Dwaj rywale

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kurt Matull, Matthias Blank

Dwaj rywale

CYKL: LORD LISTER. TAJEMNICZY NIEZNAJOMY

tłumacz nieznany

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Na okładce: Autor nieznany, 24 sierpnia 1939 (all series in German: Lord Lister, genannt Raffles,

der grosse Unbekannte, consisted of 110 parts and was firt published from 1908 to 1911),

licencja public domain, źródło: https://pl.wikisource.org/wiki/Plik:PL_Lord_Lister_-94-_Dwaj_rywale.djvu

Plik rozpoznano jako wolny od znanych ograniczeń praw autorskich,

włącznie z prawami zależnymi i pokrewnymi.

Tekst wg edycji:

Kurt Matull, Matthias Blank

Tygodnik Przygód Sensacyjnych

Lord Lister - Tajemniczy Nieznajomy

Dwaj rywale

Wyd. Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o.

Łódź 1937-1939

Zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-884-6

Dziewczyna z szatni

Od dłuższego czasu Brand nie miał powodu, aby narzekać na postępowanie lorda Listera, znanego szerokiemu ogółowi pod nazwiskiem Rafflesa. Mijały tygodnie, a Raffles pędził wraz ze swym przyjacielem spokojny żywot we wspaniale urządzonej willi na Cromwell Road. Okres awanturniczych przygód, walk z przestępcami, ucieczek przed policją, zdawał się należeć już do przeszłości. Lord Lister przedzierzgnął się w spokojnego obywatela, odwiedzającego muzea londyńskie, czytającego książki i odbywającego konne spacery po alejach Hyde Parku.

Lord William Aberdeen — takie bowiem nazwisko przybrał nasz bohater — przyjmował tylko licznych przyjaciół, z którymi stykał się w Windsor-Klubie.

Od czasu do czasu, obaj przyjaciele wychodzili wieczorami z domu, udając się bądź do teatru, bądź do klubu.

I tak mijały spokojnie tygodnie, ku wielkiemu zadowoleniu Branda.

Mówiąc prawdę, Raffles nie zaniedbywał tych którymi się opiekował. Brand systematycznie odbywał inspekcje w najbliższych dzielnicach miasta, rozdzielając sowite zasiłki... Pomoc lorda Listera nie kończyła się tylko na datkach pieniężnych: pamiętał o tym, aby biednego chłopca, któremu groziła ślepota, skierować do najwybitniejszego specjalisty, aby dostarczyć pracy bezrobotnemu obarczonemu rodziną, lub czuwać nad rozwojem artystycznym ulicznej śpiewaczki o niezwykle pięknym głosie. Nic też dziwnego, że wszędzie gdzie się ukazał, błogosławiono go i dziękowano mu serdecznie.

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie wypadki, które wydarzyły się pewnego letniego wieczoru.

Na jednej z ulic Soho otworzono dancing, o którym cały Londyn opowiadał sobie cuda.. Szklany parkiet, wspaniałe efekty świetlne, doskonała orkiestra, wszystko to miało służyć do uprzyjemniania czasu bogatym nierobom, szukającym rozrywki. Właścicielem tego lokalu był podobno jakiś Irlandczyk, który dorobił się majątku w Ameryce i z biednego boya hotelowego stał się milionerem.

Człowiek ten nazywał się Pat O’Murphy. Już samo brzmienie nazwiska nie pozwalało ani przez chwilę wątpić o irlandzkim pochodzeniu jego właściciela. Opowiadano sobie, że wewnętrzne urządzenie lokalu kosztowało około pół miliona funtów... Nic też dziwnego, że w ciągu pierwszych dni po otwarciu panował tam szalony ścisk.

Co skłoniło Rafflesa do odwiedzenia tego modnego lokalu, pozostanie dla nas na zawsze zagadką. Raffles nienawidził dancingów i choć sam tańczył znakomicie, unikał starannie miejsc, w których, jak mówił, Europejczycy uprawiają murzyńskie tańce.

Około godziny ósmej wieczór, Raffles nagle odłożył książkę, którą czytał, przeciągnął się, że aż stawy zatrzeszczały, przeszedł się kilkakrotnie po gabinecie i rzekł:

— Obawiam się, że zaczynam się starzeć, Brand... Należałoby wyjść z domu dziś wieczorem... Niedaleki już jestem od chwili, kiedy siądę spokojnie przy kominku w ciepłym watowanym szlafroku, z wygodnym stołeczkiem pod nogi i kubkiem mleka na stole...

— Co też wygadujesz, Edwardzie — oburzył się Brand. — Dokąd chcesz pójść? Może obejrzymy sobie tę nową sztukę, wystawioną przez artystów awangardy?

— Nie mam na to ochoty... Chciałbym dziś wieczorem obejrzeć nowy dancing pana Pata O’Murphy na Soho...

Brand spojrzał na Rafflesa ze zdziwieniem... Po raz pierwszy w życiu jego wierny przyjaciel dał się pociągnąć urokowi nowości.

Soho słynie jako dzielnica nocnych lokali, podejrzanych restauracyj i spelunek, gdzie często policja urządza obławy.

Brand spojrzał ukradkiem na tytuł książki, która przed chwilą odłożył Raffles. Była to rozprawa Erazma z Rotterdamu. Brand uśmiechnął się. Skok od poważnego filozoficznego dzieła aż do nowoczesnego dancingu, wydawał mu się zbyt wielki!

Obaj przyjaciele zjedli kolację w domu. Przebrali się szybko i wyszli na ulicę. Raffles nie chciał fatygować szofera Hendersona. Wspaniała ciemna limuzyna pozostała więc w garażu.

Około godziny dziesiątej znaleźli się w Soho... Panował tam o tej porze gwar i ścisk. Nasi przyjaciele szybko utorowali sobie drogę do dancingu Pata O’Murphy.

Szklane, obrotowe drzwi wiodły do westibulu, wyłożonego prawdziwym kararyjskim marmurem. Z sali dochodził odgłos muzyki. Poprzez uchylone drzwi widać było krążące po parkiecie pary. Raffles i Brand zdjęli płaszcze i oddali je młodej dziewczynie, siedzącej w garderobie. Uprzejmy gospodarz wskazał im doskonały stolik, z którego widać było całą salę. Dwie orkiestry, murzyńska i hiszpańska, grały naprzemian.

Po upływie dwudziestu minut Raffles uśmiechnął się do Branda:

— Obejrzałem już sobie wszystko dokładnie — rzekł. — Ten dancing nie różni się niczym od innych... Wino jest złe i dziesięć razy droższe, niż gdzie indziej. Mężczyźni i kobiety tańczą tak, jak Murzyni w dżungli. Jazzband głuszy każdą rozmowę. Krótko mówiąc, nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy ta dłużej zabawić...

— Jak chcesz — odparł Brand.

Wstał i udał się za Rafflesem w stronę westibulu. W chwili, gdy zatrzymali się przed szatnią, szukając w kieszeniach numerków od garderoby, z bocznego korytarza doszedł do ich uszu cichy rozpaczliwy głos:

— Nie nalegaj, Pedro... Nie mogę tego zrobić... Nigdy tego nie zrobię... Nie wrócę do ciebie, póki będę żyła!

— Jesteś szalona — odparł jakiś męski głos. — Co to za życie? Po prostu niewola!

— Mylisz się... Pozwól mi żyć, jak chce, Pedro! Pragnę uczciwie zarabiać na moje życie... Przynajmniej nie muszę się wstydzić samej siebie. Byłam taka szczęśliwa, że dostałam tę pracę. Sądziłam, że mnie nie odnajdziesz.

— Ubieraj się i chodź ze mną! — odparł mężczyzna wyraźnie hiszpańskim akcentem.

— O nie, Pedro... Puść mnie, boli! Nie chcę za żadne skarby świata powrócić do ciebie! Jesteś do gruntu zły i zepsuty... Kochałam cię ale nie wiedziałam kim jesteś... Idź już, idź, bo mnie stąd wyrzucą! Szef jest bardzo surowy...

— Bardzo będę z tego rad — odparł mężczyzna. — Czy zapomniałaś jak nam dobrze było razem?

— Wstydzę się, myśląc o tym, Pedro — odparła kobieta niemal szeptem.

— Nie mów głupstw... Od kiedy to stałaś się taka uczciwa? Czy myślisz, że łatwo z ciebie zrezygnuję? Jesteś mi potrzebna... Nie mówię nawet już o tym, że cię kocham jak dawniej. Prędzej! Nie zwlekaj...

— Puść mnie, Pedro! Błagam cię... Nigdy cię nie będę mogła już pokochać... Czy chcesz mnie zmusić do pójścia z tobą wbrew mej woli?

— Skoro jest to wbrew pani woli, potrafię zmusić tego pana do odejścia — zabrzmiał nagle jakiś męski głos.

Raffles wszedł do ciemnego korytarzyka i przekręcił kontakt elektryczny. Zajaśniało światło. Bez trudu poznał bladą twarzyczkę dziewczyny, która przyjęła od nich garderobę. Mężczyzna wydał mu się znajomy.

Był to człowiek wysoki i szeroki w barach. Jego czarne i lśniące włosy i błyszczące oczy świadczyły wymownie o jego hiszpańskim pochodzeniu. Trzymał dziewczynę za obie ręce... Zdumiony nagłym pojawieniem się wysokiego, wytwornie ubranego mężczyzny, puścił ją i spoglądał na intruza wzrokiem pełnym nienawiści.

— Czy mam rozumieć, że ten pan narzuca się pani, i że chce pani za wszelką cenę uwolnić się od jego towarzystwa? — zapytał Raffles spokojnie.

Dorothy Fisher czerwieniła się i bladła naprzemian.

— Nie chcę więcej o nim słyszeć — rzekła wreszcie. — Omal nie sprowadził mnie na dno upadku. — Chcę tu pozostać... Dziękuję Bogu, że pozwolił mi znaleźć nareszcie uczciwą pracę...

— Radzę panu zostawić tę młodą osobę w spokoju — rzekł Raffles groźnym tonem, zwracając się do mężczyzny.

— Młoda osoba!... — powtórzył Hiszpan z ironią. — A to doskonałe! Wie pan, kim ta młoda osoba była przedtem? Była moją...

Raffles podniósł do góry rękę, nakazując mu milczenie.

— Nie chcę nawet słyszeć o tym. Nie obchodzi mnie, czym ta pani była poprzednio. Widzę, że chce zmienić swój dotychczasowy tryb życia... Skoro nie jest pańską żoną, nie ma pan do niej żadnych praw...

— Jeszcze zobaczymy — zawołał Hiszpan.

Zbliżył się do dziewczyny, usiłując chwycić ją za rękę. Dziewczyna pochyliła się i uciekła w drugą stronę. Rozwścieczony jej oporem, Hiszpan zwrócił się do Rafflesa.

— Czego pan się tu wtrąca? Idź pan, skąd pan przyszedł.

Podniósł rękę do góry... Nie wiadomo, czymby się ta scena skończyła, gdyby pięść Rafflesa, nie ugodziła go między oczy... Hiszpan zatoczył się i upadł na ziemię. Dziewczyna rzuciła Rafflesowi spojrzenie pełne wdzięczności i szybko uciekła w stronę garderoby. Raffles spojrzał na swą prawą pięść i uśmiechnął się.

 

— Nie możesz sobie wyobrazić, Brand, jak mi to dobrze zrobiło — rzekł. — W ciągu ostatnich kilku tygodni żyłem jak ogłuszony... Teraz nagle doznałem wrażenia, że zbudziłem się z długiego snu!

Wielkie plany

W dwa dni później, Brand miał możność przekonania się, że istotnie Raffles „obudził się“.

Biedny sekretarz przeklinał w duchu ową chwilę, w której Raffles wpadł na niefortunny pomysł obejrzenia nowego dancingu. Ale to, co się raz stało, nie mogło zostać przekreślone. Zainteresowanie Rafflesa do arcydzieł sztuki, starej porcelany, obrazów mistrzów zniknęło nagle... Dzieło Erazma z Rotterdamu powędrowało na półkę... Raffles zabrał się do czytania codziennych pism, których nadsyłano do domu całe stosy. W trzy dni po bytności w dancingu Pata O’Murphy, pękła bomba!...

Obaj przyjaciele siedzieli na tarasie Cecil Hotelu. Zapadał już zmrok i taras był prawie pusty. Raffles powoli obierał sobie soczystą gruszkę.

— Powiedz mi, Brand, czy byłeś kiedy w domu Harolda Fowlesa?

Brand spojrzał na niego ze zdumieniem.

— Byłem przed trzema laty... Czy wciąż jeszcze mieszka na Dorsite street?

— Tak.. Słyszałem, że ostatnio robi jakieś wspaniałe interesy.

— Możliwe... Na giełdzie nie cieszy się jednak szczególnie dobrą opinią — odparł Brand, wzruszając ramionami. — Mówią, że puścił się na niebezpieczne spekulacje. Dziś jest podobno szalenie boga- ty, ale jutro fortuna jego rozsypać się może, jak domek z kart.

— Do licha! — zawołał Raffles. — Byłaby to szkoda niepowetowana.

— Dlaczego? Czy żywisz jakieś specjalne sympatie do tego spekulanta?

— Nie... Pomyśl tylko jaką bym poniósł stratę: zamierzam bowiem zagarnąć jego majątek!...

Brand uśmiechnął się.

— Żartujesz chyba, Edwardzie?

— Czyś słyszał, abym kiedykolwiek żartował w takich sprawach?

— Ależ to jest szaleństwo... Spekulanci giełdowi nigdy nie trzymają pieniędzy, ani papierów wartościowych w swych kasach żelaznych

— Z Fowlesem sprawa przedstawia się inaczej — odparł Raffles.

— Słyszałem, jak sam opowiadał na prawo i lewo w „Windsor Clubie“, że jego dom, to prawdziwa twierdza... Nawet mysz się nie prześlizgnie, aby jej nie zauważył.

— Znamy się tak długo, drogi przyjacielu! — odparł Raffles. — Powinieneś już wiedzieć, że nie ma takiej kasy ogniotrwałej, takiej twierdzy niedostępnej, któraby mnie się oparła... Na wszelkie udoskonalenia istnieją sposoby... Przypomnij sobie historię pancerników i pocisków... im bardziej udoskonalone stają się pancerniki, tym niebezpieczniejsze wymyśla się bomby... Sztuka włamywacza jest pod tym względem podobna do sztuki wojennej. Tak samo, jak w wojnie, decydującą rolę odgrywa środek wybuchowy, tak i w naszym fachu ostatnie słowo należy do włamywacza.

— Czy chcesz przez to powiedzieć, że zamierzasz złożyć nocną wizytę Haroldowi Fowlesowi?

— Zgadłeś.

— Kiedy?

— Przypuszczalnie pojutrze.

— Czy poczyniłeś już odpowiednie przygotowania?

— Plan opracowałem już przed pół rokiem. Nie wprowadzałem go dotychczas w życie, ponieważ nie wiedziałem, czy gra warta jest świeczki. Obecnie zebrałem potrzebne informacje. Doszło do moich uszu, że Fowles zamierza ulotnić się w najbliższym czasie. Jestem przeto pewien że musi mieć przy sobie sporą ilość gotówki. Tego rodzaju ludzie muszą się liczyć z tym, że będą lada chwila zaaresztowani... Ale nasz Fowles posiada możnych przyjaciół, którzy go ostrzegą w porę... Dlatego też czeka do ostatniej chwili. Gdy nadejdzie odpowiedni moment, otworzy kasę żelazną, zapakuje niewielką walizkę i dyskretnie opuści swój dom...

— To zmienia postać rzeczy. Ale czy pomyślałeś o kasie? Musi to być kasa najlepszego systemu.

— Nie mylisz się.

— Czy sprawdzałeś to? — zapytał Brand zdumiony.

— Oczywiście... Sam mu ją dostarczyłem w swoim czasie.

— A to jakim cudem?

— Stało się to cztery miesiące temu. Już wtedy nie spuszczałem oka z niego. Wiesz przecież, że posiadam doskonały aparat informacyjny. Dowiedziałem się, że Fowles jest niezadowolony ze swej kasy żelaznej i pragnąłby nabyć nową. Skorzystałem z nadarzającej się okazji, przebrałem się za przedstawiciela fabryki kas ogniotrwałych i zgłosiłem się do niego. Zaofiarowałem mu doskonalą kasę, pochodzącą z najlepszej naszej fabryki za śmiesznie niską cenę. Fowles połknął przynętę. Należy dodać, że wynająłem uprzednio sklep, gdzie wraz z innymi przedmiotami pomieściłem i kasę. Fowles przybył do mego sklepu, obejrzał ją i nie wahając się, zapłacił żądaną cenę.

— Wspaniale... Ale cóż to pomogło? Niewątpliwie istniała tam jakaś kombinacja cyfrowa przy zamku?

— Nie mylisz się, Brand... Ale najwygodniej otworzyć można tę kasę przy pomocy specjalnej kombinacji cyfrowej, którą znałem... Zaopatrzyłem się w podrobiony klucz, który równie dobrze otwierał kasę, jak prawdziwy, i klucz ten zachowałem sobie.

Brand przez chwilę spoglądał na wspaniała panoramę Tamizy z tarasu hotelu.

— Może powieść ci się z kasą — rzekł po chwili — ale to nie wszystko. Jak przedostaniesz się przez wysoki mur, otaczający ogród?

— W murze tym jest furtka...

— Ale furtka ta zaopatrzona jest w elektryczny aparat alarmowy.

— Skoro o tym wiemy, łatwo uniknąć niebezpieczeństwa.

— Nawet, jeśli dostaniesz się do ogrodu, nie jesteś jeszcze w mieszkaniu...

— Zadziwiasz mnie, Charley... Wynajdujesz więcej trudności, niż ta impreza na to zasługuje.

— Możliwe... Czy potrzebna ci będzie moja pomoc?

— Chciałbym, abyś mi towarzyszył. Fowles trzyma w domu troje służby... Musimy być na wszystko przygotowani...

Resztę wieczoru spędził Raffles na tajemniczej pracy w swym laboratorium, mieszczącym się w obszernej piwnicy willi przy Cromwell Road. Brand spotkał się z nim dopiero w czasie kolacji...

Po kolacji złożyli krótką wizytę jednemu z członków Windsor-Clubu mieszkającemu na Soho, po czym Raffles postanowił wpaść na chwilkę do dancingu Pata O’Murphy, aby zobaczyć co się dzieje z dziewczyną z szatni.

Gdy obaj przyjaciele znaleźli się w hallu, spostrzegli na miejscu dawnej szatniarki jakąś nową szczuplutką osóbkę...

Dziewczyna chętnie udzieliła im żądanych informacyj.

Nie, Dorothy Fisher nie była chora... Nikt dokładnie nie wiedział, co się z nią stało. Przed wczoraj otrzymała nagle wiadomość, że matka jej ciężko zaniemogła... Dorothy natychmiast wsiadła do taksówki i dotąd nie powróciła. Dzierżawca szatni wysłał do jej matki małego boya, który wrócił z odpowiedzią, że staruszka czuje się zupełnie dobrze, nie wzywała swej córki i że Dorothy nie zjawiła się w domu. Odpowiedź ta dawała dużo do myślenia, lecz nikt nie zastanawiał się nad nią. Należało czym prędzej zastąpić Dorothy kim innym, chętnych zaś do pracy nie brakło...

— Czy zawiadomiono o tym właściciela lokalu? — zapytał Raffles, kładąc złotą monetę na ladzie.

— Oczywiście — odparła dziewczyna, chowając z zawodową wprawą monetę do kieszeni. — Ale widzi pan, takie rzeczy są w Londynie na porządku dziennym... Któżby mógł długo troszczyć się o los Dorothy Fisher? Nikt nie wie, co się z nią stało.

— Mam nadzieję, że złożono już odpowiednie zameldowanie w policji? — ciągnął dalej Raffles.

— Na to pytanie trudno mi odpowiedzieć — rzekła dziewczyna. — Być może uczyniła to matka...

— Czy mogłaby mi pani dać adres tej damy?

— Adresu nie znam... Zresztą, to nie jest żadna dama! Boy będzie chyba wiedział gdzie ona mieszka...

Raffles zbliżył się do boya. W chwile potem Raffles miał już zanotowany adres starej Fisherowej, boy zaś wzbogacił się o dwa szylingi.

Obaj przyjaciele opuścili lokal i znaleźli się na ulicy.

— Jest to bardzo przykry wypadek, Brand — zaczął Raffles. — Nie wątpię ani przez chwilę, że Dorothy została porwana przez owego hiszpańskiego łotra... Twarz tego człowieka wydaje mi się dziwnie znajoma... Nie spocznę, dopóki nie natrafię na jej ślad, choćbym miał przetrząsnąć cały Londyn. Prosto stąd udamy się do starej Fisherowej... Może udzieli nam ona bliższych informacyj...

— Czy zawiadomisz policję?

— Oczywiście... Musze najpierw sprawdzić, czy nie uczyniła tego jej matka... Oto taksówka...

Raffles podniósł rękę do góry: taksówka zatrzymała się. Raffles rzucił szoferowi adres. Droga trwała przeszło dwie godziny. Dom w którym mieszkała stara pani Fisher, mieścił się bowiem w samym centrum East Endu.

Raffles kazał szoferowi zatrzymać się przed domem, sam zaś wysiadł, przebiegł szybko trzy piętra i zapukał do drzwi, na których kredą wypisane było nazwisko Fisher.

Otworzyła im kobieta, licząca około sześćdziesięciu lat...

— Czego panowie sobie życzą? — zapytała, zdziwiona widokiem dwóch wytwornie wyglądających gentlemanów. — Czy się panowie nie pomylili w adresie?

— Jeśli pani jest panią Fisher, w takim razie wszystko jest w porządku — odparł Raffles. — Czy zechce pani udzielić nam chwili rozmowy? Chodzi nam o córkę pani, Dorothy...

Na dźwięk tego imienia nagły skurcz przebiegł po twarzy starej kobiety.

— Czy to pan... jest tym gentlemanem, który tak szlachetni przyszedł z pomocą mej córce parę dni temu?

— Zrobiłem tylko to, co każdy mężczyzna zrobiłby na moim miejscu...

— Może panowie pozwolą do środka — rzekła kobieta wprowadzając obu przyjaciół do skromnie umeblowanego, schludnego pokoiku. Podsunęła im krzesełka.

— Czy panowie przynoszą mi jakieś wiadomości o moim biednym dziecku? — zapytała

— Niestety — odparł Raffles — przyszliśmy tu w nadziei, że otrzymamy od pani pewne informacje, które ułatwią nam poszukiwania pani córki?

— Mam pewne niejasne podejrzenia, ale...

— Czy ma pani na myśli owego Hiszpana?

— Tak. Pedra Remendado!

— I ja również mam to samo wrażenie... Czy dała pani znać policji?

— Pobiegłam na policję natychmiast po zjawieniu się u mnie chłopczyka w liberii. Od razu domyśliłam się o co chodzi.

— Czy wspomniała pani policji o swych podejrzeniach, dotyczących osoby Remendada?

— Oczywiście...

— Jaki otrzymała pani odpowiedź?

— Że policja nic tu nie może zrobić... Że nie może wkraczać do tego rodzaju spraw...

— Jak to? — zawołał Brand. — Dlaczego?

— Dorothy jest pełnoletnia — odparła kobieta, pochylając głowę.

Zapanowało milczenie.

— Istotnie — zabrał głos Raffles, — policja jest w tym wypadku bezsilna. lnaczejby sprawa wyglądała, gdyby chodziło o uprowadzenie nieletniej. Muszę jednak otrzymać od pani pewne wyjaśnienia. Wierzę, że mi się uda dokonać tego, co policja uznała za niemożliwe do przeprowadzenia.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?