Kto umrze, zobaczy. Czyściec i raj

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ II - Stan potępionego i stan duszy czyśćcowej

Dusza czyśćcowa, wychodząc z ciała, dąży do Boga, lecz przypomina osobę porwaną nurtem rzeki, która nie może dopłynąć do brzegu. Wytłumaczę wam to na przykładzie pewnego zdarzenia, jakie przeżyłem w Molfetcie. Przebywałem w tamtejszym seminarium jako ojciec duchowy. Rektor polecił mi zażywać morskich kąpieli. Choć jestem przeciwny kąpielom, musiałem go posłuchać. Gdy wskoczyłem do wody, chciałem spróbować popływać. Nie zauważyłem, że porwał mnie prąd, a kiedy się obejrzałem do tyłu, zobaczyłem, że jestem bardzo daleko od brzegu. Niezbyt doświadczony w pływaniu próbowałem wrócić na brzeg, ale prąd unosił mnie coraz dalej. To była dość dramatyczna chwila, ponieważ znalazłem się na głębokim morzu. Poleciłem się Maryi, a po licznych próbach udało mi się wydostać z prądu i wrócić na brzeg.

Dusza wyrywa się do Boga, ale jej niedoskonałości są jak prąd, który unosi ją z dala od Niego. Z powodu złudzeń ziemskiego życia sama poddała się prądowi, który oddalał ją od Boskiej miłości; lecz kiedy opuszcza ciało, złudzenia świata zmieniają się w wir, przez grzechy plamiące duszę, i dlatego zostaje ona porwana daleko od Boga w tej samej chwili, w której wyrywa się ku Bogu z całą siłą miłości, jaką odczuwa dzięki posiadanej łasce. Znajduje się poza ciałem, lecz niesie ze sobą odpowiedzialność za własne nędze, niczym podążające za nią śmiertelne ciało: opera enim illorum sequuntur illos, ich uczynki podążają za nimi (Ap 14,13 – przyp. red.). To bardzo mądre wyrażenie, odnoszące się zarówno do dobrych uczynków, jak i złych, które podążają za duszą, tak samo jak dobre. Dusza czyśćcowa jest jak człowiek, który wpadł do wirującego prądu ubrany w grubą odzież ciągnącą go w dół, gdy tymczasem powinien unosić się na powierzchni i do niej dążyć ze wszystkich sił, by móc dopłynąć do spokojnego i szczęśliwego brzegu.

Tajemnica cierpienia w życiu

Dusza podczas ziemskiego życia zazwyczaj żywi wiele uprzedzeń co do Bożej dobroci, a czasem nawet oskarżeń, szczególnie wobec tajemnic cierpienia, opatrzności, zła, ludzkiej wolności itd. Prawdopodobnie każdy z nas w jakimś stopniu mógłby przyznać się do takich myśli. Tak, staramy się je odsunąć jako pokusy. Staramy się, choć z niejakim wysiłkiem, spełniać odwrotne uczynki albo jakiś marny i wątły akt wiary, zanurzając się nie w olśniewającym świetle Bożym, lecz w ciemnych mrokach umysłu, który nie chce pojąć, albo serca, które nie potrafi czule kochać tego, co wydaje mu się goryczą i surowością. Nasza dusza, zamiast kochać Pana, stara się raczej Mu nie sprzeciwiać i nie pławić w niedowiarstwie, w ciemnych odmętach fatalizmu czy ślepego losu.

Zaraz po opuszczeniu ciała dusza staje przed nieskończoną dobrocią Boga, dostrzega własną nędzę i własne skargi w łagodnym świetle Boskiej Dobroci, choć nie kontempluje i nie może jeszcze kontemplować tego oceanu miłości, gdyż wciąż pozostaje niezdolna do zanurzenia się w nieporównywalne szczęście. Zachowuje się, użyjmy dalekiej analogii, jak człowiek, który wziął przebranego króla za wieśniaka, przechodzącego kardynała potraktował jak zakrystianina albo, co gorsza, jak złodzieja przebranego za księdza. Taka historia przydarzyła się dwóm policjantom, którzy pewnej nocy w Wenecji zatrzymali św. Piusa X, ubranego jak zwykły ksiądz i niosącego na plecach materac dla ubogiej kobiety bliskiej rozwiązania. „Hej! – zakrzyknęli policjanci z daleka – Hej, nocny złodziejaszku, skąd masz ten materac? Stań, odłóż go i wyciągnij ręce przed siebie”. I podeszli, żeby go złapać, ale rozpoznali w tej anielskiej twarzy świętego Patriarchę. Zgadnijcie, jakie musieli mieć miny.

Trudno to nawet porównać do zdziwienia duszy, która po raz pierwszy spotyka Pana, nieskończoną Dobroć i nieskończoną miłość. Nawet nie widząc Go twarzą w twarz, gdyż nie jest jeszcze uwielbiona, odczuwa ona Bożą Dobroć, w pokoju wynikającym ze stanu łaski.

To nie wszystko – dusza w świetle Boga, którego doskonałość i wielkość dostrzega, odkrywa, że sama jest splamiona oraz naga, i czuje taki wstyd, że pragnie jedynie odsunąć się od Boga, aby się oczyścić. Wyjaśnię wam to na przykładzie. Być może mieliście kiedyś taki sen, że znaleźliście się na ulicy w koszuli nocnej albo nawet nago. Co za wstyd! Próbowaliście schować się w jakiejś bramie; naciągaliście koszulę, aby się zakryć, wydawało się wam, że spotykacie przechodniów, którzy wzbudzają wasz popłoch. Mogliście odetchnąć dopiero po przebudzeniu, kiedy zdaliście sobie sprawę, że to sen, wykrzykując: „Dzięki, o Panie, że to nieprawda!”. Ale dusza, która staje przed Bogiem i widzi, jak bardzo jest splamiona, nie śni, lecz budzi się z dumnych snów o własnej sprawiedliwości, jakie śniła za życia, formułując zbyt powierzchowne i pobłażliwe oceny, które w Boskim Świetle okazują się zwodnicze.

Istnieją bowiem nawet w normalnym, codziennym życiu takie czynności, które w zaciszu własnego domu wyglądają na neutralne, a poza domem, w towarzystwie szacownych osób, stają się obrzydliwe. Na przykład wkładanie palców do nosa, drapanie się w miejscu pogryzienia przez pchłę, ściąganie butów, żeby ją złapać, we własnych czterech ścianach wydają się niewinne. Tymczasem poza domem, w cywilizowanym czy szlachetnym otoczeniu, stają się odrażające, do tego stopnia, że raczej zniesiemy dyskomfort z uśmiechem, niż wywołamy złe wrażenie.

Na pewnym przyjęciu – opowiadano mi ostatnio – pewna panna poczuła silny ból w boku, ale nic po sobie nie dała poznać ani nie dotknęła ręką bolącego miejsca, ponieważ znajdowała się w eleganckim salonie. Po jakimś czasie ból był tak duży, że przeprosiła obecnych i poszła do innego pokoju, a rozwiązując gorset, ku swemu przerażeniu zobaczyła, jak z dekoltu wyskakuje myszka, która ją drapała. Ubierając się w pośpiechu, nie zauważyła zwierzątka – brzmi to niewiarygodnie, ale zdarzyło się naprawdę.

Dusza w Bożym świetle widzi cały koszmar tych działań, które za życia wydawały się jej niewinne, a ogarnięta bólem i zakłopotaniem zdaje sobie sprawę, że jej braki nie były drobiazgami, lecz gryzoniami sumienia, od których pragnie się jak najprędzej uwolnić, usuwając z Niebiańskiego przyjęcia do Czyśćca.

To usunięcie się z Niebiańskiego przyjęcia powoduje wielką udrękę, wywołaną stanem łaski, w której znajduje się dusza. Brzmi jak paradoks, ale to prawda.

Człowiek potępiony i dusza czyśćcowa

Osoba potępiona, przechodząc do Życia wiecznego, znajduje się w stanie ekstremalnej nędzy, a przez utratę Łaski Bożej nie tylko nie odczuwa porywów miłości do Boga, jak dusza czyśćcowa, lecz nienawidzi Go i od Niego ucieka. To niewątpliwie wielki dramat, lecz chodzi tu o stan istnienia, którego nie można zmienić i którego dusza potępiona nie chce zmienić, nawet gdyby mogła, nawet jeśli pragnęłoby tego Boskie Miłosierdzie. Dusza potępiona znajduje się już w stanie potępienia, zachowuje w nim nawet wolność, a jest to wolność nienawidzenia i wyrządzania krzywdy, przerażająca kara za nadużywanie wolności za życia, co stanowi tylko i wyłącznie jej własną winę, a nie wynik nieubłaganej sprawiedliwości Bożej.

Podobnie jak impuls ruchu trwa dalej bez dodatkowych bodźców, z powodu zjawiska fizycznego nazywanego inercją, tak winy i upadki życia osoby potępionej nadal trwają w Piekle, bez nadziei na zmianę, ponieważ zmieniają się w stan potępionego, tak jak w ziemskim życiu były stanem grzesznika.

Dusza czyśćcowa poza ciałem nie znajduje się w swoim końcowym stanie, lecz wciąż pielgrzymuje, gdyż trwa w łasce. Dąży do Boga z ogromną miłością i nie może Go jeszcze osiągnąć. Dlatego też z wszystkich objawień dusz czyśćcowych wynika, że ich oczyszczenie jest liczone miarą naszego czasu – dziesięć, dwadzieścia, sto lat. Potępiony jest jak ciężkie ciało, które spada w wieczną otchłań i tam pozostaje. Dusza czyśćcowa jest jak rakieta, która jeszcze próbuje się wznieść, lecz wciąż pozostaje w atmosferze, dopóki nie zadziała zapłon rakiety nośnej wyrzucającej ją w górę. Jest ona zdolna jedynie do bólu, ponieważ tylko ból może naprawić jej winy. Jej porywy miłości stają się palącym ogniem, bólem i żalem, dzięki którym traktuje możliwość oczyszczenia się jako łaskę.

Zmarły nie żyje i nie aspiruje, mówiąc przenośnie, do życia, ale do rozkładu. Taki jest potępiony. Chory natomiast aspiruje do zdrowia, poddaje się męczącym zabiegom i chętnie je znosi, choć narzeka i wzywa pomocy, aby zaznać ulgi. Taka jest dusza czyśćcowa – jest chora. Jej uciążliwe lekarstwa to oczyszczenie w ogniu, niepokój przebywania z dala od Boga i osobne udręki za każdą poszczególną winę. Dla chorego na ciele ulgą są środki znieczulające, uspokajające i miłosna troska opiekujących się nim osób. Duszy czyśćcowej przynoszą ulgę modlitwa, wypominki i poświęcenia, które są jej ofiarowane.

ROZDZIAŁ III - Cudowna logika Czyśćca

Nie powinny dziwić nas męki, jakim są poddawane dusze w Czyśćcu. Oceniamy własne winy według naszego kryterium i wydają się nam drobiazgami, tak samo jak nasze marne dobre uczynki uznajemy za wielki heroizm i nie dostrzegamy ich nędzy oraz tego, ile oczyszczenia potrzebują, by stać się klejnotami nieśmiertelnej korony.

Wyjaśnię wam to za pomocą przykładu odnoszącego się do aktualnych wydarzeń. W stronę księżyca zostały wystrzelone amerykańskie rakiety, ale bez powodzenia, ponieważ trajektoria lotu mającego umieścić rakietę na orbicie przesunęła się o jedną tysięczną milimetra. Ta jedna tysięczna na ziemi okazała się tak łatwa do przeoczenia, że technicy nie zdali sobie z niej sprawy. A tymczasem jedna tysięczna milimetra podczas wystrzału w górę urosła do setek kilometrów, tworząc kąt, który pokazuje, jak bardzo rakieta zboczyła z głównej trasy. Kąt jest prawie niewidocznym punktem, ale nie jego ramiona, które się rozwierają, a skoro otwierają się w nieskończoność, mają w sobie coś z nieskończoności.

 

Każdy grzech powszedni wydaje się nam głupstwem, zresztą popełniamy go z wielką łatwością i beztrosko. Lecz każdy nasz uczynek nie ogranicza się do ziemi ani nie jest oceniany na bazie ziemskiego kryterium. Dąży do Boga, ponieważ stanowi zapłatę za zdobycie wiecznego szczęścia. Grzech przesuwa trajektorię uczynku w stronę egoizmu przyjemności albo głupiego zaspokojenia chęci odwetu, niecierpliwości, zaniedbania, a uczynek, dążąc wciąż w górę, do Boga, tworzy kąt odchylenia, które nie jest małym przesunięciem, lecz przyczyną porażki miłosnego lotu ku Bogu.

Grzech powszedni nie jest, jak zwykliśmy uważać, drobnostką, nieważną niedoskonałością, lecz odchyleniem od miłości Boga, i to odchylenie musi zostać skorygowane w Czyśćcu, oczyszczone, aby dusza mogła zostać umieszczona na najczystszej orbicie miłości i dotrzeć do Boga w wiecznej szczęśliwości.

Powtórzmy – grzech jest fałszem w harmonii miłości. Skrzypce z fałszującą struną nie mogą stać się częścią wspaniałej orkiestry smyczkowej, jeśli nie zostaną nastrojone. Struna skrzypiec może fałszować albo z powodu poluzowania kołka, wokół którego jest owinięta, albo przez pęknięcie pudła rezonansowego instrumentu. Należy ją mocno naciągnąć, co byłoby bolesne dla struny, gdyby była żywa, albo naprawić pęknięcie pudła rezonansowego. Skrzypce mają cztery struny: sol, re, la, mi – trzy i jedna, a stroją się do jednej podstawowej nuty la – dźwięku podawanego przez dyrygenta. Jeśli któraś struna odsunie się od tej głównej, całe skrzypce będą fałszować. Tak samo dzieje się z duszą, kiedy w swoim życiu nie jest doskonale zestrojona z Bogiem, kochając Go ponad wszystko.

Bóg jest pierwszą zasadą i ostatecznym celem, a jeśli dusza, nawet przez chwilę, nie dąży do Niego, zbacza z trasy Jego miłości i musi na nowo do Niego się dostroić. Cierpienie, kary, ogień czyśćcowy gwałtownie ponaglają ją w drodze do Boga, jej jedynej miłości i jedynego życia. To ponaglanie jest miłością dzięki łasce. Dla potępionego jest nienawiścią i przeraźliwą rozpaczą. Również w ziemskim życiu ból popycha nas w stronę ulgi, odpoczynku, uwolnienia i każe nam starać się je osiągnąć. Ten, kto żegluje wśród wzburzonych fal, naturalnie wypatruje brzegu. Kto się sparzył, szuka ochłody w wodzie. Komu kiszki marsza grają, myśli tylko o jedzeniu. Ogień, ból, kary Czyśćca są czymś logicznym, co ma swoją rację bytu, podobnie jak logiczne są wszystkie prawdy wiary. Nasza ograniczoność musi dostroić się do nieskończonej Miłości i stać się miłością.

Najświętsza Maryja Panna, kantyk Boskiej miłości

Najświętsza Maryja Panna, pełna łaski i Matka Słowa Bożego, które stało się ciałem (por. J 1,14 – przyp. red.), sama nazwała swą duszę kantykiem miłości: Magnificat anima mea Dominum (z łac. Wielbi dusza moja Pana; por. Łk 1,46–55 – przyp. red.).

Była pełna łaski przez zasługi Jezusa, poprzedzone dla Niej w Niepokalanym Poczęciu, dojrzewające w niej jako harmonia świętości, dlatego jej błogosławiony duch radował się w Panu: Exultavit spiritus meus in Deo salutari meo (z łac. Raduje się duch mój w Zbawicielu moim – przyp. red.). To był kantyk radości w harmonii łaski, która ją uświęcała.

Bóg jest nieskończony i stworzenie nie może osiągnąć harmonii z Jego miłością inaczej niż przez uniżenie – pierwszy punkt okręgu domknie go tylko wtedy, gdy będzie w kontakcie z ostatnim. Jeśli dusza się nie uniża, ale unosi pychą, zbacza z drogi, stawia kleksa na harmonijnej linii łączącej nicość ze Wszystkim.

Najświętsza Maryja Panna była najbardziej pokornym ze stworzeń i dlatego nieskończony Bóg złączył się z Nią, ogarniając nieskończonym spojrzeniem miłości: Respexit humilitatem ancillae suae (z łac. Bo wejrzał na uniżenie swojej służebnicy – przyp. red.), które uczyniło Ją Matką Jego nieskończonego Słowa stającego się ciałem, cudowne zjawisko błogosławieństwa wśród opuszczonych pokoleń biednej ziemi: Ecce enim, ex hoc beatam me dicent omnes generationes (z łac. Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia – przyp. red.).

Moc Zbawcy wywyższyła ją do wielkości sięgającej Najświętszej Trójcy; Jego świętość uczyniła Ją świętą, wcielając się w Nią życie z Jej matczynego życia: Fecit mihi magna qui potens est, et sanctum nomen ejus (z łac. Gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny i święte jest imię Jego – przyp. red.). A Ona stała się w ten sposób źródłem, z którego wypłynęło Miłosierdzie odkupienia dla wszystkich narodów: Et misericordia ejus a progenie in progenies timentibus eum (z łac. Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie – przyp. red.).

Odkupienie zaś było mocą Bożego ramienia, obaleniem królestwa szatana i jego popleczników, rozbiciem i zniszczeniem tronów pychy, wyniesieniem w Maryi pokory stworzenia przez uniżenie Słowa, które stało się ciałem: Fecit potentiam in brachio suo, dispersit superbos mente cordis sui. Deposuit potentes de sede ed exaltavit humiles (z łac. Rozproszył pyszniących się zamysłami serc swoich, a wywyższył pokornych – przyp. red.).

Słowo, odwieczna pieśń chwały Boga w chwale wiecznego pokolenia, stało się w Maryi i przez Maryję kantykiem chwały w uniżeniu Wcielenia, Męki i Śmierci. Ten, kto łączy się z Nim w pokorze3, jest bogaty w Niego, jest niczym nasycony dobrami. Ten, kto ucieka od Ukrzyżowanego, wpadając w pychę grzechu, pozostaje przepełniony samym sobą, czyli nędzą, a zostaje pozbawiony Boga, najwyższego i Jedynego dobra: Esurientes implevit bonis, et divites dimisit inanes (z łac. Głodnych nasycił dobrami, a bogatych z niczym odprawił – przyp. red.). Tak wypełniają się Boże obietnice, tak gromadzi się Lud Boży dla realizacji Boskiego Miłosierdzia w duszach, które otrzymują odkupienie, i spełnia się obietnica Boga dla Abrahama i jego potomstwa: Spójrz na niebo i policz gwiazdy, jeśli zdołasz to uczynić, tak liczne będzie twoje potomstwo: Suscepit Israel puerum suum, recordatus misericordiae suae; sicut locutus est ad patres nostros, Abraham et semini ejus in saecula (z łac. Ujął się za swym sługą Izraelem, pomny na swe miłosierdzie, jak obiecał naszym ojcom, Abrahamowi i jego potomstwu na wieki – przyp. red.).

Magnificat duszy czyśćcowej

Dusza czyśćcowa w cierpieniach uniża się, wśród kar dąży do Boga, ponagleniami miłości dostraja się – że tak powiem – i śpiewa, roniąc łzy z Maryją: „Wielbi dusza moja Pana w Jego miłosnej sprawiedliwości i Jego świętości”. Dusza śpiewa, gdyż widzi swą nędzę i braki już nie miarą pobłażliwego sumienia, jakiej używała za życia, ale w perspektywie świętości Boga.

Można to zrozumieć na przykładzie współczesnego naukowego porównania: naukowcy badający atom postanowili odwzorować jądro oraz elektrony atomu w skali. Wykonanie w skali projektu architektonicznego, na przykład projektu mającej powstać kamienicy, oznacza określenie stosunku proporcji między projektem a budynkiem. W projekcie jeden milimetr oznacza na przykład dziesięć metrów rzeczywistego budynku. W ten sposób inżynier wie, na ile metrów musi wznieść mur, filar, itd. Czyli jeśli przyjmiemy milimetr za wielkość jądra atomu, które zresztą samo w sobie jest niewidzialne gołym okiem i można je obliczyć jedynie matematycznie, to elektrony krążące wokół niego będą miały dziesięć metrów, a milimetr jest przeliczany na sto tysięcy kilometrów, czyli podwójne okrążenie Ziemi. Czym zatem będzie grzech, niedoskonałość, w porównaniu – powiedziałbym w skali – ze świętością Boga, do którego ma dotrzeć dusza?

Posiada on przerażające proporcje, noszące znamiona nieskończoności. Dusza widzi, czuje, przeżywa te proporcje i dlatego nie narzeka na swoje kary, ale uważa je za jak najbardziej słuszne, a ponieważ jest pełna miłości, nawet we łzach wznosi pieśń do Boga, pragnąc oczyszczenia i dotarcia do Niego.

Jak możemy uważać grzech powszedni za błahostkę?4 I jak możemy uznawać Boską sprawiedliwość wyrażającą się w karach czyśćcowych za zbyt surową? To nie surowość, lecz konieczność oczyszczenia. To pragnienie duszy, która poznając w Bożym świetle proporcje własnej nędzy, pragnie oczyścić się choćby za cenę ogromnych cierpień. Zdaje sobie sprawę, że stawką jest oglądanie Boga i rozkoszowanie się Nim. Stałoby się ono udręką, gdyby na duszy pozostała choć najmniejsza plamka. Czy w tym kontekście intensywność i długość oczyszczenia splamionej duszy mogłyby wydawać się przesadą? Nie, gdyż powinna ona oglądać Boga i doznawać w Nim niewypowiedzianej radości, a każda najmniejsza plamka przeszkadzałaby jej w tej miłosnej wizji, która ma ją upodobnić do Boga, przemienić w przejrzysty kryształ, skąpany w promieniach słońca i promieniujący niczym słońce.

Teleskop z góry Palomar

Wyjaśnię wam to na naukowym przykładzie. Na górze Palomar w Ameryce znajduje się największy teleskop na świecie, który przybliża gwiaździste niebo oglądającym je oczom o miliony lat świetlnych. Odległości na rozgwieżdżonym niebie nie są mierzone metrami czy kilometrami, ale prędkością światła. To ostatnie pokonuje 300 tysięcy kilometrów na sekundę, zatem przez minutę przebiegnie 18 milionów kilometrów. Ile kilometrów pokona podczas godziny, dnia, roku?

To wartości przyprawiające o zawrót głowy. Aby przybliżyć oko do gwiaździstego nieba, potrzebny był ten gigantyczny teleskop, którego zwierciadło ma średnicę 5 metrów i 50 centymetrów, a przyrząd jest zamontowany w kopule z otworem skierowanym w stronę nieba, większej od kopuły Bazyliki św. Piotra w Rzymie. Aby zwierciadło było czyste i przejrzyste, bez żadnych niedoskonałości, nawet najmniejszej plamki, potrzeba było 12 lat pracy oraz 70 ton specjalistycznych środków polerujących. Po ukończeniu tego długiego oczyszczania wykopano w górze szeroki tunel, wybudowano specjalne drogi i mosty, aby podczas transportu zwierciadła na górę uniknąć najmniejszego zadrapania. Gdy zwierciadło zostało zamontowane w teleskopie skierowanym na gwiaździste niebo przez otwarcie kopuły, rozpoczęły się obserwacje. Wchodzenie do kopuły było i nadal jest zabronione, nawet jednej jedynej osobie, z wyjątkiem badacza, ponieważ oddech jednej osoby, nawet w tak ogromnym pomieszczeniu, mógłby zakłócić doskonałą i czystą obserwację gwiazdy. Potraficie to sobie wyobrazić? Taka absolutna nieskazitelność zwierciadła, tyle lat oczyszczania, tyle pełnego poświęceń trudu pracowników dla obserwacji jednej gwiazdy5!

Tymczasem nasza dusza ma oglądać nie gwiazdy, lecz Boga. Nie powinna oglądać Go przez zwierciadło, lecz w świetle chwały, a ono nie oświetli duszy dokładnie, jeśli pozostanie w niej choć plamka, która mogłaby je przyćmić. W obliczu tych refleksji, całkowicie i bezsprzecznie naukowych, kto ośmieliłby się narzekać na Boską Sprawiedliwość? Właściwie nawet nie Sprawiedliwość, lecz Miłosierdzie, gdyż nigdzie tak jak w Czyśćcu Sprawiedliwość i Miłosierdzie nie obejmują się w pocałunku miłości, nigdzie miłość stworzenia w stanie łaski nie wzdycha do doskonałości tak mocno jak dusza czyśćcowa. To obmywanie miłości, którą musi wykonać i nie uważa jej za długą ani niesprawiedliwą, ponieważ ma wystąpić na wieczystych godach wiecznego szczęścia.