Intryga i miłość

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kurt Matull, Matthias Blank

Intryga i miłość

CYKL: LORD LISTER. TAJEMNICZY NIEZNAJOMY

tłumacz nieznany

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: Autor nieznany, 24 sierpnia 1939 (all series in German: Lord Lister, genannt Raffles,

der grosse Unbekannte, consisted of 110 parts and was firt published from 1908 to 1911),

licencja public domain, źródło: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/c/c9/PL_Lord_Lister_-04-_Intryga_i_miłość.jpg/975px-PL_Lord_Lister_-04-_Intryga_i_miłość.jpg

Plik rozpoznano jako wolny od znanych ograniczeń praw autorskich,

włącznie z prawami zależnymi i pokrewnymi.

Tekst wg edycji:

Kurt Matull, Matthias Blank

Tygodnik Przygód Sensacyjnych

Lord Lister - Tajemniczy Nieznajomy

Intryga i miłość

Wyd. Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o.

Łódź 1937

Zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-885-3

Markiz di San Balbo

Zbliżał się wieczór. Myśliwi i ich psy powrócili już do domu. W Rastinghouse, siedzibie lorda Clifford, przygotowywano się do kolacji. Wielki hall tego feudalnego pałacu, przytłaczającego wielkością i bogactwem, był jeszcze pusty. Jakiś wysoki i elegancki mężczyzna w nieskazitelnym smokingu niedbałym krokiem schodził z wspaniałych marmurowych schodów, przykrytych puszystym dywanem.

Jasna główka kobieca, dotychczas niewidzialna z powodu panującego półmroku, zarysowała się na tle głębokiego fotela. Dwoje błękitnych oczu o kolorze szafirów lękliwie i pytająco zwróciło się w stronę przybysza. — Czy przeraziłem panią, miss Goar? — zapytał z uśmiechem. — Może przypuszczała pani, że budzący powszechny lęk John Raffles postanowił skraść złoto pani włosów?

Na widok nieznajomego dziewczę podniosło się z fotelu. Była wysoka i smukła. Zakłopotanie odbiło się na jej twarzy. Nie wiedziała w jaki sposób się zachować wobec tego człowieka, który, stojąc tuż obok niej, wypielęgnowaną dłonią gładził jedwabistą czarną brodę.

— O nie, markizie. Poznałam pana odrazu. Nie wiem jednak czemu to przypisać, że tak często spotykamy się w tym domu tak pełnym gości i tak obszernym. Być może, przeznaczenie stawia pana na mej drodze.

Nieznajomemu, który nie spuszczał z niej oka wydawało się, że łza potoczyła się po jej policzku.

— Chciałbym, miss, aby ten zbieg okoliczności odpowiadał pani życzeniom — rzekł głosem w którym przebijało lekkie wzruszenie. — Chciałbym również, aby oczy pani straciły wyraz smutku, który spostrzegam w nich obecnie.

Złożył długi pocałunek na delikatnej ręce dziewczyny.

— Nie mogę zrozumieć — podjął dalej — jakie może mieć pani powody do smutku. Wszyscy panią kochają i szanują. Jest pani pod opieką człowieka zacnego, starego pułkownika Goara..

Miss Florence potrząsnęła głową i przezwyciężywszy silne wzruszenie rzekła.

— Nie sądziłabym, że pan da się równie łatwo, jak inni, uwieść pozorom.

Zaskoczony tym nieznajomy spojrzał na młodą dziewczynę i odparł z uśmiechem.

— Nie wolno zbyt wiele folgować swej wyobraźni, droga pani. Istotnie zwróciłem uwagę na coś, czego niezawodnie nie spostrzegli pozostali. Będę bliskim prawdy, jeśli powiem, że przyczyną pani smutku jest jeden z pani bliskich krewnych?...

— Tak — odparła dziewczyna. — Jeśli nikt nie przyjdzie mi z pomocą, jestem zgubiona — rzekła wybuchając nagle płaczem.

— W żyłach markiza di San Balbo płynie krew dawnych rycerzy — rzekł nieznajomy, ujmując z czcią rękę młodej dziewczyny. — Pradziad mój dla kobiety pozwolił pogrążyć się we wrzącej oliwie. Choć czasy obecne są mniej groźne i nie wymaga pani ode mnie tego rodzaju dowodu oddania — jestem zawsze duszą i ciałem do pani dyspozycji.

Miss Florence cofnęła się. Męska piękność nieznajomego, który spoglądał na nią swymi niespokojnymi czarnymi oczyma wzbudzała w niej zaciekawienie i niepokój. Zrozumiała nagle, że uczucie onieśmielenia, które odczuwała stale w obecności tego człowieka było niczym innym niż zapowiedzią gorącej miłości. Skonstatowanie tego faktu kazało jej na chwilę zapomnieć o przyczynach smutku. Ale Amerykanin, o którym opowiadano, że posiadał w Vuelta Abajos plantacje wartości wielu milionów, zachęcił ją do wyspowiadania się ze swych zmartwień.

Historia jej była krótka. Mister Goar, były pułkownik armii brytyjskiej, stary żołnierz, uważany powszechnie za uczciwego i szlachetnego człowieka — był w rzeczywistości nędznikiem, który upatrzył sobie na ofiarę młodą dziewczynę. Od chwili gdy siostrzenica jego wyszła z okresu dzieciństwa, prześladował ją swymi czułościami z uporem starego rozpustnika. Doszło nawet do tego, że pewnego wieczoru, odprawiwszy całą służbę, przemocą usiłował zaspokoić swoje niecne żądze. Nie znaczyło to bynajmniej, że chciał ją poślubić. Nie przyszło mu to nawet na myśl. Chciał poprostu uczynić z niej swą kochankę, aby potem wygnać ją, jak zwykłą dziewkę, gdy przestanie mu się już podobać.

— Miałam pokojówkę, która była oddana i wierna — ciągnęła dalej przerywanym przez łkanie głosem. Parę dni przed wyjazdem naszym do zamku lorda Clifforda, nędznik ten oskarżył moją biedną Betty o kradzież i na zasadzie tego fałszywego oskarżenia wtrącił ją do więzienia. Znalazłam się obecnie zupełnie bez opieki i dreszcz mnie przejmuje na myśl o tym, że będę musiała powrócić sama z tym człowiekiem do naszych włości. Ale żywa nie wpadnę w jego moc — dodała z nerwowym śmiechem. — Wolę raczej śmierć niż hańbę.

Markiz di San Balbo zbladł jak ściana. Z wysiłkiem poskromił błyskawice, jakie rzucał jego wzrok i rzekł po chwili ciszy:

— Nie rozumiem jednej rzeczy. Jest pani bogata, — jak mi powiedziano, posiada pani dużą fortunę. Nie jest więc pani na łasce tego człowieka. Czy istnieje jakiś wzgląd rodzinny, który mi nie jest znany a który nie pozwala pani opuścić domu tego łotra?

— Byłam bogata, to prawda — odparła wybuchając na nowo płaczem — rodzice moi pozostawili mi duży majątek, o którym pan wspominał. Ale człowiek ten wyzuł mnie z mej ojcowizny. Na własne oczy widziałam testament mego ojca, czyniący mnie jedyną spadkobierczynią. Ojciec mój pozostawił mej dobrej woli i mej dobroci wydzielenie z tej sumy legatów dla dalszej rodziny... Dokument ten znikł. Zamiast niego znaleziono po śmierci mego ojca inny testament. Mój wuj został w nim mianowany jedynym administratorem całości mego majątku. W akcie tym przedstawiono mnie jako istotę lekkomyślną, rozrzutną i niepotrafiącą dysponować własnymi pieniędzmi. Mister Goar został wykonawcą testamentu. Winien mi on zapewnić mieszkanie i utrzymanie, odpowiadające mej klasie społecznej. Nigdy natomiast nie wolno mi żądać zwrotu majątku. Jedynie na wypadek mego małżeństwa cały majątek miał przejść na moje dzieci.

— W ten sposób nędznik skonstruował sobie bardzo wygodne gniazdko — rzekł markiz głosem drżącym z gniewu. — Teraz poznaję w przypadku, który nas zbliżył rękę Opatrzności. Po wizycie tutaj w Rastinghouse niech pani wraca spokojnie ze swym wujem do Kilburti. Może pani być pewną że on nie odważy się więcej narzucać pani ze swymi czułościami, ani też nie uczyni żadnej propozycji obraźliwej. Pójdę dalej: okaże on się nawet szczęśliwy, jeśli raczy mu pani zachować serce i odrobinę litości!

— Czy naprawdę? Czy chce pan mi pomóc — spytała z niedowierzaniem i radością. — O, niech mi pan powie, co zamierza pan czynić? Czy wie pan coś o moim wuju?

Nie zdążyła jednak usłyszeć odpowiedzi. Markiz ścisnął serdecznie jej dłoń. W oczach jego malowała się cicha obietnica wierności.

Dawna intryga

W tej chwili właśnie elegancka brunetka schodziła ze schodów i weszła do hallu. Wspaniała jej wieczorowa suknia pozwalała podziwiać szlachetną linię jej pleców i szyi.

Madame Mabel Merton nie była wcale starsza od miss Goar, lecz rysy jej twarzy zdradzały nerwowość i usposobienie porywcze. Brak jej było dziecinnej słodyczy i wdzięku, który zdobił twarzyczkę młodej blondynki. Brazylijczyk, który jak sam twierdził, był ostatnim potomkiem starej rodziny hiszpańskiego pochodzenia, wydawał się ślepy na tę ukazującą się piękność kobiecą. Twarz jego przybrała zimny wyraz gdy wytwornie odziana dama zwróciła się doń z zapytaniem:

— Jakie jest pańskie zdanie o zbrodniach, które poruszyły ostatnio całą naszą stolicę?

— Nie wiem o czym pani mówi madame? — rzekł z roztargnieniem, odprowadzając oczyma oddalającą się miss Goar. — O zbrodniach?... — Mój Boże, tyle się ich teraz popełnia...

Młoda dama nie zdążyła odpowiedzieć, gdy w hallu pojawił się lord Clifford. Był to piękny starzec o siwej wspaniałej czuprynie.

— Drogi markizie, powinien pan domyśleć się łatwo, — rzekł, wtrącając się do rozmowy. — Nasza przemiła przyjaciółka myśli prawdopodobnie o zdumiewających historiach, które opowiadają o Rafflesie, owym królu włamywaczy.

— Raffles?... — markiz uśmiechnął się — istotnie słyszałem o nim bardzo wiele! Czyż nie jest to ten sam tajemniczy osobnik, który popełnia najdziwaczniejsze kradzieże w domach prywatnych, oznajmiając uprzednio o swoim przyjściu?

— Otóż to właśnie... opowiadają, że pochodzi on ze starej arystokratycznej rodziny angielskiej. Uchodzi za zaginione dziecię owej ongiś bardzo sławnej rodziny. Listy swoje podpisuje zawsze nazwiskiem John C. Raffles.

 

— Ten tajemniczy złoczyńca zachowuje się w sposób conajmniej dziwny! Chciałbym jednak wiedzieć, ile prawdy jest w tych wszystkich plotkach, być może, że jest to tylko dziełem przypadku, owo podpisywanie listów jednym nazwiskiem. Skąd pewność, że sprawca najrozmaitszych czynów jest jedną i tą samą osobą. Widzę w tym głód sensacji i talent reporterów, którzy sami stworzyli romans policyjny.

Lord Clifford potrząsnął głową, nie zgadzając się widocznie ze swym przedmówcą. Natomiast Mabel Morton, która nie spuszczała z Brazylijczyka oka odparła zaczepnie:

— Pańska hipoteza, wyjaśniająca wyczyny sławnego włamywacza, mogłaby istotnie uspokoić zatrwożonych ludzi. Niestety, jest ona sprzeczna z rzeczywistością. W wypadkach powszechnie znanych, jak kradzież klejnotów u księcia Kensingtona oraz u lorda Montgomerry, — listy oznajmiające o zamiarach sprawcy nadeszły zaledwie na parę godzin przed ich wykonaniem.

Lord Clifford miał zamiar odpowiedzieć, lecz spojrzawszy uważnie na dyskutujących zamilkł ostrożnie. Miał wrażenie, że poza ostrymi słowami sporu na całkiem obojętny temat kryje się jakaś intryga miłosna. Postanowił więc zostawić obydwoje samych, aby mogli porozumieć się swobodnie. Przeprosiwszy gości, zniknął za drzwiami znajdującej się w pobliżu biblioteki. Zaledwie zdążył zamknąć za sobą drzwi, gdy Mabel Morton, zbliżywszy się do markiza, szepnęła mu zduszonym głosem:

— Tym razem nie ujdziesz. Muszę wiedzieć jak sprawy stoją. Czy sądzisz, że nie widzę jak usilnie starasz się znaleźć zawsze w towarzystwie tej dzierlatki Florence Goar? Nie zapominaj, że mam do ciebie prawa, i że będę ich broniła do ostatniego tchnienia! Raulu — błagała wyciągając do niego ręce — Nie bądź okrutny i nie opuszczaj mnie! Nie mogę żyć bez ciebie!

Zatrzymała się. Twarz markiza znieruchomiała.

Spostrzegłszy, że mimo jej błagań pozostał zimny i głuchy, poczęła grozić.

— Nie dopuszczę do tego, abyś kochał inną! Zemsta moja dosięgnie was oboje!

Blada jej twarz nabrała takiego wyrazu dzikiej nienawiści, że markiz cofnął się o krok. W tej chwili do hallu weszła lady Clifford ze swą córką Lilith i przyjaciółką jej, bogatą amerykanką Miss Ellen Graven. W mgnieniu oka hall napełnił się gośćmi. Lord Clifford skończył już pisanie listu w bibliotece i zjawił się w hallu razem z pułkownikiem Goar, wspartym na ramieniu sir Edwarda Toustona. Natychmiast za byłym wojskowym o jowialnej dobrodusznej twarzy, zjawił się lord Emmering wiodący miss Florence Goar.

Zjawa karła

Po skończonym posiłku, goście podnieśli się od stołu i przeszli z powrotem do hallu.

— To dość niemiła historia — rzekł Clifford do sir Edwarda Toustona, częstując go cygarem. — Plotki o tajemniczym złodzieju niepokoją mnie trochę. Jak panu wiadomo, jestem pełnomocnikiem wszystkich właścicieli ziemskich naszego hrabstwa i w ich imieniu zawarłem bardzo ważną umowę z rządem w sprawie przekopu kanału. Jutro w domu moim nastąpi zapłata sumy za wywłaszczone tereny, sumy niemałej, bo wynoszącej około stu tysięcy funtów sterlingów. Gdyby chodziło tylko o mnie, wpłaciłbym je natychmiast do banku. Lecz mam tu do czynienia z całym szeregiem drobnych właścicieli, którzy nie mają zaufania do czeków, i im trzeba dać gotówkę. Dlatego też muszę trzymać pieniądze u siebie, coprawda w kasie ogniotrwałej. Ale wiem z doświadczenia, że przed zdolnym włamywaczem nic się nie ostoi i dlatego muszę przyznać, że jestem niespokojny.

— Ależ nie wierzy pan chyba w głupstwa, które opowiada się, milordzie — odparł sir Edward Touston, były oficer marynarki. — Niech pan uzbroi służbę w rewolwery, spuści na noc psy. Wreszcie jeśli to nie wystarcza, niech pan zawezwie kilku detektywów z Londynu, dla strzeżenia kasy.

Lord Clifford wstrząsnął głową. Argumenty te nie zwyciężyły go bynajmniej. W tej chwili zbliżył się do nich pułkownik Goar, zapytując co było tematem ich tak żywo prowadzonej rozmowy.

— Mówiliśmy o sławnym złodzieju, o którym opowiadają cuda — odparł lord Clifford, dzieliłem się z sirem Edwardem memi obawami, spowodowanymi koniecznością przechowywania w domu wielkiej sumy pieniędzy.

— Wielkiej sumy pieniędzy? — powtórzył pułkownik Goar i oczy jego zabłysły pożądliwie.

— Tak — rzekł lord Clifford — około stu tysięcy funtów.

— Sto tysięcy funtów? — powtórzył mimowoli pułkownik. Siwe jego wąsy najeżyły się ze wzruszenia.

Dyskusja na temat Rafflesa stała się po chwili ogólną. Śmiano się trochę z obaw starego lorda. Zwłaszcza z całego serca śmiała się Lilith, czarująca brunetka, której uroda mogła skutecznie walczyć o palmę pierwszeństwa z wdzięczną miss Florence Goar.

— Mam wrażenie, śmiała się Lilith, — że okaże się on dość szarmancki, aby mnie nie ukraść.

— O, niezawodnie — rzekł markiz di San Balbo, który dotychczas przysłuchiwał się w milczeniu rozmowie owych pięknych dziewcząt. — Gentleman, który podobno pochodzi z jednej z najstarszych arystokratycznych rodzin starej Anglii, musi się zachować elegancko wobec kobiet.

— O — zawołała Lilith — moglibyśmy się łatwo o tym przekonać. Markiz obiecał nam wczoraj urządzić mały seans spirytystyczny. Nic łatwiejszego niż wywołać ducha tego sławnego złoczyńcy.

— Ależ to niemożliwe — szepnęła malutka miss Elen Graven — my w Ameryce często wywoływaliśmy duchy, ale nie udało nam się nigdy rozmawiać z duchem człowieka żyjącego. Musiałby koniecznie nie żyć.

— Nic łatwiejszego! — odparł sir Edward Touston — żabijemy najpierw Rafflesa, potem zaś zapytamy go o to.

— Sądzę, że możemy w tej sprawie zwrócić się do markiza — rzekła Mabel Morton — Jeśli on zechce, potrafi zmusić do rozmowy owego filuta. Czyż nieprawda, panie di San Balbo?

Brazylijczyk zastanowił się przez chwilę, poczem skinąwszy twierdząco głową, odparł nie spoglądając na swych słuchaczy:

— Dla dokonania tego eksperymentu poproszę szanownych zgromadzonych, aby przeszli do apartamentów, znajdujących się na wyższym piętrze. Jest tam bowiem salon cały wybity żółtym jedwabiem z prześlicznym widokiem na staw. Niech się państwu nie zdaje, że duchy mogą przebywać chętnie w każdym pokoju. Trzeba wybrać w tym celu pokój o specjalnie harmonijnych wymiarach. Ponadto powinien on możliwie tłumić wszelkie głośne dźwięki, ponieważ świat duchów nie lubi objawiać się w zbyt hałaśliwej formie. Jednym słowem wszystko musi się odbyć w największej ciszy i skupieniu. Jeśli nasz miły gospodarz nie ma nic przeciwko temu, możemy udać się natychmiast do tego pokoju.

Uroczyste wzruszenie ogarnęło obecnych. Wiedza tajemna miała wówczas wielu adherentów w Anglii i z pewnością nie znalazł się nikt w tym towarzystwie, ktoby kategorycznie wykluczył wszelką możliwość komunikowania się z duchami.

Służący wynieśli szybko z żółtego salonu wszystkie meble, zostawiając tylko dla widzów parę foteli oraz stół nakryty czarnym aksamitem w środku. Przy stole na tym wysokim taburecie, podwyższonym jeszcze kilkoma poduszkami, usiadł markiz di San Balbo. Pałac oświetlony był elektrycznością, dostarczaną przez wielkie dynamo, którego głuchy szum dochodził poprzez grube mury aż z piwnicy.

Prócz jednego, zgaszono wszelkie światła.

W sali panowała zupełna cisza. Zgromadzeni goście, należący do najwyższych sfer angielskich z powagą, która graniczyła z komizmem oczekiwali na zdarzenia, mające nastąpić. Mały stół, przykryty czarnym aksamitem, począł nagle pod dłońmi markiza podnosić się na wysokość około jednej stopy, poczem kołyszącym się ruchem przesunął się półkolisto dokoła Brazylijczyka.

W tej samej chwili dały się słyszeć głosy zawodzące ponurą pieśń. Trwało to około minuty. Poczem nagle hałas ustał i stół wrócił do swej pierwotnej pozycji. Markiz podniósł się i skierował w stronę zewnętrznej ściany pokoju. Wyciągnął z kieszeni malutką paczkę i w odległości dwóch metrów od muru rozsypał na podłodze biały proszek. Stanąwszy z boku zapalił proszek. Ogień począł się szerzyć z błyskawiczną szybkością. Brazylijczyk cofnął się gwałtownie, zakrywając twarz dłońmi w obawie przed iskrami. Lekka detonacja, która powstała przy tym, przeraziła silnie damy. Zanim jednak zdążyły ochłonąć z przerażenia, różowy dym o silnym i ogłuszającym zapachu utworzył się tuż przed samą ścianą, zasłaniając ją kompletnie przed oczyma patrzących.

Z tego obłoku, który stopniowo rozchodził się wynurzył się osobnik, mierzący zaledwie metr wysokości. Był to karzeł niekształtny i garbaty o olbrzymiej głowie i odrażającym wyglądzie. Karzeł obrzucił chytrym i ciekawym wzrokiem zgromadzonych, spojrzał w stronę Brazylijczyka i zasłonił się jakby przed ciosem.

Istotnie markiz trzymał w ręce malutki bicz i groził nim karłowi.

— O, cóż za okropne stworzenie! — szepnęła piękna Lilith — jakiż on brudny!

Przyjaciółka jej, do której skierowane były te słowa nie odpowiedziała. Znieruchomiała z przerażenia na widok pożądliwego spojrzenia, którym obejmował ją w tej chwili pułkownik Goar.

Donośnie zabrzmiał głos wywoływacza duchów. Głos ten ostry i rozkazujący różnił się nieprawdopodobnie od tonu, którym zwykle przemawiał markiz. Było coś demonicznego w krótkich i ostrych słowach, które przerwały milczenie:

— Powiedz kim jesteś!

Karzeł kręcił się i wił jak robak. Jakkolwiek markiz kilkakrotnie powtórzył pytanie, nie dawał odpowiedzi. Dopiero gdy medium podniosło swój bicz wyszeptał kilka nieartykułowanych słów, z których można się było domyśleć, że nazywa się Jim Gocky i że chciałby sobie stąd pójść.

— Zostaniesz! — rozkazał markiz — Powiesz nam wszystko, co wiesz o Rafflesie, zwanym również Tajemniczym Nieznajomym.

Karzeł wykręcał się jak mógł, wreszcie rzekł:

— On jest tam... On jest tam... i już poszedł! Gdy przybył zabrzmiały wszystkie dzwonki... Przychodzi tam gdzie są pieniądze lub klejnoty... odbiera je bogatym i oddaje biednym.

Nie dając się zbić z tropu stłumionym okrzykom zdumienia, markiz ciągnął dalej z niezmąconym spokojem:

— Czy mógłbyś nam powiedzieć, Jimie Gocky, dokąd następnym razem skieruje swe kroki Raffles?

Karzeł zawahał się znowu i bardziej niż poprzednio zdawał się ociągać z odpowiedzią. Jednym skokiem markiz znalazł się obok niego. Bicz zaświstał w powietrzu nad jego głową.

— Przyjdźcie tutaj! — krzyknął — przyjdźcie tutaj!

Lord Clifford wstał, zbliżył się do markiza di San Balbo i rzekł niepewnym głosem:

— Proszę zapytać, czego on tu szuka?

Ale z karła nie można było wydobyć żadnej odpowiedzi. Przykucnął na podłodze i spoglądał z podełba na obecnych. Markiz wzruszył ramionami, wyjął z kieszeni pudełko i, jak poprzednio, wysypał proszek wzdłuż zewnętrznej ściany i przed karłem.

Zapalił zapałkę: różowawy, pachnący obłok wzniósł się aż do sufitu. Gdy mgła zniknęła — z karła nie zostało ani śladu.

Prąd zimnego powietrza przeniknął salon.

— W jaki sposób zrobiło się tu nagle tak zimno? — zapytał sir Touston zdziwiony. — Przecież drzwi i okna są pozamykane?

Wszyscy skupili się dokoła markiza, prosząc o wyjaśnienie tych niezrozumiałych zjawisk. Markiz jednak z tajemniczym uśmiechem na ustach nie dawał odpowiedzi.

Gdy goście zeszli do hallu, markiz poprosił gospodarza o auto. Tegoż bowiem wieczora miał w Londynie zebranie swego klubu.

Wraz z nim opuścił pałac jego młody przyjaciel mister Rudge Fitzgerald.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?