Niepokonani - Jerzy StuhrTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa


Książkę dedykuję wszystkim tym, którzy w trudnych chwilach swojego życia, czasem zbyt chaotycznie i po omacku, szukają pocieszenia. A przecież znajduje się ono tak blisko...

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Jerzy Stuhr

Do przełomu lat 2011 i 2012 znany był głównie jako wybitny aktor, reżyser i pedagog przez kilkanaście lat będący nawet rektorem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Cieszył nas swoją wyborną grą. Cieszył dosłownie, bo dzięki temu, że był tak doskonale obsadzany w większości ról, nie bez powodu dostał tytuł komediowego aktora stulecia, mimo że wcześniej – w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych – był jedną z twarzy kina moralnego niepokoju. Ostatnio znów znalazł się w centrum uwagi, ale za sprawą swojej walki z nowotworem. Walki, którą dzielnie prowadził przez niemal rok i którą wygrał, dając tym samym nadzieję tysiącom ludzi! Także przez to, że nie bał się o tym wszystkim głośno mówić. A potem opisać to również w książce.

Nasza rozmowa była prawdopodobnie drugą, na jaką zdecydował się wczesną wiosną 2012 roku, a na pewno pierwszą telewizyjną i przez to do dziś także ważną. Zresztą tak chyba o tamtym naszym spotkaniu i wywiadzie dla TVP INFO kilka miesięcy później mówił pan Jerzy w wywiadzie dla „Polski The Times”:

Pamiętam, jakim mocnym echem odbił się mój wywiad telewizyjny. Tłumy pisały, że im pomogłem, że się popłakali, więc przesyłają mi przepisy na uzdrowienie. (...) A ja mówiłem o tym, jakie cele stawiać sobie w czasie choroby. Że nie można mieć dalekowzrocznych, tylko malutkie, bliskie. Ludzie oglądali przed telewizorami i płakali. Nawet lekarze powiedzieli: „Ma Pan tyle energii, że Pan wróci”.

Bo taka jest prawda! Ktoś, kto „liznął” choroby czy musiał zbierać się po wypadku, potwierdzi to, że trzeba przestawić się na zdobywanie małych górek; kiedy wyjdzie się na przykład z psem na spacer; kiedy zrobi się dwa przysiady, a nie jeden, jak dotąd; kiedy zrobi się kilka okrążeń podwórka – czyli chodzi o osiągnięcia dla zdrowych śmieszne, ale dla chorych jeszcze dzień wcześniej niemal nieosiągalne. Gdyby tylko każdy cierpiący chciał to przyjąć do siebie i odrzucić tę tak dobrze znaną chorym niecierpliwość...

Spotkaliśmy się na szóstym piętrze nowego gmachu Telewizji Polskiej przy ul. Woronicza, w przestronnym i przeszklonym pomieszczeniu tak zwanej wieży Babel, z której wspaniale widać pół Warszawy. Wspólnie podziwialiśmy widok zachodzącego słońca tonącego w betonowym blokowisku.

Ja wciąż w Warszawie czuję się nieswojo, wciąż mam wrażenie, że jest mi to miejsce obce. Nie tylko ulice, krajobraz, ale także i ludzie – przyznał pan Jerzy.

Zazwyczaj tak właśnie wygląda początek podobnych programów. Najpierw trzeba się z rozmówcą lepiej poznać, „wyczuć go”, zobaczyć, na co można sobie pozwolić, jeśli chce się przeprowadzić dobrą rozmowę. Ta zapowiadała się na równie ważną, jak trudną – właściwie jak każda rozmowa o cierpieniu, bólu i... cieniu śmierci. Nie wiedziałem, w jakiej kondycji jest pan Jerzy, kogo zobaczę, czy będzie miał on siłę, aby wysiedzieć przed kamerą dwie, a może i trzy godziny, bo tyle mniej więcej nagrywa się takie programy. Tu trzeba niezwykłej delikatności i taktu. Każde pytanie może ranić. Każde stwierdzenie może być banałem. Lepiej powiedzieć o jedno słowo za mało niż o dwa za dużo. Ale ponieważ do naszej sali wszedł, co prawda, wychudzony, ale uśmiechnięty i odświętnie ubrany słynny aktor, zdecydowałem, że spytam banalnie... o to, co dobrego, z nadzieją, że usłyszę to, co każdy chciałby usłyszeć: że już po wszystkim.

Dobre jest to, że jestem człowiekiem wolniejszym, czyli zostałem zwolniony z oficjalnej opieki lekarskiej. Już od dłuższego czasu, chorując poważnie, pragnąłem, żeby wziąć w swoje ręce siebie samego. Wreszcie mi to umożliwiono.

Umożliwiono, to znaczy, że w czasie takiej choroby nie panuje się nad wszystkim?

My tego nie wiemy. Pytałem, jakie będą objawy. Usłyszałem, że nie będzie żadnych. To jest lękowe, że nie wiesz, co się w twoim organizmie dzieje. Ale po co ci to wiedzieć? Gdy ktoś mi mówił: „Wejdź na stronę internetową i zobacz, na co jesteś chory”, odpowiadałem: „Po co?”. Przecież mną się ktoś opiekuje. Po co mam dodatkowo stawiać sobie bariery? Ja chcę wyzdrowieć. Muszę wierzyć, że mi się to uda.

Czy już tak nie jest? Nie czuje Pan, że już wyzdrowiał?

Nie, ja myślę, że nigdy nie będzie tak, żebym czuł. Godzę się z tym, że muszę być pod ciągłą kontrolą.

Wszystko zaczęło się jesienią 2011 roku, kiedy pan Jerzy poszedł do laryngologa z powodu dającego się we znaki przemęczenia. Myślał, że strun głosowych. Ale kiedy lekarze zrobili sondę, okazało się, że ma guza przełyku. Zaczęła się może jeszcze nie walka, bo sam pan Jerzy chyba tak by tego nie określił, raczej zmagania z chorobą, na co zresztą dał sobie czas – pokonać ją najdalej w rok! Zresztą to doświadczenie też nie było mu obce, bo dobre parę lat temu z chorobą nowotworową walczyła jego młodziutka córka. Bardzo wtedy chciał, aby jej cierpienie przeszło na niego. Teraz, po latach, wyszło na to, że tak się w sumie stało. Ale skoro ona wygrała, to jemu też musi się udać! Wówczas, wczesną wiosną 2012 roku, nie było to jeszcze takie pewne, choć przyznam, że pan Jerzy wyglądał – tak mi to wtedy opisała moja wyobraźnia – jak młody źrebaczek wypuszczony na zieloną łąkę. Zresztą chyba on sam chciał, żeby tak właśnie było.

Ja już w tym roku na nartach jeździłem. Każde nowe wyzwanie nakłada się na moją naturę, że to bardziej mnie podnieca, niż się boję. Boję się, ale podniecenie wynikające ze spróbowania jest większe, dzięki czemu zatłukę ten strach.

W trakcie choroby udzielałem się publicznie. Oczywiście na początku wstydzisz się swojego wyglądu, kondycji – to jest naturalne. Chcesz się schować, zatuszować. I nagle pomyślałem, że w tym, co robiłem, w każdej sztuce, dążyłem do jakieś prawdy. I ludzie mi uwierzyli z ekranu, ze sceny. I teraz mam coś udawać? Kłamać? Owijać w bawełnę? Nie. Kiedy ktoś mnie pyta: „Czy Pan jest chory?”, odpowiadam: „Tak”. I nagle odezwał się inny widz – mój widz, inny czytelnik. I nagle odezwali się innym głosem. Okazało się, że w ten sposób pomogłem im. Lekarze mówili mi, że ich pacjenci oglądali mój program i teraz to są inni ludzie. Skoro tak, to pomyślałem sobie, że to jest ważne.

Tak faktycznie jest! Wiele osób, które wygrały taką walkę, ma podobne doświadczenia. Ja sam mniej więcej rok po wypadku usłyszałem od lekarza, że to on dziękuje mi za to, co ja robię... dla sprawy. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że chodziło mu o to, co ja na temat własnej sytuacji mówię w wywiadach czy programach. Że jestem do bólu szczery, że nie gram, że mówię o trudnościach... To chirurg doktor Molski uzmysłowił mi dopiero banalną prawdę, że chory człowiek inaczej traktuje zwykłych ludzi, czyli innych pacjentów, którzy coś przeszli, niż lekarza. Lekarz choremu może powtarzać coś sto razy, ale zmarnowany i przybity pacjent i tak tego nie przyjmie do wiadomości. A gdy chory coś mówi do innego chorego, jest zupełnie inaczej. Bo to mówi „swój do swego”. To jest autentyczne i może być pobudzające do działania! A czym jest świadectwo „zwykłego” chorego w porównaniu ze znanym i uwielbianym przez Polaków panem Jerzym? W jego przypadku ta prawda działa potrójnie!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?