Operator 594Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Operator 594
Operator 594
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 78,40  62,72 
Operator 594
Audio
Operator 594
Audiobook
Czyta Marcin Stec
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Następnego dnia wcześnie rano pobudka. Zjedliśmy wojskowe śniadanie, które zazwyczaj składało się z zupy mlecznej, kilku plasterków wędliny oraz pieczywa. W wojsku w tamtych czasach nie było specjalnych rarytasów, jednak na poligonach i zgrupowaniach zawsze dostawaliśmy dodatkową porcję w postaci kawałka kiełbasy gotowanej lub smażonej z cebulką i tabliczki czekolady. Już na samym początku szkolenia wojskowego musiałem nauczyć się jeść bardzo szybko. Szczególnie w początkowym okresie służby było to nie lada wyzwaniem. W ekspresowym tempie pobieraliśmy posiłki ze szkolnej stołówki i niemal w locie zjadaliśmy zupę z chlebem. Zwykle już nie było czasu na drugie danie, ponieważ zanim wzięliśmy pierwszy kęs, podoficer już wykrzykiwał komendę: „Powstań! Wychodzą!”. Nie było rady, trzeba było szybko włożyć kotlet między dwie kromki chleba i schować go za pazuchę munduru, po czym spokojnie po kryjomu zjeść na kompanii. Chyba przez ten „trening” do dzisiaj jem bardzo szybko i choć próbowałem, nie mogę się od tego odzwyczaić.

Zapakowaliśmy sprzęt wspinaczkowy i wyjechaliśmy naszymi niezawodnymi starami w kierunku błędnych skał. Tego dnia pogoda była bardzo łaskawa, a instruktorzy niezwykle profesjonalni i wyrozumiali. Podzielili nas na podgrupy szkoleniowe i zaczęliśmy poznawać tajniki wspinaczki skałkowej. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy pod koniec dnia wszyscy rzeczywiście zjeżdżaliśmy ze wspomnianej wcześniej skały! Oczywiście bałem się jak cholera, ale strach mnie nie paraliżował, tylko mobilizował do działania. Kiedy zjechałem i wypiąłem się na dole z liny, nie mogłem uwierzyć, że udało mi się pokonać lęk, a jednoczenie byłem piekielnie dumny z wykonanego zadania. Okazało się, że wspinaczka daje mi niezwykłą adrenalinę i frajdę, dlatego polubiłem ją tak bardzo, że później jako operator GROM-u zostałem instruktorem wspinaczki skałkowej.

W szkole powoli odkrywałem kolejne pasje, między innymi judo, do którego spróbowania namówił mnie mój kolega z plutonu, Adaś zapaśnik. Po południu zwykle musieliśmy sprzątać rejony. Każda kompania miała przydzielone sektory w szkole, o które musiała dbać: zamiatać, grabić liście, zbierać papierki. Ta część wojskowych obowiązków była dla mnie kompletnie niezrozumiała, ponieważ uważałem, że przyszli komandosi mają się szkolić, a nie sprzątać, zmywać naczynia w szkolnej stołówce czy wykonywać inne niezwiązane bezpośrednio ze szkoleniem czynności. Jak tylko dowiedziałem się, że jest możliwość zapisania się na treningi judo, które prowadził w szkole kwatermistrzowskiej bardzo charyzmatyczny instruktor, porucznik Kopeć, od razu to zrobiłem. Popołudniami, zamiast grabić liście, jeździłem z moim kolegą na zajęcia. Trener był niezwykle wymagający, jednak my go uwielbialiśmy.

Czasami na nasz trening byli zapraszani zawodnicy poznańskich klubów judo. Pamiętam, że kiedy walczyłem z jednym z nich, założył mi duszenie nożycowe. Nie mogłem wyrwać się z tego żelaznego uścisku i przegrałem walkę. Niecały rok później, gdy byłem już dowódcą grupy w 1. Pułku Specjalnym, dowódca kompanii, bardzo dobrze zbudowany blondyn, zarządził walki między żołnierzami i nami. Takie wyzwania uwielbiałem, stanąłem więc do pojedynku z moim kolegą Moskwą, który był ode mnie wyższy i lepiej zbudowany. Zanim dostaliśmy sygnał do ataku, dokładnie przeskanowałem przeciwnika i jego wyposażenie. Tak jak ja miał na sobie mundur, pas wojskowy i buty. Co mogę zrobić? Jakie są moje mocne strony, a jakie słabe? Obserwowałem dokładnie jego ruchy. Cała kompania na nas patrzyła i trzeba było zapracować na swoją pozycję u dowódcy i żołnierzy. Wtedy padł sygnał do walki. Nauczony doświadczeniem błyskawicznie złapałem go za poły munduru i wykonałem duszenie nożycowe, jednocześnie podcinając mu obydwie nogi. Nie było to zbyt rozsądne, ale okazało się niezwykle skuteczne. Kumpel padł na ziemię. Nie miał najmniejszych szans. Walka zakończyła się w kilka sekund. Wiedziałem, że dobrze założone duszenie unieszkodliwi nawet najsilniejszego faceta. Zawsze w takich sytuacjach przydają się niestandardowe umiejętności, jasny umysł, szybkość, pewność siebie i odwaga.

Taktyczny sprawdzian


Taktyczny sprawdzian


Powoli zbliżaliśmy się do końca nauki w szkole. Przed nami ostatni sprawdzian umiejętności – ćwiczenie taktyczne. Scenariusz całego ćwiczenia stworzono na podstawie doświadczeń naszych dowódców i przełożonych, którzy uczyli nas przez ostatnie dwa lata. Wszyscy byli weteranami jednostek specjalnych. W tamtym czasie nastąpiło coś, co zmieniło całkowicie oblicze Wojska Polskiego. Po pierwsze, parę lat wcześniej powstała Jednostka Specjalna GROM, stworzona przez płk. Sławomira Petelickiego, po drugie, rozwiązane zostały kompanie specjalne, które odgrywały niezwykłą rolę w polskich wojskach specjalnych. Wszystko to spowodowało z jednej strony frustrację i odpływ, niekoniecznie do jednostek specjalnych, dobrze wyszkolonej kadry zawodowej, a z drugiej – powstanie czegoś wyjątkowego, o nieznanej do tej pory kulturze organizacyjnej, czyli właśnie jednostki GROM.

Scenariusz był typowy dla tamtego okresu. Grupa specjalna dostała zadanie: przeniknąć w struktury cywilne oraz dokonać rozpoznania obiektów strategicznych typu fabryki, obiekty użyteczności publicznej, centra dowodzenia. Dokonać rozpoznania i być w gotowości do wykonania akcji dywersyjnej.

Czas na planowanie. Podzieliliśmy się na sekcje bojowe i zaczęliśmy opracowywać plan działania w różnych wariantach. W tym dniu jednym z naszych zadań było ułożenie i przygotowanie spadochronów i zasobników do skoku. Musieliśmy tak spakować nasze zasobniki, aby oprócz rzeczy niezbędnych do wykonania zadania znalazły się tam również ubrania cywilne, środki czystości, jedzenie i woda na pięć najbliższych dni. W tamtym czasie zasobniki desantowe nie były zbyt pojemne i nie dało się w nich zbyt wiele upchnąć. Dlatego musieliśmy bardzo dokładnie selekcjonować, co możemy ze sobą zabrać.

Następnego dnia po południu zostaliśmy zapakowani na samochody ciężarowe marki Star. Po wejściu do środka ze zdziwieniem odkryliśmy, że plandeki na pace zostały zasznurowane. Do tej pory zawsze jeździliśmy odkryci, a teraz pełna konspiracja.

Jechaliśmy dość długo. Towarzyszyło nam podniecenie, zupełnie jakbyśmy jechali na prawdziwą akcję bojową. Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Kierowca spokojnie odsznurował plandeki. Wyszliśmy na zewnątrz. Po zaczerpnięciu świeżego powietrza od razu rozpoznaliśmy miejsce. Było to dobrze nam znane poznańskie lotnisko Krzesiny. Czekaliśmy w lesie na dalsze rozkazy. „Chłopaki, ubierajcie się”– padła komenda naszego taktycznego rozjemcy. Zaczęliśmy powoli zakładać spadochrony, dopasowywać i podczepiać zasobniki, do których schowaliśmy broń krótką P-83 i pistolety maszynowe PM-63 RAK.

Krótkie sprawdzenie przez instruktorów spadochronowych na prowizorycznych liniach kontroli. Siedząc w lesie, byliśmy niewidoczni i w zupełnej ciszy czekaliśmy na samolot An-2. Samolot zatoczył koło i podjechał bezpośrednio pod nasze pozycje. W tym czasie bardzo modne było „pakowanie”. Chodziliśmy regularnie na siłownię i budowaliśmy masę mięśniową. Pod koniec szkoły ważyłem 88 kilogramów. Dodam tylko, że kiedy rozpoczynałem szkołę dwa lata wcześniej, moja waga nie przekraczała 73 kilogramów. Razem ze spadochronem głównym i zapasowym oraz zasobnikiem ważyłem ponad 120 kilogramów. Była to też dopuszczalna nośność mojego spadochronu.

Jedenastu wielkich komandosów wsiadło na pokład An-2. Pilot od początku zmagał się z naszym ciężarem, aby osiągnąć pułap wymagany do skoku. Skakaliśmy na lotnisko Bednary niedaleko Gniezna, około 60 kilometrów od Krzesin. Atmosfera na pokładzie była niesamowita, widać było same uśmiechnięte i jednocześnie skupione twarze. Obserwowaliśmy siebie nawzajem. Instruktorem pokładowym był lubiany przez nas wykładowca od taktyki działań w mieście, kapitan Mielcarek, bardzo spokojny i opanowany człowiek. Uczył nas, jak poruszać się konspiracyjnie w terenie zurbanizowanym, jak zakładać skrytki i punkty kontaktowe. W tamtym czasie uczyliśmy się operacyjnych technik wywiadu, które wykorzystywaliśmy w naszych ćwiczeniach.

Kiedy byliśmy już na określonej wysokości, w punkcie zrzutu zapaliło się zielone światło. Najciężsi zawsze skaczą pierwsi. Samolot przechylał się pod ciężarem wyskakujących skoczków. Wreszcie nadeszła moja kolej. Stanąłem bardzo pewnie w drzwiach, po czym z całej siły wybiłem się do przodu. Wykonałem skok, a następnie odliczanie: 121, 122, 123 – uchwyt, 124, 125 – czasza. Wszystko poszło zgodnie z planem. Wylądowaliśmy wszyscy bezpiecznie, na przygodnym lotnisku, w bliskiej odległości od siebie.

Zwinęliśmy polowo spadochrony, zapakowaliśmy je do toreb transportowych i oddaliśmy w punkcie zbiórki. Czas na kolejny etap. W pobliskim lesie przebraliśmy się w ubrania cywilne i zgodnie z zadaniem ruszyliśmy na rozpoznanie obiektów strategicznych. Do przemieszczania się wykorzystywaliśmy wszystkie możliwe środki transportu. Dotarliśmy do Gniezna, gdzie musieliśmy rozpoznać miejscową fabrykę. Weszliśmy razem z pracownikami na teren zakładu i podłożyliśmy atrapy materiałów wybuchowych, po czym spokojnie wyszliśmy. Kolejny etap za nami. Następny to przemieszczenie się w rejon poligonu Biedrusko i założenie bazy.

W rejon bazy dotarliśmy już późną nocą. Zmęczeni chcieliśmy jak najszybciej podzielić obowiązki ubezpieczenia bazy i odpocząć. Wybrałem sobie miejsce, które wyglądało bardzo zachęcająco. Pod wysokim dębem znalazłem coś w rodzaju legowiska. Rozłożyłem śpiwór i bardzo szybko zasnąłem. Jakie było moje zdziwienie, kiedy wystraszony kumpel obudził mnie na moją zmianę, mówiąc: „Krzychu, podchodzi tu jakiś duży dzik. Słyszę go bardzo wyraźnie”. W okolicznych lasach było naprawdę bardzo dużo dzikiej zwierzyny, w szczególności dzików, które wielokrotnie spotykaliśmy na naszych ćwiczeniach. Okazało się, że zaanektowałem legowisko znanego lokalnym myśliwym olbrzymiego starego odyńca. Ten samotny dzik przyszedł położyć się do swojego łóżka, a tymczasem ja tam smacznie spałem! Na szczęście skończyło się to zabawnie, ale mogło zupełnie inaczej.

 

Noc okazała się bardzo krótka. Musieliśmy wstać długo przed świtem, aby rozpoznać kolejny cel. Tym razem było to centrum dowodzenia: umiejscowione na poligonie i dobrze strzeżone przez wartowników było bardzo trudnym obiektem do rozpoznania. Czołgaliśmy się, by nikt nas nie zauważył. Mimo dobrej ochrony udało nam się wejść na teren obiektu. Zrobiliśmy szkice i udaliśmy się z powrotem do bazy. Następnego dnia mieliśmy dokonać zniszczenia najważniejszych obiektów. Ostatnia noc i ostatnie zadanie. Do dzisiaj pamiętam, że nie wszystko poszło zgodnie z planem. Zadanie zostało wykonane częściowo. Nie udało nam się podłożyć atrap materiałów wybuchowych i odpalić kostek dymnych wszędzie tam, gdzie było to zaplanowane. Zostaliśmy wykryci przez ochronę obiektu i musieliśmy w pośpiechu podkładać materiały. Tylko w filmowym scenariuszu wszystko wychodzi zawsze zgodnie z planem. W życiu czasem jest inaczej. Popełniliśmy kilka błędów i dlatego ochrona nas wykryła. Finalnie jednak zaliczyliśmy ćwiczenie, które oprócz mnóstwa wrażeń dało nam także sporo do myślenia.


Autor po uroczystej promocji z mamą, tatą i siostrą

I tak zakończyła się moja dwuletnia przygoda w szkole działań specjalnych. Ten okres życia uważam za szczególny. Poznałem tu wielu wspaniałych ludzi, od których bardzo dużo się nauczyłem. Pożegnałem się również z czterema kolegami z mojego plutonu, którzy nie ukończyli szkoły. Szczególnie miło wspominam trzech z nich: Tukana, Purola i Cichego. Każdy z nich miał ogromny temperament i duszę komandosa. Tukan i Purol do tego świetnie śpiewali i grali na gitarze. To dzięki nim wszystkie nasze wyjazdy, poligony i ćwiczenia były niezapomniane. Cichy wylądował w końcu w legii cudzoziemskiej i przez kilka następnych lat przysyłał nam pocztówki.

Pamiętam dobrze naszego dowódcę kompanii Jacka Kuropaczewskiego, z którego czasem sobie żartowaliśmy, ale on i tak zawsze stawał po naszej stronie. Kultura organizacyjna wykładowców, dowódców plutonów, naszego nowego szefa kompanii chorążego Janickiego – pasjonata i kolekcjonera militariów – pozwalała nam rozwijać zainteresowania i pasje. Choć oczywiście zdarzały się wyjątki.

Umiejętności, które nabyliśmy w szkole, bardzo dobrze przygotowały nas do pracy w 1. Pułku Specjalnym w Lublińcu, do którego zaraz miałem trafić.

Rozdział 3



Emblemat 1. Pułku Specjalnego

Pierwsza lekcja


Pierwsza lekcja

Lubliniec to śląskie miasteczko malowniczo usytuowane w bezpośrednim sąsiedztwie pięknych lasów. W tamtym czasie słynęło z samych instytucji specjalnych, między innymi szpitala psychiatrycznego, kobiecego więzienia o zaostrzonym rygorze oraz jednostki specjalnej. Po pełnym wrażeń miesięcznym urlopie, podczas którego wydałem całą moją pierwszą szkolną odprawę na imprezy i jeszcze narobiłem sporo długów, już nie mogłem się doczekać wyjazdu do jednostki. Razem z kolegą przyjechałem dzień wcześniej, aby ewentualnie załatwić sobie jakieś zakwaterowanie. Było piękne sierpniowe popołudnie 1996 roku. Zmierzaliśmy w kierunku biura przepustek, przed którym na ławeczce wygrzewał się chorąży sztabowy – dyżurny biura. Jeszcze nie zdążyliśmy do niego dojść, a on już rozpoznał w nas młodych żołnierzy po szkole.

– Chłopaki, dzisiaj nie macie co tutaj robić. Idźcie na piwo, a jutro przyjdziecie rano do pracy i wszystko sobie załatwicie – powiedział.

I tak właśnie zrobiliśmy.

Trafiłem do 5. Kompanii Specjalnej, której dowódcą był potężnie zbudowany porucznik. Trzymał twardą ręką zarówno kadrę zawodową, jak i wszystkich żołnierzy służby zasadniczej. Pamiętam takie zdarzenie: jako młody dowódca grupy poszedłem na kompanijne strzelanie, a po strzelaniu na zbiórce dowódca pyta, czy wszystko było dobrze, czy coś byśmy zmienili w szkoleniu, a może coś nam się szczególnie nie podobało? Starsi dowódcy milcząco popatrzyli po sobie, a wtedy ja podniosłem rękę i powiedziałem, co mi się nie podobało i jak można to zmienić. Do tych uwag przyłączył się mój kolega Taśma, z którym kończyłem szkołę. Niestety okazało się, że przyjęte przeze mnie założenie, że dowódca naprawdę chce wysłuchać naszej opinii, było błędne. Porucznik nic nie odpowiedział, a my rozeszliśmy się do swoich obowiązków.

Po powrocie nadzorowałem czyszczenie broni na kompanijnym korytarzu. W pewnym momencie woła mnie i mojego kolegę podoficer dyżurny kompanii i mówi, że w siłowni czeka na nas pan porucznik. Otworzyłem drzwi do siłowni, a tam na ławeczce leży dowódca i wyciska olbrzymi ciężar. Kiedy nas zobaczył, odłożył sztangę na stojak, wstał, podszedł bardzo blisko i powiedział:

– Chyba wam się w głowach popierdoliło, młodzi. Wybierajcie: parzyste czy nieparzyste weekendy.

Popatrzyliśmy po sobie, wiedząc już, jak bardzo mamy przerąbane. Do końca wakacji na zmianę trzymaliśmy nadzory – czyli od pobudki do capstrzyku pilnowaliśmy żołnierzy służby zasadniczej. W tamtym czasie nikt nie pytał o nadgodziny czy dni wolne za przepracowane weekendy. Tak zapamiętałem pierwszy kontakt z moim nowym przełożonym i pierwszą lekcję zasad panujących w 5. Kompanii Specjalnej.


Szkolenie bojowe


Szkolenie bojowe

Szkolenie w tamtych latach skupiało się na grupach specjalnych i dywersyjno-rozpoznawczych, które miały działać na terenie wroga. Regulaminy taktyczne przewidywały zrzucanie żołnierzy na tyły przeciwnika. Wspólnie trenowaliśmy wszystkie możliwe scenariusze. Jednym z zadań było rozpoznanie specjalne, zasadzka, napad, najście. Ponieważ jednostka graniczyła z rozległymi lasami, mieliśmy duże możliwości treningowe. Bardzo modne w tamtym czasie były marsze w terenie. Ponieważ nie było zbyt dużego budżetu na paliwo, a flota samochodowa była uboga, wszędzie chodziliśmy pieszo. Większość zajęć kończyła się pętlą taktyczną, a jednym z jej elementów był marsz ubezpieczony. Tak pokonywaliśmy dziesiątki kilometrów.


Marsz ubezpieczony

Nasz dowódca był człowiekiem bardzo ambitnym i wymyślał coraz ciekawsze zadania do wykonania. Mówiło się, że idziemy na „działania”. Żołnierze służby zasadniczej byli z reguły ochotnikami i w związku z tym mieli dość wysoki poziom motywacji do służby, co bardzo ułatwiało szkolenie. Oczywiście zdarzali się malkontenci, jednak ogół grupy skutecznie ich eliminował. Żołnierze odbierali bardzo zaawansowane jak na służbę zasadniczą szkolenie. Potrafili skutecznie obsługiwać broń – zarówno swoją, jak i przydzielaną im na czas ćwiczeń stosowaną w państwach NATO (w którym jeszcze wtedy nie byliśmy). W magazynie jednostki znajdowała się kolekcja broni z różnych państw – którą często zabieraliśmy na strzelnicę, aby każdy z nas nauczył się z niej strzelać. Żołnierze kompanii specjalnych lub dywersyjno-rozpoznawczych skakali na spadochronie, wspinali się po skałach, jeździli na nartach. Niektórzy mieli inne specjalności, na przykład płetwonurkowe. Broń i wyposażenie w tamtym okresie były bardzo przeciętne, można nawet powiedzieć, że przestarzałe. Strzelaliśmy z pistoletów maszynowych Glauberyt, karabinków z rozkładaną kolbą, kbk AKMS, lub z drewnianą – AK GN, a także z karabinów maszynowych PK. Każdy miał przydzieloną broń odpowiednią do swojej specjalności. Żołnierze dźwigali bardzo ciężkie stare śpiwory w zasobnikach desantowych LWP, dopiero w późniejszych latach wprowadzone zostały zasobniki desantowe wz. 93. Od razu po przyjściu do jednostki starsi koledzy rekomendowali nam zakup plecaków, śpiworów oraz karimat, ponieważ w tamtym czasie te z przydziału były bardzo słabej jakości. Mimo pewnych braków sprzętowych jako żołnierze byliśmy zmotywowani i potrafiliśmy naprawdę świetnie działać.

Bardzo dobrze wspominam te czasy. Pamiętam, jak walczyliśmy na corocznych zawodach grup specjalnych o punkty dla swojego batalionu, a także naszą kreatywność, kiedy musieliśmy zorganizować w terenie jakieś lokum lub transport. Obiekty do wykonania poszczególnych zadań były zwykle położone daleko od siebie, a czas na dojście do nich – bardzo limitowany, dlatego nieraz korzystaliśmy z transportu lokalnej społeczności, jeździliśmy pociągiem, czasem nawet towarowym. W budce dróżnika dogadywaliśmy zatrzymanie pociągu na chwilę i niepostrzeżenie wsiadaliśmy do pustych przedziałów lub przestrzeni bagażowych, aby szybko dojechać do celu. Tak właśnie w tamtym okresie szkoliło się żołnierzy do działania na terenie przeciwnika, organizowania punktów kontaktowych, planowania zasadzek, marszu ubezpieczonego oraz bazowania i przetrwania w terenie.

Sprawność fizyczną szlifowaliśmy wspólnie w należącym do jednostki Ośrodku Sprawności Fizycznej lub ukrytym w Czarnym Lesie torze francuskim. Bardzo lubiłem walkę wręcz i wielokrotnie prowadziłem zajęcia z żołnierzami, przygotowując ich do pokazów. Niestety treningi często kończyły się poważnymi kontuzjami. Pamiętam szczególnie dwa takie przypadki. Pierwszy z nich dotyczył jednego z moich najsprawniejszych żołnierzy. Tuż przed pokazem żołnierskich umiejętności, który miał odbyć się na mistrzostwach Polski w żużlu, na stadionie w Częstochowie, zrobiliśmy próbę generalną. Wspomniany komandos miał rozbić dachówki trzymane przez innego żołnierza uderzeniem nogami podczas salta w tył. Wszystko było świetnie przygotowane, wyglądało spektakularnie i za każdym razem wychodziło perfekcyjnie. Jednak tego dnia asystujący żołnierz miał służbę i za niego przyszedł inny. Wydawało nam się, że wytłumaczyliśmy mu bardzo dokładnie, co ma robić, a on posłusznie pokiwał głową. Wszystko było gotowe. Na komendę komandos wybił się w powietrze i uderzył jak zwykle nogami w dachówki. Jednak tym razem efekt był zgoła inny. Asystujący kolega tak mocno trzymał dachówki w rękach, że uderzający w nie komandos nie mógł wykonać pełnego obrotu i z wielką siłą uderzył twarzą w ziemię. Kiedy go podniosłem, zobaczyłem, że ma złamany nos i zakrwawioną twarz. Opatrzyliśmy go w jednostkowej izbie chorych, a on mimo urazu postanowił jechać z nami na pokaz. Nie wykonał już jednak tego konkretnego akrobacyjnego elementu. Komunikacja jest niezwykle ważna. Czasem wydaje nam się, że nasz rozmówca wszystko rozumie, jednak może być zupełnie inaczej. Gdybym wtedy powiedział mu, aby trzymał te dachówki delikatnie, na pewno uniknęlibyśmy kontuzji jednego z najlepszych komandosów z mojej kompanii. Takie detale jak nieodpowiedni dobór słów czy niepełny komunikat mogą spowodować nieporozumienie, które w konsekwencji zepsuje zadanie.

Innym razem mieliśmy pokaz walki nożem. Każdy komandos w jednostce skutecznie rzucał nożem. Mieliśmy specjalnie przygotowane miejsce, gdzie ćwiczyliśmy rzuty nożami i łopatkami saperskimi. Jak zwykle tuż przed pokazem odbywaliśmy ostatni trening. Żołnierze byli bardzo dobrze przygotowani i postanowili zrobić ten trening „na bojowo”, czyli z nożem wyciągniętym z pochwy. Dosłownie chwilę później jeden wbił drugiemu nóż w dłoń tak mocno, że przeszedł na wylot. Natychmiast musieliśmy opatrzyć żołnierza i wycofać go z pokazu, co oczywiście zmieniło cały scenariusz. Tak właśnie życie uczyło nas pokory wobec siebie i swoich umiejętności.

Niestety w tamtych czasach pokazy były integralną częścią szkolenia i wykonywaliśmy ich mnóstwo. Żołnierze rozbijali spektakularnie płonące dachówki czy płyty betonowe na swoim ciele, wykonywali układy z bronią oraz salta i inne akrobatyczne popisy. Żołnierze, których pamiętam i którymi miałem przyjemność dowodzić, byli niezwykle wytrwali, odporni i nie marudzili z byle powodu. Wszystko robiliśmy razem i kiedy odchodzili do cywila, często dziękowali nam za czas, który spędzili w jednostce.

 

Lata dziewięćdziesiąte to czasy, kiedy polskie mafie bardzo mocno infiltrowały jednostki w poszukiwaniu wyszkolonych chłopaków. Zdarzało się, że niektórzy „żołnierze mafii” byli wysyłani do naszej jednostki, aby uczyć się „fachu”. W naszej jednostce uczyliśmy komandosów różnych technik eliminowania przeciwnika, od walki wręcz po techniki nożem, kończąc na broni. W tamtym czasie komandosi z Lublińca mieli naprawdę duży potencjał bojowy, a wielu z nich kontynuowało później służbę w różnych jednostkach, np. w GROM-ie.

Naszym dowódcą batalionu był oficer, który niedawno ukończył elitarny kurs francuskich sił specjalnych. W jednostce znany był między innymi z organizowania morderczych wielokilometrowych marszy. Po objęciu dowództwa postanowił zorganizować nietypowe ćwiczenie taktyczne. Zawołał mnie do swojej kancelarii, która znajdowała się na strychu naszego batalionu.

– Puwal, zorganizuj sobie najlepszych chłopaków z batalionu, mam dla ciebie zadanie specjalne – powiedział.

Uwielbiałem takie wyzwania, znałem mojego dowódcę i wiedziałem, że zapowiada się coś niezwykłego, jednak to, co za chwilę miało się wydarzyć, przerosło moje oczekiwania. Już wcześniej robiłem różnego rodzaju niestandardowe akcje, ale ta, jak się okazało, była szczególna.

– Niedaleko Lublińca, w osadzie otoczonej lasami, mieszka pewien człowiek. Jutro po południu masz porwać go z jego domu. – Pokazał mi jego zdjęcie i dał współrzędne jego domu.

Na kompanii specjalnej miałem grupę zgranych chłopaków. Wyróżniali się niestandardowym myśleniem, odwagą oraz brawurą, co idealnie wpisywało się w naszą robotę. Aby skutecznie wykonać to zadanie, potrzebowałem dwóch niezależnie działających sekcji. Zadaniem pierwszej, rozpoznawczej, było założenie posterunku obserwacyjnego, obserwacja i przekazywanie na bieżąco informacji, a druga, szturmowa, mobilna, miałaby wykonać uderzenie.

Zebrałem wszystkich, opowiedziałem o akcji i zaczęła się burza mózgów. Wiedzieliśmy, że sprawa jest bardzo delikatna i działamy na pograniczu prawa. To było ćwiczenie, jednak cel i jego rodzina o tym nie wiedzieli. W pułku specjalnym niejednokrotnie działaliśmy, wykorzystując legendy, przebrania, skrytki ze sprzętem, punkty kontaktowe. Tak funkcjonowały w tamtym czasie grupy specjalne.

Po szybkim przeanalizowaniu mapy zobaczyłem, że miejsce otoczone jest rozległymi lasami i prowadzi do niego tylko jedna utwardzona droga. Dawało nam to możliwość skrytego podejścia i założenia w niewielkiej odległości od obiektu posterunku obserwacyjnego (PO). W tamtym czasie nie było jeszcze Google Maps i nie mieliśmy możliwości korzystania z żadnych zdobyczy technologicznych, dlatego szybko zdecydowałem, że w pierwszej kolejności wyślę samochodem cywilnym grupę rozpoznawczą.

Wsiedliśmy do samochodu jednego z moich komandosów, volkswagena jetty, i pojechaliśmy zrobić rekonesans. Na miejscu okazało się, że nasz cel ma pokaźną hodowlę psów husky, które swobodnie biegają po podwórku, oszczekując wszystko, co się rusza. Nie była to dla nas dobra wiadomość. Nie wiedziałem również, czy spodziewa się ataku.

Po powrocie na kompanię usiedliśmy wspólnie i zaczęliśmy szczegółowo planować operację. W tak małej osadzie wszyscy doskonale się znają i każde nietypowe wydarzenie natychmiast wzbudza zaciekawienie. Jak wejść do domu, by domownikom nie wydawało się to podejrzane i aby nasz cel nie uciekł? Jak ominąć kilkanaście biegających psów i odciągnąć ich uwagę? Na te i inne pytania musieliśmy pilnie znaleźć odpowiedzi.

Szybko przyszedł nam do głowy diabelski pomysł. Jeden z nas przebierze się za księdza. Jakimś cudem mieliśmy na kompanii sutannę, która należała do brata jednego z żołnierzy. To ja zostałem wytypowany na tego „złego” księdza, który ma wzbudzić zaufanie domowników.

Czas szybko mijał, grupa rozpoznawcza gotowa była już do wyjścia. Zabraliśmy broń, niezbędny sprzęt maskujący i obserwacyjny potrzebny do założenia PO, racje żywnościowe i wodę, po czym pod osłoną nocy przemieściliśmy się na pace honkera w rejon działania. Grupa szturmowa z kolei przygotowała swoje prywatne samochody i czekała w gotowości na dalsze rozkazy. W tamtym czasie łączność w pułku specjalnym nie była najmocniejszą stroną, dlatego na ćwiczeniach wielokrotnie korzystaliśmy również z naszych telefonów komórkowych, które wówczas były jeszcze nowością, a ceny za rozmowy były kosmiczne.

Ze względu na bezpieczeństwo operacyjne wysiedliśmy około dwóch kilometrów od obiektu i resztę drogi pokonaliśmy marszem ubezpieczonym. Była piękna, ciepła letnia noc, a ze względu na bliskość lasu aż roiło się od komarów. Przed północą dotarliśmy w rejon, po czym możliwie blisko założyliśmy PO, który dawał nam dobry wgląd w teren. Na posesji było ciemno.

Noc na posterunku minęła bardzo szybko. Rano, kiedy słońce oświetliło zagrodę, zobaczyłem dokładnie rozmieszczenie budynków, główne wejście do domu, podwórko oraz budynki gospodarcze, w tym kilkanaście kojców na psy. Na szczęście okazało się, że gospodarz naprawia bramę wjazdową i zamknął w kojcach wszystkie zwierzęta. Niestety około godziny dziewiątej wyjechał. Spodziewałem się, że taki scenariusz może się wydarzyć. Wykonywał swoje codzienne zajęcia, a my nie zdążyliśmy zrobić mu tak zwanego zdjęcia dnia, z którego dowiedzielibyśmy się, jak zazwyczaj wygląda jego plan zajęć. Po prostu nie było na to czasu.

Przed południem zorganizowałem punkt kontaktowy, na którym przekazałem mojemu zastępcy, a jednocześnie dowódcy grupy szturmowej, szczegółowe szkice posesji. Dopracowaliśmy jeszcze ostatnie detale i rozeszliśmy się do swoich grup. Nie wiedziałem, kiedy wróci nasz cel, nie miałem też podanej konkretnej godziny ataku, co dawało mi pewną swobodę w podjęciu decyzji.

Około godziny 14.00 cel wrócił do domu. Grupa szturmowa podjechała samochodami i ukryła się w lesie, czekając na mój sygnał. W tym czasie zameldowałem mojemu dowódcy, że jestem w gotowości do uderzenia i czekam na jego decyzję. Dowódca potwierdził i przekazał mi, że po przechwyceniu mężczyzny mam wykonać jeszcze jedno zadanie (jakie – o tym za chwilę).


Nie ufaj pozorom

W lesie wyciągnąłem z plecaka sutannę i przebrałem się – muszę przyznać, że wyglądałem bardzo wiarygodnie, nawet chłopaki z grupy żartowały, że nadaję się na księdza. Pełna gotowość bojowa, wszyscy na pozycjach. Spokojnie wyszedłem z lasu i jak gdyby nigdy nic udałem się w asyście jednego z komandosów na posesję. Cel nagle zniknął gdzieś na podwórku, straciliśmy go z oczu. Widziałem, że grupa szturmowa już jedzie i dosłownie za chwilę będzie pod bramą. „Co teraz? Jak mam go zlokalizować? Nie ma na nic czasu, chłopaki już jadą”, myślałem. Ponieważ brama była w remoncie, podszedłem prosto do drzwi wejściowych i zapukałem. Otworzyła mi młoda kobieta, najprawdopodobniej żona.

– Szczęść Boże, jestem nowym wikarym w parafii i chciałbym poznać mieszkańców – powiedziałem.

Nieświadoma niczego kobieta uśmiechnęła się bardzo przyjaźnie.

– Szczęść Boże, bardzo mi przyjemnie, nie widziałam księdza do tej pory, zapraszam do domu.

Nagle zza zakrętu wyjechały dwa samochody i podjechały spokojnie pod bramę posesji. Nasz cel dosłownie w tym momencie się pojawił i podszedł do bramy. Z samochodów wysypało się pięciu wysportowanych chłopaków i w mgnieniu oka unieruchomili mężczyznę. Zamknąłem drzwi i dołączyłem do nich. Wszystko działo się błyskawicznie. Mężczyzna był bardzo waleczny i stawiał zaciekły opór. Wyciągnąłem z kieszeni taśmę monterską i kilkoma sprawnymi ruchami zakleiłem mu usta, a jeden z chłopaków energicznie nałożył mu na głowę brezentowy worek. Kiedy wpychaliśmy go do auta, z domu wybiegła jego żona, robiąc mnóstwo hałasu, ale szybko odjechaliśmy. To musiał być dla niej prawdziwy szok. Zdawałem sobie sprawę, że zaraz zadzwoni po policję, jednak musieliśmy wykonać zadanie.

Dowódca w międzyczasie podał mi współrzędne punktu przekazania porwanego (około 10 kilometrów od domu porwanego). W samochodzie legendowaliśmy się jako rosyjska mafia. Widziałem, jak nasz bohater walczy, próbuje coś powiedzieć, a jednocześnie liczy zakręty, pochylając się w odpowiednią stronę na każdym z nich. Widać było, że jest bystry i mimo olbrzymiego stresu nie stracił głowy.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?