Złodziej pocałunków

Tekst
Autor:L.J. Shen
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Złodziej pocałunków
Złodziej pocałunków
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 67,80  54,24 
Złodziej pocałunków
Złodziej pocałunków
Audiobook
Czyta Julia Wilczewska
33,90  24,07 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  *Powieści L.J. Shen*

2  Motto

3  Dedykacja

4  Playlista

5  Prolog

6  Rozdział pierwszy

7  Rozdział drugi

8  Rozdział trzeci

9  Rozdział czwarty

10  Rozdział piąty

11  Rozdział szósty

12  Rozdział siódmy

13  Rozdział ósmy

14  Rozdział dziewiąty

15  Rozdział dziesiąty

16  Rozdział jedenasty

17  Rozdział dwunasty

18  Rozdział trzynasty

19  Rozdział czternasty

20  Rozdział piętnasty

21  Rozdział szesnasty

22  Rozdział siedemnasty

23  Rozdział dziewiętnasty

24  Rozdział dziewiętnasty

25  Epilog

26  Podziękowania

Tytuł ory­gi­nału: The Kiss Thief

Copy­ri­ght © 2019. THE KISS THIEF by L.J. Shen

Copy­ri­ght for the Polish Edi­tion © 2021 Wydaw­nic­two Edi­presse Sp. z o.o.

Copy­ri­ght for the Polish Trans­la­tion © 2021 Syl­wia Choj­nacka

ISBN 978-83-8177-659-2

Wydaw­nic­two Edi­presse Sp. z o.o.

ul. Wiej­ska 19

00-480 War­szawa

Dyrek­tor Zarzą­dza­jąca Seg­men­tem Ksią­żek: Iga Rem­bi­szew­ska

Senior Pro­ject Mana­ger: Nata­lia Gowin

Pro­duk­cja: Klau­dia Lis

Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Renata Bogiel-Miko­łaj­czyk

Digi­tal i pro­jekty spe­cjalne: Tatiana Drózdż

Dys­try­bu­cja i sprze­daż: Iza­bela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Redak­cja: Ewa Cha­ri­to­now

Korekta: Dorota Biel­ska, Anna Par­cheta

Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Mag­da­lena Zawadzka

Zdję­cie na okładce: Shut­ter­stock

Biuro Obsługi Klienta

e-mail: bok@edi­presse.pl

tel.: 22 278 15 55

(pon.–pt. w godz. 8:00–17:00)

face­book.com/edi­pres­sek­siazki

face­book.com/pg/edi­pres­sek­siazki/shop

insta­gram.com/edi­pres­sek­siazki

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Repro­du­ko­wa­nie, kodo­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia danych, odtwa­rza­nie w jakiej­kol­wiek for­mie oraz wyko­rzy­sty­wa­nie w wystą­pie­niach publicz­nych w cało­ści lub w czę­ści tylko za wyłącz­nym zezwo­le­niem wła­ści­ciela praw autor­skich.

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Powie­ści L.J. Shen

Pole­camy powie­ści L.J. Shen

Intryga

Chaos

Skan­dal

Sza­kal

Odcień pół­nocy

Uwo­dzi­ciel

Zdu­mie­wa­jące, jak zupełne bywa złu­dze­nie, że piękno jest dobrem.

Lew Toł­stoj, Sonata Kreut­ze­row­ska (tł. Maria Leśniew­ska)

Brit­tany Danielle Chri­sti­nie i Jacquie Czech Mar­tin oraz wszyst­kim sil­nym kobie­tom. Oby­śmy nimi były, wycho­wały takie i je wspie­rały.

Play­li­sta

Young and Beau­ti­ful – Lana Del Rey

Take Me to Church – Hozier

Young God – Hal­sey

Can’t Truss It – Public Enemy

Back to Black – Amy Wine­ho­use

Nothing Com­pa­res 2 U – Sinead O’Con­nor

Eve­ry­body Wants to Rule the World – Tears for Fears

I’m Ship­ping Up to Boston – Drop­kick Mur­phys

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Pro­log

Moja przy­szłość została zamknięta w sta­rej drew­nia­nej szka­tułce. I to było naj­gor­sze.

Odkąd mi o niej powie­dziano – a mia­łam wtedy sześć lat – wie­dzia­łam już, że to, co znaj­duje się w środku, albo mnie zabije, albo ura­tuje. Nic więc dziw­nego, że wczo­raj rano, gdy słońce dopiero cało­wało niebo, posta­no­wi­łam ubiec los i ją otwo­rzyć.

Nie powin­nam była wie­dzieć, gdzie moja matka chowa klucz.

Ani gdzie tata trzyma tę szka­tułkę.

Nie­stety, tak to już jest, kiedy sie­dzisz w domu całymi dniami i wycho­dzisz z sie­bie, żeby spro­stać wzię­tym z kosmosu stan­dar­dom rodzi­ców. Ma się po pro­stu czas na wszystko.

– Nie ruszaj się, Fran­ce­sco, bo cię dziabnę – jęk­nęła klę­cząca na pod­ło­dze Vero­nica.

Po raz setny prze­mknę­łam wzro­kiem po żół­tej kar­teczce, gdy sty­listka matki poma­gała mi wło­żyć sukienkę, jak­bym była nie­peł­no­sprawna. Słowa wyryły się już w mojej pamięci; zamknę­łam je w szu­fla­dzie w mózgu, do któ­rej nikt poza mną nie ma dostępu.

Eks­cy­ta­cja pły­nęła moimi żyłami jak jaz­zowa nuta, w lustrze naprze­ciwko widzia­łam deter­mi­na­cję w swo­ich oczach. Drżą­cymi pal­cami zło­ży­łam kawa­łek papieru i wci­snę­łam go w sta­nik nie­za­wią­za­nego gor­setu.

Znowu zaczę­łam krą­żyć po pokoju, bo nie mogłam ustać w miej­scu. Fry­zjerka i sty­listka mamy war­czały, komicz­nie gania­jąc mnie po całym pomiesz­cze­niu.

Jestem jak Gro­ucho Marx w Kaczej zupie. Złap­cie mnie, jeśli potra­fi­cie.

Vero­nica pocią­gnęła za sznu­rek gor­setu jak za smycz i siłą zmu­siła mnie do powrotu przed lustro.

– Ej, to boli! – Skrzy­wi­łam się.

– Mówi­łam, że masz się nie ruszać!

Nic nowego, że pra­cow­nicy moich rodzi­ców trak­tują mnie jak wyszko­lo­nego hodow­la­nego pudla. Nie żeby miało to jakieś zna­cze­nie. Dzi­siaj poca­łuję Angela Ban­di­niego. A dokład­niej – pozwolę, żeby to on poca­ło­wał mnie.

Prawdę powie­dziaw­szy, myśla­łam o tym każ­dej nocy, odkąd rok temu wró­ci­łam ze szwaj­car­skiej szkoły z inter­na­tem, do któ­rej wysłali mnie rodzice. Gdy skoń­czy­łam dzie­więt­na­ście lat, Arthur i Sofia Rossi posta­no­wili przed­sta­wić mnie chi­ca­gow­skiej śmie­tance i pozwo­lić mi wybrać przy­szłego męża z setek powią­za­nych z mafią i pożą­da­nych Ame­ry­ka­nów wło­skiego pocho­dze­nia. Był pierw­szy dzień sezonu wyda­rzeń i spo­tkań towa­rzy­skich, które mnie cze­kały, ale ja już wie­dzia­łam, kogo chcę poślu­bić.

Mama i tata poin­for­mo­wali mnie, że stu­dia nie są czę­ścią mojej przy­szło­ści. Musia­łam zna­leźć sobie ide­al­nego męża, bo byłam jedy­naczką, dzie­dziczką impe­rium Ros­sich. Marzy­łam o tym, żeby zostać pierw­szą w mojej rodzi­nie kobietą z tytu­łem, ale nie byłam aż tak głu­pia, żeby sprze­ci­wiać się rodzi­com. Nasza poko­jówka Clara czę­sto mawiała: „Twoim zada­niem, Fran­kie, nie jest zna­le­zie­nie męża odpo­wied­niego dla sie­bie, tylko takiego, który spro­sta ocze­ki­wa­niom two­ich rodzi­ców”.

Nie myliła się. Żyłam trzy­mana pod klo­szem. Mia­łam dużo prze­strzeni, ale to i tak była nie­wola. Próba ucieczki skoń­czy­łaby się śmier­cią. Nie podo­bało mi się bycie więź­niem, ale na pewno lep­sze to niż skoń­cze­nie sześć stóp pod zie­mią. Dla­tego też ni­gdy nie pró­bo­wa­łam wyglą­dać poza kraty swo­jej celi, żeby zoba­czyć, co znaj­duje się po dru­giej stro­nie.

Mój ojciec Arthur Rossi był sze­fem chi­ca­gow­skiej mafii.

Groźny tytuł jak dla czło­wieka, który zapla­tał mi war­ko­cze, uczył mnie grać na pia­ni­nie, a nawet uro­nił łzę, gdy wystę­po­wa­łam przed tysią­cami w Lon­dy­nie.

W oczach moich rodzi­ców Angelo był mężem ide­al­nym: atrak­cyjny, z dobrej rodziny i bogaty. Jego rodzina posia­dała co drugi budy­nek na tere­nie Lit­tle Italy, dziel­nicy Chi­cago, a więk­szość nie­ru­cho­mo­ści wyko­rzy­sty­wał mój ojciec do swo­ich nie­le­gal­nych pro­jek­tów.

 

Zna­łam Angela od uro­dze­nia. Dora­sta­li­śmy razem, roz­wi­ja­li­śmy się niczym kwiaty, powoli, ale nie­ustan­nie. Obser­wo­wa­li­śmy sie­bie w trak­cie luk­su­so­wych waka­cji pod suro­wym okiem naszych krew­nych – peł­no­praw­nych człon­ków mafii – i ochro­nia­rzy.

Angelo miał czworo rodzeń­stwa, dwa psy i uśmiech, który potra­fił roz­to­pić wło­skie lody. Jego ojciec pro­wa­dził firmę księ­gową, która współ­pra­co­wała z moją rodziną. I oboje jeź­dzi­li­śmy co roku na waka­cje na Sycy­lię, do Syra­kuz.

Widzia­łam, jak na prze­strzeni lat mięk­kie blond loczki Angela ciem­nieją i zostają ujarz­mione. Jego oczy w kolo­rze oce­anu prze­stały błysz­czeć łobu­zer­sko, zro­biły się bar­dziej ponure, groź­niej­sze, bez wąt­pie­nia z powodu tego, co ojciec mu poka­zał i czego go nauczył. Jego głos się pogłę­bił, wło­ski akcent wyostrzył, szczu­pła chło­pięca syl­wetka nabrała mię­śni, wzro­stu i pew­no­ści sie­bie. Stał się bar­dziej tajem­ni­czy, mniej impul­sywny i roz­mowny, ale kiedy już się odzy­wał, jego słowa roz­ta­piały moje wnę­trze.

Zako­cha­nie się to istna tra­ge­dia. Nic dziw­nego, że ludzie są póź­niej tacy smutni.

Nie­stety, nie tylko ja się roz­pły­wa­łam, gdy Angelo rzu­cał swoje słynne roz­bra­ja­jące spoj­rze­nie.

Mdliło mnie na myśl, że kiedy ja wyje­cha­łam do kato­lic­kiej żeń­skiej szkoły, on miesz­kał w Chi­cago i mógł spo­ty­kać się z innymi dziew­czy­nami, roz­ma­wiać z nimi i je cało­wać. Mimo to zawsze trak­to­wał mnie tak, jak­bym była tą jedyną. Wkła­dał mi kwiaty we włosy, pozwa­lał pić wino, gdy nikt nie patrzył, śmiał się ze wszyst­kiego, co mówi­łam. Kiedy jego młodsi bra­cia się ze mnie nabi­jali, on pstry­kał ich po uszach i ostrze­gał. W każde waka­cje uda­wało mu się porwać mnie na chwilę i pocało­wać w czu­bek nosa, gdy nikt nie patrzył.

– Fran­ce­sco Rossi, jesteś nawet ład­niej­sza niż rok temu.

– Cią­gle to powta­rzasz.

– Ale zawsze mówię prawdę. Wiesz, że nie lubię mar­no­wać słów.

– W takim razie powiedz mi coś zna­czą­cego.

– Pew­nego dnia zosta­niesz moją żoną, bogini.

Pie­lę­gno­wa­łam każde wspo­mnie­nie z każ­dego lata jak święty ogród – ota­cza­łam je tro­ską, pod­le­wa­łam, aż zaczy­nało przy­po­mi­nać ogród z bajki.

Naj­bar­dziej wryło mi się w pamięć to, jak każ­dego lata wstrzy­my­wa­łam oddech i cze­ka­łam, aż on zakrad­nie się do mojego pokoju, pojawi się w skle­pie, który odwie­dza­łam, albo podej­dzie do drzewa, pod któ­rym czy­ta­łam książkę. Pamię­ta­łam rów­nież to, że gdy doro­śli­śmy, zaczął prze­dłu­żać nasze wspól­nie spę­dzane chwile. Zawsze z roz­ba­wie­niem obser­wo­wał mnie, kiedy pró­bo­wa­łam zacho­wy­wać się jak chło­pak – i nie uda­wało mi się, bo nie­stety byłam tylko dziew­czyną.

Wci­snę­łam liścik głę­biej w sta­nik, gdy Vero­nica wbiła swoje pulchne palce w moją jasną skórę, zebrała gor­set za moimi ple­cami i ścią­gnęła go mocno w talii.

– Ach, chcia­ła­bym mieć znowu osiem­na­ście lat i być taka ładna! – jęk­nęła dra­ma­tycz­nie. Jedwa­bi­ste kre­mowe sznurki napięły się i wydu­siły ze mnie oddech. Tylko naj­waż­niejsi człon­ko­wie mafii korzy­stali z usług sty­li­stów i poko­jó­wek, gdy szy­ko­wali się na jakieś wyda­rze­nie. A moi rodzice uwa­żali się za rodzinę kró­lew­ską. – Pamię­tasz tamte dni, Almo?

Fry­zjerka prych­nęła, spi­na­jąc mi grzywkę z boku, żeby stwo­rzyć ele­gancki kok.

– Skar­bie, nie prze­sa­dzaj. Ty w wieku dzie­więt­na­stu lat byłaś ładna jak tani obraz. Fran­ce­sca, dla porów­na­nia, jest jak obraz Michała Anioła. To zupeł­nie inna liga. A nawet inny mecz.

Czu­łam, że moja skóra robi się czer­wona ze wstydu. Odno­si­łam wra­że­nie, że ludziom podoba się to, co we mnie widzą, ale myśl o pięk­nie mnie zawsty­dzała. Uroda dawała wła­dzę, ale była bar­dzo pod­stępna. Czu­łam, że to pięk­nie opa­ko­wany pre­zent, który pew­nego dnia stracę. Nie chcia­łam go otwie­rać ani się w nim pła­wić. Roz­sta­nie się z nim byłoby wtedy bole­śniej­sze.

Dzi­siaj zale­żało mi tylko na tym, żeby pod­czas balu masko­wego w muzeum sztuk pięk­nych w Chi­cago moje piękno odno­to­wał wyłącz­nie Angelo. Tema­tem prze­wod­nim gali byli bogo­wie z grec­kich i rzym­skich mito­lo­gii. Wie­dzia­łam, że więk­szość kobiet prze­bie­rze się za Afro­dytę i Wenus. W przy­pły­wie ory­gi­nal­no­ści może rów­nież za Herę lub Reę. Ale nie ja. Posta­no­wi­łam zostać Neme­zis, bogi­nią zemsty. Angelo zawsze nazy­wał mnie bogi­nią, więc chcia­łam dzi­siaj spro­stać temu piesz­czo­tli­wemu okre­śle­niu i poka­zać się jako naj­po­tęż­niej­sza ze wszyst­kich bogiń.

Więk­szość ludzi uzna­łaby w dwu­dzie­stym pierw­szym wieku aran­żo­wane mał­żeń­stwo nasto­latki za żart, ale w mafii wszy­scy sza­no­wa­li­śmy tra­dy­cję. Nasza zaczęła się w dwa wieki wcze­śniej.

– Co jest w tym liściku? – Vero­nica przy­pięła do moich ple­ców czarne skrzy­dła. Mia­łam na sobie suk­nię bez ramią­czek, w kolo­rze czy­stego let­niego nieba, wykoń­czoną pięk­nymi fal­ba­nami z organzy. Tiu­lowy tren cią­gnął się za mną jak fale. – Tym, który scho­wa­łaś w gor­se­cie – dodała drwiąco, wkła­da­jąc mi w uszy złote kol­czyki w kształ­cie piór.

– To – uśmiech­nę­łam się zna­cząco, napo­ty­ka­jąc jej spoj­rze­nie w lustrze przed nami, i przy­ci­snę­łam drżącą dłoń do klatki pier­sio­wej w miej­scu, gdzie znaj­do­wała się kar­teczka – jest począ­tek mojego życia.

Roz­dział pierw­szy

Fran­ce­sca

– Nie wie­dzia­łem, że Wenus miała skrzy­dła.

Angelo poca­ło­wał wierzch mojej dłoni przy drzwiach muzeum sztuki. Poczu­łam bole­sny ucisk w klatce pier­sio­wej, ale szybko odpu­ści­łam. On tylko się ze mną dro­czył. Poza tym wyglą­dał osza­ła­mia­jąco w smo­kingu, więc mogłam wyba­czyć mu ten błąd i go nie zabi­jać.

Męż­czyźni, w prze­ci­wień­stwie do wszyst­kich obec­nych na gali kobiet, mieli na sobie smo­kingi i maski. Angelo dopeł­nił swój gar­ni­tur wenecką maską ze zło­tymi zdo­bie­niami, która zakry­wała nie­mal całą twarz. Nasi rodzice wymie­nili uprzej­mo­ści, gdy my sta­li­śmy naprze­ciwko sie­bie, przy­glą­da­jąc się każ­demu pie­gowi i cen­ty­me­trowi naszych ciał. Nie czu­łam potrzeby, żeby wyja­śniać, kim była Neme­zis; będziemy mieć całe życie na oma­wia­nie mito­lo­gii. Musia­łam tylko zadbać, żeby­śmy dzi­siaj zostali sam na sam, jak w trak­cie waka­cji. Tylko że tym razem, gdy on poca­łuje mnie w nos, ja uniosę głowę i nasze usta się spo­tkają. Nasz los zosta­nie przy­pie­czę­to­wany.

Jestem Kupi­dy­nem strze­la­ją­cym z łuku miło­ści pro­sto w serce Angela.

– Wyglą­dasz jesz­cze pięk­niej, niż kiedy widzia­łem cię po raz ostatni. – Angelo zła­pał się za serce.

Wszy­scy wokół uci­chli, a ja zauwa­ży­łam, że nasi ojco­wie wymie­nili kon­spi­ra­cyjne spoj­rze­nia.

Dwie potężne, bogate wło­skie rodziny połą­czone silną wię­zią.

Don Vito Cor­le­one byłby dumny.

– Prze­cież widzie­li­śmy się tydzień temu na weselu Gianny. – Wal­czy­łam ze sobą, żeby nie obli­zać warg, gdy Angelo patrzył mi pro­sto w oczy.

– Wesela ci służą. Ale bar­dziej podo­basz mi się, gdy mogę mieć cię tylko dla sie­bie – odpo­wie­dział zwy­czaj­nie, a moje serce zabiło jak sza­lone. Potem odwró­cił się do mojego ojca. – Panie Rossi, czy mogę zapro­wa­dzić pań­ską córkę do stołu?

Ojciec pokle­pał mnie po ramie­niu. Spo­wi­jała mnie tak gęsta mgła eufo­rii, że nie­mal zupeł­nie zapo­mnia­łam o jego obec­no­ści.

– Tylko ręce na widoku.

– Oczy­wi­ście.

Angelo wziął mnie pod ramię, a kel­ner wska­zał nam miej­sca przy stole nakry­tym zło­tym obru­sem i zasta­wio­nym czar­nymi tale­rzami. Mój part­ner nachy­lił się i wyszep­tał mi do ucha:

– Albo przy­naj­mniej do chwili, gdy nie sta­niesz się ofi­cjal­nie moja.

Nasze rodziny dzie­liło kilka krze­seł – nie zdzi­wiło mnie to, ale poczu­łam roz­cza­ro­wa­nie. Mój ojciec zawsze był ser­cem każ­dego przy­ję­cia i sowi­cie pła­cił za to, żeby zaj­mo­wać naj­lep­sze miej­sca. Naprze­ciwko mnie sie­dział guber­na­tor Illi­nois Pre­ston Bishop, a jego żona obok sku­piała się na kar­cie win. Obok nich znaj­do­wał się męż­czy­zna, któ­rego nie roz­po­zna­wa­łam. Miał na sobie zwy­kłą czarną maskę i smo­king, który zapewne kosz­to­wał for­tunę, sądząc po dro­gim mate­riale i nie­na­gan­nym kroju. Towa­rzy­szyła mu jakaś gło­śna blon­dynka w bia­łej tiu­lo­wej sukni, kolejna Venus.

Męż­czy­zna wyglą­dał na śmier­tel­nie znu­dzo­nego. Obra­cał alko­hol w szklance i igno­ro­wał piękną kobietę przy swoim boku. Kiedy spró­bo­wała się nachy­lić i coś do niego powie­dzieć, on obró­cił się w prze­ciw­nym kie­runku i spraw­dził tele­fon, a potem zupeł­nie stra­cił zain­te­re­so­wa­nie czym­kol­wiek i wbił wzrok w ścianę za mną.

Poczu­łam w sercu bole­sny skurcz. Ta kobieta zasłu­gi­wała na kogoś lep­szego, a nie na takiego ozię­błego, nie­po­ko­ją­cego towa­rzy­sza, od widoku któ­rego aż ciarki cho­dziły po ple­cach. Mimo że nawet nie zaszczy­cał cię spoj­rze­niem.

Idę o zakład, że przy nim lody długo by się nie roz­pu­ściły.

– Ty i Angelo jeste­ście tacy w sie­bie zapa­trzeni – zauwa­żył mój tata, a potem zer­k­nął na moje łok­cie oparte o blat. Szybko je zdję­łam i uśmiech­nę­łam się uprzej­mie.

– Jest miły. – Powie­dzia­ła­bym mega­miły, ale tata gar­dził współ­cze­snym slan­giem.

– Pasuje do cie­bie – mruk­nął. – Pytał, czy może cię zabrać na randkę w następ­nym tygo­dniu, a ja się zgo­dzi­łem. Oczy­wi­ście w towa­rzy­stwie Maria.

No jasne. Mario był jed­nym z mię­śnia­ków taty. Kształ­tem przy­po­mi­nał cegłę i miał IQ jak ona. Coś czu­łam, że dzi­siaj tata nie pozwoli mi ni­gdzie się wymknąć, wła­śnie dla­tego, że ja i Angelo zdą­ży­li­śmy się poznać nieco zbyt dobrze. Ogól­nie tata zawsze nas popie­rał, ale chciał, by wszystko szło po jego myśli. Więk­szość ludzi w moim wieku w takiej sytu­acji od razu by się wyco­fała, a może nawet uznała to za bar­ba­rzyń­skie metody. Ale nie byłam głu­pia. Wie­dzia­łam, że sama się krzyw­dzę, bo nie wal­czę o prawo do edu­ka­cji i nie­za­leżną pracę. Wie­dzia­łam, że to ja powin­nam zde­cy­do­wać, kogo chcę poślu­bić.

Jed­nak wie­dzia­łam rów­nież, że albo postą­pię według woli ojca, albo skażę się na potę­pie­nie. Jeśli wybiorę wol­ność, będę musiała zosta­wić swoją rodzinę – a moja rodzina była dla mnie całym świa­tem.

Nie licząc zami­ło­wa­nia do tra­dy­cji, chi­ca­gow­ska mafia wcale nie przy­po­mi­nała tej przed­sta­wia­nej w fil­mach. Żad­nych ciem­nych uli­czek, wychu­dzo­nych nar­ko­ma­nów czy krwa­wych zatar­gów z pra­wem. Aktu­al­nie cho­dziło głów­nie o pra­nie pie­nię­dzy, przej­mo­wa­nie firm i recy­kling. Mój ojciec otwar­cie wspie­rał poli­cję, utrzy­my­wał rela­cje z waż­nymi poli­ty­kami, a nawet poma­gał FBI łapać głów­nych podej­rza­nych.

I wła­śnie dla­tego tutaj dzi­siaj byli­śmy. Tata zgo­dził się prze­zna­czyć znaczną sumę pie­nię­dzy na fun­da­cję cha­ry­ta­tywną, któ­rej celem była pomoc dzie­ciom z trud­nych rodzin w uzy­ska­niu edu­ka­cji.

O iro­nio.

Upi­łam łyk szam­pana i popa­trzy­łam na sie­dzą­cego kawa­łek dalej Angela, który roz­ma­wiał z Emily – jej ojciec był wła­ści­cie­lem naj­więk­szego w Illi­nois boiska do base­ballu. Angelo powie­dział jej, że wkrótce zamie­rza zacząć magi­sterkę w Nor­th­we­stern i jed­no­cze­śnie pra­co­wać w fir­mie księ­go­wej ojca. Prawda była jed­nak taka, że miał prać pie­nią­dze dla mojego ojca i słu­żyć chi­ca­gow­skiej mafii do końca swo­ich dni.

Nagle prze­sta­łam sku­piać się na ich roz­mo­wie, bo guber­na­tor Bishop prze­niósł na mnie swoją uwagę.

– A co z tobą, mała Rossi? Zamie­rzasz iść na stu­dia?

Wszy­scy wokół nas roz­ma­wiali i śmiali się, poza męż­czy­zną sie­dzą­cym naprze­ciwko mnie. On wciąż igno­ro­wał swoją part­nerkę, opróż­niał szklankę z drin­kiem i patrzył z rezy­gna­cją na ekran tele­fonu, na któ­rym wyświe­tlały się setki wia­do­mo­ści na minutę. Zer­k­nął na mnie jakby nie­wi­dzą­cym wzro­kiem. Zaczę­łam się zasta­na­wiać, ile on ma lat. Wyda­wał się star­szy ode mnie, ale na pewno nie był w wieku taty.

– Ja? – Uśmiech­nę­łam się uprzej­mie, pro­stu­jąc krę­go­słup. Wygła­dzi­łam ser­wetkę leżącą na moich kola­nach. Mia­łam nie­na­ganne maniery i zawsze świet­nie szło mi pro­wa­dze­nie nie­zo­bo­wią­zu­ją­cych kon­wer­sa­cji. Uczy­łam się w szkole łaciny, ety­kiety i wie­dzy ogól­nej. Potra­fi­łam zaga­dać tak do pre­zy­den­tów, jak i kawałka prze­żu­tej gumy. – Och, rok temu skoń­czy­łam szkołę, a teraz sku­piam się na nawią­zy­wa­niu zna­jo­mo­ści w Chi­cago.

 

– Innymi słowy ani nie pra­cu­jesz, ani się nie uczysz – sko­men­to­wał bez­na­mięt­nym tonem męż­czy­zna sie­dzący przede mną. Wypił drinka i posłał mojemu ojcu drwiący uśmiech.

Czu­łam, że koń­cówki moich uszu robią się czer­wone. Zer­k­nę­łam na tatę, szu­ka­jąc pomocy. Chyba jed­nak nie usły­szał, bo nie sko­men­to­wał przy­tyku.

– Jezu Chry­ste – ode­zwała się blon­dynka sie­dząca obok nie­uprzej­mego faceta. Zro­biła się czer­wona jak burak, ale on ją zlek­ce­wa­żył.

– Jeste­śmy wśród przy­ja­ciół. Nikt nie upu­bliczni tej infor­ma­cji.

Upu­bliczni? Kim on, u dia­bła, jest?

Wypro­sto­wa­łam się, bio­rąc łyk drinka.

– Oczy­wi­ście są jesz­cze inne rze­czy, któ­rymi się zaj­muję.

– Zamie­niam się w słuch – prych­nął, uda­jąc zain­te­re­so­wa­nie.

Wszy­scy po naszej stro­nie stołu uci­chli. Zro­biło się jakoś dziw­nie, jakby zaraz miało dojść do kata­strofy.

– Uwiel­biam akcje cha­ryta…

– To nie jest żadna praca. Czym się zaj­mu­jesz?

Wymyśl jakieś cza­sow­niki, Fran­ce­sco. Cza­sow­niki.

– Jeż­dżę konno i lubię pra­co­wać w ogro­dzie. Gram na for­te­pia­nie. I… Ach, cho­dzę na zakupy. – Wie­dzia­łam, że się pogrą­żam, ale on uparł się na ten temat. I chyba nikt nie chciał mnie ura­to­wać.

– To zwy­kłe hobby i przy­wi­leje. Jaki jest twój wkład w spo­łe­czeń­stwo, panno Rossi, poza wspie­ra­niem ame­ry­kań­skiej eko­no­mii poprzez kupo­wa­nie tylu ubrań, że można by ubrać wszyst­kich miesz­kań­ców Ame­ryki Pół­noc­nej?

Sztućce brzdęk­nęły o drogą por­ce­lanę. Sie­dząca obok niego kobieta zapo­wie­trzyła się. Roz­mowy zamil­kły natych­miast.

– Wystar­czy – syk­nął mój ojciec lodo­wa­tym tonem, gro­miąc męż­czy­znę mor­der­czym spoj­rze­niem. Skrzy­wi­łam się, ale facet był nie­wzru­szony. Sie­dział pro­sto, a nawet wyda­wał się roz­ba­wiony tema­tem kon­wer­sa­cji.

– Muszę się z tobą zgo­dzić, Arthu­rze. Dowie­dzia­łem się o two­jej córce wszyst­kiego co trzeba. I to w nie­całą minutę.

– Chyba zapo­mnia­łeś o swo­ich poli­tycz­nych i publicz­nych obo­wiąz­kach, a dobre maniery zosta­wi­łeś w domu, nie­praw­daż? – zapy­tał mój ojciec, jak zwy­kle dobrze wycho­wany.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się zło­śli­wie.

– Wręcz prze­ciw­nie, Rossi. Wydaje mi się, że jed­nak o nich pamię­tam. I chyba nie będziesz z tego zado­wo­lony.

Pre­ston Bishop i jego żona pogrą­żali mnie jesz­cze bar­dziej, wypy­tu­jąc o mój pobyt w Euro­pie, o kon­certy i o to, co chcia­ła­bym stu­dio­wać (bota­nikę, cho­ciaż nie byłam na tyle głu­pia, by uwa­żać, że tra­fię na uczel­nię). Rodzice z uśmie­chem obser­wo­wali moje dosko­nałe umie­jęt­no­ści pro­wa­dze­nia roz­mowy; nawet kobieta sie­dząca obok bez­czel­nego męż­czy­zny włą­czyła się do poga­wędki i zaczęła roz­ma­wiać o wycieczce po Euro­pie w trak­cie swo­jego gap year. Oka­zało się, że jest dzien­ni­karką i podró­żuje po całym świe­cie.

Mimo że wszy­scy byli dla mnie bar­dzo mili, nie potra­fi­łam otrzą­snąć się z upo­ko­rze­nia, które odczu­łam przez zło­śliwe komen­ta­rze jej part­nera. Teraz męż­czy­zna ponow­nie sku­piał się na dnie kolej­nej szkla­neczki z drin­kiem. Jego mina wyra­żała znu­dze­nie.

Chcia­łam mu powie­dzieć, że kolejny drink nie zała­twi niczego, ale pro­fe­sjo­nalna pomoc psy­cho­lo­giczna może zdzia­łać cuda.

Po kola­cji przy­szedł czas na tańce. Każda kobieta obecna na sali miała przy sobie pla­kietkę z nazwi­skami osób, które wyli­cy­to­wały taniec wła­śnie z nią. Zebrane w ten spo­sób pie­nią­dze miały zostać prze­ka­zane na cele cha­ry­ta­tywne.

Spraw­dzi­łam swoją pla­kietkę i moje serce zabiło szyb­ciej, kiedy zauwa­ży­łam nazwi­sko Angela. A potem oble­ciał mnie strach, bo dotarło do mnie, że oprócz niego na liście jest cała masa wło­skich nazwisk. Odno­si­łam wra­że­nie, że kolejka do mnie jest dłuż­sza niż do innych kobiet i że na koniec wie­czoru stopy odpadną mi od tych wszyst­kich tur na par­kie­cie.

Poca­ło­wa­nie Angela może oka­zać się trudne.

Pierw­szy taniec ze mną zakle­pał sobie sędzia fede­ralny. Potem nawa­lony play­boy wło­skiego pocho­dze­nia, który miesz­kał w Nowym Jorku; zdra­dził mi, że przy­je­chał tutaj tylko po to, żeby spraw­dzić, czy plotki o moim wyglą­dzie są praw­dziwe. Poca­ło­wał rąbek mojej spód­nicy jak jakiś śre­dnio­wieczny dżen­tel­men, a potem jego przy­ja­ciele zacią­gnęli go do stołu. Bła­gam, oby nie popro­sił mojego ojca o zgodę na randkę ze mną!, jęk­nę­łam w duchu. Robił wra­że­nie boga­tego głupka, przez któ­rego moje życie zaczę­łoby przy­po­mi­nać Ojca Chrzest­nego. Trzeci taniec zare­zer­wo­wał guber­na­tor Bishop, a czwarty Angelo.

Z poli­ty­kiem odbęb­ni­łam krót­kiego walca, bo nie chcia­łam popsuć sobie humoru na cały wie­czór.

– Tutaj jesteś. – Twarz Angela poja­śniała, kiedy pod­szedł do mnie i guber­na­tora.

Nad naszymi gło­wami wisiały żyran­dole. Ludzie stu­kali obca­sami o mar­mu­rową pod­łogę. Angelo ski­nął głową, ujął moją dłoń, a drugą poło­żył na mojej talii.

– Wyglą­dasz pięk­nie. Jesz­cze bar­dziej osza­ła­mia­jąco niż dwie godziny temu – wes­tchnął. Jego cie­pły oddech owiał moją twarz. Poczu­łam, jak serce trze­po­cze mi w piersi.

– Dobrze wie­dzieć, bo w tej sukni nie mogę oddy­chać – skwi­to­wa­łam ze śmie­chem, patrząc mu w oczy.

Wie­dzia­łam, że mnie teraz nie poca­łuje i nagle ogar­nęła mnie panika. A co, jeśli w ogóle nie będziemy mieli oka­zji tego zro­bić? Wtedy liścik okaże się bez sensu.

Ta drew­niana szka­tułka albo mnie ura­tuje, albo zabije.

– Chęt­nie zro­bił­bym ci usta-usta, gdy­byś prze­stała oddy­chać. – Obrzu­cił spoj­rze­niem moją twarz i prze­łknął ślinę. – Ale lepiej zacznijmy od zwy­kłej randki za tydzień. O ile jesteś zain­te­re­so­wana.

– Jestem – odpo­wie­dzia­łam, nieco zbyt pośpiesz­nie.

Roze­śmiał się, opie­ra­jąc swoje czoło o moje.

– A nie chcesz wie­dzieć, kiedy…?

– Kiedy wyj­dziemy? – zapy­ta­łam głu­pio.

– To też. W pią­tek. Ale chcia­łem powie­dzieć: czy chcesz wie­dzieć, kiedy zro­zu­mia­łem, że będziesz moją żoną? – zapy­tał nie­wzru­szony.

Z tru­dem poki­wa­łam głową. Chciało mi się pła­kać. Poczu­łam, że jego ręka zaci­ska się wokół mojej talii. I dobrze, bo nie­wiele bra­ko­wało, żebym się prze­wró­ciła.

– To było w te waka­cje, kiedy ty skoń­czy­łaś szes­na­ście, a ja dwa­dzie­ścia lat. Byłaś wtedy jesz­cze za młoda. – Roze­śmiał się. – Dość późno przy­je­cha­łem z rodziną do naszej sycy­lij­skiej posia­dło­ści. Sze­dłem ścieżką z walizką, kiedy zauwa­ży­łem, jak w por­cie zwią­zu­jesz kwiaty w bukiet. Uśmie­cha­łaś się. Byłaś tak piękna i nie­uchwytna, a ja nie chcia­łem się odzy­wać, żeby nie zepsuć chwili. A potem zerwał się wiatr i kwiaty roz­sy­pały się wszę­dzie. Nawet się nie zawa­ha­łaś. Wsko­czy­łaś na główkę do rzeki i wycią­gnę­łaś każdy z nich, cho­ciaż wie­dzia­łaś, że nic z nich już nie będzie. Dla­czego to zro­bi­łaś?

– Moja mama miała w tym dniu uro­dziny – przy­zna­łam. – Dla­tego nie mogłam pozwo­lić sobie na porażkę. A bukiet jed­nak wyszedł mi ład­nie.

Spu­ści­łam wzrok, gapiąc się na nasze sty­ka­jące się klatki pier­siowe.

– Nie mogłaś pozwo­lić sobie na porażkę – powtó­rzył Angelo zamy­ślony.

– Tam­tego dnia w łazience w restau­ra­cji poca­ło­wa­łeś mnie w nos – zauwa­ży­łam.

– Pamię­tam to.

– A dzi­siaj zamie­rzasz skraść mi poca­łu­nek? – zapy­ta­łam.

– Ni­gdy niczego bym ci nie ukradł, Fran­kie. Zapłacę za poca­łu­nek z tobą każdą cenę – wyszep­tał łagod­nie i puścił do mnie oko. – Ale oba­wiam się, że wziąw­szy pod uwagę, ilu panów usta­wiło się do cie­bie w kolejce, a także to, że ja muszę poroz­ma­wiać z każ­dym mafio­sem, który zja­wił się na tym przy­ję­ciu, będziemy musieli ten poca­łu­nek prze­ło­żyć. Ale nie martw się. Już zapła­ci­łem hoj­nie Mariowi, żeby w pią­tek wie­czo­rem nie śpie­szył się z odbie­ra­niem samo­chodu po naszej randce.

Przy­pływ paniki prze­szedł w naj­praw­dziw­sze prze­ra­że­nie. Jeśli on mnie dzi­siaj nie poca­łuje, prze­po­wied­nia z liściku się nie spraw­dzi.

– Pro­szę… – Spró­bo­wa­łam lekko się uśmiech­nąć, żeby zama­sko­wać trwogę eks­cy­ta­cją. – Moje nogi muszą tro­chę odpo­cząć.

Przy­gryzł pięść i uśmiech­nął się.

– Nie kuś, Fran­ce­sco.

Nie wie­dzia­łam, czy mam pła­kać z roz­pa­czy, czy krzy­czeć z fru­stra­cji. Pew­nie i jedno, i dru­gie.

Pio­senka jesz­cze się nie skoń­czyła, więc wciąż koły­sa­li­śmy się w swo­ich ramio­nach, jak spo­wici mrocz­nym zaklę­ciem. Nagle na nagich ple­cach poczu­łam czy­jąś silną rękę.

– Teraz moja kolej – zadud­nił za mną niski głos.

Odwró­ci­łam się z nie­za­do­wo­loną miną i zoba­czy­łam bez­czel­nego męż­czy­znę w czar­nej masce.

Był wysoki, na pewno metr dzie­więć­dzie­siąt lub nieco wię­cej. Czarne jak atra­ment włosy zostały ide­al­nie przy­gła­dzone, syl­wetka smu­kła, ale umię­śniona. Szare, lekko sko­śne oczy ciskały gromy, a kwa­dra­towa szczęka oraz ide­al­nie zary­so­wane wargi doda­wały mu szorst­ko­ści. Na jego ustach tań­czył wynio­sły, pogar­dliwy uśmiech, który mia­łam ochotę zetrzeć. Widać było, że wciąż bawi go to, co powie­dzia­łam przy stole. Zauwa­ży­łam, że ludzie gapią się na nas otwar­cie. Kobiety poże­rały go wzro­kiem jak pira­nie, a męż­czyźni przy­glą­dali się sytu­acji z roz­ba­wie­niem.

– Ręce przy sobie – wark­nął Angelo, gdy zmie­niła się pio­senka i nie mógł mnie przy sobie dłu­żej zatrzy­mać.

– A ty nie wtrą­caj nosa w nie swoje sprawy – odparł z kamienną twa­rzą męż­czy­zna.

– Czy na pewno jest pan na mojej liście? – Rzu­ci­łam mu uprzejmy, choć chłodny uśmiech.

Wciąż nie potra­fi­łam pozbie­rać się po roz­mo­wie z Ange­lem. Mimo to męż­czy­zna nie­zwłocz­nie przy­ci­snął mnie do twar­dego ciała i zabor­czo przy­ło­żył dłoń do moich lędźwi, tuż nad tył­kiem.

– Cze­kam na odpo­wiedź – syk­nę­łam.

– Ja zapła­ci­łem za ten taniec naj­wię­cej – odpo­wie­dział oschle.

– Oferty są ano­ni­mowe. Nikt nie wie, kto ile płaci – odpar­łam, sta­ra­jąc się nie krzy­czeć.

– I wiem już, że ta suma nie była ade­kwatna do przy­jem­no­ści.

Nie­wia­ry­godne.

Zaczę­li­śmy walc z boku sali; kobiety łypały na nas zazdro­śnie. Te bez­wstydne spoj­rze­nia świad­czyły o tym, że blon­dynka, która mu towa­rzy­szy, nie jest jego żoną. A ja mogłam się wpie­niać, jed­nak nie potra­fi­łam zaprze­czyć temu, że wszyst­kie go pożą­dały.