3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Kościół ma być przezroczysty

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Kościół ma być przezroczysty
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © by Tadeusz Isakowicz­-Zaleski

& Tomasz P. Terlikowski 2020

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Esprit 2020

All rights reserved

Fotografia na okładce: PAP / Grzegorz Jakubowski

Redakcja: Malwina Kozłowska

Korekta: Monika Nowecka

ISBN 978-83-66407-73-2

Wydanie I, Kraków 2020

Wydawnictwo Esprit sp. z o.o.

ul. Przewóz 34/100, 30-716 Kraków

tel./fax 12 267 05 69, 12 264 37 09, 12 264 37 19

e­-mail: sprzedaz@esprit.com.pl ksiegarnia@esprit.com.pl biuro@wydawnictwoesprit.com.pl Księgarnia internetowa: www.esprit.com.pl

Spis treści

Wstęp. Osiem lat po burzy

Rozdział 1. O sojuszu tronu i ołtarza, przyspieszającej laicyzacji oraz starej i nowej sanacji

Rozdział 2. Nieodrobiona lekcja i struktury zła

Rozdział 3. O świadkach wiary i upadłych autorytetach

Rozdział 4. Lawendowa mafia, kryzys i droga ku przepaści

Rozdział 5. O rewolucji w Kościele i pontyfikacie Franciszka

Rozdział 6. O ludobójstwie i Wołyniu raz jeszcze

Zakończenie… czyli ciąg dalszy nastąpi

Przypisy

WSTĘP Osiem lat po burzy

Osiem lat temu ukazała się nasza wspólna książka Chodzi mi tylko o prawdę i wywołała gigantyczną burzę medialną i kościelną. Wielu znajomych, którzy teraz z pasją eksplorują wątek homolobby w Kościele, wówczas potępiało nas za postawienie problemu, liczne spotkania odwołano. Jak zapamiętałeś tamten czas?

W mojej archidiecezji rozpętała się burza, bo dość krytycznie wypowiadałem się o ówczesnym metropolicie krakowskim kard. Stanisławie Dziwiszu. Ale prawdziwy skandal i dyskusję wywołał nasz udział w programie publicystycznym w TVP, gdzie mówiliśmy o homolobby w Kościele. I właśnie to zapoczątkowało prawdziwą burzę, chociaż – uczciwie trzeba powiedzieć – na temat homoseksualizmu i „lawendowej mafii” padło kilkanaście zdań. Nie więcej. Pojawiło się potem wiele ostrych opinii, poleciały na nas gromy, ale książka uruchomiła także lawinę listów. Ludzie pisali do mnie o tym, jak sami byli molestowani, przekazywali informacje o wielu problemach, księża opowiadali mi o lawendowych koteriach w swoich diecezjach, a także próbowali zrozumieć, dlaczego tyle spraw wciąż nie zostało załatwionych.

Stałeś się telefonem zaufania dla ludzi, których instytucje kościelne w pewien sposób dotknęły czy skrzywdziły?

Można tak powiedzieć.

Udało się jakoś te sprawy pozałatwiać?

Bardzo różnie z tym było. Czasem udało się zainteresować sprawą odpowiednie władze, niekiedy tylko rozpocząć debatę nad nimi w mediach czy zainteresować nimi opinię publiczną. Tak było z falą samobójstw wśród księży z diecezji tarnowskiej, o której dowiedziałem się z listów, a dzięki moim publikacjom kilka redakcji zajęło się tym tematem. Od naszej książki, mimo początkowego oburzenia, rozpoczęła się też w Polsce otwarta dyskusja na temat homo­lobby w Kościele.

Jednym słowem, z perspektywy czasu: same sukcesy? (śmiech)

Władze archidiecezji krakowskiej wcale tak nie uważały. Tu rozpętała się nagonka. Krótko po publikacji późnym wieczorem przyjechał do mnie jeden z księży i przywiózł list z kurii, w którym informowano, że mam się stawić przed Radą Kapłańską. Ja w życiu na Radzie Kapłańskiej nie byłem, bo nie należę do niej.

A co to jest Rada Kapłańska?

To organ doradczy przy biskupie miejsca. Z urzędu są w niej kanclerz kurii, rektor seminarium duchownego, nominaci biskupa i księża wybierani przez innych księży w dekanatach. Zakres jej kompetencji jest znikomy, członkowie spotykają się dwa razy w roku, ale o niczym – przynajmniej w Polsce – nie decydują, a jedynie opiniują. Byłem więc zaskoczony, że mam się przed nią stawić. Ksiądz, który mi przywiózł ten dokument, jest moim dobrym kolegą, więc od razu mi powiedział, że będę się musiał tłumaczyć z tez zawartych w naszej książce. Zastanawiałem się nad tym, czy w ogóle jechać, ale ostatecznie podjąłem decyzję, że trzeba stawić czoła wyzwaniu.

I pojechałeś…

Tak. To była kuriozalna sytuacja. Księża, wchodząc na spotkanie, spoglądali na mnie, bo nie wiedzieli, po co tam przyjechałem. Na pierwszą część w ogóle mnie nie wpuszczono, więc stałem przed drzwiami jak kołek i zastanawiałem się, po co tam w ogóle jestem. Wtedy podszedł do mnie ks. prof. Edward Staniek, wybitny patrolog, były rektor seminarium, niezwyk­le odważny człowiek, i powiedział mi wprost, żebym się trzymał i pomyślał o Chrystusie ukrzyżowanym.

Ostro się zaczęło?

Ostro, bo potem podszedł jeszcze mój młodszy kolega z seminarium, wówczas biskup pomocniczy Grzegorz Ryś. Powiedział, że to on będzie zadawać pytania, i poprosił, żebym postarał się na nie odpowiadać bez nerwów. Już na dzień dobry zrozumiałem, że sprawa jest poważna. A gdy wszedłem na salę, zobaczyłem wszystkich biskupów archidiecezji, kilkudziesięciu kapłanów. Ostrzeżono mnie, że wszystko będzie nagrywane.

Co się działo na tej pierwszej części?

Tego dowiedziałem się później. Było wprowadzenie, podczas którego poruszano sprawę moją i mojej książki; przekonywano, że znieważyłem kardynała i archidiecezję. Wtedy głos miał zabrać ks. prof. Staniek, który powiedział, że jest zaskoczony takim rozwiązaniem sprawy, że to wygląda jak jakiś Sanhedryn i że – nawiązywał do kwestii lustracji i oczyszczenia – jak w piwnicy stoją beczki ze zgniłą kapustą, to trzeba coś z nimi zrobić, bo inaczej wybuchną i będzie smród w całym budynku. To ustawiło dalszą dyskusję, bo ktoś od razu skrytykował pomysł, by w ten sposób przesłuchiwać księdza, a nawet opowiedział się po mojej stronie. Potem rozpoczęło się przesłuchanie. Co chwila przypominano mi, że mam mówić do mikrofonu, że wszystko jest nagrywane. Pytania zadawane przez bp. Rysia były bardzo ogólne: Po co i dlaczego napisałem książkę? W odpowiedzi wywiodłem, że uważam, zgodnie z zasadą, iż prawda nas wyzwoli, że trzeba pewne rzeczy opisywać, a moja krytyka różnych osób nie wynika z niechęci do Kościoła. Mówiłem też o sprawie abp. Juliusza Paetza, o lustracji, o tym, że ludzie mają wrażenie, iż Kościół hierarchiczny wiele wymaga od świeckich, a sam od siebie nie wymaga wcale.

To wywołało dyskusję. Zaczęło się od głosów ewidentnie ustawionych wcześniej. Jeden ze starszych kolegów zarzucił, że to w ogóle nieprawda, że on nigdy nie spotkał się z homolobby i że żadnych innych problemów nigdy nie było, a ja się zwyczajnie czepiam. Nawiasem mówiąc, parę lat później został pozbawiony stanowiska właśnie za skandale homoseksual­ne, które wywołał. Dość szybko jednak do głosu doszli młodsi księża z naszej archidiecezji, których ja w większości w ogóle nie znałem, a którzy mnie bronili. Wtedy wystąpił kard. Dziwisz i zaczął się tłumaczyć z obecności abp. Paetza na Skałce…

…i co mówił?

Wyjaśniał, że arcybiskup nie ma zakazów, że nie obejmują go kary i że on nie mógł mu zakazać uczestnictwa w obchodach; do tego podkreś­lił, że przecież nie powitał go z imienia i nazwiska. Jednych to przekonało, innych nie, dyskusja się rozkręcała, aż wreszcie wyproszono mnie z sali, bo najwyraźniej coś poszło nie tak. To, jak się później dowiedziałem, miało wyglądać zupełnie inaczej. List, w którym mnie potępiano za zniesławienie kard. Dziwisza i archidiecezji, był już przygotowany do podpisania przez uczestników rady, ale dyskusja, w której część księży stanęła po mojej stronie, sprawiła, że w ogóle nie przedstawiono jego treści do akceptacji Radzie. Cała konstrukcja legła w gruzach. Inna rzecz, że większość uczestników w ogóle nie wiedziała, o czym dyskutuje, nie miała pojęcia, że ja wy­dałem jakąś książkę, ale tematy, które w niej poruszyłem, były im bliskie i oni wiedzieli, że są prawdziwe. Ja zresztą tej sprawy nie zostawiłem i po tym spotkaniu napisałem do kard. Dziwisza list informujący, że mogę mu udostępnić, oczywiście bez podawania imion i nazwisk nadawców, wiele przykładów spraw, o których się dowiedziałem – żeby mógł je załatwić.

I co na to kardynał?

Przyjął mnie na audiencji, odebrał ode mnie list z opisem wielu sytuacji, ale nic nie zrobił. Żadna ze spraw, o których napisałem, w jakikolwiek sposób nie została pchnięta do przodu.

A jak zareagowali na książkę koledzy księża?

Opowiadali sobie o niej, przekazywali, że to chyba pierwsza książka w historii, której autora wzywano na Radę Kapłańską. Krótko mówiąc, było o niej naprawdę głośno. Momentami czułem się trochę jak Luter czy Hus. A wszystko z powodu kilku zdań o homolobby. Ciekawe to, bo książka była zupełnie o czymś innym, ale to właśnie ten fragment wywołał najwięcej emocji. W mediach także. W pewnym wydawnic­twie katolickim pisano o mnie jako zbłąkanym reformatorze. Potępiali nas znani katoliccy dziennikarze. Jeden z nich, zatrudniony w pewnej diecezji, dzwonił do mnie, domagając się, abym ukorzył się publicznie i odwołał wszystko, co powiedziałem o homolobby. Inna sprawa, że on sam parę lat później odszedł z pracy „z powodu rozbieżności z władzami diecezji”.

 

Pamiętam ten czas doskonale, bo wydawca mojego i Grzegorza Górnego wywiadu­-rzeki z abp. Józefem Michalikiem, za który otrzymaliśmy z Grzegorzem Feniksa (nagroda przyznawana przez Stowarzyszenie Wydawców Katolickich), zadzwonił do mnie i oznajmił, że mam nie przychodzić na rozdanie nagród, bo oni nie chcą się do mnie po tej książce przyznawać… Nagrodę odbierał więc sam Grzegorz Górny.

To było jak huragan. Dość szybko w dyskusję włączył się ks. prof. Dariusz Oko, który zaczął publikować, także za granicą, teksty na temat homoherezji i homolobby w Kościele, a niedługo później pierwszy raz o lawendowej mafii powiedział papież Franciszek, i nagle okazało się, że mieliśmy rację… Wtedy wszyscy zaczęli o tym mówić, także ci, którzy wcześniej wieszali na nas psy.

Powiedziałeś kard. Dziwiszowi, o jakiej diecezji mówiłeś w książce, sugerując, że jej kuria jest w całości przeżarta homolobby?

Tak. I nie tylko jemu. Jest zresztą faktem, że o tym, o jaką diecezję chodzi, mówili kardynałowi również publicyści i dziennikarze blisko związani z Kościołem. I nic z tymi zgłoszeniami nie zrobiono. Ordynariusz nadal jest ten sam. Nikt też z kościelnej wierchuszki nigdy nie chciał ze mną o rozmaitych sygnalizowanych przeze mnie sprawach rozmawiać. A przecież od lat piszę o bardzo nieraz trudnych kwestiach – jak grochem o ścianę. Jedno tylko się zmieniło: od tamtego momentu, choć o różnych problemach mówiłem wielokrotnie, nikt mnie już po komisjach nie ciągał.

Od tamtego momentu jesteś też chyba jednym z najlepiej poinformowanych na temat homolobby w Kościele?

Bez przesady. Jednak żartobliwie rzecz ujmując, powinienem mieć super kasę pancerną, żeby te wszystkie listy z informacjami przechować. Ludzie piszą do mnie niesamowite rzeczy. Nie zawsze jestem w stanie je potwierdzić, ale z pewnością wiele z nich jest prawdziwych. Jak choćby historia młodego księdza, który był molestowany i nagabywany przez swego przełożonego, szefa pewnej instytucji diecezjalnej. Ten molestujący to ewidentny homoseksualista i w ogóle jedna z najbardziej skandalicznych postaci, w diecezji miał ksywę „playboy”. Aby zatuszować sprawę, wysłano tego młodego księdza do Anglii, gdzie – w niewyjaśnionych okolicznościach – zginął. Opisałem to we wspomnianym liście do kardynała, ale do dziś nic nie zostało wyjaśnione. Tak jak wiele innych spraw, które opisywałem. Na dodatek sprawca tego molestowania został członkiem pewnej kapituły.

A nuncjatura apostolska próbowała się z Tobą kontaktować?

Chyba żartujesz. Wtedy nuncjuszem był abp Celestino Migliore, Włoch, bardzo pasywny. Z kolei były nuncjusz, a wówczas prymas Polski, abp Józef Kowalczyk, zarejestrowany w aktach wywiadu PRL jako kontakt informacyjny o pseudonimie „Cappino”, też nie chciał niczego wyjaśniać.

Księża homoseksualiści również do Ciebie pisali?

Kilku. Także ich partnerzy, aktualni i porzuceni. Jeden z nich napisał do mnie długi list o tym, jak wygląda to środowisko.

Poza wezwaniem na Radę Kapłańską miałeś jeszcze z powodu swojej działalności jakieś nieprzyjemności?

Dostałem bardzo dużo anonimów, paszkwili. Przez pewien czas je katalogowałem, ale potem dałem sobie spokój. Obok SMS­-ów z pogróżkami pojawiały się także listy z oskarżeniami o to, że jestem agentem służb, masonem i tak dalej.

Rozumiem, że generalnie sprzeciw wywołały wyłącznie opinie na temat lawendowej mafii i kard. Dziwisza?

Generalnie tak, chociaż pewien jezuita, o. Marek Blaza, atakował mnie dość ostro nie tylko za poruszenie tematu księży gejów, lecz także za zabranie głosu w sprawie kolaboracji greckokatolickiego arcybiskupa Andrzeja Szeptyckiego z Hitlerem oraz współodpowiedzialności niektórych duchownych ukraińskich za ludobójstwo. Ale to ucichło raczej szybko, a potem wszyscy nagle zaczęli się z nami zgadzać. Z najbardziej atakowanych staliśmy się niemal autorami terminu „homolobby”, a potem prekursorami mówienia o problemie pedofilii w Kościele. Niełatwo być prekursorem, ale możemy sobie przypisać tę rolę. (śmiech) Oczywiście już w 2003 roku w opracowaniach naukowych opisał o tym ks. prof. Andrzej Kobyliński z Płocka, a w latach następnych wspomniany ks. prof. Dariusz Oko z Krakowa. Jednak w mediach ogólnopolskich ta sprawa tak mocno wybrzmiała dzięki naszej książce. Teraz zaś, w ósmą rocznicę wydania tamtej książki, można powiedzieć, że większość się z nami zgadza. Dostałem nawet list, w którym pewien dziennikarz katolicki przyznaje, że choć mocno mnie wtedy zaatakował, to teraz doszedł do tych samych wniosków. Klimat się zmienił.

Niekoniecznie, bo po filmie braci Sekielskich Zaba­wa w chowanego, w którym obaj braliśmy udział, na nasze głowy znowu posypały się gromy. Jak sądzisz, dlaczego?

Film stał się niewygodny dla wielu środowisk, co ciekawe, bardzo różnych. Wymienię dwa. Środowisko PiS, dla którego Kościół, ubabrany w afery, jest łatwy do manipulowania i podporządkowania władzy państwowej, oraz skrajna lewica, dla której jakiekolwiek poruszenie wątków homoseksualnych jest bardzo niebezpieczne.

Nie masz wrażenia, że w pewnym sensie system znowu się domyka, a Kościół hierarchiczny powrócił do strategii zaprzeczania?

Niestety tak. Pokolenie księży biskupów „65+” praktycznie nie jest zdolne do zmiany mentalności, a co za tym idzie, do zmiany metod działania. Dla nich Kościół to wciąż „oblężona twierdza”, a jakakolwiek krytyka, nawet ze strony księży i zaangażowanych świeckich, to zawsze będzie „zamach na Kościół”. Poza tym większość tych hierarchów wciąż wyznaje zasadę nihil novi, czyli „nic nowego”. Widać to było w ubiegłym roku, gdy wybierano skład nowego prezydium episkopatu Polski. Wiele osób liczyło na zmiany. I jak się skończyło? Wybrano dokładnie tych samych, którzy będą popełniać te same błędy.

Co się stało z mediami, które wówczas nas wspierały, a teraz często są na pierwszej linii frontu w walce o to, by udawać, że nic się nie dzieje?

W wielu wypadkach o ich losie zadecydowała polityka. Jak wspomniałem, zarówno dla PiS, jak i – wcześniej – dla PO–PSL, Kościół słaby i niepotrafiący się zreformować jest wygodny, jest wygodny dla władzy świeckiej. Przykładem tego są media prorządowe, które ustawicznie kadzą episkopatowi. Dotyczy to także polityków, którzy przed kampaniami wyborczymi dają Kościołowi „marchewkę” – w tej czy innej postaci – i obiecują obronę. Poza tym politycy mają też wiele „haków” na poszczególnych dostojników. I tutaj po raz kolejny kłania się stłamszona lustracja. Zawodzą również całkowicie, poza drobnymi wyjątkami, media katolickie, podporządkowane poszczególnym diecezjom i zakonom. Cenzura w nich jest bezwzględna.

Na szczęście pojawia się coraz więcej mediów prawicowych i prokatolickich, które nie są uzależnione od władzy – ani państwowej, ani kościelnej. Obok Wydawnictwa Esprit, Wydawnictwa AA i Frondy to także – wymienię tu tylko te, z którymi współpracuję – tygodnik i portal „Do Rzeczy”, Radio Wnet, Media Narodowe, Gazeta Warszawska, telewizja internetowa Wrealu24 oraz portale Polonia Christiana i Kresy.pl. Oprócz tego jest wiele innych. Ważną pracę wykonują blogerzy. Media społecznościowe odgrywają olbrzymią rolę.

A co u Ciebie, w Twoim życiu i pracy, zmieniło się od tamtego czasu?

Nadal jestem prezesem Fundacji im. Brata Alberta i Oświatowego Towarzystwa Integracyjnego, ale nie pełnię już funkcji proboszcza parafii ormiańskiej. Powód nie ma jednak nic wspólnego z książką, po prostu stan zdrowia już mi na to nie pozwala.

W Fundacji nic się nie zmieniło?

Jeżeli chodzi o moje zaangażowanie, to nic, ale samo dzieło w ostatnich ośmiu latach ogromnie się rozros­ło. O tym opowiem w dalszej części. Jeśli coś mnie zaczyna męczyć, to ilość spraw, z jakimi zwracają się do mnie ludzie. W kilka z nich się zaangażowałem, starałem się pomóc w konkretnych kwestiach. Chodzi nie tylko o księży, ale też o świeckich. Chciałbym jednak znaleźć instytucję, której mógłbym takie sprawy powierzać.

Rzecznik praw ludzi Kościoła?

O, świetny pomysł! (śmiech) Musiałby to jednak być świecki katolik, a nie duchowny zależny od władzy. Wiele spraw dotyczy kobiet związanych z księżmi, czasem oszukanych, czasem porzuconych, a czasem zostawionych z dziećmi. To są prawdziwe dramaty, z którymi trzeba się mierzyć. Przede wszystkim staram się te osoby wysłuchać, ale też udzielić im porady. Dam przykład. Zwróciła się do mnie pewna pani z diecezji tarnowskiej, którą w li­ceum uwiódł jej katecheta. Duchowny ów nigdy związku tego nie przerwał, nawet wtedy, gdy został biskupem i wyjechał z Polski. Opisałem tę historię w mediach, bez podawania nazwiska, ale i tak wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi. Po interwencjach w watykańskim sekretariacie stanu papież Franciszek przeniósł tego człowieka do stanu świeckiego.

Otrzymałem też informacje od pewnego studenta, który jako dziecko był molestowany na obozie harcerskim przez księdza kapelana. Jego korespondencja z kurią w Lublinie, to przykład nie ojcowskiej troski o ofiarę, ale urzędniczej sztuki „odbijania piłeczki”, jak w ping­-pongu.

Dostaję także listy od księży, na przykład w sprawie ks. Krzysztofa Charamsy z diecezji pelplińskiej, który trafił na okładkę „Tygodnika Powszechnego” jako autorytet moralny, mimo że jego przełożeni od dawna wiedzieli, kim jest. Pomimo to wysłali go jeszcze jako kleryka do Rzymu, gdzie zrobił szybką karierę. Zakończyła się ona skandalem i odejściem wraz z młodzieńcem z Katalonii.

Podobne listy otrzymałem także z Czech i Słowacji. Z Ukrainy pisano do mnie w sprawie molestującego nieletnich księdza z Tarnowa, którego jego biskup (poprzedni, a nie obecny) w tym kraju ukrył. Po powrocie do kraju uczył w szkole jakby nigdy nic.

Czy biskupi nie wiedzą o tych sprawach?

Nie chcą wiedzieć. Jeśli samotna kobieta z dziećmi mieszka na plebanii, to chyba to widać. Wygodniej jest jednak o tym nie myśleć lub udawać, że to nie tak. Tak jak wygodniej jest nie wiedzieć o chłopakach uwodzonych przez duchownych – a potem tym chłopakom sypie się życie. Dostawałem takie listy, miałem takie rozmowy; przekazywałem później te sprawy do właściwych kurii i nic. Jedna z tych spraw musiała czekać, póki nie wymieniono biskupa na młodszego. On załatwił to błyskawicznie. Odwołał księdza z probostwa, kazał mu zamieszkać w domu rekolekcyjnym i prze­­ka­zał sprawę do Watykanu – toczy się już od kilku lat, wciąż nie została rozwiązana. Z kolei inny przypadek dotyczy księdza, profesora teologii, który uwiódł kolejnego już studenta. Matka tego chłopaka interweniowała w kurii, ale do dziś nic się nie dzieje. Nawiasem mówiąc, nowy rektor tej uczelni to też gej cieszący się poparciem władz diecezji. Jak więc ma tam dojść do oczyszczenia?

Czy masz jakieś kontakty z biskupami?

Jakieś mam, nawet przyjazne, ale o nich nie będę mówił.

Ostatnio założyłeś profil na Facebooku „Odbudujmy wspólnie Dom Boży”. Co to za projekt?

To jest profil na Facebooku, na którym komentuję sprawy Kościoła. To była też moja reakcja na kolejne historie, jakie poznawałem. Wielu ludzi śledzi tę stronę i komentuje ją, w tym dużo księży, bo to do nich przede wszystkim kieruję treści, które na niej zamieszczam. Oni są ze mną w kontakcie, piszą o tym, jak traktują ich biskupi; świeccy opisują czasem to, jak traktuje ich proboszcz. Jestem na bieżąco w wielu sprawach.

Biskupi naprawdę powinni Cię powołać na stanowisko rzecznika spraw osób skrzywdzonych w Kościele!

Hierarchia zrobi wszystko, by osoba taka jak ja nigdy takiego stanowiska nie objęła. Pomijając już ten drobiazg, że ono nie istnieje.

Może trzeba je powołać?

Może, ale to raczej Twoje wnuki tego dożyją.