Sobowtór bankieraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kurt Matull, Matthias Blank

Sobowtór bankiera

CYKL: LORD LISTER. TAJEMNICZY NIEZNAJOMY

tłumacz nieznany

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: Autor nieznany, Sobowtór bankiera,

licencja public domain,

źródło: https://pl.wikisource.org/wiki/Sobowtór_bankiera#/media/Plik:PL_Lord_Lister_-03-_Sobowtór_bankiera.jpg

Plik rozpoznano jako wolny od znanych ograniczeń praw autorskich,

włącznie z prawami zależnymi i pokrewnymi.

Tekst wg edycji:

Kurt Matull, Matthias Blank

Tygodnik Przygód Sensacyjnych

Lord Lister - Tajemniczy Nieznajomy

Sobowtór bankiera

Wyd. Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o.

Łódź 1937

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-888-4

Lord Lister — przyjaciel ludzkości

Lord Lister z nogą założoną na nogę, siedział rozparty wygodnie w fotelu, krytym czerwoną skórą.

— Jak ci się podoba twoja nowa garsoniera? — zapytał go Charles Brand, jego przyjaciel i sekretarz.

Lord Lister uśmiechnął się:

— Bardzo tu miło — odparł.

— Czy zadowolony jesteś z sąsiedztwa? — indagował dalej przyjaciel, zapaliwszy papierosa.

— Nie zdążyłem jeszcze złożyć oficjalnych wizyt — brzmiała odpowiedź lorda.

Wstał z fotela i zbliżył się do okna, osłoniętego cienką koronką firanki.

— Chciałbym wiedzieć do kogo należy ten dom naprzeciwko? — rzekł po krótkiej pauzie.

Charles Brand podniósł się i podszedł do okna.

— Ten dom o wybitnie brzydkiej, pretensjonalnej fasadzie? — zapytał. — Z pewnością do jakiegoś zbogaconego rzeźnika lub... bankiera.

— Mylisz się: właścicielem jego jest stary lord, wyglądem przypominający handlarza nierogacizną. Cierpi, zdaje się, na podagrę. Każdego poranku odbywa spacer po Hyde Parku, trzymając jedną nogę na małym siedzeniu swego powozu.

— Widziałeś prawdopodobnie to przez okno?

— Nietylko to, ale i wiele innych rzeczy...

Brand spojrzał swemu przyjacielowi prosto w toczy.

— Spostrzegłem, że mój astmatyczny i podagryczny sąsiad ma niezwykle piękną żonę.

— Aaa!

Zainteresowanie Charlesa nagle wzrosło.

— Czy zostałeś już im przedstawiony?... Tss... Czy to ta kobieta?

W jednym z okien stojącego naprzeciw domu ukazała się nagle złotowłosa, biało odziana postać kobieca.

Obydwaj przyjaciele z zainteresowaniem śledzili jej ruchy:

Szybkimi krokami przemierzała pokój, załamując rozpaczliwie ręce.

— To ona — rzekł lord Lister. — Cóż jej się stało?

— Ba! prawdopodobnie scena z małżonkiem. Widać nie jest z nim szczęśliwa.

— Możliwe!

— Wygląda, jak ptak więziony w klatce.

— Ta kobieta cierpi mimo bogactwa, którem jest otoczona. Możnaby przyjść jej z pomocą?

— Myślisz znów o pomaganiu bliźnim, ty niepoprawny przyjacielu ludzkości?

— Będę musiał złożyć im sąsiedzką wizytę... Ale być może, że nie przyjmą mnie teraz?

Lord Lister przez kilka chwil przyglądał się płaczącej kobiecie, poczem udał się do garderoby.

Gdy wrócił do gabinetu — był ubrany wizytowo. Poprawił przed lustrem węzeł krawata i zatknął w butonierce prześliczną różę.

— Do widzenia, — rzucił swemu przyjacielowi na odchodnem.

— Prawdziwy z ciebie człowiek czynu! — rzekł z podziwem Brand.

Wkrótce potem Raffles pukał do wspaniałej kutej w żelazie bramy.

Otworzył służący w liberii. Lord Lister podał swą kartę wizytową, poczem nie czekając na wprowadzenie, począł iść szybko wysadzaną świerkami aleją. Aleja ta doprowadziła go do wąskiej kładki, przerzuconej lekko przez staw porośnięty sitowiem.

Po drugiej stronie stawu rosła grupka krzewów, z pośród których rozlegał się płacz kobiety.

Lord Lister rozsunął gałęzie, wyjrzała ku niemu blada twarzyczka, skąpana w łzach. Lady Daisy Montgomerry — gdyż była to ona — spojrzała ze zdumieniem na intruza.

— Proszę mi wybaczyć — rzekł Lord. — Pragnąłem złożyć pani zwykłą sąsiedzką wizytę i zbłąkałem się w parku.

Dama o złocistych włosach napróżno starała się opanować. Łkanie jej przerywały słowa:

— Madame, proszę dysponować moją osobą... Czy mogę pani w czymkolwiek pomóc?

— Tak... Niech mi pan dopomoże... — wyrwał się szczery okrzyk z jej piersi. — Niech mi pan pomoże uwolnić się od tego potwora o ludzkiej twarzy.

Zawstydzona i pełna przerażenia zakryła twarz dłońmi.

— Co pan o mnie myśli? — rzekła. — Muszę panu wytłumaczyć me postępowanie... Dźwięk pańskiego głosu wzbudza we mnie dziwne zaufanie.

Rozpoczęła swą smutną opowieść:

Ojciec jej, należący do starej szlacheckiej rodziny, popadł w długi karciane. Chcąc je pokryć — zaciągnął u Montgomerrego grubszą pożyczkę, za którą płacił lichwiarskie procenty. Podczas rokowań o pożyczkę — Montgomerry bywał często w ich domu; w czasie obiadów, na które go zapraszano, siadywał stale na przeciw niej, obrzucając ją pożądliwym spojrzeniem.

W tym czasie rodzina jej poczęła znów odzyskiwać dawną świetność. Długi spłacono, starszy brat Guinny wstąpił do służby wojskowej. Lecz szczęście trwało krótko, pewnego dnia okazało się, że Montgomerry skupił wszystkie zobowiązania jej ojca. Przedstawił je do zapłaty akurat wtedy, gdy zbiory były wyjątkowo słabe. Kilka niefortunnych operacyj giełdowych do reszty podkopało finanse. Na domiar złego brat Guinny wrócił pewnego dnia do domu i blady jak śmierć oświadczył, że przegrał 1000 funtów. Jego wierzycielem był... lord Montgomerry. Ze łzami w oczach błagał ojca, aby pomógł mu pokryć dług i niedopuścił do rozgłoszenia sprawy.

Ojciec zniżył się przed lordem Montgomerrym do prośby. Wysłuchał go z skrzyżowanymi ramionami i zażądał zastawu. Z rozdartem sercem — ojciec złożył mu bezcenne klejnoty rodzinę... Jako warunek postawił....

— Wiem jaki — przerwał jej lord Lister — Zażądał pani ręki?

Kiwnęła głową. Łza potoczyła się po jej policzku.

— Jeden Bóg wie, ile walk stoczyłam z sobą przed powzięciem decyzji... Ojciec mój chciał popełnić samobójstwo... Zdołałam na szczęście przeszkodzić temu w porę... Wypadek ten wstrząsnął mną do tego stopnia, że zgodziłam się poślubić lorda Montgomerry. Postawiłam jednak za warunek, aby klejnoty wróciły do mych rodziców. Lord obiecywał wypełnić to zobowiązanie natychmiast po zawarciu małżeństwa. Nie dotrzymał jednak słowa. Klejnoty jeszcze dotąd znajdują się w jego ręku.

— Czy przechowuje je u siebie? — zapytał lord Lister.

— Tak... Niedawno powierzył je jubilerowi do naprawy... odebrał je już i trzyma w podziemiach naszego pałacu.

— Istotnie sytuacja pani przedstawia się niewesoło — rzekł lord Lister. Być może że potrafię złemu zaradzić. Proszę w każdym razie liczyć na moją pomoc.

— Mój mąż nadchodzi... Śpieszę do mojego ojca, który przybył do nas niedawno w sprawie klejnotów.

Mówiąc te słowa uciekła w przeciwnym kierunku. Lord Lister wyszedł na spotkanie pana domu, który zdala wymachiwał już kartą wizytową lorda.

— Szukam pana wszędzie — zawołał — Musiał pan chyba spotkać moją żonę?

— Przed chwilą miałem zaszczyt poznać małżonkę pańską...

— Czy pan pozwoli ze mną do biblioteki?

— Chętnie...

Lord Montgomerry z jękiem usiadł w fotelu. Wyciągnął sztywno swą bolącą nogę.

— Czy lady Montgomerry jest cierpiąca? — zapytał Lister.

— Być może... Chyba jedna z jej częstych migren... Nie przejmuję się tym zbytnio — odparł czuły małżonek.

Lord Lister rozejrzał się dookoła. Na masywnym hebanowym biurku stała inkrustowana perłami kaseta.

— Czy tu przechowuje pan swe kosztowności? — zapytał.

— Broń mnie Boże! — zawołał lord Montgomerry — Przechowuję je w podziemiach, w opancerzonej skrzyni.

Rozmowa przeszła na wyścigi i polowania. Na pożegnanie lord Montgomerry zaprosił Listera na przyjęcie, mające odbyć się w przyszłym tygodniu. Oczy Listera rozbłysły: ułatwiało to jego plany.

— Liczymy na pana — dodał Montgomerry — Mam nadzieję, że zaszczyci nas pan swą obecnością?

— Nie omieszkam skorzystać z tak miłego zaproszenia.

Lokaj otworzył bramę.

Odchodząc ujrzał Lister w głębi parku blond damę, wspartą na ramieniu siwego, wytwornie wyglądającego gentlemana.

— — — — — — —

Charles Brand z niecierpliwością oczekiwał powrotu swego przyjaciela.

— Sądząc z twej zasępionej miny, dowiedziałeś się o jakichś przykrych rzeczach — rzekł.

— Tak jest w istocie — odparł Lister, kładąc do kieszeni jakieś przedmioty wyjęte z szuflady biurka.

— Powiedz mi co się stało? — błagał Charley.

Ale Raffles nie miał humoru do gawęd.

— Wychodzę — rzekł — Czy chcesz mi towarzyszyć?

W spelunce Cyklopa

W dzielnicy, gdzie gnieżdżą się męty Londynu, w jednym z najbrudniejszych zaułków, wznosił się odrapany ponury dom.

W nocy dzielnica ta stawała się terenem bójek krwawych i nożowych rozpraw.

 

W starym domu przy końcu uliczki, zbutwiałe schody wiodły w dół, do piwnicy, gdzie mieścił się podejrzany szynk.

Jakiś młody dobrze ubrany człowiek zstępował po tych schodach. Na dole, dotykając poomacku wilgotnych ścian, doszedł do miejsca słabo oświetlonego nikłym płomykiem. Zapukał trzy razy do drzwi. Odsunięto zasuwy i wpuszczono go do środka. Powitały go głośne okrzyki. Odpowiedział uchyleniem czapki i lekkim ukłonem.

— Te, gdzieś podział twój cylinder? — zawołał jakiś osobnik o przerażającym wyglądzie. — Zwykła czapka nie pasuje do twej twarzy...

Nie dosłyszał tych słów w gwarze zmieszanych głosów. Zamiast odpowiedzi rzucił w tłum garść złotych monet.

— Hej, Cyklopie — zawołał dźwięcznym głosem — Prędzej, butelkę whisky!

Gospodarz, ślepy na jedno oko i dlatego Cykloppem przezwany, zbliżył się spiesznie.

Duża latarnia o zielonych szkłach zwisała z brudnego pułapu i rzucała ponure światło na okrutne twarze gości.

— Hurra, niech żyje Jasny Jimmy!

Cyklop powrócił niosąc szklanki na tacy. Wyglądał okropnie: jedyne jego nabiegłe krwią oko spoglądało podejrzliwie z czerwonej obrzękłej twarzy, chwiejącej się na zbyt cienkiej i długiej szyi. Był wysoki i bardzo silnie zbudowany.

Wszyscy obecni trącili się szklankami.

— Oto piękny dzień — rzekł drugi mężczyzna, Charly, zwany Monterem.

— Gadaj lepiej co cię za szczęście spotkało? Rozprułeś może kasę banku?

Młody człowiek zaczerwienił się.

— Czekaj łobuzie... pokażę ci, jak się kończy, kiedy mnie się zaczepia.

Rozdzielił ich Cyklop.

— Zostaw go, to jeden z naszych! — dodał uspakajająco — Siadaj z nami, Jimmy!

Nagle w świetle migocącej lampy Jimmy dostrzegł w kącie jakąś skurczoną postać.

— A ty czego tam siedzisz samotnie, Harry?... Chodź, napij się z nami!

— Ciągle jeszcze wzdycha do Józi, co go puściła kantem — zaśmiał się drugi.

Nagle skurczony człowiek wyprostował się i skoczył do mówiącego.

— Psie — wrzasnął. Żyły jak postronki nabrzmiały na jego czole.

Chwycił Sama za gardło. Bójka rozpoczęła się na dobre. Słychać było tylko krótki świszczący oddech obydwu walczących.

— Dość tego — zabrzmiał nagle jakiś głos.

Rozstąpili się wszyscy.

— Tajemniczy Nieznajomy! — rozległ się szept pełen szacunku.

Wytwornie, wieczorowo ubrany mężczyzna pojawił się nagle w tym dziwacznym otoczeniu. Górną część twarzy jego kryła maska. Dwoje czarnych oczu płonęło w twarzy tej niezwykłym blaskiem. Nie mówiąc słowa powiódł wzrokiem po zgromadzonych. Spokojnym krokiem przeszedł pomiędzy zapaśnikami i zniknął za kotarą.

Cyklop z trunkami na tacy podążył w ślad za nim. W jednej chwili zapomniano o bójce — i Harry, jak wielki smutny ptak, powrócił do swego kąta.

Zaskrzypiały zawiasy drzwi.

— Jimm i Jack do mnie! — zawołał Cyklop.

Obydwaj wezwani usłuchali śpiesznie. Gdy zamknęli za sobą drzwi znaleźli się w wąskim korytarzu, w którym musieli się posuwać gęsiego.

— Możemy być dumni, że szef właśnie nas wybrał...

— Zamilcz lepiej... — uspokoił go drugi.

Zapukali do drzwi.

— Proszę wejść — odpowiedział metaliczny głos.

Weszli. Nagle znaleźli się w eleganckim pokoju. Podłoga wyłożona była dywanami i skórami zwierząt. Umeblowanie stanowiły ciężkie meble z pięknego dębu. Na stole stała nietknięta kolacja i wino, wniesione przez Cyklopa.

— Dobry wieczór — rzekł John Raffles z za biurka.

Na biurku tym, na specjalnej tacy leżały przyrządy, służące do włamań.

— Usiądźcie — dodał, częstując ich cygarami. — Planuję poważną wyprawę. Oczywista idzie o włamanie. Czy macie wszystkie potrzebne do tego instrumenty?

Jack zaśmiał się spoglądając pożądliwie na nowiutkie, lśniące przyrządy, które leżały na biurku.

— Podczas ostatniego włamania źle mi się powiodło — rzekł — Spłoszyli mnie i musiałem czym-prędzej uciekać. Zostawiłem im wszystkie narzędzia, wszystkie wytrychy...

John Raffles wziął z biurka instrumenty i podzielił je między Jacka i Jimma.

— Przejdźmy teraz do samej sprawy — rzekł — Chodzi o włamanie do pałacu lorda Montgomerry... W podziemiu, którego okna są okratowane, w opancerzonej skrzyni przechowuje lord bezcenną biżuterię. Jutro lord wydaje wielkie przyjęcie. Najlepszym momentem do dokonania kradzieży będzie czas między jedenastą a pierwszą w nocy.

Przez parę chwil naradzał się cicho z obu przyjaciółmi, poczem pożegnał ich.

— Pozbawimy cię, mój przyjacielu, części majątku, z którego robisz zły użytek — rzekł do siebie, gdy został sam w pokoju. — Pomożemy rodzinie Bassing odzyskać ich klejnoty...

Zegar wybił godzinę dwunastą. Za oknami szalała burza. Raffles wyjął z szuflady biurka arkusik papieru listowego, w którego rogu widniały w otoczeniu stybilizowanych narzędzi złodziejskich literki J.C.R. Umoczył pióro w kałamarzu z trupiej czaszki, napełnionym czerwonym atramentem. Gdy skończył pisać, nacisnął dzwonek. W tej samej chwili na progu ukazał się Cyklop.

— Zanieś szybko list ten do skrzynki — rozkazał krótko — i każ tym ludziom przyjść do mnie. Musimy przerobić eksperyment z trawiącym metale płynem. Jack i Jimm zjawili się natychmiast i odrazu wzięli się do dzieła. Oparli o ścianę kwadrat z grubego metalu. Powlekli powierzchnię specjalnym płynem poczem zbliżyli płomień palnika. Z sykiem metal dał się ciąć przez całą swą długość.

— Czy mamy zabrać ze sobą metalowe tuby?

— Nie — odparł spokojnie Raffles — w piwnicy znajdziecie palenisko gazowe.

Gdy rozstali się ze sobą, do okien zaglądał szary świt.

Rapsodia Liszta

— Ach lordzie Hoensbrook — pod tym bowiem nazwiskiem Raffles został zaproszony na przyjęcie do lorda Montgomerry.

— Wiem, że jest pan zwolennikiem reform socjalnych. Nie wiem tylko dlaczego?

— Uważam je za konieczne — odparł krótko — Jest niesprawiedliwe, że niektórzy ludzie żyją w zbytku, podczas gdy inni umierają z głodu.

— Nie będziemy dyskutować na ten temat. Siadajmy do stołu. Wolę pasztet truflowy, ostrygi i szampana od wszelkich reform.

Zmieszali się z tłumem gości. Wszystkie salony były rzęsiście oświetlone. Służba przesuwała się cicho i sprawnie. Wyżsi oficerowie, bogaci wieściciele ziemscy, artyści i uczeni zebrali się dnia tego u lorda Montgomerry.

Wybitna uroda lady Daisy przyciągała wszystkie spojrzenia. W zielonej mocno wydekoltowanej sukni, lady Montgomerry czyniła honory domu z wdziękiem i prostotą. Jej piękne melancholijne oczy szukały wzroku Listera.

Kolacja miała się ku końcowi.

Goście przeszli do salonu, Lister natomiast wyszedł na balkon. Ktoś z ulicy cicho gwizdał fragment znanej rapsodii Liszta. Oparty o palmę, Lister poczekał chwilę, poczem zagwizdał tę samą melodię. Wrócił do salonu, gdzie dyskutowano żywo nad zasługami Gounoda i Berlioza.

— Czy będziemy mieli szczęście dziś usłyszeć panią?

— Oh, ja nie jestem wirtuozką — odparła lady Montgomerry.

— Tem niemniej otrzyma pani rzęsiste brawa — rzekł Lister z ukłonem...

— Nie znoszę pochlebstw...

— Niechże pan nam coś zagra! — ozwały się liczne głosy, molestujące Listera.

Raffles uległ prośbom i usiadł do pianina.

Mężczyźni zbliżyli się, aby lepiej słyszeć.

Przebiegł palcami po klawiaturze.

Z za portiery dochodziły zmieszane głosy, w których poznał natychmiast głos gospodarza.

— To niesłychane... poprostu wierzyć trudno...

— Tak — odparł Montgomerry — właśnie dziś otrzymałem czarny list.

— Cóż to takiego? — zapytał zaintrygowany młody porucznik.

— Za każdym razem gdy John C. Raffles, sławny włamywacz, planuje nowe włamanie, przysyła list ostrzegawczy.

— A... to bardzo pięknie z jego strony! I pan...

— Ciszej, nie trzeba niepokoić kobiet! Oczywista natychmiast wezwałem detektywa, który strzeże podziemi.

Oczywista, że ta ostrożność jest dziś zbędna, ponieważ cały dom pełen jest ludzi. Ale ostrożność jest matką bezpieczeństwa.

Hoensbrook uśmiechnął się.

— Lordzie Hoensbrook, co nam pan zagra dzisiaj? — zapytała jakaś dama.

— Czy życzy pani sobie, abym zagrał rapsodię Liszta?

Rozpoczął grać. Grał świetnie i z dużym uczuciem. Gdy skończył obsypano go komplementami.

Z kolei do fortepianu usiadła jakaś młoda panna.

Raffles skorzystawszy z momentu, wymknął się niepostrzeżenie z salonu.

Zuchwałe włamanie

Raffles minął salony i spokojnym krokiem zaczął zstępować w dół po wysłanych dywanem schodach. Nie spostrzeżony przez nikogo dotarł do drzwi podziemia, gdzie mieściła się kaseta z biżuterią

. Otworzył drzwi wytrychem i wszedł do środka. Promienie księżyca zaglądały przez okratowane okna. W bladym ich świetle ujrzał dwuch ludzi, odwróconych doń plecami. Klęcząc na ziemi, rozkładali złodziejskie narzędzia.

Hoensbrook stanął przed nimi.

— Bierz narzędzia, Jimm — rzekł jeden z nich do drugiego. Mistrz może się zjawić lada chwila.

— Oto i on — rzekł Raffles.

Włamywacze drgnęli instynktownie na dźwięk głosu i w pierwszej chwili chcieli rzucić się na mówiącego.

— O mistrzu! — rzekł Jack. — Myślałem, że to detektyw depcze nam po piętach.

— Czy zastosowaliście się do moich instrukcyj? — zapytał Tajemniczy Nieznajomy.

— Tak, — odparł Jimm cicho. — Przepiłowaliśmy kratę w oknie, podczas gdy pan grał na fortepianie. Tak jak pan to przewidział, nie mogliśmy wejść drzwiami, które były strzeżone przez dwuch ludzi.

Raffles uśmiechnął się.

— Czy wstawiliście kratę przepiłowaną z powrotem?

— Tak — odpowiedzieli.

Raffles potknął się o jakieś ciało, leżące na ziemi. Przyjrzawszy się mu bliżej rozpoznał detektywa.

— Kto to zrobił? — zapytał Raffles krótko.

Jack zwrócił się do niego.

— Co to jest? — zapytał.

— Chloroform.

— W takim razie nie prędko się obudzi.

— O, nie będzie to takie łatwe. Uderzyłem go w głowę moim kastetem.

Raffles odwrócił się

— Czy nie mogliście inaczej rozprawić się z detektywem? — zapytał Raffles, kładąc człowieka w wygodniejszej pozycji.

— W żaden sposób. Przed drzwiami stała służba. Z podziemia dochodził nas odgłos kroków. Wychyliłem się nad oknem przez które postanowiliśmy przejść, Jimm zaś zagwizdał aby zwrócić uwagę detektywa. Policjant otworzył okno nadsłuchując. W tej samej chwili skoczyłem do niego i przyłożyłem do nosa gąbkę nasyconą chloroformem. Upadł w tył nie wydawszy nawet okrzyku. Dla wszelkiej pewności uderzyłem go jeszcze w głowę.

— Dobrze, nie będziemy się nim więcej zajmować. A teraz do dzieła chłopcy — rzekł mistrz zdejmując frak. — Zasłońcie czapkami okno, ażeby światło nie przedostawało się na zewnątrz.

Jedwabną chusteczką nakrył dziurkę od klucza.

Jack oglądał zamek u kasety. Jimm rozwinął aparat, Raffles zaś stanąwszy na krześle począł wypróbowywać przewód gazowy.

— Daj mi rurkę kauczukową — rzekł cicho.

— Nareszcie znalazłem miejsce spojenia w kasecie — rzekł Jack.

— Zabierzmy się więc do roboty — rzekł Raffles z uśmiechem.

Twarz miał przykrytą czarną maską — oczy jego błyszczały z zapałem.

— Podajcie mi substancję trawiącą — rzekł zbliżając się do kasety.

Jimm wręczył mu malutką paczuszkę. Raffles powlókł spojenie tą substancją podczas, gdy Jack trzymał w pogotowiu rurkę gazową i miech. Wytworzył się płomień o niezwykłej sile.

— Poszukaj przyrządu, Jimm — rozkazał Raffles nie odwracając się — i zwróć uwagę na drzwi, czy nie słychać stamtąd żadnego podejrzanego hałasu. A teraz Jack ognia i to szybko!

Raffles chwycił za rurkę. Płomień o wielkiej sile destrukcyjnej z wściekłością zaatakował miejsce, w którym kaseta powleczona została żrącym płynem. Raffles pracował w milczeniu. W całym podziemiu, panowała śmiertelna cisza. Słychać było jedynie syk płomienia. Jimm nadsłuchiwał przy drzwiach Jack pilnie obserwował pracę, mistrza. Oczekiwał tylko rozkazu, aby wprowadzić łom do szczeliny.

— Prędko dźwignie, Jack! — rzekł Raffles.

Walka ognia z żelazem dobiegała ku końcowi. Ogień zwyciężył i otwór znaczył się w metalowej ścianie. Jack usłuchał rozkazu.

 

— Ostrożnie — ostrzegł Raffles i sam chwycił narzędzie.

Jeden wstrząs, lekkie trzaśnięcie i kaseta została otwarta.

Raffles obejrzał jej wnętrze. Znajdowało się w niej około 5.000 funtów. Sądząc z szczupłości tej sumy lord umieścił widocznie swoje kapitały uprzednio w banku. W kącie leżało małe pudełko fijołkowego aksamitu. Raffles otworzył je i wspaniały klejnot rodzinny Daisy rozbłysł w jego oczach. — Wyjął z kasety plik banknotów i zwrócił się do dwóch członków bandy, którzy śledzili ruchy jego z pożądliwością.

— Podzielimy się — rzekł i rozdał im całą sumę.

Rozpłynęli się w podziękowaniach. Za swój trud zostali sowicie wynagrodzeni.

Raffles włożył z powrotem swój frak i z całym spokojem ukrył pudełeczko w kieszeni swej kamizelki.

Upewniwszy się uprzednio, że nikogo nie ma na schodach opuścił podziemie i wszedł na górę. Niebawem znalazł się już na balkonie. Oparty plecami o ścianę, robił wrażenie człowieka rozkoszującego się czarem letniej nocy.

Spojrzał na ulicę. Dwie czarne postacie wysunęły się z parku, otaczającego plac i szybko znikły w ciemnościach.

— Ach to pan, lordzie Hoensbrook... Podziwia pan księżyc podczas gdy kobiety tęsknią za panem.

Z temi słowy zbliżył się doń pewien obywatel ziemski.

— Czy wie pan, że dla zabawienia pań sprowadzono wróżkę. Wystąpi ona o godzinie, gdy duchy nawiedzają naszą ziemię.

— Wiem, — odpowiedział obojętnie. — Lady Montgomerry opowiedziała mi kiedyś o tym.

— Jakie to wszystko głupie — rzekł młody człowiek, częstując go papierosem. Tyle jeszcze ludzi wierzy w duchy.

— Tak, wiedza tajemna ma bardzo wielu zwolenników nawet między uczonymi — rzekł Raffles, wdając się ze swym rozmówcą w długą dyskusję na temat spirytyzmu.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?