Angry God. All Saints High. Tom 3Tekst

Autor:L.J. Shen
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Ratuli Roy i Marty Bor,

niech w mrocznych chwilach życia zawsze się pojawia

promyk nadziei.

Nigdy nie poznaliśmy historii opowiedzianej

z perspektywy diabła.

Bóg napisał całą książkę sam.

– Anatole France

Piosenka przewodnia

Saints – Echos

Playlista

Gives You Hell – The All-American Rejects

Dirty Little Secret – The All-American Rejects

Handsome Devil – The Smiths

Bad Guy – Billie Eilish

My Own Worst Enemy – Lit

Help I’m Alive – Metric

Bandages – Hot Hot Heat

Peace Sells – Megadeth

Boyfriend – Ariana Grande ft. Social Club

Rozdział 1

Lenora, 12 lat / Vaughn, 13 lat

Lenora

Niczego nie widziałaś.

On cię wcale nie ściga.

Nawet nie widział twojej twarzy.

Drżałam na całym ciele, próbując wymazać z myśli obraz, który właśnie miałam przed oczami.

Mocno zacisnęłam powieki, kołysałam się w przód i w tył zwinięta jak krewetka na twardym materacu. Zardzewiałe metalowe nogi łóżka skrzypiały i szurały po podłodze.

Zamek Carlisle zawsze napawał mnie lekkim strachem, ale jeszcze dziesięć minut temu myślałam, że to duchów się boję, a nie uczniów.

A już na pewno nie trzynastoletniego chłopca o twarzy jak u fauna z rzeźby Śpiący satyr – pięknie rozleniwionej, niesamowicie dostojnej.

Nie Vaughna Spencera.

Dorastałam w tej posiadłości, a do tej pory nie spotkałam niczego równie przerażającego jak ten arogancki Amerykanin.

Ludzie twierdzą, że Carlisle to jeden z najbardziej nawiedzonych zamków w Wielkiej Brytanii – że w tej twierdzy z siedemnastego wieku mieszkają dwa duchy. Pierwszy z nich został zauważony przez lokaja, który kilka dekad temu zatrzasnął się w piwnicy. Zobaczył wtedy ducha madame Tindall, która drapała ściany i błagała o wodę, twierdząc, że została otruta przez własnego męża. Drugi duch – wspomniany mąż, lord Tindall – nocami krąży po korytarzach i próbuje poprawić krzywo wiszące obrazy, chociaż nie jest w stanie przesunąć ich nawet o centymetr.

Podobno kiedy madame Tindall zrozumiała, że została otruta przez własnego męża, przeszyła serce lorda nożem do steków i dodatkowo go przekręciła, tak na wszelki wypadek. Historia głosi, że mężczyzna chciał poślubić młodszą służkę, której zrobił dziecko, bo po wielu latach małżeństwa z madame nie doczekał się potomka. Ludzie zarzekają się, że widzieli wbity w klatkę piersiową ducha nóż, który drgał, gdy lord rechotał.

Przeprowadziliśmy się tam z tatą dziesięć lat temu, gdy otworzył Carlisle Prep, prestiżową akademię sztuk pięknych. Zaprosił do niej najbardziej utalentowanych, uzdolnionych uczniów z całej Europy.

I wszyscy się zjawili. W końcu był wielkim Edgarem Astalisem, człowiekiem, którego Cesarz, rzeźba Napoleona naturalnych rozmiarów, stoi na Polach Elizejskich w Paryżu.

Wszyscy uczniowie bali się tych rzekomych duchów.

Na myśl o tym miejscu człowieka przechodziły ciarki.

Zamek wznosił się w spowitej mgłą dolinie Berkshire, strzeliste wieże wyglądały jak czarne miecze. Bluszcz i dzikie róże wspinały się po kamiennej fasadzie, w środku skrywały się tajemnicze przejścia, przez które studenci wymykali się w nocy. Korytarze tworzyły zawiły labirynt i miało się wrażenie, że wszystkie drogi prowadzą do studia rzeźbiarskiego.

Do serca tego zamku.

Uczniowie przemierzali korytarze z wyprostowanymi plecami, policzkami czerwonymi od niekończącej się zimy, z surowymi minami. Akademia Sztuk Pięknych dla Uzdolnionych w Carlisle uchodziła za lepszą od publicznych placówek jak Eaton czy Craigclowan. Tata zawsze powtarzał, że po zwykłych szkołach ludzie kończą jako głupie przeciętniaki i myślą, że wszystko zostanie im podane na srebrnej tacy. Że taka szkoła nie wychowuje prawdziwych liderów. Częścią naszych mundurków były czarne peleryny z mottem Carlisle wyszytym złotą nicią na kieszeni lewej piersi: Ars longa, vita brevis. Sztuka trwa wiecznie, życie jest krótkie. Przekaz maksymy był jasny: tylko dzięki sztuce można się stać nieśmiertelnym. Przeciętność to profanacja. Braliśmy udział w wyścigu szczurów, byliśmy napuszczani na siebie nawzajem, głodni, zdesperowani i zaślepieni idealistycznymi wizjami.

Tamtego dnia, gdy zobaczyłam coś, czego nie powinnam była widzieć, miałam tylko dwanaście lat. W trakcie wakacyjnego kursu, tuż po otwarciu szkoły, okazało się, że jestem jednym z najmłodszych uczniów. Zaraz obok o rok starszego Vaughna.

Na początku byłam zazdrosna o chłopaka, który zawsze mrużył te przeszywające oczy w kolorze arktycznego lodu. Miał dopiero trzynaście lat i już pracował z marmurem. Nie chciał nosić czarnej peleryny, zachowywał się, jakby był lepszy od innych, mijał nauczycieli na korytarzach i nawet się im nie kłaniał – co w tej szkole było nie do pomyślenia.

Dyrektorem był mój ojciec, a nawet ja mu się kłaniałam.

Jak się nad tym zastanowić, to ja kłaniałam się najniżej.

Wmawiano nam, że jesteśmy lepsi od innych, że jesteśmy przyszłością sztuki na całym świecie. Mieliśmy talent, pozycję społeczną, pieniądze i możliwości. Jeśli nas uważano za srebro, to Vaughn Spencer był złotem. My byliśmy świetni, ale jego uważano za geniusza. My co najwyżej błyszczeliśmy jak gwiazdy, natomiast on lśnił z siłą tysiąca słońc i palił wszystko dookoła na węgiel.

Odnosiło się wrażenie, że Bóg wyrzeźbił go inaczej niż resztę, bardziej się do tego przyłożył. Vaughn miał ostre jak szkło kości policzkowe, oczy w tak jasnym odcieniu błękitu, że aż wydawały się nienaturalne, a włosy wręcz atramentowe. Oprócz tego był tak blady, że pod skórą dosłownie dało się dostrzec siateczkę żył, a jego krwistoczerwone usta wyraźnie z tym kontrastowały. Fascynował mnie, a zarazem drażnił. Trzymałam go na dystans, zresztą tak samo jak wszystkich. On też nie był tutaj, żeby nawiązać nowe znajomości. Wyraził się jasno już na początku, bo nigdy nie brał udziału w żadnych towarzyskich wydarzeniach ani nawet nie jadł z innymi w stołówce.

Istniała jeszcze jedna rzecz, którą on miał, a ja nie – podziw mojego ojca. Nie rozumiałam, dlaczego wielki Edgar Astalis wpatrywał się w tego chłopaka z Kalifornii jak w obrazek, ale tak właśnie było.

Tata twierdził, że Vaughn zostanie kiedyś wielkim artystą. Że będzie tak sławny jak sam Michał Anioł.

Wierzyłam w to.

I dlatego nienawidziłam Vaughna.

Właściwie nienawidziłam go do momentu, gdy piętnaście minut temu weszłam do ciemni, żeby wywołać zrobione wcześniej zdjęcia. Fotografia nie była dla mnie sztuką, a zwykłym hobby. Ukochaną przeze mnie formą artystyczną był asamblaż, ponieważ uwielbiałam zmieniać brzydkie rzeczy w piękne, wadliwe w coś doskonałego.

To dawało mi nadzieję. I chciałam, żeby wszystko, co nieidealne, miało taką nadzieję.

W każdym razie powinnam była zaczekać na jednego z wykładowców, który miał mi towarzyszyć. Takie obowiązywały zasady. Czułam jednak, że zrobione przeze mnie zdjęcia wyjdą tragicznie mdłe. Nie chciałam, żeby ktokolwiek je zobaczył – jeśli rzeczywiście okazałyby się takie kiepskie, wolałam zrobić nowe.

Był środek nocy. Nikogo nie powinno było tam być.

I przez to, że tak boleśnie, okropnie zazdrościłam Vaughnowi Spencerowi, natknęłam się na coś, co zrobiło mi z mózgu papkę i doprowadziło mnie do szału.

Leżąc w łóżku, uderzyłam się otwartą dłonią w czoło, bo przypomniałam sobie swoje głupie zachowanie w ciemni – wymamrotałam tylko „przepraszam”, trzasnęłam drzwiami i uciekłam do swojego pokoju.

Przeskakiwałam po schodach po dwa stopnie naraz, po drodze wpadłam na posąg wojownika, krzyknęłam cicho, a następnie wparowałam do żeńskiego internatu. Wszystkie drzwi wyglądały tak samo, a panika rozmazała mi wzrok, więc nie mogłam znaleźć pokoju. Otwierałam jedne drzwi za drugimi, zaglądałam do środka, żeby znaleźć łóżko z białą narzutą, którą mama zrobiła dla mnie na szydełku, gdy byłam dzieckiem. Kiedy w końcu udało mi się odnaleźć swój pokój, niemal każda dziewczyna w tym skrzydle przeklinała mnie za przerwanie jej snu.

Zanurzyłam się w pościeli i nie odważyłam się wyściubić spod niej nosa.

On nie może cię tu znaleźć.

Nie ma prawa wchodzić do żeńskiego internatu.

Gdyby to zrobił, tata by go wykopał, nieważne, że taki z niego geniusz.

Nagle na korytarzu rozległ się stukot eleganckich butów i serce podeszło mi do gardła. Ochroniarz nucił jakąś melodyjkę. Potem za drzwiami mojego pokoju coś huknęło i ktoś jęknął gardłowo. Zwinęłam się w jeszcze ciaśniejszy kłębek, powietrze dzwoniło mi w płucach jak moneta w pustym słoiku.

Drzwi skrzypnęły. Poczułam powiew wiatru, od którego włoski na ramionach stanęły mi dęba. Moje ciało stężało jak zasychająca glina, było twarde, ale kruche.

„Blada twarz, czarne serce, błękitna krew”.

Kiedyś słyszałam, jak wujek Harry – w Akademii znany również jako profesor Fairhurst – mówi w ten sposób o Vaughnie do swoich kolegów po fachu.

Po wejściu do pomieszczenia Vaughn Spencer wyssał z niego całą energię jak odkurzacz. Atmosfera przesiąkła niebezpieczeństwem, stała się gęstsza. Czułam się tak, jakbym próbowała oddychać pod powierzchnią wody.

 

Udawałam, że śpię, ale kolana dygotały mi pod narzutą, mimo że lato w zamku Carlisle zawsze było nieznośnie duszne, więc do spania wkładałam koszulki na ramiączkach i krótkie spodenki.

Poruszał się w mroku, nie słyszałam go jednak, co przerażało mnie jeszcze bardziej. Przeszło mi przez myśl, że może mnie zabić – że dosłownie mnie udusi. Byłam pewna, że Vaughn przyłożył ochroniarzowi, który pilnował, żeby nikt nie łamał zasad ciszy nocnej i nie dawał innym powodów do wymyślania później głupich historyjek o duchach. Mężczyzna na pewno stracił przytomność. Nic tak nie trawi człowieka, jak wstyd i upokorzenie, a to, co zobaczyłam, na pewno krępowało Vaughna. Widziałam to na jego twarzy, choć próbowałam się wydostać z ciemni najszybciej, jak to było możliwe.

Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby Vaughn czuł się z jakiegoś powodu niezręcznie. Zawsze był pewny siebie, arogancję nosił jak koronę.

Poczułam, że narzuta jednym płynnym ruchem zostaje ściągnięta z mojego ciała aż do kostek. Moje brukselki – jak siostra nazywała moje piersi – sterczały pod koszulką bez stanika, więc na pewno je widział. Mocniej zacisnęłam powieki.

Boże. Dlaczego otworzyłam te cholerne drzwi? Dlaczego musiałam zobaczyć akurat jego? Dlaczego musiałam doprowadzić do tego, że jeden z najbardziej utalentowanych chłopców na świecie się na mnie uweźmie?

Miał przed sobą świetlaną przyszłość, a ja odnosiłam wrażenie, że teraz stanę się tym, kim on będzie chciał.

Poczułam, jak dotyka mojej szyi palcem – był zimny i szorstki od rzeźbienia. Przesunął nim po moim kręgosłupie, stojąc nade mną i obserwując moją nieruchomą sylwetkę, chociaż oboje wiedzieliśmy, że tylko udaję sen. Mimo to czułam wszystko – prośbę zawartą w jego dotyku, jego zapach kojarzący się z polerowanym kamieniem, deszczem i słodką, delikatną wonią, która była zapachem skręta, jak miałam się później dowiedzieć. Powieki miałam zamknięte, ale nie do końca, więc widziałam przez szparki, jak przechyla głowę, obserwując mnie.

Proszę. Nikomu nie powiem.

Jak na trzynastolatka był bardzo groźny, więc zastanawiałam się, jaki się stanie, gdy dorośnie. Miałam nadzieję, że nigdy się tego nie dowiem, chociaż istniało duże prawdopodobieństwo, że to nie będzie nasze ostatnie spotkanie. Na świecie wcale nie było aż tak wiele bogatych dzieciaków, które zostaną kiedyś sławnymi artystami, a nasi rodzice obracali się w tych samych kręgach.

Poznałam Vaughna, jeszcze zanim zaczął uczęszczać do Akademii, kiedy razem z rodziną spędzał wakacje na południu Francji. Moi rodzice zorganizowali degustację wina w ramach akcji charytatywnej i zjawili się tam Baron i Emilia Spencerowie. Miałam wtedy dziewięć lat, a Vaughn dziesięć. Mama wysmarowała mnie kremem z filtrem przeciwsłonecznym, włożyła mi kapelusz na głowę i kazała obiecać, że nie wejdę do morza, bo nie potrafiłam pływać.

Skończyło się na tym, że przez całe wakacje siedziałam na plaży pod parasolem i obserwowałam go, udając, że czytam książkę fantasy. Vaughn atakował wysokie fale tym żylastym ciałem – wbiegał prosto na nie jak żądny walki wojownik. Któregoś razu wyciągnął z Morza Śródziemnego meduzę, trzymając ją za górną część, żeby go nie poparzyła, a następnie wbił w nią patyczki po lodach, upewnił się, że nie żyje i przeciął ją, mamrocząc do siebie, że meduzy zawsze da się podzielić na idealne połówki, niezależnie od tego, gdzie wyznaczy się oś.

To było dziwne, okrutne, drastyczne. Nie planowałam się do niego odzywać.

Któregoś razu, podczas jednego z wielu eventów w ciągu tamtego tygodnia zakradł się za fontannę, o którą się opierałam, czytając książkę, i podzielił na pół kawałek brownie, które na pewno ukradł wcześniej, przed kolacją. Podał mi je z ponurą miną.

Westchnęłam i przyjęłam ciastko, chociaż czułam, że będę mu za to coś winna.

– Moja mama dostanie zawału, jeśli się dowie – stwierdziłam. – Nie pozwala mi jeść słodyczy.

Wcisnęłam do ust cały kawałek i próbowałam przeżuć wilgotne ciasto z nugatem oblepiającym mi zęby.

Jego stoicki wyraz twarzy niczego nie zdradzał, usta jednak wykrzywiły się w delikatnej dezaprobacie.

– Twoja mama jest do kitu.

– Moja mama jest najlepsza! – wykrzyknęłam gorączkowo. – Poza tym widziałam, jak dźgasz patyczkami meduzę. Nie znasz się, jesteś tylko niegrzecznym chłopakiem.

– Meduzy nie mają serca – stwierdził, jakby to go usprawiedliwiało.

– Tak jak ty. – Mimowolnie oblizałam lepkie od ciasta palce, przyglądając się nietkniętej połówce w jego ręce.

Zmarszczył brwi, ale z jakiegoś powodu nie wydawał się poruszony moim przytykiem.

– Nie mają również mózgu. Tak jak ty.

Patrzyłam przed siebie, zupełnie go ignorując. Nie chciałam się kłócić i robić sceny. Tata by się wściekł, gdybym podniosła głos, a mama byłaby rozczarowana, co chyba byłoby jeszcze gorsze.

– Jesteś taką grzeczną dziewczynką – skomentował drwiącym głosem, w jego oczach błyszczały łobuzerskie iskierki. Oddał mi swój kawałek brownie, zamiast go zjeść.

Wzięłam ciastko, plując sobie w brodę, że jestem taka słaba.

– Taka grzeczna, porządna, nudna dziewczynka.

Wzruszyłam ramionami.

– Za to ty jesteś brzydki. – Wcale nie był, ale chciałam, żeby tak było.

– Brzydki czy nie, i tak mógłbym cię pocałować, gdybym tylko zechciał, a ty byś mi na to pozwoliła.

Zadławiłam się cudownie czekoladowym łakociem, książka spadła na ziemię i zamknęła się. Kurde. Nie zaznaczyłam strony zakładką.

– Skąd ten pomysł? – Obróciłam się w jego stronę oburzona.

Nachylił się, nasze płaskie klatki piersiowe niemal się dotykały. Pachniał czymś obcym, niebezpiecznym i dzikim. Może złotymi kalifornijskimi plażami.

– Bo mój ojciec powiedział mi, że grzeczne dziewczynki lubią złych chłopców, a ja jestem zły. Najgorszy.

Teraz znowu znaleźliśmy się niemal twarzą w twarz, a on niestety wcale nie był tak brzydki, jak bym tego chciała. Chyba się zastanawiał, co zrobić z naszym nowym sekretem.

– I co ja mam teraz z tobą począć? Zabić cię? Skrzywdzić? Nastraszyć? – zastanawiał się upiornym głosem.

Próbowałam przełknąć gulę zatykającą mi gardło, ale nie byłam w stanie.

– Co mam z tobą zrobić, grzeczna dziewczynko?

Pamiętał, jak mnie kiedyś nazywał. O dziwo, to tylko pogorszyło całą sytuację. Do tej pory zachowywaliśmy się, jakbyśmy w ogóle się nie znali.

Vaughn się pochylił i jego twarz znalazła się tuż przy mojej. Czułam jego przesuwający się po mojej szyi gorący oddech – właściwie to był jedyny rodzaj ciepła, który on mógł wytworzyć. Zaschło mi w ustach, każdy oddech bolał. Mimo to nie przestawałam udawać. Może jeśli uzna, że lunatykowałam, oszczędzi mi swojego gniewu.

– Czy potrafisz dotrzymać tajemnicy, Lenoro Astalis? – Jego głos owinął się wokół mojej szyi jak pętla.

Drapało mnie w gardle, chciało mi się kaszleć. On mnie przerażał. Nienawidziłam go najbardziej na świecie. Przy nim czułam się jak tchórz i kapuś.

– Cóż, jesteś takim tchórzem, że postanowiłaś udawać sen, więc na pewno potrafisz dotrzymać sekretu. Bo widzisz, Astalis, mógłbym cię zetrzeć na proch, po którym bym przeszedł jak gdyby nigdy nic, ty moja mała cyrkowa małpko.

Nienawidziłam go z całych sił, ale siebie nienawidziłam jeszcze bardziej, bo nie potrafiłam się przed nim bronić. Bo nie otworzyłam oczu i nie naplułam mu w twarz. Nie wydrapałam mu tych nienaturalnie niebieskich oczu. Nie dręczyłam go w odwecie za to, jak on traktował mnie w Akademii.

– A przy okazji, powieki ci się ruszają – stwierdził oschle i zachichotał.

Wyprostował się, jego palec na chwilę zatrzymał się w okolicy moich lędźwi. Potem strzyknął kostkami, a ja niemal wyskoczyłam ze skóry i sapnęłam. Mocniej zacisnęłam powieki, wciąż udając, że śpię.

Roześmiał się.

Ten drań dosłownie się roześmiał.

Czy na razie planował mnie oszczędzić? Czy zamierzał od teraz mnie nachodzić? Czy zemści się na mnie, jeśli otworzę usta? Był taki nieprzewidywalny. Nie miałam pojęcia, jak rano będzie wyglądać moje życie.

Wtedy też dotarło do mnie, że może i jestem grzeczną dziewczynką, ale trzy lata temu Vaughn nie docenił własnego potencjału.

Wcale nie był chłopcem. Był prawdziwym bóstwem.


Straciłam mamę niedługo po tym, co się wydarzyło w trakcie wakacyjnego kursu w zamku Carlisle. Kobieta, która tak bardzo się bała, że wyjdę na słońce bez filtra lub że rozwalę sobie kolano, położyła się spać i już nigdy nie wstała. Zatrzymanie akcji serca. Zastaliśmy ją leżącą w łóżku jak jakaś przeklęta księżniczka Disneya, powieki miała zamknięte, a wciąż różowe usta były rozciągnięte w lekkim uśmiechu, jakby myślała o swoich planach na następny dzień.

Tego dnia mieliśmy płynąć jachtem do Salonik, żeby gonić za historycznymi skarbami starożytnej Grecji, nigdy jednak do tego nie doszło.

Wtedy drugi raz w życiu miałam ochotę udawać, że śpię. Moje życie zmieniło się na gorsze zupełnie bez powodu. Kusiło mnie, by pogrążyć się w rozpaczy, ale się powstrzymałam.

Miałam dwie drogi: mogłam albo się załamać, albo wyjść z tego silniejsza.

Postanowiłam wybrać wariant numer dwa.

Kiedy dwa lata później tata przyjął posadę w Todos Santos, już nie byłam tą samą dziewczyną, która wobec dręczącego ją chłopaka udaje, że śpi.

Moja starsza siostra Poppy przeprowadziła się z ojcem do Kalifornii, ale ja poprosiłam, żeby pozwolił mi zostać w Carlisle, gdzie otaczała mnie moja sztuka i nie było Vaughna Spencera, bo uczęszczał do All Saints High za oceanem. I wszyscy mogą być szczęśliwi, prawda?

Teraz jednak tata się upierał, że ostatni rok liceum powinnam spędzić z nim i Poppy w południowej Kalifornii.

Rzecz w tym, że ta nowa Lenny już nie miała zamiaru ignorować Vaughna Spencera.

Już się go nie bała.

Doświadczyłam najboleśniejszej straty i wyszłam z tego cało. Nic więcej mnie nie przerażało.

Nawet gniewny bóg.

Rozdział 2

Lenora, lat 17 / Vaughn, lat 18

Vaughn

Od urodzenia czułem w sobie nienasycony apetyt na zniszczenie.

To nie miało nic wspólnego z tym, co mi się przydarzyło, z moją historią, rodzicami. Z całym pieprzonym kosmosem.

Byłem wiecznie niespokojny, spięty. Stworzony z metalowych przewodów zamiast żył. Z pustym czarnym pudełkiem w miejscu serca. Z precyzyjnym jak laser wzrokiem wyczulonym na wszelkie niedoskonałości.

Nawet gdy byłem dzieckiem, policzki i oczy bolały mnie, kiedy się uśmiechałem. Wydawało mi się to nienaturalne, bez sensu, więc szybko przestałem to robić.

Sądząc po tym, jak zaczęła się ostatnia klasa liceum, w przyszłości też nie przewidywałem żadnych uśmiechów.

„Weź dziesięć głębokich, oczyszczających oddechów”, niemal słyszałem w myślach słodki, błagalny głos mojej matki.

I chociaż raz w tym żałosnym życiu jej posłuchałem. Gdybym wbił pięść w każdą szafkę na korytarzu, najpewniej wyleciałbym ze szkoły – a to chyba najgłupszy sposób, by zostać z niej wykopanym – do tego połamałbym wszystkie kości w dłoni i moją karierę szlag by trafił.

Oczywiście nie tkwiłem w tej szkole dla wybitnych nauczycieli, a tym bardziej nie dla bzdurnego dyplomu. W przeciwieństwie jednak do mojego zjebanego najlepszego przyjaciela Knighta Cole’a nie czułem potrzeby, by nacisnąć błyszczący czerwony przycisk autodestrukcji.

Raz.

Dwa.

Trzy.

Ja pieprzę… Nie ma mowy.

Właśnie się okazało, że Lenora Astalis zjawiła się tutaj we własnej osobie. Żywa, oddychająca, a do tego na moim terenie. W moim królestwie. Jej istnienie ukryłem w szufladce w umyśle, gdzie zazwyczaj przechowywałem niesatysfakcjonujące porno i bezsensowne gadki z dziewczynami, które potem i tak pochylały się nad moim fiutem.

Ale ją pamiętałem, i to aż za dobrze. Moja mała tańcząca małpeczka. Była tak uległa, że można by ją namówić do wzięcia w usta całego kija bejsbolowego. I nawet nie trzeba byłoby być przy tym miłym. Podejrzewam, że w normalnym seksie to pożądana cecha, ale grzeczna dziewczynka była jak na mój gust zbyt uległa i niewinna.

Kiedyś nosiła lakierki, miała włosy złote jak promienie słońca i przerażone oczy, które mówiły: „Proszę, tylko nie rób mi krzywdy”. W pelerynie Akademii Carlisle wyglądała jak jeszcze bardziej kujonowata przyjaciółka Hermiony Granger. Lenora Astalis, która w moim mniemaniu już zawsze miała być popychadłem, wyglądała na wyjątkowo schludną, grzeczną i żałośnie poprawną.

 

A teraz? Zupełnie inny człowiek.

W ogóle nie robił na mnie wrażenia ciemny makijaż oczu i ubrania w stylu gotki. To tylko kamuflaż przykrywający to, że ta dziewczyna nie miała w sobie ani odrobiny stanowczości i zesrałaby się w gacie ze strachu, gdyby tylko ktoś przy niej rzucił słowem na „K”.

Grzeczna dziewczynka stała teraz przy swojej nowej szafce. Włosy miała obecnie kruczoczarne, a na powieki nakładała dodatkową warstwę eyelinera (potrzebowała go równie mocno, co ja kolejnych powodów, by nienawidzić świata), patrząc w niewielkie lusterko przyklejone do drzwiczek od wewnętrznej strony. Na głowie miała wełnianą czapkę z napisem „Posłuszna” – poprawionym pisakiem, żeby brzmiało „Nieposłuszna”.

Też mi pieprzona buntowniczka. Ktoś powinien powiadomić władze szkoły, zanim zrobi coś naprawdę pojebanego, na przykład zje w stołówce nieorganiczne jagody.

– Joł, smutasie, co tam wyczaiłeś? – Mój najlepszy przyjaciel, sąsiad, kuzyn i etatowy debil Knight poklepał mnie po ramieniu i uściskał po męsku. Skupiłem wzrok na niewidzialnym punkcie naprzeciwko, ignorując zarówno jego, jak i Astalis. Z całym szacunkiem dla Lenory – a nie miałem go za grosz – nie zasłużyła sobie na moją uwagę. Będę musiał jej przypomnieć, gdzie jej miejsce.

Powinna przede mną klęczeć.

Wciąż pamiętam, jak zareagowała, kiedy tamtej nocy zakradłem się do jej pokoju. Jak drżała pod moimi palcami niczym krucha porcelanowa laleczka, niemal mnie błagając, żebym ją roztrzaskał. Ale zrobienie tego nie nasyciłoby mnie jak zazwyczaj. Czułbym się, jakbym odbierał dziecku lizaka. Postanowiłem ją oszczędzić, ale za moją decyzją nie kryło się dobre serce, tylko zwykły pragmatyzm.

Miałem inny cel w tej grze.

A ona nie stanie mi na przeszkodzie.

Trzeba zaryzykować, żeby zdobyć nagrodę. A potem powtórzyć cały proces.

Zrobienie jej krzywdy byłoby bez sensu – przez te wszystkie lata trzymała gębę na kłódkę, bo najwyraźniej dobrze ją nastraszyłem. Wiedziałem, że nie zaczęła gadać, bo to sprawdziłem. Miałem oczy i uszy wszędzie. Ani razu nie wypowiedziała mojego imienia, a kiedy jej siostra przyjechała tutaj do liceum, żeby zacząć drugą klasę, ona została w Anglii, najpewniej przerażona wizją spotkania ze mną i tym, co mógłbym jej zrobić. I bardzo dobrze. Jak dla mnie bomba.

To kruche zaufanie zostało jednak zniszczone w chwili, gdy ją tutaj zobaczyłem.

W moim królestwie.

Była jak koń trojański z brzuchem wypełnionym złymi wspomnieniami i innymi bzdurami.

– Wasza Pizdowatość promienieje dzisiaj bardziej niż zwykle – zauważył Knight, przyglądając mi się i przeczesując palcami te idealne, błyszczące włosy jak z reklamy szamponu. Był gwiazdą futbolu, królem balu i najbardziej popularnym chłopakiem w szkole.

Jeśli dzięki temu udaje mu się zasnąć w nocy i radzi sobie jakoś z kompleksem adoptowanego dzieciaka, to dla mnie luz.

– Aż dziwne, że udaje ci się zauważyć cokolwiek poza czubkiem własnego nosa – prychnąłem i zatrzymałem się przy mojej szafce, żeby ją otworzyć.

Knight oparł się łokciem o najbliższe drzwiczki, przyglądając mi się z uwagą. Przypadkowo zablokował mi widok na Lenorę. I bardzo dobrze. Jej nijaki wygląd i tak nie zyskał na upodobnieniu się do Roberta Smitha.

– Idziesz dzisiaj na imprezę na koniec wakacji do Arabelli?

– Prędzej pozwoliłbym, żeby wygłodniały rekin mi possał.

Arabella Garofalo przypominała mi małego rasowego pieska, takiego z różową, wysadzaną diamentami obrożą, który głośno jazgocze, a do tego czasami ugryzie cię w dupę i posika się z ekscytacji. Była wredna, zdesperowana, wygadana, a co najgorsze, za bardzo chciała mi obciągać.

– To może namów Hazel, żeby zrobiła ci loda? Właśnie założono jej aparat na zęby, więc wyjdzie na to samo – zaproponował Knight usłużnie i wyciągnął napój izotoniczny ze skórzanej torby od znanego projektanta.

Wiedziałem, że dolał tam wódki, a przed przyjściem do szkoły pewnie łyknął kilka tabsów. Przy tym dupku Hunter S. Thompson wyglądał jak prawilny przyjemniaczek.

– Alko o dziesiątej rano? – Uśmiechnąłem się leniwie. Z mojej szafki wylały się listy miłosne i polaroidy z aktami, rzeka nastoletniej desperacji. Żadna dziewczyna nie była na tyle odważna, by do mnie zagadać. Zebrałem wszystko i wrzuciłem do pobliskiego kosza, nawet nie odwracając wzroku od Knighta. – Myślałem, że bycie prawiczkiem w ostatniej klasie liceum jest dla ciebie wystarczająco lamerskie.

– Pocałuj mnie w dupę, Spencer. – Wziął kolejny łyk.

– Jeśli to zrobię, to dasz mi w końcu spokój? Jeśli tak, to chętnie.

Zatrzasnąłem szafkę. Knight nie miał pojęcia o Lenorze Astalis i nie zamierzałem go oświecać w jej temacie. Na tę chwilę była tylko dziwną gotką bez reputacji i statusu społecznego. I tak też będzie traktowana na korytarzach tej szkoły, chyba że okażę jej jakieś zainteresowanie.

Uwaga, spoiler: miałem ją gdzieś.

– Nie bądź taki do przodu, bo cię sznurówki wyprzedzą, Spencer.

– Mam fiuta dłuższego niż twoje sznurówki. – Zarzuciłem plecak na jedno ramię. Sama prawda.

– Nie chciałem tego wiedzieć, stary. Twoi starzy myśleli, że dzięki mnie, Lunie i Darii staniesz się trochę bardziej ludzki, a tu chuj w bombki strzelił. To tak, jakby włożyć chomikowi czapeczkę. Niby się da, jest urocze, ale po co?

Patrzyłem na niego beznamiętnie.

– Czy ty w tej chwili mówisz do mnie po angielsku? Kup sobie coś tłustego do żarcia i butelkę wody, zanim wszyscy się upiją od twojego oddechu.

– A co do wcześniejszej rozmowy, jak nie jesteś zainteresowany, to ja się zajmę angielską dupencją. – Knight machnął na mnie ręką, odchodząc sprężystym krokiem.

Pokręciłem głową i poszedłem za nim. I tak nic by nie zrobił ze wspomnianą dupą. Gość był pizdą, a w dodatku bardziej dziewiczą niż pierwszy nastoletni wąsik. Chciał zamoczyć tylko w jednej dziurze – w dziurze Luny Rexroth, dziewczyny, w której bujał się od dziecka, a która teraz studiowała tysiące kilometrów stąd. Miałem nadzieję, że przestanie się zadręczać i w końcu kogoś zaliczy.

Nie wątpiłem, że tą angielską dupencją, jak to poetycko ujął Knight, była Lenora, co oznaczało, że jej obecność w All Saints High już przykuła uwagę.

Rozumiałem, dlaczego jej starsza siostra, jakkolwiek miała na imię, cieszyła się taką popularnością wśród mięśniaków. Widziałem ją na korytarzach – sprawiała wrażenie, że lubi być w centrum uwagi, wyglądała na gadatliwą blondynkę, jakich wiele, która sprzedałaby duszę diabłu za parę butów z czerwoną podeszwą.

– Jedyna Angielka, którą chętnie bym poznał, to Margaret Thatcher. – Wrzuciłem do ust gumę miętową, a kolejną wepchnąłem Knightowi do gęby, bez jego zgody. Z ust tak mu zionęło procentami, że gdyby zapalił skręta, stanąłby w ogniu.

– Przecież ona nie żyje, stary. – Żuł gumę posłusznie, marszcząc brwi.

– No właśnie – burknąłem, przekładając plecak z jednego ramienia na drugie, bo musiałem zrobić coś z rękami. Była dopiero dziewiąta trzydzieści, a dzień już był tak do dupy, że to się w pale nie mieściło.

Knight szedł obok mnie, mimo że nie mieliśmy razem pierwszej lekcji. Zatrzymałem się nagle.

– Co ty tu jeszcze robisz?

– Lenora. – Ponownie odkręcił butelkę ze swoją „wodą” i upił spory łyk.

– Rzucanie jakimś przypadkowym imieniem nie jest żadną odpowiedzią, Knighty. Zacznijmy od całego zdania. Powtarzaj za mną: Muszę. Iść. Na. Odwyk. I. Kogoś. Zaliczyć.

– Mówię o ostrej jak wasabi siostrze Poppy. – Knight zignorował mój przytyk. – Jest w ostatniej klasie, jak my. Sprawia wrażenie grzecznej dziewczynki. – Uśmiechnął się demonicznie, obrócił i przesunął wzrokiem po ubranej na czarno postaci. Stała zaledwie kilka metrów dalej, chyba nas nie słyszała, mimo że nie byliśmy cicho. – Ale widzę, że ma ostre kły. To urodzona zabójczyni.

Poppy. A więc tak ma na imię jak-jej-tam. Byłem blisko, bo imię jakieś takie nijakie.

Lenora była o rok młodsza ode mnie, więc jeśli teraz chodziła do ostatniej klasy, to oznaczało, że jedną przeskoczyła. Zasrana kujonka. Ale jakoś mnie to nie dziwiło.

Knight dalej zalewał mnie soczystymi ploteczkami.

– Jej ojciec to jakiś znany artysta. Do tego prowadzi w centrum akademię sztuki dla snobów. Szczerze mówiąc, nudzę się jak mops, powtarzając ci te informacje, więc do brzegu: czarna owca tej rodziny przyjechała tutaj na rok i wszyscy chcą spróbować jagnięcinki.

Jego teksty z każdą chwilą stawały się coraz bardziej upiorne. Poza tym doskonale wiedziałem, kim jest Edgar Astalis.

– Czy to jest ten moment, gdy mam zacząć udawać zainteresowanie? – Zacisnąłem zęby, szczęka mi drgała. Kłamał. Nikt by nie chciał tknąć Lenory. Nie była typową gorącą laską: nosiła czarne łachy, mocno podkreślała oczy, miała przekłutą wargę. Już lepiej sobie walić do plakatu Marilyna Mansona – przynajmniej zaoszczędzi się na gumce.