Operator 594Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Operator 594
Operator 594
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 78,40  62,72 
Operator 594
Audio
Operator 594
Audiobook
Czyta Marcin Stec
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pierwsza selekcja


Pierwsza selekcja

Kandydatów do plutonu było bardzo dużo, a miejsc niewiele. Wspólnie przygotowywaliśmy się do tych egzaminów. Uczyłem się od starszego kolegi, jak poprawnie zwijać koc wojskowy, aby prawidłowo przytroczyć go do plecaka. Nie mieliśmy zbyt wielu wskazówek, a czekał nas pierwszy bardzo istotny i trudny etap, czyli marszobieg w pełnym wojskowym oporządzeniu na dystansie około 60 kilometrów. Była to moja pierwsza ważna selekcja. Nie wiedziałem wtedy, że przede mną jeszcze kilka, w tym ta najważniejsza, do której miałem przystąpić dokładnie dziesięć lat później w Bieszczadach.

W niedzielę o świcie, kiedy cała szkoła jeszcze spała, a reszta kadetów była na przepustkach w swoich rodzinnych domach, ja i inni kandydaci stanęliśmy na zbiórce do pierwszego etapu selekcji.

Po wstępnej weryfikacji zostaliśmy załadowani na wojskowe samochody ciężarowe star i zawiezieni na poligon. Cała grupa – kilkadziesiąt osób – wystartowała biegiem za prowadzącymi komandosami z plutonu działań specjalnych. Nasze wyposażenie i sprzęt przypominały czasy II wojny światowej: metalowy hełm, łopatka saperska, plecak na cienkich szelkach, paso-szelki, koc, maska przeciwgazowa, odzież ochronna OP1, dodatkowo w plecaku bielizna zapasowa, pałatka, onuce, środki czystości, menażka, zapas wody w manierce… Piekielnie niewygodne i uwierające w każdą część ciała elementy wyposażenia dokuczały z każdym krokiem coraz bardziej. I tak kandydaci zaczęli się powoli wykruszać. Pamiętam, jak biegłem w szaleńczym tempie za prowadzącymi, aby utrzymać się w czołówce. Wydawało się, że poligonowe drogi nie mają końca. Nigdy wcześniej nie zrobiłem takiego dystansu z tak niewygodnym i siermiężnym wyposażeniem.

Dzień się kończył, a my ciągle nie wiedzieliśmy, ile jeszcze przed nami. W pewnym momencie dobiegliśmy do poligonowego wzniesienia i prowadzący wydał komendę: „Stop”. Wszyscy ciężko dyszeliśmy, a teraz mieliśmy szansę na chwilę zatrzymać się, złapać oddech i poprawić niewygodny sprzęt. Ale czekało na nas kolejne zadanie. Musieliśmy odpowiedzieć pisemnie na bardzo trudne i niekomfortowe pytania. Jedno z nich szczególnie utkwiło mi w pamięci: „Czy poświęciłbyś swoją rodzinę, aby wykonać zadanie?”. Oddaliśmy kartki, po czym jeden z prowadzących zapytał głośno: „Kto idzie dalej? Kto zostaje?”. Okazało się, że na tym etapie następnych kilku kandydatów postanowiło zakończyć selekcję. Pozostali, którzy podjęli wyzwanie, przeszli jeszcze około kilometra, by wsiąść do samochodów i jechać do szkoły. Znowu okazało się, że determinacja w dążeniu do celu to podstawa zwycięstwa. Tego dnia wróciłem kompletnie wykończony, ale niewiarygodnie szczęśliwy. Pokonałem swoje słabości, znalazłem się w niewielkiej grupie osób, które przeszły pozytywnie ten etap i zakwalifikowały się do kolejnego.

Najtrudniej było wstać rano następnego dnia. Potworne zakwasy i pęcherze na stopach praktycznie uniemożliwiały mi poruszanie się. Czułem się, jakby moje ciało było rozrywane na kawałki. Nie mogłem ruszać rękami ani nogami.

Koledzy z sali, którzy nie brali udziału w marszobiegu, pomogli mi posłać łóżko. Dowiedziałem się, że po południu mamy egzaminy sprawnościowe, czyli między innymi bieg na 3000 metrów, pływanie 50 metrów, nurkowanie, podciąganie na drążku, skoki na skrzynię. Jak wielka siła drzemie w człowieku, który ma odpowiednią motywację, że potrafi zmobilizować się do kolejnego i kolejnego wysiłku? Nawet w takiej sytuacji, kiedy rano nie możesz podnieść się z łóżka, a już po południu wykorzystujesz tę niesamowitą moc, by biegać, pływać i skakać. Tak dzieje się tylko i wyłącznie wtedy, kiedy jesteś odpowiednio zmotywowany do działania. Gdy stawiasz sobie cele, które prowadzą cię do spełnienia marzeń. Walczyłem o każdą sekundę, każde podciągnięcie, by przejść do kolejnego etapu. Zakwalifikowałem się do następnej tury. Byłem bardzo szczęśliwy, ale wiedziałem, że to ciągle nie koniec walki, że przede mną jest kolejny etap selekcji do elitarnego plutonu działań specjalnych.

Był ciepły październikowy poranek. Niewielka grupa zmotywowanych chłopaków stanęła do przedostatniego etapu selekcji. Tak jak poprzednio zostaliśmy przetransportowani samochodami ciężarowymi star na poligon Biedrusko. Ustawieni na zbiórce czekaliśmy na dalsze rozkazy. Po chwili naszym oczom ukazał się nadjeżdżający wojskowy samochód terenowy UAZ. Zatrzymał się obok nas i wysiadł z niego dobrze zbudowany porucznik Malec w czerwonym berecie. Miał niesamowicie przenikliwe spojrzenie. Przywitał nas bardzo uprzejmie i wyjaśnił zasady. Następnie wręczył nam mapy ze współrzędnymi pierwszego punktu, do którego mieliśmy dotrzeć. To był mój pierwszy kontakt z zupełnie nieznaną wojskową kulturą organizacyjną. Do tej pory wszyscy krzyczeli, kazali biegać bez możliwości jakiegokolwiek racjonalnego wytłumaczenia, aż tu nagle zjawia się zupełnie inny człowiek, który swoją charyzmą zrobił na nas tak potężne wrażenie, że nie potrzebował krzyczeć ani wymuszać czegokolwiek, a my wszyscy staliśmy i słuchaliśmy go prawie na bezdechu. Tego dnia nie wiedzieliśmy, ile jeszcze niespodzianek nas czeka.

Początkowo marsz wydawał się prosty. Nie musieliśmy biec, wszystko robiliśmy we własnym tempie. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę, że powinniśmy wykonywać zadania możliwie najszybciej – przecież była to selekcja, a my walczyliśmy o miejsce w wymarzonym plutonie. W małych grupach dotarliśmy do pierwszego punktu kontrolnego i tam dostaliśmy współrzędne kolejnego. Najważniejsze było prawidłowe czytanie mapy, ale niestety nikt z nas nie miał wielkiego doświadczenia w tej ważnej wojskowej dziedzinie. Mapy też nie były najnowsze, chociaż dosyć dobrze odzwierciedlały poligonowe bezdroża.

Mijały kolejne godziny. Zmęczenie oraz ciągła niepewność, czy dobrze idziemy, dawały o sobie znać. Jesień 1994 roku była ciepła i niezwykle kolorowa. Las wyglądał przepięknie, barwne liście opadały z drzew, a wokoło rozbrzmiewał śpiew leśnych ptaków. I w tej przepięknej scenerii my – walczący o swoje marzenia przyszli komandosi. Tak upływały kolejne godziny marszu i współpracy między nami. W końcu zostało nas w grupie czterech. Reszta gdzieś zniknęła lub zagubiła się w leśnych bezdrożach. Zrobiło się już bardzo ciemno, a za nami było ponad osiemdziesiąt kilometrów marszu. Właśnie wtedy dostrzegliśmy małe światełko daleko przed nami. Zbliżaliśmy się do niego, wierząc, że oznacza kres tego potwornego wysiłku. Okazało się, że rzeczywiście był to ostatni punkt kontrolny – meta. Tak, byliśmy pierwsi! Zapisaliśmy swoje nazwiska i spokojnie czekaliśmy na dalsze rozkazy. Do dziś pamiętam, jak bardzo byłem szczęśliwy. Dotarłem do mety niesamowicie zmęczony, ale zadowolony ze świetnie wykonanego zadania.

Już wtedy okazało się, że oprócz wytrzymałości psychofizycznej testowi podlegała też umiejętność współpracy w grupie. Przekonali się o tym bardzo dotkliwie ci kandydaci, którzy postanowili działać sami. Większość z nich pomyliła leśne drogi i pogubiła się. Któregoś z tych samodzielnych kandydatów znaleziono późno w nocy w jednym z okolicznych miasteczek, odwodnionego i wyczerpanego. Kolejny raz przekonałem się, że pewność siebie i swoich umiejętności, dobre przygotowanie i współpraca w grupie oraz zdolność radzenia sobie ze stresem przynoszą pożądane efekty. Tym razem znalazłem się w grupie czterech najlepszych kandydatów do plutonu specjalnego.

Bordowy beret


Bordowy beret


Zostaliśmy przeniesieni do wymarzonej 12. kompanii kadetów. Budynek, w którym mieściła się kompania, ze względu na swoją unikatową architekturę nazywany był pałacykiem. W środku niestety był bardzo zaniedbany. Jednak dla mnie i moich kolegów był wyjątkowy, pamiętam go do dzisiaj.

Szefem kompanii w tamtym czasie był chorąży, który pamiętał doskonale kulturę organizacyjną z czasów Ludowego Wojska Polskiego. Niewysoki, łysiejący mężczyzna koło pięćdziesiątki – wydawał mi się bardzo stary. Z niecierpliwością czekaliśmy na mundury wojsk powietrznodesantowych typu US, bordowy beret i buty desantowe z dzwonkami. W tamtym czasie mundury US nie były tak dostępne jak dzisiaj. Chorąży zawołał nas do piwnicy, w której mieścił się jego magazyn. Kiedy zeszliśmy na dół, naszym oczom ukazała się sterta brudnych mundurów pomieszanych z nowymi i używanymi butami. „Wybierajcie sobie” – powiedział chorąży. Rozczarowani spojrzeliśmy po sobie, po czym zaczęliśmy dopasowywać mundury i buty. Jeszcze długo potem wymienialiśmy się między sobą niedopasowanymi elementami umundurowania.

Przyszedł czas na ostatni test, który musieliśmy zdać, aby dostać się do plutonu specjalnego. Ubrani w „nowe” mundury i buty udaliśmy się do sali łączności, gdzie pan chorąży łączności napisał na tablicy dziesięć znaków alfabetem Morse’a. Znałem go jeszcze z czasów harcerskich, jednak nigdy wcześniej nie pracowałem na telegrafie. Na szczęście dla większości z nas test przebiegł pomyślnie – tylko jedna osoba nie zaliczyła. W tamtym czasie łączność specjalna opierała się na kodowaniu cyfrowym właśnie alfabetem Morse’a. Cyfrowy alfabet musieliśmy znać perfekcyjnie. Ciągle mieliśmy sprawdziany z szybkości nadawania i odbioru grup. Przyznam szczerze, że nigdy nie byłem w tym bardzo dobry, raczej przeciętny – nie stało się to moją pasją.

Szkolenie kandydatów na dowódców grup specjalnych, bo takie funkcje mieliśmy pełnić po ukończeniu szkoły, było niezwykle intensywne i wymagające. Wyselekcjonowani kadeci byli bardzo sprawni fizycznie, nieprzeciętnie inteligentni oraz świetnie prezentowali się w bordowych beretach. Muszę dodać, że w moim roczniku były tylko dwa plutony noszące takie berety: pluton rozpoznawczy, czyli chłopaki, które przeszły razem ze mną pierwszy etap selekcji, i my – niewielka, dwudziestoosobowa grupa plutonu specjalnego. Wszystkie normy sprawnościowe mieliśmy podwyższone tak, aby osiągać jak najlepsze wyniki. Szczególnie zapamiętałem normę nr 13, czyli bieg z zasobnikiem na dystansie dziesięciu kilometrów. Zwykle biegaliśmy wokół naszego stadionu, po asfaltowej drodze, i niby nic w tym dziwnego. Sprawę utrudniało jednak to, że normę trzeba było zaliczyć na początku raz w tygodniu. Zwykle odbywało się to przed wyjazdem na przepustkę, zaraz po obiedzie. Zdarzało się wtedy, że obiad lądował na drodze, ponieważ zbyt mocno obciążał nasze żołądki i stanowił zbędny balast.

 

Mieszkaliśmy wspólnie z plutonami specjalnymi starszego rocznika. Na początku chcieli zaprowadzić tak zwane falowe porządki: mieliśmy między innymi sprzątać u nich w pokojach, jednak bardzo szybko odpuścili. Pamiętam, że postawiłem się jednemu z nich, kiedy chciał, abym posprzątał jego salę. Dogadaliśmy się i od tej pory wszyscy wiedzieli, że wspólne rejony, czyli korytarze, umywalnie, toalety, sprzątaliśmy z plutonem rozpoznawczym, jednak własne sale każdy musiał sprzątać sam. Nigdy nie byłem zwolennikiem wykorzystywania w ten sposób swojej pozycji i później, na drugim roku, pilnowałem, aby przestrzegać tych zasad w stosunku do młodych kadetów pierwszego rocznika.

Atmosfera w 12. kompanii była bardzo dobra. Nie wchodziliśmy sobie w drogę, a starszy rocznik plutonu specjalnego bronił nas przed innymi plutonami starszych roczników.

Szkolenie komandosa


Szkolenie komandosa

To tu, na poligonowych strzelnicach, uczyłem się posługiwania bronią, strzelania na krótkim i długim dystansie. Jako pluton specjalny mieliśmy zajęcia z jazdy terenowej wszystkimi dostępnymi w szkole pojazdami. Uczyliśmy się jeździć samochodami terenowymi UAZ, samochodami ciężarowymi marki Star, samochodami bojowymi BRDM-1, bojowymi wozami piechoty BWP 1 oraz moimi ulubionymi czołgami T-55 i T-72. Uwielbiałem jeździć czołgiem poligonowymi drogami. Ten potężny pojazd dosłownie płynął po wzniesieniach, kiedy dodawałem mu mocy. Jednym z testów na zaliczenie było przepłynięcie na drugi brzeg Odry bojowym wozem piechoty BWP 1. Ta ciężka, prawie 13-tonowa maszyna płynęła z prędkością około pięciu kilometrów na godzinę. Widziałem, jak prawie cała się zanurza i powoli płynie do przodu – dawało mi to niezłą frajdę i kopa adrenaliny. Kadeci z plutonu pancernego w tym samym czasie pokonywali rzekę czołgiem, jadąc pod wodą.

Mieliśmy bardzo różnorodne i wszechstronne szkolenie. Wykładowcy traktowali nas z szacunkiem, bo wiedzieli, ile przeszliśmy, aby dostać się do tego plutonu. My odwdzięczaliśmy się ciężką pracą. Darzyliśmy ich sympatią. Szczególnie zapamiętałem majora Morawskiego z Batalionu Szturmowego z jednostki w Dziwnowie. Prowadził wykłady z działań specjalnych. Był bardzo doświadczonym oficerem z mistrzowską klasą spadochronową, która stanowiła dla nas synonim czegoś wyjątkowego. Przekazywał nam nie tylko specjalistyczną wiedzę, lecz także życiowe wartości, które towarzyszą mi do dnia dzisiejszego. Jedną z takich niezapominanych mądrości usłyszeliśmy od niego po uzyskaniu tytułu skoczka wojsk powietrznodesantowych na uroczystym wręczeniu gap spadochronowych. Powiedział wtedy: „Chłopaki, od dzisiaj jesteście innymi, odważniejszymi i umiejącymi podejmować samodzielnie decyzje, odpowiedzialnymi ludźmi. Gratuluję wam i jestem z was dumny!”. Takie słowa pozostają w pamięci na zawsze, dodają siły do dalszego działania. Zawsze warto doceniać swoich podwładnych. Upominaj i karz ich na osobności, ale chwal przy wszystkich konkretnie za to, co zrobili.

Zimą pojechaliśmy na narty do Zieleńca – pierwszy raz w moim życiu. Wcześniej zdarzało mi się zjeżdżać na sankach, na foliowym worku wypchanym słomą, na ortalionowej kurtce, a czasem nawet na własnoręcznie skonstruowanych ze sztachet prowizorycznych nartach. Nieraz wracałem do domu w podartych na tyłku spodniach, przez co miałem sporo kłopotów. Z zimowych przygód pamiętam szczególnie dzień, w którym zostaliśmy całą klasą po lekcjach, żeby porzucać się śnieżkami. Moja podstawówka mieściła się w pięknym, ale bardzo zniszczonym XIX-wiecznym pałacu. Obok był wspaniały park, w którym rosło wiele rzadkich i chronionych gatunków drzew. Na granicy parku znajdował się strumień, którego głębokość zmieniała się w zależności od stanu wód: czasami płynął leniwie, a czasem bardziej przypominał wartką rzeczkę. Przerzucono przez niego drewniany mostek. Tego dnia wymyśliliśmy następującą grę. Podzieliliśmy się na dwie drużyny: jedna miała za zadanie przebiec z jednej strony mostku na drugą, a druga – rzucać w pierwszą śnieżkami i tak na zmianę. W pewnym momencie chłopak z drużyny przebiegających mostek poślizgnął się i wpadł do strumienia, który był wówczas dość głęboki. Zamarliśmy w bezruchu. Na szczęście złapał się wystającej deski i z naszą pomocą wydostał się z wody. Natychmiast zaczął marznąć, więc prawie biegiem odprowadziliśmy go do domu, a on biedny bał się tylko kary, jaką dostanie od ojca, który lubił bić go specjalnie przygotowanym na takie okazje kablem. Nieraz przychodził do szkoły z siniakami na nogach. Tak stało się i tym razem. Dzieci w tamtych latach były wychowywane trochę inaczej niż dzisiaj i takie sytuacje nie wydawały się niczym niezwykłym.


Pierwszy kontakt z samolotem An-2 na skokach

Wróćmy jednak do mojego pierwszego zgrupowania narciarskiego. Pierwsze kroki na nartach stawialiśmy na tak zwanej oślej łączce nieopodal Ośrodka Szkolenia Piechoty Górskiej „Jodła”. To tam po pierwszym dniu zmagań na stoku instruktor zorganizował nam swoistą selekcję: rozstawił bramki od wierzchołka góry i kazał nam przez nie zjeżdżać. Na dole od razu ci słabsi przechodzili na jedną stronę, a ci lepsi – na drugą. W końcu przyszła moja kolej. Tor był już bardzo wyślizgany, narty moich poprzedników wyżłobiły głębokie kanały, które skutecznie przeszkadzały w jeździe. Bardzo chciałem dostać się do drużyny lepiej jeżdżących. Instruktor prowadzący tę grupę był niezwykle spokojny, a jednocześnie bardzo wymagający, i to właśnie od niego chciałem się uczyć jazdy na nartach. Stanąłem na górze i odbiłem się tak, jak umiałem najlepiej. Jechałem bardzo szybko, siłowo pokonywałem wszystkie bramki. Skoncentrowałem się na prędkości, a nie na stylowej jeździe, bo o jakim stylu mogła być mowa po tak krótkim czasie nauki. Podczas zjazdu kilka razy się zachwiałem i o mały włos nie upadłem, prułem jednak dalej. Po dojechaniu do mety zauważyłem uśmiech na twarzy instruktora. Wiedział dobrze, że brakuje mi techniki, ale mam za to serce do walki. Kolejny raz okazało się, że odwaga połączona z determinacją pozwala osiągnąć zamierzony efekt – znalazłem się w grupie lepiej jeżdżących, ale co ważniejsze, miałem świadomość, że wygrałem ze strachem i osiągnąłem swój cel.

Jako pluton specjalny codziennie po zakończeniu jazdy wracaliśmy biegiem z Zieleńca do ośrodka „Jodła”, około ośmiu kilometrów, na obiad. Później, kiedy już służyłem w 1. Pułku Komandosów w Lublińcu, nie musiałem pokonywać drogi biegiem – normą stało się chodzenie i zawsze wszyscy szliśmy do Zieleńca, po czym również pieszo wracaliśmy po skończonej jeździe na zasłużony posiłek.

Szkolenia w szkole wojskowej były zawsze ciekawe. Oprócz jazdy na nartach mieliśmy zajęcia z bytowania w górach. Pewnego ranka po całej nocy w plenerze przyszedł do nas pan kapitan, wykładowca i szkoleniowiec i powiedział: „Co to, kurwa, za zwiadowcy? Wszędzie pełno żółtych plam na śniegu! Co to ma być?!”. Musieliśmy natychmiast zamaskować śniegiem ślady moczu w naszym obozowisku. W taki właśnie sposób uczyłem się, że bezpieczeństwo i skuteczne maskowanie to priorytet w działaniu grup specjalnych na terenie wroga.

Wreszcie przyszedł czas na pierwsze skoki spadochronowe. Było piękne upalne lato 1995 roku. Dołączyliśmy do zgrupowania spadochronowego 1. Pułku Specjalnego z Lublińca, które odbywało się niedaleko Częstochowy, w miejscowości Rudniki. Lotnisko w Rudnikach w latach dziewięćdziesiątych słynęło z międzynarodowych sukcesów w szybownictwie. Przyjechaliśmy pociągiem z Poznania. Wysiedliśmy na stacji kolejowej i resztę trasy na lotnisko pokonaliśmy pieszo. Jeszcze w nocy zaczęliśmy rozstawiać namioty. Rankiem zobaczyliśmy, jak samoloty transportowe An-26 desantują komandosów z Lublińca. Byłem pod ogromnym wrażeniem ich szybkości i ryku silników. Były również inne samoloty, dużo mniejsze, ale równie ekscytujące – An-2, które z niezwykłą swobodą lądowały na trawiastym lądowisku.


Mój pierwszy w życiu skok oddałem z samolotu An-⁠2. Pamiętam go doskonale, ale nie dlatego, że jakoś szczególnie się bałem, lecz z powodu zabawnych okoliczności. Instruktorem pokładowym był bardzo doświadczony chorąży z 1. Pułku Specjalnego. Kiedy samolot wszedł na wysokość 200 metrów, instruktor, zgodnie z procedurą, przystąpił do podpinania nas do przedłużaczy w samolocie – miały one za zadanie po skoku wyciągnąć stabilizator, a on z kolei, po odliczeniu żądanego czasu i wyciągnięciu uchwytu, uruchamiał spadochron główny. W tamtych latach skakaliśmy na spadochronach typu D5. Były to bezpieczne i proste w konstrukcji spadochrony, które później zostały zastąpione przez typ AD 95. Nabraliśmy już właściwej wysokości do skoku, a było to 700 metrów. Samolot wszedł na tak zwaną bojową i zapaliło się żółte światło sygnalizacyjne. Wtedy instruktor pokładowy wyciągnął z kieszeni przeznaczonej na nóż komandosa grzebień i przeczesał bardzo już przerzedzone włosy. Bezpośrednio po tym otworzył drzwi samolotu. Wszyscy, zamiast się bać, obserwowali, co zrobi dalej. A on po raz kolejny wyciągnął z kieszeni grzebień i ponownie przeczesał swoje bardzo rzadkie, ale stosunkowo długie włosy. Nie mogliśmy powstrzymać się od śmiechu, kiedy kolejny raz wychylił się na zewnątrz i wiatr rozwiał jego fryzurę, ukazując sporych rozmiarów łysinę. Wtedy on ze spokojem ponownie wyciągnął grzebień i przeczesał włosy. Właśnie w tym momencie zapaliło się zielone światło, które w połączeniu z bardzo nieprzyjemnym dźwiękiem oznaczało czas na skok. Tak zapamiętałem mój pierwszy skok spadochronowy.

Aby uzyskać tytuł skoczka spadochronowego wojsk powietrznodesantowych, trzeba było oddać siedem skoków, każdy z nich inny, w tym ten najtrudniejszy – w nocy, z pełnym oporządzeniem i bronią. Te właśnie nocne skoki szkolno-bojowe oddaliśmy wszyscy z samolotu An-26. To niezwykłe przeżycie, kiedy wyskakujesz z samolotu w czarną dziurę przy prędkości zrzutu 320 kilometrów na godzinę. Takie ćwiczenia i zadania kształtowały nasze charaktery, odwagę, determinację, pewność siebie oraz swoich umiejętności. Tam w powietrzu możesz liczyć tylko na siebie. Nikt nie pomoże ci w sytuacji zagrożenia, kiedy twój spadochron główny nie zapracuje i masz niewiele czasu na podjęcie decyzji o otwarciu spadochronu zapasowego.

Po całym tygodniu mocnych przeżyć związanych ze skokami chcieliśmy odreagować i trochę się zabawić. Był niezwykle ciepły, letni sobotni wieczór. Wokół roznosił się zapach świeżo skoszonej na lotnisku trawy. Niestety dowódca kompanii kategorycznie zabronił jakichkolwiek wyjść na przepustki. Sprawę dodatkowo komplikował fakt, że nie mieliśmy cywilnych ubrań, tylko nasze mundury US-y. Ja oraz kilku moich najlepszych i najbardziej niezdyscyplinowanych kumpli postanowiliśmy złamać zakaz i wymknąć się do pobliskiej miejscowości. Dowiedzieliśmy się, że niedaleko jest bardzo fajna wiejska dyskoteka. Miejscowość, o której piszę, nazywana była tatarską wioską, ponieważ rzekomo zamieszkiwali ją potomkowie Tatarów. Czy tak było naprawdę, trudno mi powiedzieć, jednak wkrótce mieliśmy przekonać się o waleczności jej mieszkańców. Po kryjomu wymknęliśmy się z obozowiska i na skróty przez lotnisko udaliśmy się prosto do wioski.


Jeden z pokazów walki wręcz

Dyskoteki nie trzeba było długo szukać, ponieważ od głośnej muzyki aż drgały kropelki rosy pokrywające okoliczne pola. Dotarliśmy na miejsce i od progu gorąco przywitali nas mieszkańcy. Byliśmy w mundurach, więc zaciekawieni od razu zaprosili nas do środka i zaczęli częstować miejscowymi trunkami. A my z grzeczności nie protestowaliśmy. Zabawa była przednia. Otoczył nas kordon najładniejszych miejscowych dziewczyn, a chłopaki polewały pyszne winko. Wreszcie jeden z moich kumpli, Tukan, wpadł na pomysł, że zrobi pokaz walki wręcz. Nie było to nic specjalnego, ponieważ wszyscy trenowaliśmy w szkole walkę wręcz. Robiliśmy również pokazy dla różnych przedstawicieli władz lokalnych czy państwowych. Pokaz w dyskotece okazał się tak fascynujący, że miejscowi zapragnęli spróbować swoich sił z nami. I tak zabawa trwała w najlepsze, gdy nagle jeden z moich kumpli zauważył dziwne poruszenie na zewnątrz. Okazało się, że pod drzwiami stoi nasz dowódca plutonu, chorąży Rycio, i za wszelką cenę usiłuje dostać się do środka. Sytuacja stała się bardzo poważna, ponieważ razem z nim przyszedł po nas cały nasz pluton w pełnym oporządzeniu. Niezwykle gościnni gospodarze postanowili, że nie oddadzą nas dowódcy bez walki, i niestety wywiązała się bójka. Wszystko wymknęło się spod kontroli. Warto w tym momencie dodać, że miejscowi słynęli z bardzo celnego strzelania z procy. Sam jako młody chłopak uwielbiałem strzelać z własnoręcznie zrobionej procy i byłem w tym naprawdę dobry, dlatego zdawałem sobie sprawę, w jakim niebezpieczeństwie się znaleźliśmy. Nawet nie zauważyłem, kiedy cała dyskoteka z naszych przyjaciół siłą rzeczy stała się naszymi wrogami. Podjęli walkę z naszymi kumplami z plutonu, nie było więc wątpliwości, po której stronie mamy teraz stanąć.

 

Sytuacja stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Na początku starałem się uspokajać obie strony konfliktu, a miałem w tym spore doświadczenie. Jednak jeden z miejscowych uznał mnie za wroga i chciał uderzyć pięścią w twarz. Nie zdążył, byłem szybszy i sprawniejszy. Zrobiłem unik i uderzyłem go z główki tak celnie, że padł na ziemię. Wtedy podbiegło do mnie trzech kolejnych i znalazłem się w prawdziwych tarapatach. W takich sytuacjach włącza się tak zwany gadzi mózg, który podpowiada, jak przetrwać. Pamiętam tylko, jak krzyknąłem do mojego kupla: „Rzuć mi hełm”, i zanim dobiegli, miałem w garści potężną broń w postaci metalowego hełmu spadochronowego. Pierwszego uderzyłem bardzo celnie w głowę, tak że od razu padł na ziemię, drugi dostał wysokie kopnięcie w twarz, a trzeci na szczęście oberwał od jednego z moich kumpli. Sytuacja była tak poważna, że spodziewaliśmy się w każdej chwili użycia przez miejscowych wspomnianych już proc, jednak ktoś dał komendę do odwrotu. Sprawdziliśmy, czy wszyscy są, i oddaliliśmy się z pola bitwy.


Ekipa „niepokornych” po wykopaniu dołu

Wracając do obozowiska, obawiałem się najgorszego, nawet tego, że nie ukończę mojej ukochanej szkoły. Na miejscu czekał na nas dowódca kompanii z wyjątkowo srogą miną. Zawołał nas do swojego namiotu i spokojnie, ale zdecydowanie oświadczył, że mamy bardzo poważne kłopoty. Do dziś nie wiem jak, ale udało nam się przekonać go, aby nie wyrzucał nas ze zgrupowania spadochronowego, co oznaczałoby usunięcie ze szkoły. Oczywiście dostaliśmy karę: tuż za naszymi namiotami kopaliśmy doły o głębokości dwóch metrów, po czym zasypywaliśmy je i kopaliśmy ponownie przez cały tydzień, a do tego dochodziła jeszcze służba poza kolejnością do końca zgrupowania. Ta sytuacja pokazała, jak zgraną drużyną był pluton specjalny. Dowiodła też dojrzałości dowódcy kompanii, który potrafił zrozumieć nasz błąd i dać nam kolejną szansę. Dzięki jego decyzji mogłem kontynuować walkę o moje marzenia. Pamiętaj, że nie okazujesz słabości, pozwalając swoim bliskim lub podwładnym na rehabilitację, jeśli zrobią coś głupiego, ale szczerze tego żałują.

Skoki spadochronowe zwieńczyły pierwszy rok mojej nauki w szkole wojskowej. Czekaliśmy z niecierpliwością na przepustki, które pozwoliłyby nam udać się na pierwsze i w pełni zasłużone wakacje. Jednak nie wszystko miało być takie oczywiste. Większość moich kumpli już zadowolona przekraczała biuro przepustek, gotowa na przeżycie wakacyjnej przygody. Kiedy zbliżała się moja kolej, nagle pojawił się starszy chorąży Świąder. Podszedł do mnie, spojrzał spod krzaczastych brwi i powiedział:

– Słuchaj, Puwalski, jest sprawa do załatwienia.

Intuicja podpowiedziała mi, że będą kłopoty, jednak grzecznie zapytałem, o co chodzi.

– Wybierz sobie jeszcze kogoś do towarzystwa i pojedziecie ze mną w jedno miejsce.

Postanowiłem zabrać ze sobą swojego wiernego kumpla Kajmana, z którym przyjaźniłem się od samego początku szkoły. Pan chorąży zaprowadził nas do Punktu Kontroli Technicznej (PKT) w parku wozów bojowych i kazał nam wsiąść do swojego malucha.

Jechaliśmy długo, przez cały Poznań, gdy nagle zatrzymał się na jakimś osiedlu. „Wysiadajcie” – powiedział. Przed klatką schodową czekał na nas jeden z wykładowców taktyki rozpoznania. Kazał nam iść za sobą. Zaprowadził nas do mieszkania kolegi, także wykładowcy taktyki. Na miejscu okazało się, że panowie zaczęli już świętować wakacje, ale była do zrobienia jedna bardzo ważna rzecz, za którą prawdopodobnie już upłynnili środki. Pan major, który był właścicielem mieszkania, kupił bardzo drogie i eleganckie drzwi wejściowe. Jednak na miejscu okazało się, że są trochę za długie i trzeba je było dociąć na wymiar. W domu nikogo więcej nie było, prawdopodobnie cała rodzina majora wyjechała już na wakacje. Spojrzałem z niedowierzaniem na te piękne drzwi i poprosiłem o narzędzia, abym mógł je przyciąć. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dostałem stary brzeszczot i tępą ręczną piłę do drewna. Odmierzyliśmy z Kajmanem właściwą wysokość i przystąpiłem do cięcia. Robiłem, co mogłem, ale widziałem, że piła nie daje rady i zostają bardzo nieestetyczne wyszczerbienia. W końcu jednak przycięliśmy te drzwi, a pan major, na szczęście lekko podpity, wypuścił nas ze swojego domu. Wtedy udałem się biegiem na dworzec, ponieważ miałem już w ręku przepustkę i mogłem rozpocząć wakacje!

Pierwsze wakacje minęły bardzo szybko, bo już w sierpniu musieliśmy stawić się z powrotem w szkole. Pogoda była ciągle wakacyjna, było ciepło i słonecznie. Przyjechaliśmy wszyscy na kompanię i dzieliliśmy się wrażeniami z wakacji. Dostaliśmy informację, że czeka nas dwutygodniowy obóz wodny.

Poznań położony jest na Pojezierzu Wielkopolskim, na którym oprócz gęstej sieci rzek występują również liczne jeziora, zarówno naturalne, jak i sztuczne. Zgrupowanie wodne odbywało się na jeziorze Kierskim, największym zbiorniku wodnym w granicach Poznania. Piękna pogoda sprzyjała kąpielom. Naszym instruktorem był znany ze swoich niekonwencjonalnych pomysłów szkoleniowych pan major. Każdego dnia wymyślał niezliczone konkurencje i ćwiczenia wodne. Szczególnie utkwił mi w pamięci egzamin na kartę pływacką. W związku z tym, że wszyscy mieliśmy dużo zajęć na basenie i pływaliśmy dobrze, major postanowił, że egzamin nie będzie standardowy. Zaczęło się od zbiórki i musztry w wodzie. Poprawialiśmy kolejno sekwencje zmiany szyku, a on z pomostu dyrygował całą grupą. Kiedy już zaczęło brakować nam sił, przyniósł dla każdego gumową atrapę karabinu AK i kazał nam z nią pływać dystanse. Okazało się, że jeden z naszych kumpli już ledwo dyszy i za chwilę utonie. Zauważył to nasz instruktor. Zaczepił mu szelki, którymi go asekurował, i kazał pływać dalej. Następnie nurkowaliśmy pod wodę po cegły wrzucane przez majora. Na koniec musieliśmy jeszcze długo skakać do wody, aby w końcu móc stanąć na ostatecznej zbiórce.

Myślę, że tak niestandardowy egzamin utkwił nam wszystkim w pamięci na lata. Jedno jest pewne – zasłużyliśmy na nasze karty pływackie.

Wkrótce nastała kolejna już jesień w szkole. Był 1995 rok. Nasz pluton szykował się do wyjazdu na wspinaczkę w góry. To kolejny etap naszego wszechstronnego szkolenia – okazja do przełamania następnych barier psychicznych oraz nauka niezwykle ważnych manualnych i sprawnościowych umiejętności. Góry Stołowe przywitały nas trudnymi warunkami. Zebraliśmy się przed wejściem na Szczeliniec. Kiedy weszliśmy na taras widokowy, w dole zobaczyłem tylko spowitą gęstą mgłą przestrzeń. Wiatr przenikał nasze mundury i prawdę mówiąc, nie wyobrażałem sobie, że za chwilę będę wisiał na linie na jakiejś półce skalnej. „Chłopaki, jutro wszyscy będziecie zjeżdżać z tej skały” – powiedział pan kapitan, jeden z instruktorów. Trudno było mi w to uwierzyć, bo nigdy wcześniej nie miałem kontaktu ze wspinaczką skałkową, a wysokość naprawdę robiła na mnie ogromne wrażenie.