Z Pokorą przez życie

Tekst
Z serii: Biografie
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

PIERWSZY RAZ Z NINĄ ANDRYCZ

Po raz pierwszy do teatru Wojciech Pokora trafił jako widz, czy jako aktor?

Jako widz, pod koniec okupacji. W Warszawie występował wtedy teatr rewiowy. Rodzice nie chodzili ze mną do takich „podejrzanych” miejsc, na szczęście siostra mamy miała bzika na punkcie teatru. To ona – w wielkiej tajemnicy przed rodzicami – zabrała mnie na Wesołą wdówkę. Miałem wtedy dziesięć lat. Po tym wydarzeniu zakochałem się w teatrze, muzyce i w aktorach!

Sekret w końcu się wydał?

Po powrocie zacząłem chodzić po domu i śpiewać Lehárowskie arie. Mama zaczęła mnie wtedy wypytywać, skąd je znam. Ostatecznie wszystko się wydało i wybuchła dzika awantura, której nie mogłem zrozumieć. Przecież mamie też zdarzało się śpiewać z ciocią. W głowie do dzisiaj mam jej wykonanie Żalu za Ukrainą, czyli Hej, sokoły!

Jak na pokornego Wojciecha przystało, śpiewanie pewnie ustało.

Zachowałem się w tym przypadku raczej przekornie. Dalej sobie śpiewałem, szczególnie po wojnie, w czasie wakacji, gdy wyjeżdżaliśmy do zaprzyjaźnionej rodziny Tabaków do wsi Bakuła na Kurpiach. Chodziłem wtedy po lesie, zachwycałem się czystym powietrzem i szlifowałem swój głos. Byłem przekonany, że nikt mnie nie słyszy. Myliłem się… Któregoś razu podsłuchali mnie chłopi z okolicznych wsi. Doszło do tego, że nawet zaczęli mi klaskać, a zaraz potem się śmiali. Wtedy zaprzestałem podglądania wiewiórek i podśpiewywania w lesie.

W tym momencie zgasła miłość do teatru.

Ona nigdy nie zgasła, tli się we mnie od wielu lat. Film to co innego. Proszę zauważyć, że na planie filmowym często zdarza się tak, że najpierw kręci się środek, później koniec i dopiero na finiszu początek – kompletne poplątanie z pomieszaniem. Do tego trzeba walczyć z kaprysami pogody. Film jest dla mnie takim dziwacznym tworem artystycznym.

A teatr?

Jest piękny. Na scenie wszystko musi się wydarzyć w ciągu dwóch godzin i jest to ogromne wyzwanie. Aktor wychodzi scenę zza kulis i ma przed sobą całą publiczność. Mija trochę czasu, nim wkupi się w jej łaski.

Co się kryje pod datą 17 listopada 1956 roku?

Nie za bardzo wiem.

Pański debiut w teatrze.

Bardzo możliwe. To było chyba na trzecim roku studiów w szkole aktorskiej. Spotkała mnie wtedy ogromna niespodzianka. Razem z Romanem Wilhelmim i jeszcze kimś zostaliśmy zaproszeni do Teatru Polskiego, jako statyści, by przewinąć się w tłumie w trakcie procesu Joanny d’Arc. Tytułową rolę grała Nina Andrycz, a spektakl nazywał się prawdopodobnie Święta Joanna. Pamiętam, że z wielkim podziwem patrzyłem zza kulis na panią Ninę i na to, jak grała. Nikt nie mógł jej odebrać wspaniałego kunsztu aktorskiego. Powiem szczerze: buzię miałem otwartą na całego i w powtarzałem sobie w myślach: „Niech inni mi zazdroszczą!”.

A pierwsza poważna rola?

Trafiła w moje ręce przez przypadek. Kolega z teatru zachorował i zostałem poproszony, by go zastąpić. Tym sposobem debiutowałem w Paradach Jana Potockiego w Teatrze Dramatycznym, bodajże w 1958 roku. Na scenie razem ze mną występowali Barbara Kraff­tówna i Wiesław Gołas. To była jedna z moich pierwszych ról, ale chyba nie pierwsza.

Zaraz potem pojechał Pan z tym spektaklem do Francji. Niezły początek!

W 1959 roku razem z teatrem, w którym właśnie zacząłem pracę, pojechaliśmy do Francji na festiwal Teatr Narodów do teatru Sarah Bernhardt (Le théâtre de la Ville). Pokazaliśmy tam przywołane Parady Potockiego. To był dla mnie skok na głęboką wodę. Nie dość, że dopiero co debiutowałem, to jeszcze miałem grać we Francji! Ale chyba nie było źle.

Występ chwalił nawet najstarszy francuski dziennik „Le Figaro”.

Mówiąc nieskromnie, to dzięki mnie, ponieważ wymyśliłem pojedynek na szpady. Krytycy porównywali go nawet do tego z Fanfana Tulipana, który wówczas był ogromnym przebojem! Pisali, że Gérard Philipe (grał w tym filmie główną rolę) powinien pójść na naszą sztukę i zobaczyć, jak powinna wyglądać szermierka. W ciągu pięciu minut walczyliśmy po całej scenie. Mimo że występowaliśmy na francuskiej ziemi, graliśmy po polsku. Jedynie od czasu do czasu rzucaliśmy krótkie obcojęzyczne kwestie, żeby przedstawienie było bardziej nośne.

To był Pański pierwszy wyjazd na Zachód?

Raczej tak. Miałem wtedy ze dwadzieścia pięć lat. Coś wspaniałego. Mama z tatą byli wtedy pewnie ze mnie dumni, choć bardzo rzadko zasiadali na widowni. Przyszli może ze dwa albo trzy razy. Nie mieli na to czasu, a poza tym nadal niezbyt akceptowali moją decyzję.

Zawsze mogli oglądać syna w telewizji.

To akurat robili. Zresztą nie mieli innego wyboru, bo przecież kilkadziesiąt lat temu oglądało się to, co było nadawane na jednym kanale.

Często Pan chodził do teatru jako widz, żeby podglądać kolegów?

Robiłem to rzadko. Bałem się, że ktoś może się okazać lepszy ode mnie. Nie chciałem też podświadomie kopiować stylu innych osób, wolałem skupiać się na swoich rolach. Zresztą nie miałem na takie wyprawy za wiele czasu. Wolny bywałem dopiero w nocy!

Co tak zajmowało dopiero co zaczynającego karierę aktora?

W owym czasie nie wychodziłem z teatru. Miałem po dwadzieścia pięć występów w każdym miesiącu. Grałem prawie we wszystkich sztukach w Teatrze Dramatycznym – czasem mniejsze, czasem większe role. Wychodziłem z domu rano, a wracałem o pierwszej, a czasem i o drugiej w nocy, bo później zdarzało się, że występowałem w Kabarecie Dudek, który zaczynał się wieczorem. Z żoną widywaliśmy się wtedy bardzo rzadko, ale o tym pewnie jeszcze sobie później porozmawiamy.


A co to za amant? Mój pierwszy wyjazd za granicę – do Paryża (1959).

WIESŁAW GOŁAS – CZŁOWIEK, KTÓRY PRÓBOWAŁ MNIE ROZŚMIESZYĆ

Nasze dzisiejsze spotkanie zacznijmy od bolesnej anegdoty. W 1960 roku w warszawskim Teatrze Dramatycznym w spektaklu Makbet wcieliłem się w rolę Fleance’a. Byłem ubrany w wielki worek i chodziłem po scenie boso. Podobnie jak ja przyodziany był Wiesław Gołas. Pamiętam, że razem siadaliśmy wokół ogniska, czekając na Świderskiego, który grał tytułową postać. To było dla mnie bolesne wydarzenie. W tym czasie Gołas ukradkiem wyrywał mi włosy z nóg. Później siadałem prawie w kulisach, żeby tylko być jak najdalej od niego!

Skoro jesteśmy przy tego rodzaju historiach, to chciałbym zapytać o anegdotę z pękniętymi spodniami w roli głównej.

To było w 1961 roku, w czasie wystawiania Indyka Sławomira Mrożka. A tak w ogóle, to skąd pan o tym wie?!

Koledzy aktorzy mi powiedzieli.

Grałem amanta Rudolfa ubranego w czarną pelerynę. Razem ze mną, w roli Laury, występowała Basia Krafftówna. Nosiłem ją na rękach przez całą scenę, tuż przed końcem klękałem i stawiałem ją na nogi. Któregoś razu coś poszło nie tak. Kiedy ukląkłem, rozległ się taki oto dźwięk: Prrr! Krafftówna zapytała wtedy szeptem: „Co ty robisz?”. „O Boże, to spodnie!” – odpowiedziałem przerażony. W tym momencie poczułem, że są rozprute. Na szczęście nadal miałem na sobie pelerynę, którą szybko jakoś je osłoniłem i pobiegłem do kulisy, gdzie zacząłem krzyczeć: „Dajcie Sobotę!”.

Czyli krawca.

On był garderobianym, który właściwie zajmował się wszystkim; taka teatralna złota rączka. Na szczęście Sobota szybko przybiegł z igłą i nitką. Akcja musiała toczyć się dalej, dlatego wróciłem na scenę, stając tak, by cały tył ciała był schowany w kulisę, i toczyłem dialog z Krafftówną, a w tym czasie ten biedny Sobota zszywał mi na gorąco spodnie.

Pewnie takich przygód było więcej.

Bywało znacznie gorzej. Elka Czyżewska odchudzała się do tego stopnia, że w pewnym momencie piła już tylko wodę, ale te zabiegi nie ustrzegły jej przed niemiłą przygodą w spektaklu Uczta morderców. Pamiętam, że byłem tam nawróconym chuliganem, który podrywał Elkę, grającą wówczas niejaką Alicję, czyli typ współczesnej dziewczyny, ubranej w bardzo obcisłe białe spodnie.

…które tak samo jak Panu pękły.

Jej przydarzyło się coś gorszego! Elka w pewnym momencie przykucnęła i wówczas te obcisłe spodnie pękły. Na nieszczęście miała na sobie czarną bieliznę. Widok był niesamowity… Nie dało się tego nie zauważyć. Co gorsza, nie była świadoma, że stoi prawie nago. Basia Krafftówna błyskawicznie wzięła ją za rękę i wyprowadziła na moment ze sceny.

Co było dalej, wszyscy wiemy – zszyli jej te spodnie i wróciła na scenę.

To jednak nie był koniec jej kłopotów. Po powrocie na scenę zauważyliśmy, że z tych nerwów krawcowa zapomniała jej obciąć nitkę z igłą i teraz ona dyndała jej na lewo i prawo. I znowu sytuacja się powtórzyła: Krafftówna ponownie wyprowadziła ją ze sceny. Pojawił się jednak kolejny problem. Okazało się, że krawcowa nie miała przy sobie nożyczek, dlatego zaczęła odgryzać jej tę nitkę zębami. Widząc to, pękaliśmy ze śmiechu. Wreszcie pozszywana Elka wróciła na scenę i spektakl toczył się dalej.

Uczta morderców w Teatrze Letnim

Zamiast recenzji można napisać właściwie tylko dwa słowa: znakomity spektakl – świetna zabawa. Publiczność zaśmiewa się do łez – tak naprawdę. Nie jest to tak dobrze znany teatralnym bywalcom grzecznościowy śmieszek, jaki na niektórych „komediach” przebiega widownię co 15 minut, gdy autorowi uda się popełnić tzw. aluzję. Nie, na Uczcie morderców Andrzeja Wydrzyńskiego po prostu bawimy się znakomicie. Zasługa to przede wszystkim świetnej gry aktorów warszawskiego Teatru Dramatycznego: Barbary Krafftówny, Wojciecha Pokory, Elżbiety Czyżewskiej, Czesława Kalinowskiego, Heleny Bystrzanowskiej i Józefa Nowaka. Udał się Wydrzyńskiemu pomysł skontrastowania dwóch światów, dwóch środowisk mówiących różnymi językami, o różnej obyczajowości – pomysł stanowiący (do czego sam autor pośrednio się przyznaje) wariację na temat Shawowskiego Pigmaliona. Daje to szereg doskonałych sytuacji, zręcznie wyreżyserowanych przez Wandę Laskowską i kapitalnie zagranych przez wykonawców.

 

Nawrócony chuligan w rewelacyjnej interpretacji Wojciecha Pokory, służąca Hanka (Barbara Krafftówna) w duecie z Horacym (Czesław Kalinowski), typ współczesnej dziewczyny, jaki tworzy Elżbieta Czyżewska jako Alicja – to role, które trzeba zobaczyć. Zabawnie rozgrywają swoje role również Helena Bystrzanowska ( Kornelia) i Józef Nowak (Lucjan).

Uczta morderców – przy swym stylu „buffo” – to jednocześnie spojrzenie na współczesne przemiany obyczajowe, to satyra zarówno na dawny „sztywniacki” obyczajowy ceremoniał, jak i na modną w pewnych środowiskach „wdechową” manierę. Świetny spektakl. Radzimy zobaczyć!

„Głos Wybrzeża” nr 159, 6 lipca 1964 r.,

http://www.e–teatr.pl/en/artykuly/191519.html

Na scenie często robiliście sobie żarty?

Najzwyczajniej w świecie nie miałem na to czasu, ale moi koledzy, owszem, mieli. Wiedzieli, że można mnie bardzo łatwo rozśmieszyć. Wystarczyło kiwnąć palcem albo zmienić słowo w swojej kwestii i już się śmiałem jak opętany.

Trzeba było walczyć z tymi napadami śmiechu!

Nie potrafiłem. Po prostu musiałem zejść ze sceny. Te napady doprowadziły do istnej tragedii. Występowałem w Teatrze Dramatycznym w spektaklu Romulus Wielki, którego premiera odbyła się w 1959 roku. Na jednej scenie byłem między innymi. z Bolesławem Płotnickim i Janem Świderskim. Świderski był wodzem Rzymian, a Bolesław Płotnicki przywódcą Germanów.

A Pan?

Ja byłem młodym SS-manem, który jako trzeci stał na scenie z boku, ze skrzyżowanymi rękami, i przysłuchiwał się dwóm pozostałym. Rzecz jasna wyciągałem wtedy wnioski, z których miałem skorzystać w przyszłości, kiedy to ja będę rządził. Nagle słyszę oklaski. Jak to? „Świder” się zatrzymał, Płotnicki tak samo. „Co to za idiota klaszcze?” – myślę sobie? Wszyscy zaczynają spoglądać na mnie. Okazało się, że to Wiesław Gołas ściągnął spodnie i klepał się po tyłku, żeby mnie rozśmieszyć. Strasznie się wtedy ugotowałem. Zacząłem się cały pocić i musiałem uciec do kulis. Proszę sobie wyobrazić tę scenę, istna tragedia! Mogłem iść do dyrektora na skargę, żeby wreszcie skończył te kretyńskie żarty, ale jak by to wyglądało? Miałbym donosić na kolegę? Nie wypadało.

Hanna Pokora: Dlaczego ciebie to rozśmieszyło? Mnie to zupełnie nie bawi! Gdybym była na twoim miejscu, tobym się pewnie wkurzyła, zamiast się z tego śmiać.

Odpowiedź jest prosta. Ty jesteś kobietą, a ja facetem. Raptem zobaczyć faceta z gołą pupą – i nie tylko, bo to były spodnie ściągnięte do kostek – klepiącego się po czterech literach, to wariactwo. Takie coś może się przyśnić, a nie wydarzyć w rzeczywistości.

Hanna Pokora: W takiej sytuacji byłabym wściekła.

Dzisiaj to może i byłabyś wściekła, ale wtedy na pewno nie. Zresztą dzisiaj pewnie tylko lekko bym się uśmiechnął, ale wtedy, jako dwudziestoparoletniego chłopaka, bardzo mnie to rozbawiło.

Wiesław Gołas coś jeszcze zmajstrował przy tym Romulusie?

Zrobił mi dowcip, który przeszedł do kanonu anegdot. W Teatrze Dramatycznym zagrałem w Romulusie Wielkim po raz drugi, w wersji reżyserowanej przez Halinę Mikołajską. Byłem majordomusem, który przynosił Romulusowi, granemu przez Jana Świderskiego, śniadanie na tacy. Garderobę mieliśmy na drugim piętrze, z którego trzeba było zejść po długich marmurowych schodach, dlatego niektórzy zostawiali sandały w kulisie. Ja robiłem podobnie. Czekały na mnie na dole, razem z tacą ze śniadaniem, na której nie mogło zabraknąć uwielbianego przez Romulusa jajka z kilkoma kromkami chleba. Tamtego razu do ostatniej chwili Gołas stał ze mną w kulisach i mnie zagadywał, co zwykle się nie zdarzało. „Czekaj, ale ja już muszę iść!” – mówiłem. „Nie, nie! Jeszcze moment, jeszcze moment”. Aż wreszcie słyszę: „Już wchodzisz!”. Wsunąłem nogi w sandały i w tym momencie jak długi wyłożyłem się na scenę. Okazało się, że Gołas przybił mi te buty do podłogi, o czym nie miałem zielonego pojęcia. Taca się wywaliła, jajko wypadło, a Świderski mówi: „Wyjdź, idioto!”. Pozbierałem to wszystko i zszedłem ze sceny.

Trzeba było się odgryźć Gołasowi!

Nie było takiej możliwości. On zawsze na wszystko miał świetną ripostę. Zresztą ja się go bałem. Właściwie to kilka razy zażartowałem, ale niestety niefortunnie. Nie chciałbym do tego wracać.

Ten strach był tak paraliżujący, że nikomu nie próbował się Pan odgryzać?

Raz podjąłem taką próbę. Chciałem się odgryźć świetnemu aktorowi Czesławowi Kalinowskiemu. Graliśmy wówczas razem Ucztę morderców Andrzeja Wydrzyńskiego, o której wcześniej opowiadałem. Miałem tam scenę, w której jako drobny cwaniaczek wbiegałem do mieszkania Kalinowskiego, by schować się przed milicją. Zaraz potem jeden drugiemu wsypywał truciznę do filiżanki. To była świetna okazja do strojenia sobie żartów. Kiedyś wziąłem filiżankę i zobaczyłem w środku piłeczkę do ping-ponga. Pomyślałem: „Jak ja to połknę, na litość boską? W buzi będę to trzymał?”, a tymczasem Kalinowski pyta na oczach widzów: „Pokaż, co masz. O, piłeczka ping-pongowa!”. Więcej mi nie trzeba było. Musiałem zejść ze sceny z powodu niekontrolowanego napadu śmiechu.

Proszę jeszcze nie schodzić! Miała być jeszcze historia o odgryzaniu się!

W tym spektaklu Kalinowski grał gospodarza domu, Barbara Kraff­tówna była natomiast jego pomocą domową i chyba nawet mieli się ku sobie... Nieważne. Wracając do odgryzania się… Trwa ich wspólna scena. Siedzą przy stoliku, Kalinowski wyjmuje koniak i mówi: „Droga służąco, jesteśmy już ze sobą tyle lat pod jednym dachem, wypijmy bruderszaft!”. W butelce była zwykle herbata, nie żaden koniak. Obejmowali się rękami i wypijali tę herbatę. Któregoś razu mówię: „Czekaj, ja ci teraz, Kalinowski, zrobię numer!”.

Widzę błysk w oczach. Zaraz będzie się działo!

Kupiłem prawdziwy koniak za ciężkie pieniądze, potajemnie namówiłem inspicjenta, by zamienił butelki i wreszcie trwa spektakl, nadchodzi ta scena. Za kulisami wołam wszystkich do siebie: „Zaraz zobaczycie, co z Kalinowskim będzie się działo!”. On rozlewa bruderszafty, przykłada szklankę do nosa, by powąchać jej zawartość i pewnie w tym momencie orientuje się, co to jest, w przeciwieństwie do biednej Basi Krafftówny. W kolejnej chwili twardo wypił trunek, jak trzeba, a jego służąca napełniła usta i rozległ się odgłos plucia na wszystkie możliwe strony. To była jedna wielka fontanna koniaku. Kalinowski trzeźwo zareagował na taki obrót sytuacji: „Gosposiu, nie będziemy marnować takiego dobrego alkoholu”. I zaczął sobie nalewać kolejną szklankę. Po tej scenie wściekła Basia wraca za kulisy i pyta: „Co za idiota dał nam tę butelkę?”. „Basiu, to ja! Chciałem zrobić żart panu Kalinowskiemu. Przepraszam cię za to”. Tak więc nie do końca udało mi się odgryźć. Po spektaklu usłyszałem od Czesława: „Wojtek, co wieczór możesz mi robić takie żarty”. Tak się skończyła moja zemsta na starszym aktorze.

Przez te wszystkie napady śmiechu często był Pan wzywany na dywanik do dyrektora?

W gabinecie bywałem bardzo rzadko. Właściwie tylko po to, by raz na trzy lata podpisać umowę. Za to w samym teatrze z kierownictwem widywaliśmy się często, szczególnie z dyrektorem Marianem Mellerem, który wieczorem lubił przychodzić na przedstawienia i z boku obserwować życie teatru.

Dyrektor nie dostrzegał w przyszłym Żorżu Ponimirskim potencjału komediowego?

Po jakimś żarcie scenicznym nie wytrzymałem nerwowo i wybiegłem ze sceny. Tak się złożyło, że wpadłem prosto w objęcia Mellera. Usłyszałem: „No co, panie Wojciechu? To może pan pójdzie do jakiegoś teatru komediowego? W okolicy jest ich sporo. Może tam spróbowałby pan swoich sił? To jest – jeśli nie zdążył pan zauważyć – Teatr Dramatyczny. Tutaj nie ma miejsca na kawały ani śmiechy”.

Sytuacja nie do śmiechu!

On tylko udawał takiego ostrego! W rzeczywistości był bardzo dobrym człowiekiem o miękkim sercu. Bardzo go lubiłem. Gwarantuję, że będzie jeszcze wiele okazji, by go wspominać.

Najbardziej pamiętna sytuacja związana z teatrem?

Pewnego razu w spektaklu Teatru Telewizji dostałem rolę esbeka – szui, który na końcu miał zginąć. To była dla mnie duża zagwozdka, ponieważ chciałem obronić tę postać choćby grą oczu lub gestem. Odpowiedź na pytanie, czy mi się udało, uzyskałem po wyjściu z telewizji. Wróciłem do domu, gdzie zastałem zapłakaną żonę, która powitała mnie słowami: „Nie mam żalu, że zagrałeś taką złą postać. Ważne, że zrobiłeś z tego szui człowieka…”.

PODRYW NA KOREPETYCJE

Zacznijmy nasze dzisiejsze spotkanie sensacyjnie. Wojciech Pokora – alkoholik, który uwielbia narkotyki, dziesięciokrotny rozwodnik. Wszystko się zgadza, prawda?

Tak sobie myślę, czy pan o czymś nie zapomniał. Chyba nie… Czyli tak, wszystko się zgadza!

Cieszę się, że nadal dopisuje Panu humor. A teraz coś na poważnie. Przepraszam za brak dyskrecji, ale czy przed Panią Hanną były inne kobiety?

Hania była pierwszą kobietą w moim życiu na poważnie. Przed poznaniem żony było ich w moim życiu kilka, może kilkanaście, ale zdecydowanie tylko na niwie towarzyskiej.

Jak się Państwo poznali?

Nasza znajomość zaczęła się w liceum. Mieliśmy wtedy około siedemnastu lat. Ja byłem chyba w trzeciej klasie, a żona w drugiej. Ile nas dzieliło, kochanie?

Hanna Pokora: Rok.

No właśnie. Chyba rok.

Hanna Pokora: Z tym że ja go okropnie nie lubiłam.

Słucham?!

Hanna Pokora: Tak, dobrze pan usłyszał. Na początku nie lubiłam Wojciecha.

„Nie lubiłam”? – to mało powiedziane!

Dlaczego?

Hanna Pokora: Gdyby ktoś wtedy mi powiedział, że za niego wyjdę, tobym skreśliła tę osobę najgrubszym flamastrem! On wydawał się taki zarozumiały, że nie mogłam po prostu na niego patrzeć.

Ale spokojnie, w końcu przyszła koza do woza, jak byłem już aktorem…

Hanna Pokora: Bzdura, nie byłeś! Byłeś wtedy na czwartym roku w szkole aktorskiej.

Mniejsza o to! W każdym razie, jak cię przygotowywałem do egzaminu do szkoły teatralnej…

Hanna Pokora: Tak, to się zgadza! Mówiąc krótko – on to wykorzystał.

O, masz ci!

Hanna Pokora: Ja mu się podobałam…

Co się dziwić, byłaś wtedy śliczna dziewczyna. Zresztą taka zostałaś.

Hanna Pokora: Piękna zostałam, szczególnie mając osiemdziesiąt lat! Co ty, Wojtek, za bzdury opowiadasz!


Haniu, daj buzi!

Jak miałaś osiemnaście lat, to byłaś śliczna. „Modrzejewska” na nią wtedy mówili. Ona strasznie chciała zostać aktorką i właśnie Modrzejewską wzięła sobie za wzór. Do tego pięknie malowała…

Hanna Pokora: Miałam iść na Akademię Sztuk Pięknych, tak mi podpowiadał dyrektor naszej wspólnej szkoły techniczno-teatralnej. Moim wychowawcą był wspaniały grafik. Jak on się nazywał?

Piotrowicz!

Hanna Pokora: Dziękuję, kochanie. Właśnie, Piotrowicz. Nauczyciele twierdzili, że rzeczywiście mam talent i koniecznie powinnam pójść na Akademię Sztuk Pięknych. Musi pan pamiętać, że wtedy były przydziały na wyższe uczelnie. To nie było tak, że każdy szedł sobie tam, gdzie chciał. Dostawało się przydział, czyli skierowanie ze szkoły.

Kiedy pojawiła się strzała Amora?

Hanna Pokora: Kiedy byliśmy jeszcze w szkole, zupełnie nie zwracałam na niego uwagi. Co tydzień odbywały się dyskoteki, na które Wojtek przychodził ze swoimi kolegami i namawiał ich, żeby mnie uwodzili…

Żeby koledzy Panią uwodzili?

Tak, proszę pana. Taki wtedy byłem przewrotny! Od pierwszej chwili sobie powtarzałem, że muszę ją zdobyć! Był tylko jeden problem – nie wiedziałem, jak to zrobić, skoro normalny podryw nie wchodził w grę. Dlatego najpierw na tych potańcówkach podpuszczałem kolegów i wysyłałem ich do Hani, żeby wybadali teren, ale ona była obojętna. Wtedy uznałem, że to dobry znak i jeszcze nie wszystko stracone.

Hanna Pokora: W ogóle nie byłam tym zainteresowana. To był czas, kiedy zniesiono nakaz skierowań do szkoły teatralnej. Myślałam wtedy tylko o tym, jak się tam dostać i jak się przygotować do egzaminu.

I w tym momencie – niby przypadkiem – zjawia się dobroduszny Wojciech! Zgadłem?

 

Hanna Pokora: Wojtek obiecał, że mnie przygotuje. W ciągu kolejnych tygodni stawał się moim kolegą. Już mnie nie drażnił, ponieważ mnie nie uwodził, tylko był takim bratem łatą. I zdałam ten egzamin, ale zaraz potem przydarzyło mi się nieszczęście: rozwiązano rok, na którym byłam i znalazłam się w tragicznej sytuacji.

Jakie w tym momencie było wyjście?

Hanna Pokora: Właśnie w tym problem, że żadne! Byłam wtedy na drugim roku, świeżo po ukończeniu pierwszego. Sytuacja patowa. Nie mogłam po raz drugi zdawać do szkoły teatralnej, skoro już mnie przyjęto. Starałam się zdawać egzamin eksternistycznie, ale nic z tego. Powiedzieli mi: „Jesteś zdolna, ale zarazem za młoda. Idź do szkoły!”, a do szkoły nie mogłam iść. Było mi wtedy bardzo ciężko.

Na szczęście u boku była druga połówka!

Hanna Pokora: Zaczęłam dochodzić do wniosku, że coś jest z nim nie w porządku: „Jakiś on dziwny. Skoro dziewczyn nie uwodzi, to może czym innym jest zainteresowany”.

Wreszcie przyszedł przełomowy moment dla naszego związku. Zacząłem zapraszać Hanię do kina, do teatru, do filharmonii.

Hanna Pokora: Nagle zorientowałam się, że – Boże, nieszczęście! – ja się w nim zakochałam! Właśnie w tym zarozumiałym Wojciechu!

Strzała Amora pojawiła się w chwili, kiedy przenosiłem cię przez kałużę!

Hanna Pokora: Tak, pamiętam to! Szliśmy wtedy do filharmonii. Wojtek, widząc kałużę, przeniósł mnie przez nią na rękach, żebym, broń Boże, w nią nie wpadła.

To był ten moment, kiedy poczuliśmy, że jesteśmy sobie przeznaczeni! Zresztą te kałuże pojawiały się nieprzypadkowo, wszystko sobie wcześniej planowałem. Później przynosiłem jej polne kwiaty i jakoś tak to poszło dalej…