Stewardesy

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

WSTĘP

Zawód stewardesy owiany jest mgłą tajemnicy. I nie ma w tym nic dziwnego, bowiem reprezentantki tego zawodu skrywają przed nami wiele sekretów, o których przeciętny pasażer samolotu nie ma pojęcia. Swoją drogą, czy wiecie, co łączy prezydenta Rosji Władimira Putina, premiera Izraela Beniamina Netanjahu i Roberta De Niro? Wszyscy poślubili stewardesy. Jakby tego było mało, rodzice żony księcia Williama, księżnej Kate, pracowali jako załoga pokładowa. Podobnie jak matka Kim Kardashian – Kris Kardashian.

Wyobraźcie sobie, że do dziewięćdziesięciu sześciu procent kandydatów, którzy ubiegają się o pracę stewardes i stewardów, nikt nie oddzwania1. To dlatego, że na jedno miejsce pracy na pokładzie samolotu jest często więcej chętnych niż na Harvard czy inne prestiżowe uczelnie. Mimo że wymagania są naprawdę wysokie… Znajomość języków obcych, doskonały stan zdrowia i do tego aparycja – wysportowana, nienaganna sylwetka. Tatuaże w widocznych miejscach? Nie ma mowy! Bez stewardes nie odbędzie się żaden lot z pasażerami na pokładzie. W końcu to one są oczami i uszami pilotów, szczelnie zamkniętych w swoich kokpitach.

W tym miejscu należą się również słowa uznania dla mężczyzn, bowiem oni również nierzadko są stewardami. Dlatego, pisząc na dalszych stronach o stewardesach, myślę także o panach. Choć trzeba zaznaczyć, że to jednak kobiety częściej wybierają ten zawód2.

Co ciekawe, wszystko wskazuje na to, że każdy z nas spotka się z nimi prędzej czy później. Przy czym, patrząc na to, jak szybko rośnie liczba Polaków latających samolotami, można obstawiać, że spotkanie to nastąpi zdecydowanie prędzej niż później. I nic dziwnego, bowiem samolot to statystycznie najbezpieczniejszy środek transportu. Przyjmuje się, że około dziewięćdziesięciu pięciu procent pasażerów biorących udział w wypadku lotniczym przeżyło3.

Stewardesy. Przepiękne kobiety, których uśmiechy kryją wiele tajemnic. W trakcie lotu pełnią wiele ról. Od opiekunki, przez sprzedawcę i psychologa, na lekarzu kończąc. Mało kto wie, że zawód stewardesy jest zaliczany do najniebezpieczniejszych na świecie! W rankingu najbardziej ryzykownych zawodów praca stewardesy znalazła się na drugim miejscu, zaraz za dentystami. Okazało się, że bezpieczniejsza jest między innymi praca w elektrowni atomowej czy przy wydobywaniu ropy, ponieważ stewardesy nie tylko są narażone na stresujące sytuacje, ale także na promieniowanie kosmiczne wywołujące raka czy na mnóstwo chorób wynikających z częstej zmiany klimatu i stref czasowych. Poza tym mogą na przykład zarazić się chorobami, które przywożą z wakacji pasażerowie. Nieprzypadkowo według polskiego prawa praca stewardesy to praca w szczególnych warunkach, podobnie jak chociażby zawód górnika.

Trzeba sobie powiedzieć jasno: bycie stewardesą to styl życia, niedostępny dla większości z nas. Hermetyczne środowisko, które niechętnie opowiada o swoich sekretach. A że, jak już powiedziano, większość z pracujących w nim osób stanowią kobiety, na dalszych stronach to właśnie one zajmą głos.

PS Część imion bohaterek i szczegółów dotyczących kursów została zmieniona na prośbę moich rozmówczyń.

1 Zob. H. Pool, Cruising Attitude, Harper Collins 2012 (e-book).

2 Uśredniając dane, możemy przyjąć, że np. w USA zwykle jest to 80% kobiet i 20% mężczyzn. Więcej można przeczytać np. na: https://www.prb.org/usflightattendants/

3 https://www.bbc.com/news/world-45030345.

KRÓTKO O HISTORII STEWARDES

Dawno, dawno temu… – tak powinna się zacząć ta historia. Dawno temu, a dokładnie 15 maja 1930 roku, przepiękna brunetka, Ellen Church, jako pierwsza kobieta stewardesa na świecie odbyła swój debiutancki rejs z Chicago do San Francisco. Lot z trzynastoma przystankami i czternastoma pasażerami na pokładzie Boeinga 80A trwał w sumie dwadzieścia godzin. To był historyczny moment, bowiem dotychczas do obsługi rejsów zatrudniano jedynie mężczyzn – latali oni na pokładach samolotów od 1912 roku. Pracę pilota czy stewarda traktowano jako typowo męskie zajęcie, o co zresztą walczyły między innymi żony panów wykonujących te zawody, które nie chciały, by na pokładzie pojawiały się młodziutkie kobiety. Dopiero wspomniana Ellen Church przekonała szefów Boeing Air Transport, żeby pozwolili jej zostać stewardesą. Jako wykwalifikowana pielęgniarka – jak argumentowała – miała się sprawdzić w roli opiekunki pasażerów. Jej motywacja była ogromna. Co prawda była też pilotem, ale nie pozwolono jej usiąść za sterami.

Natomiast jeśli chodzi o nasz krajowy grunt – czy raczej niebo nad nim – pierwsza polska stewardesa, uczestniczka powstania warszawskiego, członkini Armii Krajowej, Zofia Glińska, odbyła swój premierowy lot w sierpniu 1945 roku.

W tym miejscu należy się słowo wyjaśnienia na temat mundurów, bowiem to nie przypadek, że pierwszy uniform stewardes przypominał strój pielęgniarki. Wynikało to z założenia, że w trakcie lotu stewardesa ma być opiekunką, właśnie kimś na kształt pielęgniarki. Z czasem zawód stewardesy stał się do tego stopnia elitarny, że mundury stewardes projektowali najlepsi z najlepszych. Armani kreował stroje dla włoskiej linii lotniczej Alitalia, Valentino dla amerykańskich Trans World Airlines, Coco Chanel i Pierre Cardin dla greckich Olympic Airways, Yves Saint Laurent dla australijskiej linii Qantas, zaś dla francuskich linii Air France pracowali tacy projektanci jak Christian Lacroix czy Christian Dior.

I jeszcze ciekawostka: w niektórych liniach lotniczych do dziś panuje zasada, że na początku kariery stewardesy muszą nosić nieco dłuższe spódnice. Dopiero po przejściu okresu próbnego dostają bardziej kuse.

PODNIEBNE KOTOWANIE. CHRZEST

Termometr za oknem pokazuje 15 stopni Celsjusza. Lada moment Bombardier Q400 wzbije się w powietrze z płyty warszawskiego lotniska i uda się w kierunku jednego z europejskich miast. Na pokładzie znajduje się blisko osiemdziesięciu pasażerów oraz załoga pokładowa. W tej ostatniej grupie są dwie stewardesy – dla jednej z nich to pierwszy służbowy lot. Świeżo upieczona stewardesa pokazuje swoje pierwsze demo, czyli między innymi instruuje pasażerów, jak powinni się zachowywać na wypadek niebezpiecznych sytuacji. Maszyna leci z prędkością niecałych siedmiuset kilometrów na godzinę, a gdy samolot osiąga wysokość przelotową, kobiety łapią za wózki i rozpoczynają serwis pokładowy. Wszystko przebiega sprawnie. Nie ma awanturujących się pasażerów, wszyscy grzecznie wybierają ciepły napój spośród tych oferowanych przez obsługę, niektórzy podróżni drzemią, inni czytają.

Wreszcie nadchodzi czas lądowania. Stewardesy proszą pasażerów, by zapięli pasy, po czym same siadają na tak zwanych jump seatach, czyli swoich miejscach. Nagle szefowa pokładu zwraca się do nowej stewardesy:

– Słuchaj, kapitan pilnie wzywa cię do siebie.

– Mnie? – pyta zdziwiona dziewczyna.

– Tak. Właśnie ciebie. I to jak najszybciej. Sprawa jest pilna!

Przerażona stewardesa odpina pas i biegnie do kokpitu, w którym siedzi dwóch pilotów. Puka, ci zaś szybko ją wpuszczają i proszą, by się do nich nachyliła.

– Mamy problem – mówi jeden z nich.

– Tak, panie kapitanie? – Dziewczyna jest już naprawdę spanikowana.

– Mamy problem z wysunięciem podwozia. Tylko pani może nam pomóc. – Mina kapitana jest naprawdę poważna; dziewczyna nie ma już wątpliwości, że to od niej zależy przyszłość blisko osiemdziesięciu pasażerów.

– Ale… Ale co ja mogę, panie kapitanie?

– Musi pani wykonać czynności awaryjne… – Tu pilot na moment zawiesza głos, po czym kontynuuje: – Proszę ustawić się w kabinie, tak w połowie, bo mniej więcej tam są pod samolotem ulokowane koła, i proszę zacząć energicznie skakać, ale tak z całych sił. Proszę sobie wyobrazić, że jest pani hipopotamem ważącym kilka ton. Jeśli będzie pani skakać z odpowiednim zaangażowaniem, koła powinny się wysunąć. W przeciwnym wypadku… – Kapitan spogląda na drugiego pilota, kręcąc głową: – W przeciwnym wypadku, sama pani wie. No… nie będzie dobrze.

– Dobrze! – woła młoda stewardesa. – Ale kiedy mam to zrobić?

– Jak najszybciej! Nie traćmy czasu!

– Mam skakać sama? Lepiej chyba, żeby robiło to kilka osób, wtedy będzie większy ciężar.

– Nie, bo wtedy koła mogą się urwać – wyjaśnia z powagą pilot.

– O matko… Niech pan kapitan mnie nie straszy!

– Naprawdę. Ale to nie czas na takie rozważania. No już, już. Proszę iść i zacząć skakać!

Przestraszona stewardesa, niewiele myśląc, wybiega z kokpitu, ustawia się mniej więcej na środku korytarza i zaczyna skakać. Najpierw podskakuje na jednej nodze, zaraz jednak dochodzi do wniosku, że to za mało, i z całych sił odbija się od podłogi obiema stopami. Obserwujący ją pasażerowie zaczynają się zastanawiać, co się dzieje. Stewardesa skacząca na środku pokładu nie należy do częstych widoków. Po mniej więcej minucie podwozie samolotu zaczyna się wysuwać, o czym świadczy charakterystyczny dźwięk, znany większości pasażerów.

Świeżo upieczona stewardesa, słysząc to, wpada w euforię.

– Hurra, udało się! – krzyczy, choć pasażerowie nadal nie mają pojęcia, co się dzieje.

Przepełniona szczęściem, z rumieńcami na policzkach, biegnie do kapitana, a ten w imieniu całej załogi dziękuje jej za to, że uratowała życie tylu osób. Na koniec prosi ją jednak, by to, co się przed momentem stało, zachowała dla siebie.

 

– Wie pani, w myśl zasady: co się wydarzyło w Vegas, zostaje w Vegas. Nie możemy pozwolić sobie na to, by media pisały, że w naszych samolotach nie wysuwają się podwozia. – Pilot zalotnie puszcza do niej oko.

– Naturalnie, panie kapitanie! – Dziewczyna nie może powstrzymać podniecenia. – Ale udało się, prawda?

– Tak! To pani sukces i wielka zasługa!

Samolot szczęśliwie przyziemia, celując we wskazany pas lądowania. Dopiero w momencie, gdy następuje komenda „odpiąć pasy”, a pasażerowie opuszczają pokład, dziewczyna dowiaduje się, że właśnie została ochrzczona, a skakanie po samolocie to był tylko głupi żart!

Podobnych historii jest mnóstwo. Ta ze skakaniem jest jednak często powtarzana przez pilotów, bo jest na tyle wiarygodna, że początkujący zwykle dają się nabrać.

Inna opowieść dotyczy najczęstszego chyba żartu, który robi się świeżakom. Historia dzieje się kilka lat temu. W późnych godzinach popołudniowych na płycie stołecznego lotniska silniki grzeje potężny Airbus A330-200 arabskich linii lotniczych. Ta maszyna sama w sobie waży blisko 110 ton. Do tego dochodzą jeszcze pasażerowie – w liczbie około dwustu trzydziestu osób – bagaże i przesyłki lotnicze, co często w sumie waży nawet ponad dwieście trzydzieści ton. Do obsługi pasażerów zatrudniony jest cały sztab stewardes. Jedną z nich jest nasz świeżak – dwudziestopięcioletnia sympatyczna dziewczyna. W ogóle nie odczuwa stresu. Buzuje w niej wewnętrzne podniecenie. Wciąż nie może uwierzyć, że lada moment wyruszy w swój pierwszy rejs ogromnym samolotem, lecącym na drugi koniec świata. Przed nią pięć godzin lotu, zwieńczone lądowaniem w jednym z krajów arabskich. Stewardesy mają obsługiwać pasażerów w trzech klasach. Najliczniejsza jest ekonomiczna – obejmuje około dwustu miejsc. Do tego dochodzi dwadzieścia miejsc w klasie biznes oraz dziesięć w klasie pierwszej.

Maszyna wzbija się w powietrze. Kilkadziesiąt minut później gaśnie sygnalizacja „zapiąć pasy”. To może oznaczać tylko jedno – za moment rozpocznie się poczęstunek. Samolot składa się z trzech rzędów. Patrząc od lewej, mamy rząd liczący dwa miejsca, następnie jest przerwa, rząd drugi z czterema miejscami, przerwa i jeszcze jeden rząd, składający się z dwóch miejsc.

Dziewczyna i jej starsza koleżanka rozpoczynają serwis. Zgodnie z poleceniem szefowej pokładu mają przejechać lewym korytarzem, pomiędzy rzędami dwuosobowym i czteroosobowym. Stewardesy bez większych problemów przeprowadzają poczęstunek. Jak zwykle nie brakuje sytuacji, w których panie pytają po angielsku:

– Kawa czy herbata?

Po czym w odpowiedzi słyszą:

– Tak.

W tym momencie podejmowana jest próba wyjaśnienia na migi, o co chodzi. Kiedy i to nie przynosi oczekiwanego rezultatu, pasażer nieznający angielskiego otrzymuje zarówno kawę, jak i herbatę.

Dla naszej nowicjuszki serwis kończy się sukcesem. Obie panie wracają do tak zwanego galleyu, czyli małej kuchni, która w samolocie jest zazwyczaj ukryta za kotarą. Nagle w galleyu rozlega się telefon. Słuchawkę podnosi starsza stewardesa.

– Tak? Dobrze, rozumiem… Tak, zaraz to zrobimy – mówi, po czym odkłada słuchawkę i woła do nowej stewardesy: – W klasie biznes skończył się alkohol. Dziewczyny proszą, żebyś szybko zaniosła tam szkocką z colą. Numer miejsca 4N. Zrozumiałaś?

– Jasne!

Dziewczyna w ekspresowym tempie nalewa obfitą porcję szkockiej z colą. Gdy już ma wychodzić, zaczepia ją starsza koleżanka:

– I pamiętaj, że pasażer nie płaci za tego drinka.

– Pewnie.

– A teraz już leć, bo jak to mówimy: pasażer trzeźwy to pasażer zły!

Młoda dziewczyna szybkim krokiem rusza przed siebie. Ma do pokonania spory odcinek drogi. Airbus, którym lecą, mierzy prawie sześćdziesiąt metrów długości. Tymczasem ona musi przejść z końca maszyny właściwie na sam początek. Na szczęście w trakcie lotu zabronione jest chodzenie w butach na obcasie. Jedyne, o czym myśli teraz stewardesa, to żeby nie pojawiły się turbulencje. Tymczasem przechodząc przez klasę ekonomiczną, nagle musi się zatrzymać, ponieważ mała grupka blokuje przejście w kolejce do toalety. Nagle dziewczyna czuje, jak czyjaś ręka ląduje na jej pośladku. Zaraz potem ktoś delikatnie ją szczypie. Odwraca się i zauważa dwóch szeroko uśmiechniętych facetów. Nie ma jednak czasu na dyskusję. Szybko omija kolejkę i idzie w kierunku klasy biznes.

Kiedy wreszcie dociera do celu, ku swojemu zdumieniu stwierdza, że nie ma tu rzędu numer 4. Ale zaraz… może źle spojrzała?

Podchodzi do stewardesy obsługującej klasę biznes i dopytuje, gdzie może znaleźć miejsce 4N.

Koleżanka po fachu wybucha śmiechem.

– Nie ma takiego miejsca!

– Dlaczego tak cię to bawi? – pyta poirytowana młoda kobieta.

– Odpowiem pytaniem: to twój pierwszy lot?

– Tak.

– No to wszystko jasne! Gratuluję, właśnie przeszłaś nasz pokładowy chrzest! To stary numer, który robimy praktycznie wszystkim świeżakom!

Innym razem ekipa do tematu chrztu świeżo upieczonej stewardesy podeszła znacznie bardziej kreatywnie… Przenosimy się na pokład samolotu lecącego na Wyspy Kanaryjskie. W kokpicie, gdzie siedzą piloci, pośród całego oprzyrządowania jest specjalna maszyna, która drukuje raporty po każdym locie. Wystarczy wcis­nąć specjalny guzik, by otrzymać odpowiedni wydruk. Naturalnie świeżaki nie mają o tym pojęcia. Nie ma też o tym pojęcia nasza nowicjuszka, która ma przed sobą pierwszy lot…

Kiedy tylko samolot wzbija się w powietrze, dziewczyna zostaje zaproszona przez kapitanów do kokpitu.

– Jak się czujesz w trakcie swojego pierwszego lotu? – Piloci chcą rozluźnić zestresowaną stewardesę. – Słyszałaś, że my mamy tutaj bankomat? Jakbyś chciała sobie kupić coś na pokładzie, bo wiesz, że firma nie zapewnia posiłku, to możesz sobie tutaj wypłacić pieniądze.

– No to fantastycznie, bo w sumie przydałaby mi się stówka! – woła uradowana dziewczyna.

– Nie ma problemu – mówi pilot. – Daj kartę, my ją tu przeciąg­niemy i zaraz wypłacimy ci stówkę.

Nieświadoma podstępu, dziewczyna wyciąga kartę bankową.

– A teraz naciśnij ten guzik – instruuje ją kapitan – i wydrukuje się banknot.

Chwilę później jeden z pilotów pokazuje coś dziewczynie przez okno, a drugi wyciąga z kieszeni stuzłotowy banknot, twierdząc, że właśnie się wydrukował.

Zadowolona stewardesa wychodzi z kokpitu i woła do koleżanek:

– Słuchajcie, ale super! Nie wiedziałam, że w samolocie mamy bankomat! Matko, naprawdę nie miałam o tym pojęcia!

Dopiero wtedy nowicjuszka dowiaduje się, że to był żart. Czerwona na twarzy, oczywiście idzie oddać pilotom pieniądze. Mieli szczęście, że nie zdążyła ich wydać…

Inna stewardesa wspomina:

– Pamiętam taki niesmaczny żart, który ktoś mi opowiedział. To było naprawdę straszne. Na pokładach są dostępne pampersy dla dzieci. Bierze się takiego pampersa i wkłada do środka jakiś czekoladowy nieco roztopiony batonik. Potem kładzie się pieluchę pampersa na jump seat nowej osoby. Kiedy taka stewardesa zamierza zrobić sobie krótką przerwę albo jest tuż przed lądowaniem, otwiera siedzenie i wypada jej pampers z czymś brązowym w środku. To jest straszne! Ale oczywiście pozostali mają ubaw po pachy.

Na koniec jeszcze jedna historia. Sytuacja ma miejsce w drodze do jednej z ulubionych wakacyjnych destynacji Polaków, czyli do Egiptu. Boeing 737, zabierający na pokład nieco poniżej dwustu osób, grzeje silniki na płycie śląskiego lotniska. Pogoda do startu nie jest zbyt dobra. W pobliżu zaciągnęły się chmury, z których intensywnie sypie śnieg. Zgodnie z obowiązującą procedurą jeszcze przed startem stewardesy powinny zaprezentować pasażerom wspomniane już demo. Jedna z nich debiutuje tego dnia w tej roli. Nigdy wcześniej nie robiła tego na pokładzie samolotu, o czym cała załoga doskonale wie. Na samą myśl o wystąpieniu przed tyloma osobami robi się jej słabo. A przecież sprawa z pozoru wydaje się prosta. Doświadczona stewardesa będzie czytała po kolei cały opis demo, zaś pozostałe mają w tym czasie krok po kroku prezentować to, co opisuje ich koleżanka.

– Dziewczyny, czas na safety demo – zarządza szefowa pokładu.

Świeżak staje na początku kabiny. Rozpoczyna się demo. Z głośników rozlega się głos mówiący o tym, jak prawidłowo założyć maseczkę z tlenem. Chwilę później pada polecenie zaprezentowania tego, jak zakładać kamizelkę ratunkową. „Zaciśnij taśmę tak, by kamizelka przystawała do ciała. Następnie, opuszczając samolot, kamizelkę należy napełnić poprzez silne pociągnięcie za czerwone uchwyty…” W tym momencie stewardesy zawsze ciągną za wspomniane uchwyty. Oczywiście nic się wówczas nie dzieje, ponieważ są to kamizelki specjalnie przygotowane do demo.

W chwili, gdy pada odpowiednia komenda, nasz żółtodziób ciągnie za uchwyty. Tyle tylko, że w tym momencie kamizelka naprawdę zaczyna się pompować! Dziewczyna przez moment nie ma pojęcia, co się dzieje. Dopiero później szefowa pokładu wyjaśnia jej, że to był żart, a jej kamizelkę wypełniono gazem specjalnie po to, by ją ochrzcić.

1

JAK KIEDYŚ DORABIAŁY SOBIE STEWARDESY?

 • Co przemycały stewardesy?

 • Jak wyglądał przemyt?

 • Dokąd najbardziej opłacało się latać?

Polskie stewardesy skrywają wiele tajemnic. Prawdę powiedziawszy, poza krótkimi wywiadami i blogami nie znajdziemy wiele informacji na ich temat. One same również nie garną się do tego, by opowiadać o swoich zawodowych sekretach, powtarzając jak mantrę, że to hermetyczne środowisko. Na szczęście pośród moich najbliższych znajomych jest stewardesa z wieloletnim stażem, która pomogła mi wejść w ten zamknięty świat, choć nie było to łatwe. Co więcej, dała się namówić na krótką rozmowę o tym, jak wyglądała praca stewardesy w przeszłości. Posłuchajmy, co ma do powiedzenia. A zaraz po tym krótkim wywiadzie skupimy się na tajemnicach współczesnych stewardes.

W mundurze stewardesy latałaś dobrych kilkadziesiąt lat temu. Jak wspominasz tamten czas?

W PRL-u w moim przekonaniu stewardesy były najpiękniej pachnącymi kobietami w Polsce. Przepiękne perfumy przywoziłyśmy sobie z zagranicy, podobnie jak sukienki czy dżinsy, których w naszym kraju wtedy nie było. Co ciekawe, kilkadziesiąt lat temu stewardesy wcale nie miały rewelacyjnych pensji. W związku z tym zdarzało się, że dorabiały przy pomocy handlu z zagranicą. Zresztą to samo robili często piloci. Tak było na przykład w przypadku niektórych kapitanów latających do Dubaju. Przywozili z niego telewizory na handel. To dlatego, że w latach 60. i 70. to właśnie tam były najtańsze telewizory na świecie.

W Polsce piloci byli dogadani z celnikami? Inaczej chyba nie dało się przemycić takiego telewizora?

Metody były znacznie prostsze. Trzy, a czasem nawet cztery telewizory były schowane w luku bagażowym samolotu. Po wylądowaniu wszystkie bagaże z tego luku były wypakowywane, po czym następował kluczowy moment – ktoś z obsługi lotniska podjeżdżał wózkiem akumulatorowym i wywoził je do hangaru. Nic nie widać, śladu nie ma, a już stamtąd wywiezienie ich z terenu lotniska wcale nie było trudne. I co najważniejsze, nie mamy już obszaru celnego, tylko towar schowany w hangarze.

Piloci handlowali telewizorami, a co przemycały stewardesy?

Zacznijmy od tego, że wiele osób przeżyło dzięki naszej pomocy. Mam na myśli fakt, że stewardesy często angażowały się w zakup leków niedostępnych w kraju. Nie pobierały za to żadnych pieniędzy. Po prostu na lotnisku stewardesy były zaczepiane przez osoby, które mówiły, że pilnie potrzebują jakiegoś leku. Te osoby miały ze sobą receptę i zagraniczną walutę. Błagały, żeby kupić jakiś specyfik na lotnisku we Frankfurcie, Monachium czy w Paryżu. Tak naprawdę to nie było specjalnie legalne, bo takie sprawy należałoby załatwiać przez urząd celny, ale procedura była dość absurdalna, dlatego większość osób szukała pomocy u stewardes.

A jak wyglądał przemyt w celu zarobkowym?

Stewardesy kupowały na przemyt niemalże wszystko, co było niedostępne w Polsce. Często sprowadzały też dane towary na zamówienie. Pamiętać trzeba, że w tamtych czasach centrum Warszawy to było jedno wielkie skupisko pawilonów handlowych, zwłaszcza w okolicach ulicy Marszałkowskiej. Do tego dochodziły bazary, między innymi w Rembertowie. W takich miejscach handlarze składali u stewardes zamówienia na dżinsy, materiały, włóczkę. To wszystko było przemycane do Polski być może nawet w tonach.

 

Jak to wyglądało w praktyce?

Przemycało się towar w swoich bagażach. Zazwyczaj funkcjonował określony układ z celnikami i wspólnymi siłami wypracowywało się dodatkowy zarobek. A zarobek z handlu był ogromny. To nie były kwoty rzędu stu czy trzystu dolarów na głowę, ale znacznie więcej. Sprzedawało się te towary nawet po dziesięciokrotnej cenie zakupu. Pamiętaj, że w Polsce nie było wtedy prawie nic. A w naszej branży można było sprzedać dosłownie wszystko. Poza tym najważniejsze było, dokąd latały stewardesy.

Dokąd więc najbardziej opłacało się latać?

Singapur był doskonałym kierunkiem. Tam w latach 80. była szalenie tania elektronika. Tak między nami: podobno zdarzały się nawet nieoficjalne zamówienia od firm powiązanych z wojskiem. Pamiętam sytuację, kiedy dana firma potrzebowała zdobyć pewien rodzaj dysku, który był nieosiągalny dla Polski. To były dyski do jakichś niezwykle rozbudowanych systemów komputerowych. I takie cudeńka miały podobno kupować stewardesy w Singapurze i przywozić po cichu do naszego kraju.

Pewnie kolejnym dobrym kierunkiem były Indie?

Zdecydowanie! Stamtąd przede wszystkim przywoziło się orientalne naszyjniki z takimi czerwonymi koralami i doskonałe skóry węży, na przykład kobry. Stewardesy przywoziły je na zamówienie, a w Polsce robiło się z tych skór buty, torebki i inną galanterię. To wszystko zamawiali rzemieślnicy z pawilonów. Stewardesa mogła zamawiać towar w ciemno, bo niemal zawsze ktoś chciał to kupić. Pamiętasz wypadek samolotu z Anną Jantar na pokładzie? Podobno z wraku maszyny zwisały bele materiału, tak zwanego tiulu, tworząc ogromne chorągwie. Jak myślisz, dlaczego? Wiadomo, stewardesy przywoziły materiał na handel. I nie bawiły się w dziesięć czy dwadzieścia metrów, tylko w całe bele. To szło tonami do Polski! Dzisiaj taki handel jest już niepotrzebny. Wszystko możemy sobie zamówić przez internet. Poza tym nie wyobrażam sobie, by wózkami widłowymi wozić do hangarów telewizory i później bocznymi wyjściami je wywozić.

Jak jeszcze sobie dorabiałyście?

W latach 70. i 80. był obowiązek rozliczania się z ilości żywności, którą wydałyśmy na pokładzie. Ile wydałyśmy masła, ile dżemów, szynki i tak dalej. Zawsze na taki lot przeznaczone było tyle jedzenia, ilu miało lecieć pasażerów. Ale wiadomo, że część z nich nie jadła, część oddawała żywność, bo jednak nie była głodna, i ostatecznie jedzenie zostawało. Oczywiście w takiej sytuacji stewardesy powinny były je oddać, ale nierzadko brałyśmy to wszystko w torbę i wynosiłyśmy do domu. Tylko w skrajnych sytuacjach, gdy na przykład nie było połowy pasażerów, nie miałyśmy wyjścia i musiałyśmy zwrócić część tego jedzenia. Z dzisiejszej perspektywy takie zachowanie można by uznać za mocno śliskie. Wtedy jednak było inaczej. To były czasy, kiedy w sklepach nie było dosłownie niczego, a półki świeciły pustkami. Każdy więc radził sobie, jak mógł. Poza tym musimy pamiętać o czymś jeszcze: stewardesy leciały za granicę i zostawały na kilkudniowym pobycie w oczekiwaniu na lot powrotny. Na ten czas otrzymywały diety, które do wysokich nie należały. Dlatego zabierałyśmy z pokładu posiłki, by mieć co jeść w trakcie pobytu. Stewardesy brały też ze sobą konserwy kupowane w Polsce, by na miejscu wydawać jak najmniej i próbować coś zaoszczędzić z tej skromnej diety. Tym sposobem, pomimo że nie miałyśmy najwyższej pensji, dzięki dodatkowym źródłom utrzymania byłyśmy finansową elitą.

Dzisiaj też stewardesom raczej się powodzi, choć chyba szmuglowanie nie jest już możliwe… A co się nie zmieniło w przypadku polskich stewardes latających kilkadziesiąt lat temu i tych pracujących obecnie?

Moim zdaniem na pewno bardzo dobra znajomość języka angielskiego była konieczna zarówno wtedy, jak i dziś. No i te wszystkie historie o seksie, które mocno pobudzają wyobraźnię większości z nas. Zresztą wcale się nie dziwię, że ten temat tak bardzo interesuje ludzi. Tak między nami: do dzisiaj warunki do romansowania w branży są szczególnie sprzyjające. Po pierwsze, jesteśmy poza domem. Po drugie, cała załoga pokładowa nocuje w tym samym hotelu. Po trzecie, w trakcie takich kilkudniowych pobytów zawiązują się nie tylko sympatie, ale i zależności. Sama słyszałam o koleżance, która robiła jakieś machlojki. Niestety, o wszystkim dowiedział się kapitan. Postawił sprawę jasno: albo idzie z nim do łóżka, albo on idzie złożyć na nią donos. Dziewczyna wybrała seks, a po pewnym czasie znalazła słabe strony szantażysty. Do tego stopnia, że pilot bał się z nią rozmawiać, wiedząc, jakiego ma asa w rękawie. Już nigdy więcej do niczego jej nie zmusił. Należy tu pamiętać o jednym: w każdej grupie zawodowej znajdziemy ludzi lubiących seks. I nie można generalizować. Ale nie jest też tak, że jesteśmy święte. Zresztą nieprzypadkowo Marilyn Monroe miała kiedyś powiedzieć: „Seks jest częścią natury. A ja podążam za naturą”. Coś w tym jest!