gdyby uśmiech­nął się szcze­rze, sze­roko. I mia­łam nadzieję, że ni­gdy się nie dowiem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?