Biblia dla moich parafian.Tom II. Dobra NowinaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Wstęp

Jezus, nasz Pan i Bóg

W obu postaciach Chrystusa objawia się piękno godne wszelkiego uwielbienia. W jednej piękno natury; w drugiej piękno łaski. Jakże jesteś piękny dla Twych aniołów, Panie Jezu, jakże piękny w postaci Boga, w dniu Twej wieczności, w blasku świętych, poczęty przed wszelkim początkiem. Ty, który jesteś świetnością i odbiciem istoty Ojca, nieskończoną światłością życia wiecznego!

Jakże piękny jesteś dla mnie, Panie mój, gdy rezygnujesz z tej chwały, gdy się unicestwiasz, gdy pozbawiasz się swego promieniowania! Twa miłość jaśnieje wówczas silniejszym światłem, Twe miłosierdzie i Twa łaska promienieją mocniejszym blaskiem. Świeć mym oczom, gdy wschodzisz, gwiazdo Jakuba: jakże promieniejesz, gdy wschodzisz kwiecie z korzenia Jessego: jakże łagodnym światłem jesteś, gdy nawiedzasz ciemności, Jutrzenko, która ukazujesz się na niebie!

Jak godne podziwu i cudowne są Twe cnoty anielskie w Twym poczęciu się z Ducha, w Twych narodzinach z Dziewicy, w niewinności Twego życia, w rzekach Twej myśli, w blasku Twych cudów, w objawieniach Twych tajemnic!

O słońce sprawiedliwości, jakże świecisz po Twym zachodzie, gdy zmartwychwstajesz wewnątrz ziemi! Jakże jesteś piękny w Twej chwalebnej szacie, gdy Ty, Królu, idziesz spoczywać na wyżynach niebieskich!

Czyż z tego powodu kości moje nie powinny wołać: „Panie, któż jest podobny do Ciebie”?

Celem przywołanych powyżej słów św. Bernarda jest powiązanie rozważań na temat Dobrej Nowiny z myśleniem, które towarzyszyło nam w poprzednim tomie, poświęconym Pierwszemu Testamentowi. W istocie bowiem ten długi proces biblijnego wtajemniczenia doprowadzić ma nas do wypowiedzenia słów: „Jezus, nasz Pan i Bóg!”, tak by modlitwa św. Bernarda stała się naszą własną. Droga ta, wiodąca poprzez całe bogactwo Biblii, ma nam uchylić rąbka tajemnicy, kim jest Jezus, kim jest nasz Bóg, a w konsekwencji – pozwolić nam zrozumieć, kim jest wierny tego Boga, czyli chrześcijanin.

Święty Paweł mówi: „Postanowiłem bowiem (…) nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego” (1 Kor 2,2)[1]. Jedynym celem Biblii jest dać nam poznać Chrystusa. Cała reszta jest tylko przygotowaniem bądź konsekwencją tego odkrycia. Osobiście dokonałem go dzięki lekturze dzieła Jeana Massina Le Rire et la Croix (Śmiech i krzyż), w którym znalazłem taki oto fragment:

Skosztujcie i zobaczcie, jak Pan jest dobry! Człowiek jest za darmo powołany do najbardziej niepojętego związku z miłością doskonałą i jedyną cudownością; przez swój stan nadprzyrodzony wyniesiony jest do uczestnictwa w życiu Boga. Człowiek wie o tym, wierzy w to i miałby nigdy nie spróbować, jak Bóg jest dobry, nigdy nie skosztować tego Chleba ofiarowanego na wieczność, aby choć trochę uświadomić sobie jego istotę? Więcej: człowiek ten jest nie tylko za darmo przebóstwiony, lecz właśnie jego, grzesznika, cuda miłosierdzia włączają w Baranka złożonego w ofierze przez niego i dla niego; odkupienie czyni go przez Ciało Mistyczne jednym bytem ze swym Zbawicielem. Czyż więc miałby nie troszczyć się o Tego, który samego siebie wydał za niego, czyż miałby nie poświęcić się za swego przyjaciela i nie troszczyć się o ofiarowanie całego życia pełnego ogromnej wdzięczności?

Więcej: czy ów człowiek, z całą dobrą wolą dążąc do zaangażowania swego życia w służbie Chrystusa, miałby nigdy się nie zastanawiać nad swym Mistrzem, nad tym, jaki On jest? Chcąc przyprowadzić Mu swych braci, miałby znać Go tak mało, iż nie wiedziałby, co o Nim mówić? We wszystkich swych działaniach kierując się miłością do Niego, nie odczuwałby nigdy przemożnej chęci spędzenia kwadransa na modlitwie w największej bliskości z Tym, którego kocha? Byłby gotów wyrzec się swej wolności, przebaczać nieprzyjaciołom, opanowywać swe popędy lub nimi kierować, a nawet znosić męczeństwo przez wierność Bogu, którego przyjaźń przynosiłaby mu tak niewiele radości, iż miałby nie cieszyć się, myśląc o Nim? Nie będąc masochistą bądź całkiem zdolnym do życia, musiałby być ostatnim z głupców. Nawet kantysta nie byłby tak niedorzeczny w swej moralnej obojętności. Chrześcijanin, dla którego Jezus nie byłby wszystkim, rozchwiewałby i sabotował całe swe istnienie, aby podobać się Komuś, kto pozostawałby mu obojętny!

Czyż być księdzem może oznaczać coś innego niż „odsłaniać”, czyli zdejmować zasłonę, która uniemożliwia nam odkrycie tego niezwykłego Oblicza?

Już to samo jest przyczyną naszej osobistej radości, naszej nadziei i wiary, a cóż dopiero, gdy pragniemy być apostołami. I nie znam nikogo, młodego czy starego, zdrowego czy chorego, kogo odkrycie to by nie zachwyciło, nie wyrwało z jego problemów, by dotrzeć do cudownego brzegu przyjaźni! Jezus jest przyjacielem przez duże „P”. Do nas należy dalsze posuwanie się na drodze tego odkrycia, z całym bogactwem, jakie daje nam Biblia. Albowiem Jezus jest tak wielki, że nasze oczy nie mogą dostrzec Go za jednym spojrzeniem; jest tak niezmierny, że serce nasze eksplodowałoby, gdyby On nie przedsięwziął środków ostrożności w objawianiu się nam. Tym sposobem, w najczulszej ze wszystkich miłości, Jezus zawsze stara się, by nasze serce czuło stopniowo rosnącą radość.

Kto zatem przeczytał Pierwszy Testament, mógł odkryć czułość Boga i Jego wierność przymierzu. Drugi Testament, który jest przedmiotem tej książki, pokazuje nam, że chrześcijanin to człowiek:

– dla którego Bogiem jest Jezus Chrystus;

– dla którego Bogiem jest Jezus Chrystus, który stał się człowiekiem;

– który za św. Pawłem mówi: „Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20).

Bogiem jest Jezus Chrystus

Każdy człowiek religijny musi najpierw zadać sobie pytanie: „Jaki jest mój Bóg?”. Być może jest to jakikolwiek bóg, lecz trzeba mieć pewność i nie pomylić się co do osoby, gdyż podobnie jak ma to miejsce w małżeństwie, nie jesteśmy związani, jeśli byliśmy przekonani, że zawieramy przymierze z Bogiem, a poślubiliśmy innego boga. Niełatwo jest uniknąć tego paradoksu, gdyż o Bogu tak wiele już zostało powiedziane. Ludzie zawsze mieli Boga w swoim polu widzenia. I to tak dalece, że przy braku czujności można dać „swemu” Bogu definicję Woltera, Sokratesa, Platona, które są bardzo godne szacunku, ale nie przybliżają nam one naszego Boga. Dla chrześcijanina Bóg nazywa się Jezus Chrystus.

Zmartwychwstanie dowodzi, że Jezus jest Bogiem. Fakt zmartwychwstania jest centralnym przedmiotem naszej wiary. Pewien człowiek zwyciężył śmierć, która nas paraliżuje z powodu grzechu pierworodnego. Człowiek ów z konieczności musi być Bogiem. Albo został wskrzeszony przez kogoś innego, albo zmartwychwstał sam z siebie. A jeśli wskrzesił sam siebie, to może być jednie Bogiem. Człowiek ten jest pierwszym, który złamał pierworodne potępienie. Jezus na nowo otwiera raj, zamknięty z powodu grzechu, otwiera raj życia, miłość życia. On jest pierwszym, który w wielkanocny poranek śmiał się z radości, śmiechem wiecznym. A zatem pierwszą łaską, o którą należy prosić, jest uświadomienie sobie, kim jest ów Zmartwychwstały. Poprzez tego człowieka, który je, pije, ściska dłonie swych przyjaciół, który mówi im: „Zobaczcie, dzieci, nie jestem jakimś duchem, nie trzeba się bać”, należy dostrzec, że to Bóg przechodzi. Niezależnie od badań naukowych, które mają wyjaśnić owo „jak” zmartwychwstania… to Bóg przechodzi.

Starajmy się wciąż na nowo uświadamiać sobie następujący fakt: naszym Bogiem jest zmartwychwstały człowiek! Zmartwychwstanie, unicestwiając śmierć, zabiło grzech, który jest przyczyną śmierci, i umożliwiło przywrócenie przymierza. Jezus Chrystus jest Kapłanem, Mostem. Zostaliśmy odcięci od źródła życia. Jezus przywrócił prąd. Na nowo podłączył nas do życia, jednakże mógł to uczynić tylko przez budowę mostu między dwoma brzegami. Jezus Chrystus jest Kapłanem właśnie dlatego, że łączy dwa krańce, dwa wymiary: Boga i człowieka. Sam w sobie, przez swe istnienie, nic nie czyniąc, nic nie mówiąc, jest Tym, który przywraca przymierze. W Nim znajduje kulminację cała historia biblijna, a zwłaszcza odnowa świata, którą Biblia zapowiada. Układ Biblii jest przecież następujący: najpierw kilka rozdziałów, w których wszystko przebiega dobrze, potem długa opowieść o tym, że wszystko idzie źle, ale na szczęście ulega naprawie, wreszcie – niczym pokaz sztucznych ogni – zakończenie Apokalipsy, kiedy wszystko zostaje całkowicie odnowione. „Przyjdź, Panie Jezu, przyjdź!”. Wszystko jest gotowe. Ludzkość ponownie stała się Twoją piękną, na nowo oczarowaną Oblubienicą, która w pełnej gotowości oczekuje Ciebie, swego Oblubieńca…

W tej środkowej części Biblii, która objętościowo stanowi niemal jej całość, spotykamy Chrystusa przygotowującego się do paschy, Jego paschę, wreszcie Chrystusa paschalnego wypełnionego. Zmartwychwstały Chrystus stanowi centrum Biblii. Jezus wypełnia chrześcijanom całą perspektywę Nowego Testamentu, który jest trzecim i ostatecznym przymierzem. Lud tego przymierza jest ludem chrześcijan, dla których Bogiem jest Jezus Chrystus. Bogiem pierwszego i drugiego przymierza był JHWH, Bóg Jedyny. To ważne, by dobrze sobie uświadomić, że miłość spowodowała zmianę w Niezmiennym; że w Trójcy Świętej od zawsze, aż po zwiastowanie, był Ojciec, Syn i Duch Święty; od zwiastowania po zesłanie Ducha Świętego – Ojciec, Jezus, Syn Maryi, i Duch Święty; zaś od zesłania Ducha – Ojciec, Chrystus totalny, w którym my jesteśmy, oraz Duch Święty. Trójca Święta nie była niezmienna. Mamy tu do czynienia z tajemnicą, ponieważ zdanie to brzmi z pozoru niedorzecznie, nie jest przecież możliwe, by Trójca Święta podlegała zmianie. Jednakże istnieje tyle rzeczy niemożliwych, których Panem jest Bóg. Pod tym właśnie względem nasza religia różni się od religii teozofów, filozofów, którzy studiowali Boga, od stoików…

 

Jezus wprowadza nas w pobliże Tego, którego nazywa „Ojcem moim i Ojcem waszym”. Daje nam Ducha, który jest Jego Duchem. Jednym słowem, „my” jesteśmy z Trójcy Świętej, a nasz Bóg jest Bogiem szczególnym, ponieważ w żadnej religii Bóg nie łączy się z wiernymi. Co najwyżej zaprasza ich (co niekiedy idzie bardzo daleko) do naśladowania Go, do przeobrażania się na Jego obraz, lecz nie przyłącza ich do siebie.

Uznanie Boga przez zmartwychwstanie musi zostać poprzedzone przemienieniem. Uznać prawdę, że Jezus jest Bogiem i człowiekiem, jest o wiele łatwiej nam niż tym, którzy widzieli Go, jak wśród nich rośnie, pracuje, dla których – jak pisze Charles Péguy – wyrabiał stoły, krzesła czy trumny… Syn Boga! (por. Łk 4). Trudniej natomiast zaakceptować fakt, że Chrystus musiał cierpieć, aby wejść do swej chwały. Zajrzyjmy do Ewangelii. Jezus próbował trzykrotnie uświadomić apostołom, że trzeba najpierw umrzeć, by zmartwychwstać. Nigdy się z tym nie pogodzili, ponieważ nikt nie chce przyjąć do wiadomości, że szczęście przychodzi przez krzyż, że życie przychodzi przez wyrzeczenie. Nikt nie akceptuje zasady, że kto traci, ten zyskuje.

Musimy błagać Jego dobroć o łaskę przemienienia, trzeba bowiem, aby On sam przemienił naszą ideę Boga i doprowadził nas do uznania, że Chrystus zmartwychwstały jest tą samą, a zarazem całkowicie inną osobą niż Chrystus z Nazaretu. Musimy dostrzec, że On wypełnia Pisma oraz że Chrystus zmartwychwstały z Wielkiej Nocy jest faktycznie Tym, za którego Mojżesz i Eliasz przyszli poręczyć na Górze Przemienienia. On posiada wszystkie atrybuty Boga. Jego należy prosić o łaskę rozumienia Jego nowego sposobu bycia. Chrystus zmartwychwstały to Ten, którego miłość nie jest już ograniczona przestrzenią i czasem. Może On służyć naraz więcej niż tylko jednemu przyjacielowi. Jakie to piękne! Jezus zmartwychwstały jest jednocześnie w Emaus, w Jerozolimie, w Galilei, jest tam i tutaj. Dlaczego? Nie dlatego, że przenika przez ściany, lecz dzięki temu, że miłość, moc Boża tak dalece uwzniośliła Jego ciało, że już nie ono stanowi przeszkody. Coś niezwykłego! W tym właśnie widzę nadzwyczajny dowód Jego boskości. Człowiek, który przeszedł przez zmartwychwstanie. Do odkrycia tej prawdy potrzebna jest łaska przemienienia. Chrześcijanin to ktoś, kto doświadczył własnego przemienienia i dostrzegł całą rzeczywistość osoby Chrystusa, prawdziwego Boga.

Przemienienie zostanie poprzedzone stopniową epifanią (objawieniem). W Ewangelię należy wchodzić od końca, zaczynając od Wielkiej Nocy. Tym, którzy uwierzyli, że pewien człowiek zmartwychwstał, ewangeliści mówią: „Teraz powiemy wam, kim jest ten człowiek”. I przypominają, w jaki sposób się urodził, jak żył, co mówił i dlaczego został skazany.

Kontemplacja Nowego Testamentu jest dla nas spotkaniem. Daje nam okazję uznania Boga w Jezusie oraz powody, by Go kochać: cuda, przebaczenie grzechów, zmartwychwstanie umarłych… Jednakże spotkanie to dokonuje się zawsze za pośrednictwem apostoła, sługi Bożego, którego Bóg stawia na naszej drodze. Zawsze znajdzie się jakiś apostoł, ponieważ tak właśnie zapragnął Jezus. Warto przypomnieć słowa św. Pawła: „Oni są apostołami? Ja także!”. Gdy tzw. judeochrześcijanie kwestionują doktrynę Pawła, on usprawiedliwia się bez kompleksów, mówiąc: „To prawda, jestem grzesznikiem, jestem niczym, lecz jestem cennym środkiem głoszenia nauki Jezusa Chrystusa”. Nasz Bóg, który stał się człowiekiem, nasz Jezus Chrystus przechodzi przez Kościół i przez apostoła – to jedna z zasadniczych cech Nowego Testamentu. Bezpośrednia więź duszy z Panem nie istnieje: realizuje się poprzez zgromadzenie, przez sługę Boga, przez słowo. Chrześcijanin jest w stanie ewangelizacji permanentnej, to znaczy że zawsze jest na drodze nieustannego odkrywania swego Boga.

Wreszcie przychodzi Apokalipsa: nic się nie wydarzyło, dopóki chrześcijanin nie spotkał Chrystusa, jedynej odpowiedzi na swe pragnienie i potrzebę. „Oto stoję u drzwi i kołaczę… Jeśli ktoś Mi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze mną”. Taki jest nasz Bóg. Właśnie wtedy przychodzi czas, by spostrzec, że skoro nasz Bóg przychodzi wieczerzać z nami, to znaczy, że jest On człowiekiem…

Bogiem jest Jezus Chrystus, który stał się człowiekiem

W życiu chrześcijanina Chrystus nie może być kimś obcym. Nie wystarczy, byśmy uznawali Jego ważność, byśmy doceniali Jego nadzwyczajność, chylili czoła przed Jego boskością, bo nawet wówczas Jezus może pozostać dla nas obcy. Znam wielkich ludzi, których podziwiam, lecz którzy nie mają znaczenia dla mojego życia. Kibicowałem wyczynom kosmonautów… Jednakże Jezus nie jest kosmonautą, który jak meteor przeleciał po niebie natury ludzkiej. Jezus prosi, by mógł usiąść przy nas i przestał być obcy naszemu życiu. Nowość Nowego Testamentu nie polega tylko na tym, że Jezus jest zarazem Bogiem i człowiekiem. Trzeba prosić Pana o łaskę pojmowania faktu, że ów niezwykły zmartwychwstały Bóg, którego widzieliśmy, jest całkowicie człowiekiem. Wielką nowością Nowego Testamentu jest zatem możliwość wejścia w kontakt z Nim, postrzegania Go naszymi zmysłami, naszym sposobem poznawania, i to w samym sercu naszych podstawowych problemów: w śmierci i chorobie, w miłości, w pragnieniu wzrastania, w naszym życiu z innymi. Weźmy dla kontrastu przykład Buddy. Bardzo trudno jest dosięgnąć, dotknąć Buddy. Potrzeba wiele kontemplacji, sposobu poznania, który nie jest niemożliwy – wielu ludziom się to udaje – ale jednak jest dość trudny. Chrześcijanie są uprzywilejowani, mając Boga, który jest łatwo dostępny. Możemy komunikować się z Bogiem, ponieważ jest On człowiekiem.

Poważną trudnością w modlitwie, w kontemplacji bywa brak umiejętności pokonania znudzenia, przyzwyczajenia, tej szarej bezbarwności, cienia, który zdaje się nieuchronnie ogarniać wszelkie przepowiadanie, wszelkie zwiastowanie Boga, każdy temat religijny. Nasz Bóg, będąc człowiekiem, pozwala nam odkrywać serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, jak mówiła św. Małgorzata Maria Alacoque. Możemy wejść z Nim w kontakt, możemy tego kontaktu pragnąć, zwłaszcza że słuchając Go z uwagą i spędzając z Nim czas, nabierzemy przekonania, że Jezus Chrystus naprawdę bierze na siebie wszystkie nasze troski. Taki właśnie jest cel niniejszej książki: odkryć żywego człowieka.

Pamiętam, że gdy miałem około dwudziestu pięciu lat i ujrzałem Boga tak bardzo troszczącego się o wszystko, co powodowało moje drżenie, powiedziałem: „To jest mój Bóg!”. Towarzyszyła mi jednak wówczas myśl, że nie można być Jego uczniem, nie wyrzekając się własnych aspiracji, że musiałbym wyniszczyć się doszczętnie, by mógł się we mnie zrodzić chrześcijanin, a tym bardziej ksiądz. A ja nie byłem gotów, nie chciałem stać się smutny! Zarazem czułem, że jestem wezwany w sposób nadzwyczajny. Na szczęście jakiś czas później pojąłem różnicę między wyrzeczeniem się siebie a dezintegracją własnego „ja”. Są to rzeczy całkowicie odmienne. To nie jest tak, że dla zwiastowania życia, radości mamy poświęcić moje życie, pozwolić zniszczyć własne istnienie! To wyrzeczenie siebie ma być jak przycięcie drzewa – nie po to, by je zniszczyć, ale po to, by lepiej rodziło, wydawało piękniejsze kwiaty i owoce.

Jeśli pomyślimy o wielkim pragnieniu rozwoju, o ogromnej woli życia, jaka obecnie ogarnęła ludzkość, to w sposób oczywisty mamy do czynienia z Dobrą Nowiną! Dobrą Nowiną jest spotkanie z Bogiem, który jest tak bardzo ludzki, braterski, który ma swój sposób wyrażania, własną psychologię, charakter… Rzecz jasna, trzeba Go wciąż odkrywać, nie zadowalać się powierzchowną wiedzą o Nim, lecz naprawdę z Nim obcować. Bóg może nas pociągnąć jedynie w relacji intymnej, bliskiej. A z Bogiem chrześcijan taka relacja jest możliwa.

Prawdziwą nowością chrześcijaństwa jest odkrycie religii doskonale ludzkiej. Można tu przywołać Pascala, przypomnieć św. Bernarda, św. Jana od Krzyża, wszystkich wielkich świętych. Jeśli ich śpiewy ku chwale Boga były możliwe, to dlatego, że istnieje „gleba” Jezusa Chrystusa! Święci nie śpiewaliby w ten sposób, gdyby nasz Bóg nie stał się człowiekiem, gdyby do tego stopnia nie był godny podziwu i miłości, a wreszcie – gdyby Go nie spotkali.

Aby Go odkryć, trzeba Go spotkać i pozwolić Mu się zdobyć. Można bowiem latami żyć życiem chrześcijańskim i nie znać Jezusa. Już św. Tomasz mówił, że niczego nie przyjmuje się bez apetytu. Studiowanie Biblii ma na celu właśnie odnowienie naszego apetytu na Jezusa Chrystusa, abyśmy traktowali Jego Ewangelię jak, nie przymierzając, płytę z ulubioną muzyką. Niech nam śpiewa i się podoba!

Gdy Bóg nabierze osobowości, gdy Go odkryjemy, wówczas będziemy Go mogli kontemplować… Dzięki studiowaniu Biblii wszyscy powinniśmy umieć bez zastanowienia odpowiedzieć na pytanie, dlaczego jesteśmy chrześcijanami. Co nas uwiodło w Jezusie? Na pytanie Jezusa: „Dla ciebie Kim jestem? Dlaczego Mnie kochasz?”, każdy winien odpowiedzieć bez zwłoki. Jeśli bowiem musimy zastanawiać się, dlaczego kogoś kochamy, oznacza to, że jeszcze nie bardzo mocno go kochamy.

Ważne, by odkryć w Pismach to, co czyni Go naszym Przyjacielem… Już Pierwszy Testament pozwolił nam odkryć i „skosztować”, jak dobry jest Pan. Teraz nadszedł czas tego odkrycia w odniesieniu do Jezusa. Oczarowanie Nim dokonuje się przez rozważanie czułości Chrystusa wobec tych wszystkich, których On spotyka. Zwłaszcza św. Marek i św. Mateusz podają wiele przykładów cech charakteru i zachowań Jezusa wobec innych. Wobec dzieci (Jezus prosi, aby pozwolono dzieciom przychodzić do Niego. Nadaje znaczenie tym, których świat nie poważa. Jego porządek wartości jest inny. Poświęcić czas dziecku to dla Jezusa tak, jakby poświęcić go królowi. Powiedział: „Miejcie się na baczności wy, możni, silni, sprytni. Jeśli nie staniecie się jak to dziecko pośród nich, nie będzie dla was miejsca w królestwie Bożym!”. Świętego Piotra pouczył: „Jeśli nie będziesz jak to dziecko, nie wejdziesz!”). Wobec ubogich (ubodzy w cnoty, w pieniądze… wszyscy ubodzy. Miłość Jezusa do ubogich… Kto kocha ubogich, ten ma w sobie niezwykłą głębię. Zauważmy surowość Jezusa wobec bogatych, wobec pewnych siebie, jak ów gruby, bogaty pan na jednej z planet w Małym Księciu). Wobec grzeszników i chorych (piękne jest, gdy ten, kto zajmuje się chorymi, patrzy na nich, spędza z nimi czas). Wobec apostołów (niewyczerpana jest dobroć i czułość Jezusa wobec Dwunastu, co obrazuje choćby historia Jezusa i św. Piotra, począwszy od pierwszego dnia, gdy teściowa Piotra wpadła w gniew, bo ten poszedł za Janem, poprzez słowa: „Umrzyjmy razem z Nim!”, jego zaparcie się: „Ja? Nie znam tego człowieka. Nigdy go nie widziałem. Nigdy, nigdy, nigdy!”, aż po: „Panie, Ty wiesz wszystko, Ty wiesz, że Cię kocham” oraz darowaną mu moc uzdrawiania chorych. Historię św. Piotra i Jezusa trzeba odczytać ponownie i w całości…). Wobec kobiet (Maria Magdalena, Samarytanka… Jeśli chcemy uświadomić sobie, że nasz Bóg jest naprawdę człowiekiem, to właśnie dzięki niezwykłemu dialogowi między Jezusem a Samarytanką). Wobec tłumów (tłumy ze sceny błogosławieństw, z rozmnożenia chlebów, tłumy, które witały Go w Niedzielę Palmową, a także już na innej drodze, w pamiętny piątek… Tłumy i Jezus… Jezus, który przemawia do tłumów… Jezus jako trybun, który porusza tłumy! Cuda, których dokonuje wobec tłumów… Jezus naprawdę jest Kimś, kto ma uprzywilejowaną relację z ludźmi).

Jezus nie przyszedł, by uczynić z nas porządnych dewotów, bigotów, lecz ludzi świętych, którzy umieją żyć. Najpiękniejszym wyrazem człowieczeństwa Jezusa jest to, że daje nam życie w obfitości, czyniąc nas solidarnymi z Nim samym. Celem Jego przyjścia jest to, byśmy mieli życie i byśmy je mieli w obfitości. On trudził się w tym właśnie celu: „Przyszedłem, abyście mieli życie!”. Mówi to na wiele sposobów: „Ja jestem winnicą”, „Ja jestem chlebem”. Podczas lektury słynnego szóstego rozdziału myślimy zawsze o Eucharystii. I słusznie. Tymczasem uwaga… Gdy Jezus w szóstym rozdziale Ewangelii św. Jana mówi: „Jestem dobry jak chleb, jestem jak chleb życia, Ja jestem chlebem życia”, wskazuje nie tylko na sakrament Eucharystii, ale także chce nam przez to powiedzieć: „Jestem żyjący”. Takie jest zresztą Jego imię w Apokalipsie. Bo kontakt z Nim nas ożywia, czyni z każdego z nas istotę żywą, osobę szczęśliwą, że żyje. Gdyby nasz Bóg był starym, pomarszczonym mnichem, który prawiłby nam: „Musicie wykonywać ćwiczenia pobożnościowe, odprawiać wasze praktyki religijne”… cóż, nie byłby naszym Bogiem! Gdy On przychodzi z całym swoim porywem życia, wolą życia, choćby nawet prowadząc nas przez wyrzeczenie i śmierć (bo i taka jest nieraz cena), wiemy przynajmniej, że celem jest życie.

Takiego Chrystusa trzeba przepowiadać! O takiego prosić! A nie prosimy, ponieważ nie ośmielamy się… ponieważ Go nie poznaliśmy… ponieważ nie zostaliśmy zdobyci, pochwyceni… Ponieważ nie odkryliśmy jeszcze Ewangelii.

 

„Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus”

Słowa te mogą nagle nabrać niezwykłego blasku: nie jestem już sobą samym, to On mnie pochwycił, zawładnął mną i żyje we mnie. Mam Jego szaleństwo, Jego życie jest we mnie. Nie jestem już sobą. Tak brzmią słowa miłości.

Człowiek, który spotkał Chrystusa, jest chrześcijaninem przez przyłączenie do Niego. Pozostaje on nie tylko w związku z Chrystusem, lecz także w przyjaźni z Nim. Całe życie religijne wierzącego zostaje określone na nowo w kategoriach przyjaźni jako utożsamienie, stopniowe zjednoczenie z Bogiem-człowiekiem. Wierzący staje się Nim samym, bowiem Bóg sam stał się człowiekiem. Święty Leon powiedział: „Uczynił się człowiekiem, aby człowiek stał się Bogiem”. Chrześcijanin osiąga szczęście upragnione przez Sokratesa, który mówił: „Poznaj samego siebie”. Chrześcijanin zna samego siebie: jest człowiekiem-Bogiem. Chrześcijanin jest człowiekiem-Bogiem, ponieważ jest przyłączony do Boga-człowieka.

Rozwój chrześcijanina, człowieka, który spotkał Jezusa Chrystusa, zależy od pokarmu jego wiary, od jego miłości. Tego pokarmu dostarcza lektura Nowego Testamentu. Jeśli człowiek ten będzie karmić swoją wiarę, będzie też wzrastał, rósł aż po pełny wzrost Chrystusa, jak mówi św. Paweł, aby człowieczeństwo ostatecznie rozkwitło, stając się w pełni „człowieczeństwem-bóstwem”, przebóstwionym człowieczeństwem.

Wola Boga, abyśmy mieli życie w obfitości, jest uwolnieniem nas od fałszywej sprzeczności między życiem doczesnym a życiem duchowym. Aby być dobrym chrześcijaninem, nie trzeba żyć połowicznie. To nieprawda, że, jak mówił niegdyś Nietzsche, chrześcijanie są ofiarami alienacji, życiowymi nieudacznikami, którzy niczego już nie oczekują od życia ziemskiego, a zwracają swe oczy jedynie ku niebu! Jezus – patronem nieudaczników, pozyskiwaczem niepełnosprawnych duchowo? Cóż za pomysł… Jezus jest radością i pasją życia! Przyjaciele Jezusa mieliby być nieudacznikami, życiowymi karłami? Skądże znowu… Oni są prawdziwymi ludźmi, którzy niczego się nie boją, nawet śmierci. Dopóki boimy się śmierci, dopóty nie zrobimy niczego wielkiego. Trzeba ryzykować śmiercią, aby dokonać jakiejś wielkiej rzeczy w życiu. Jean Mermoz nie przeszedłby Andów, gdyby nie ryzykował śmiercią. Chrześcijaninem jest ten, kto przechodzi przez Andy cierpienia, zniechęcenia, zwątpienia, kto przechodzi przez Andy mizantropii, choroby, rozpaczy… To ktoś, kto odnajduje siebie samego po drugiej stronie, w świetle rodzącego się Jezusa Chrystusa!

Chrystus to nadzieja ostatecznej odnowy, stałość w budowaniu nowego człowieka. Stałość w wysiłku, pomimo porażek, mimo grzechów… Stałość w radości, pomimo sprzeciwów, jakie spotykają chrześcijanina, pomimo cierpień… Chrześcijanin bowiem nie cierpi mniej niż inni, przyjmując zarazem zasadę, że kto traci, ten zyskuje, jako jedyną regułę własnego życia, jedyną mądrość.

Chrześcijanin czuje się bratem wszystkich ludzi, w powszechnej komunii z tym samym Panem. Jak każda prawdziwa miłość, miłość Jezusa gromadzi i łączy. Cudowne jest rodzenie się przyjaźni, gdy się kocha. Cóż dopiero, gdy wszyscy kochają Tego samego: „Przyjaciele moich przyjaciół są moimi przyjaciółmi”. W każdym człowieku odkryć istotę umiłowaną przez Jezusa, który oddał za nią swoje życie… Jezus powiedział: „Co uczyniliście najmniejszemu, Mnie uczyniliście”. Co za niezwykła wspólnota! Jak niezwykłe przesłanie dla epoki, która szuka równości, solidarności między ludźmi, możliwości powszechnego braterstwa.

Chrześcijanin w pokoju oczekuje powrotu Pana, który jest celem wszelkiej ludzkiej działalności. Gdy chrześcijanin odkrył swego Przyjaciela, zaczyna odliczać dni i w prawdzie swego serca wypowiada pozdrowienie pierwszych chrześcijan: „Przyjdź, Panie Jezu!”. Powrót Jezusa jest pewny. Pewne są nowe niebiosa i nowa ziemia i wszystko, czego chrześcijanin doświadcza obecnie, odnosi się do tej prawdy. Jego własna śmierć nabiera nowej barwy, jest wprowadzeniem w ostateczne życie z Nim, końcem nieobecności. Zamiast mówić: „Koniec świata”, chrześcijanin mówi: „Nareszcie prawdziwy świat!”. Przypomnijcie sobie Jana XXIII, który zaczyna swój testament słowami: „Każdy dzień jest dobry, by się narodzić, i każdy dobry, by umrzeć…”.

Oczekując na powrót Pana, chrześcijanin doświadcza wszystkiego w nowym i niezwykłym życiu religijnym. Ponownie odkrywa wielki plan Boży. Czyni to, przywracając grzechowi jego właściwe miejsce przez porzucenie religijnej niedojrzałości i faryzeizmu, który nie potrzebuje Przyjaciela i nie zachwyca się tym, że jako pierwszy i na zawsze został umiłowany! To poczucie wyzwala. Chrześcijanin nie mówi już: „To nie ja, to inny…”, ale przyznaje: „Ja to uczyniłem”. Źdźbło i belka. Jezus powiedział: „Usuń najpierw belkę z twego oka, a potem będziesz mógł usunąć pyłek z oka twego brata”. Czyni to, traktując prawo jako kodeks przyjaźni. Bo czy między przyjaciółmi nie ma kodeksu postępowania? Wprost przeciwnie. Prawo przyjaźni jest odmienne, lecz pozostaje prawem, i to niezwykłym. Nowe wymaganie nie jest dla chrześcijanina uciskiem, wyobcowaniem, lecz kolejną okazją do odkrywania Przyjaciela. Traktuje Kościół jako Ciało Chrystusa i zgromadzenie Jego przyjaciół, ze ściśle wyznaczonym, trudnym, a zarazem zachwycającym miejscem apostoła – aż do Jego powrotu. I gdy na przykład nie podoba mu się sposób odprawiania mszy przez księdza, wie, że udając się z wizytą, nie zawsze musi się zwracać uwagę na służącego. Ważny jest ten, kto nas zaprasza. Czy jeśli otrzymam zaproszenie na obiad od pana Y, odpowiem: „Nie, dziękuję, nie podoba mi się jego służący”?! No cóż, jeśli ksiądz mi nie odpowiada, muszę pamiętać, że ważny jest Pan domu. Nie traćmy czasu na przyglądanie się służącemu…

Począwszy od chrztu, życie sakramentalne staje się zatem rytuałem przyjaźni, która potrzebuje sposobu wyrażania się i daje siłę na obecne życie. Jest to postawa jak najdalsza od formalizmu. „Idę na mszę” oznacza wówczas: „Mam spotkanie z moim Przyjacielem”. Jeśli nie mogę się na nie stawić, wypada, bym się z Nim rozmówił. Może się przytrafić, że raz nie stawię się na spotkanie, lecz nie więcej… A przynajmniej muszę się wobec Niego wytłumaczyć! Jak bowiem można wystawić do wiatru Jezusa Chrystusa? Po cóż te wszystkie teoretyczne dyskusje o zobowiązaniach. Albo jesteś przyjacielem, albo nie. To proste.

*

Kończąc to wprowadzenie, niech mi będzie wolno raz jeszcze przytoczyć słowa Jeana Massina:

Od chwili, gdy On uobecnił się wobec nas, nie możemy twierdzić, że reszta nas nie obchodzi. Byłoby bowiem groteskowe i oburzające, gdyby nasza miłość do czegokolwiek mogła się zmniejszyć wówczas, gdy jesteśmy z Tym, który jest Miłością. Czyż cały świat nie staje się nieskończenie piękniejszy i bardziej godny naszego uczucia, jeśli patrzymy nań oczami jego Stwórcy i miłujemy go sercem jego Zbawiciela? Z chwilą jednak, gdy zaczęliśmy wiedzieć, czym jest miłość do Jezusa lub raczej czym jest Jego miłość do nas, nasza historia osobista przestaje być przedmiotem naszego zainteresowania. Interesujący staje się tylko Ten, którego znalazłem, który dał mi siebie, mimo że Go nie szukałem, bez mojego wysiłku. Ten, który pochwycił mnie tylko dla siebie, mimo że nawet nie myślałem o tym, by Go pragnąć.

Jakże śmieszne jest mówić o zainteresowaniu wobec tej Niagary uwielbienia, skruchy, entuzjazmu, wdzięczności, zadziwienia, pragnienia i uświęcenia, która wytryska bez końca z duszy, dla której Jezus jest obecny, w której On żyje; jeszcze śmieszniejsze wobec tego oceanu, gdzie najmniejszy gest, najmniejsze słowo Pana z Jego Ewangelii, każda chwila codziennego życia zanurza nas w hojności Stwórcy, w miłosierdziu Zbawiciela, w czułości Przyjaciela, w triumfalnej chwale umiłowanego Króla, w bliskości Tego, który jest w nas bardziej nami niż my sami, zanurza w samym w Jezusie.