Operator 594Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Operator 594
Operator 594
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 78,40  62,72 
Operator 594
Audio
Operator 594
Audiobook
Czyta Marcin Stec
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Rozdział 1

2  Geneza

3  Młodość, dyskoteki, bijatyki

4  Treningi

5  Rozdział 2

6  Początek drogi

7  Pierwsza selekcja

8  Bordowy beret

9  Szkolenie komandosa

10  Taktyczny sprawdzian

11  Rozdział 3

12  Pierwsza lekcja

13  Szkolenie bojowe

14  Przemiana

15  Zawodowcy

16  Piotr i Paweł

17  Sekcja bojowa

18  Misja Irak

19  Pierwsze duże zadanie

20  Zaufanie

21  Karbala – niespodziewany atak

22  Ważna decyzja

23  Selekcja do GROM-u

24  Bieszczady

25  Rozdział 4

26  Siła i honor

27  Zacząć od zera

28  Piekielne sześć tygodni

29  Z dachu do okna

30  Survival

31  Ważny egzamin

32  Z powietrza

33  Działania specjalne

34  36 godzin w niewoli

35  Królowa taktyk

36  Egzamin

37  Królestwo Neptuna

38  Być jak agent 007

39  Nie zawsze w ciemnych okularach i garniturze

40  Spotkanie z legendą

41  Operator pirotechnik

42  Za żelaznymi drzwiami

43  Rozdział 5

44  Operacja Afgański Grunwald wrzesień 2007

45  Zasadzka

46  Pościg

47  Zakładnicy

48  Epilog

Projekt okładki i stron tytułowych

Paweł Panczakiewicz

Redaktor prowadzący

Joanna Markiewicz

Redakcja merytoryczna

Joanna Markiewicz

Redaktor techniczny

Marcin Adamczyk

Korekta

Zofia Gawryś

Joanna Kłos

Zdjęcie na okładce

Grzegorz Pędziński

Dziękujemy wójtowi gminy Zbójno za możliwość wykorzystania zdjęcia miejscowości z lotu ptaka.

Pozostałe fotografie wykorzystane w książce pochodzą z archiwum prywatnego autora.

Copyright © by Krzysztof Puwalski, Warszawa 2020

Copyright © for this edition by Dressler Dublin, Ożarów Mazowiecki 2020

Wydawca:

Bellona

ul. Hankiewicza 2

02-103 Warszawa

www.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebooku:

www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Księgarnia internetowa:

www.swiatksiazki.pl

Dystrybucja:

Dressler Dublin sp. z o.o.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki

tel. (+ 48 22) 733 50 31/32

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

www.dressler.com.pl

ISBN: 978-83-11-16002-6

Wersję cyfrową wykonano w zystemie Zecer firmy Elibri.

Książkę dedykuję wszystkim, którzy nie boją się walczyć o swoje marzenia

Rozdział 1


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Geneza


Geneza

Jak niesamowite siły drzemią w człowieku, że pchają go naprzód? Jak wiele możesz poświęcić, aby osiągnąć wymarzony cel? Jak ogromną moc masz w sobie, że umożliwia ci ona dokonanie niemożliwego? Kiedy dzisiaj patrzę na świat z perspektywy człowieka, który swojej pasji poświęcił całe życie, widzę, jak bardzo jestem szczęśliwy, że dokonałem takiego właśnie wyboru. Pasja to potężna moc, która pozwoli przezwyciężyć wszystkie trudności. Jeśli kochasz to, co robisz, znajdziesz sens swojego życia – i nieważne, co nim będzie, ważne, abyś robił to, co kochasz.

W książce, którą trzymasz właśnie w ręku, przeczytasz o ludzkiej wytrwałości, sile, pasji oraz pragnieniu przeżycia przygody. Poznasz historie, które towarzyszyły mi od wczesnej młodości aż do służby w siłach specjalnych. Będziesz świadkiem wydarzeń, w których uczestniczyłem wraz z kolegami, w tym pełnych adrenaliny akcji bojowych, w których z narażeniem życia ratowaliśmy zakładników i neutralizowaliśmy terrorystów. Dotkniesz realnego świata sił specjalnych, dostępnego tylko dla wybranych. Odkryję przed tobą sekrety wykorzystywanych przez nas technik. Poznasz moje metody radzenia sobie w ekstremalnie trudnych sytuacjach, dzięki którym pokonywałem wszystkie trudności. Pomogę ci odnaleźć w sobie pasję i pokażę, jak można być szczęśliwym i spełnionym człowiekiem.

Pamiętam siebie jako nastolatka dorastającego w niewielkiej malowniczej miejscowości o intrygującej nazwie Zbójno. Schyłek lat osiemdziesiątych i początek dziewięćdziesiątych XX wieku to bardzo ciekawe czasy. Polska przechodziła potężne zmiany ustrojowe, które dla niektórych były bardzo ciężkie i przyniosły ze sobą biedę i ubóstwo, a dla innych okazały się wręcz cudowne: wolny rynek, początki biznesów, kolorowa rzeczywistość amerykańskiego kina akcji. W takim świecie kształtowały się charaktery ludzi, którzy postanowili wykorzystać ten czas i iść przez życie, spełniając swoje marzenia. Jednym z nich byłem właśnie ja.

Jako chłopiec lubiłem czytać. Uciekałem z szarej rzeczywistości lat osiemdziesiątych w świat kolorowych książek i czasopism. Często odwiedzałem wiejską bibliotekę, gdzie spędzałem wiele godzin. Pani bibliotekarka polubiła mnie i pozwalała mi zabierać do domu więcej książek, niż przewidywał regulamin biblioteki. To właśnie tam wiele lat temu po raz pierwszy zobaczyłem okładkę kolorowej gazety „Żołnierz Polski”. Przeglądając ją, nagle na jednej ze stron spostrzegłem komandosa w bordowym berecie, który biegł po torze przeszkód, a wokół palił się ogień. To było coś niewiarygodnego, nie mogłem oderwać oczu od tego zdjęcia. Z wypiekami na twarzy czekałem na kolejne numery, aby śledzić artykuły z komandosami w roli głównej. To była iskra, która rozpaliła płomień w moim sercu. To wtedy w moich marzeniach namalowałem właśnie tego komandosa, którym później się stałem.

Kiedy wracam do wspomnień z tamtych lat, widzę ludzi, którzy mieli na mnie wielki wpływ. Przekazali wartości, które towarzyszą mi przez całe życie. Wierzę, że ideały, jakie wynosi się z rodzinnego domu, są bardzo trwałe i niezwykle ważne. Pamiętam, jak dziadek Adam opowiadał mi o kampanii wrześniowej, kiedy jako młody, osiemnastoletni chłopak po mobilizacji przedzierał się ze swoją kompanią w kierunku Warszawy. Był niewyszkolony i nieuzbrojony. Opisywał, jak niemieckie kule latały wokoło, śmiertelnie raniąc jego kompanów. W końcu zapadła decyzja o demobilizacji i chłopaki musiały wracać na własną rękę do rodzinnych miejscowości. Potem przyszły lata okupacji. Babcia Helena straciła pierwszego męża, który został zamordowany i pochowany w zbiorowej mogile w lesie pod Rypinem, gdzie hitlerowcy dokonywali masowych egzekucji. W czasie okupacji sama wychowywała trójkę dzieci, a po wojnie ponownie wyszła za mąż – za wspomnianego wyżej mojego przyszłego dziadka – i wydała na świat kolejną trójkę, w tym mojego ojca.

 

Drugi dziadek, Janek, był moim idolem: silny, wytrwały, inteligentny, dociekliwy. Pamiętam, jak na wszystkich imprezach rodzinnych siedział z uchem przy odbiorniku i słuchał Radia Wolna Europa, jedynego rzetelnego źródła informacji w tamtym czasie. Uwielbiałem jego historie. Wychowywał się we Francji i tam skończył szkołę. Gdy wrócił do kraju, nie potrafił pisać po polsku, nauczył się sam dopiero po wojnie, za to świetnie mówił i pisał po francusku. Często opowiadał, jak pod koniec wojny uciekający z Polski Niemcy przymusowo zabrali go do transportu jako woźnicę. Jako siedemnastoletni chłopak jechał z nimi w potwornych warunkach (była zima) w głąb Niemiec. Jedna z jego historii z tamtego okresu szczególnie utkwiła mi w pamięci: konwój kilkudziesięciu furmanek miał pokonać zamarzniętą Odrę i stanął na brzegu. Zimno, wieje przeszywający wiatr. Trzeba podjąć decyzję, jak pokonać rzekę i kto pierwszy przejedzie przez most. Na początku przeprawiali się pojedynczo, jedna furmanka za drugą. Nagle na niebie pojawiły się samoloty i zaczęło się bombardowanie. Wtedy padła komenda: „Naprzód!”. By jak najszybciej przedostać się na drugi brzeg, wszystkie wozy wjechały na zamarzniętą rzekę. Niestety pod ciężarem koni oraz przewożonego ładunku lód zaczął pękać. To była gehenna. Ludzie topili się razem ze swoim majątkiem, bombardowani przez sowieckie samoloty. Na szczęście ci, którzy byli w pierwszym rzucie, przejechali bezpiecznie, a razem z nimi mój dziadek.

W każdej polskiej rodzinie na pewno jest wiele takich historii i takich osób jak moi dziadkowie czy babcie, które potrafiły wyczarować cudownie pachnący chleb ze świeżo zmielonego ziarna – jego niepowtarzalny zapach i smak pamiętam do dziś. Mistrzynią sztuki kulinarnej była moja babcia Regina. Wspaniałe drożdżówki jej wypieku były prawdziwym rarytasem. Najlepiej smakowały ze świeżo zrobionym masłem i mlekiem prosto od krowy. Zajadałem się nimi jako dziecko, podkradając kawałki z jak największą ilością słodkiej kruszonki.

Moja młodsza siostra Dorota była śliczną dziewczyną i obiektem westchnień wszystkich moich kolegów. Ja pamiętam ją jednak przede wszystkim jako bardzo pracowitą, mądrą i opiekuńczą młodą osobę. Wiele lat temu budowaliśmy z rodzicami dom. Były to czasy, kiedy murarz w trakcie pracy był podejmowany w domu gospodarza przynajmniej trzema posiłkami dziennie. Wymagało to mnóstwa dodatkowego wysiłku od gospodyni, której przecież nie brakowało codziennych obowiązków. Pewnego dnia nasza mama musiała pilnie pójść do szpitala na poważną operację. Wyobraźcie sobie, że moja dwunastoletnia wtedy siostra zaopiekowała się całym domem i przygotowywała posiłki dla nas wszystkich. To było coś niewiarygodnego. Do dziś jest piękną, silną i opiekuńczą kobietą, która potrafi zadbać o swoją rodzinę. Wreszcie mój ojciec, który jest człowiekiem uczciwym i honorowym. To on jako jeden z niewielu dopingował mnie do zdania egzaminów do szkoły średniej. Ale zdecydowanie największy wpływ na kształtowanie się mojej osobowości miała mama. Ta niezwykle silna i wytrwała kobieta zawsze stawiała na pierwszym miejscu dobro innych. To właśnie ona nauczyła mnie, jak troszczyć się o rodzinę i przyjaciół. Te wszystkie bardzo ważne dla mnie osoby swoim osobistym przykładem pokazały mi, jakimi zasadami należy kierować się w życiu.

Młodość, dyskoteki, bijatyki


Młodość, dyskoteki, bijatyki

Soboty były dla mnie niezwykłe. Cały tydzień czekałem, aż przyjdzie ta upragniona i pełna nieprzewidywalnych zdarzeń noc. Ponieważ ojciec najczęściej pracował poza domem, ja, mama i siostra musieliśmy zadbać o całe gospodarstwo. Musiałem szybko dorosnąć i już jako nastoletni chłopak przejąłem opiekę nad rodziną. Wychowywałem się na wsi, mieliśmy niewielkie gospodarstwo, w którym było jednak mnóstwo obowiązków. Szczerze nie znosiłem pracy w polu, ale za to kochałem zwierzęta i zajmowałem się nimi najlepiej, jak umiałem. Późnym sobotnim popołudniem, po wykonaniu wszystkich prac domowych, wreszcie mogłem wskoczyć do wanny, potem założyć najlepsze dżinsy, podrabianą koszulkę Lacoste, popsikać się moją ulubioną wówczas wodą toaletową Adidasa i udać się na przystanek autobusowy. A tam czekali już wszyscy moi znajomi. Wieczorny autobus, którym jechaliśmy, pachniał młodością, mieszanką dezodorantów oraz feromonów, które w połączeniu były ekscytującą zapowiedzią nadchodzących wydarzeń.

Miejsca sobotnich spotkań były różne. Wszystko zależało od tego, która dyskoteka była aktualnie najbardziej popularna. Było to również uzależnione od relacji, jakie mieliśmy z chłopakami z okolicznych miejscowości, z tym bywało różnie. Jako nastoletni chłopak byłem na tyle dobrze wyrośnięty, że mogłem dodać sobie dwa, a nawet trzy lata. Dlatego nie miałem problemu z wejściem do dyskoteki już jako czternasto- czy piętnastolatek. Miało to również swoje dobre strony w przypadku dziewczyn, które brały mnie za starszego, niż byłem w rzeczywistości.

Bójki między chłopakami były normą. Zwykle nie wdawałem się w bezsensowne bijatyki, lecz kiedy w grę wchodziła pomoc moim kolegom, bez wahania dołączałem. W tamtym czasie trenowałem wietnamski styl walki vovinam viet vo dao. Dawało mi to pewność siebie i pozwalało na skuteczną obronę w niebezpiecznych sytuacjach. Pewnego razu wyszedłem z dyskoteki z dziewczyną, żeby się przejść. Zatrzymaliśmy się, aby spokojnie porozmawiać i popatrzeć sobie głębiej w oczy. Nagle zbliżyło się do nas pięciu chłopaków. Już z daleka słychać było ich podekscytowane głosy: „To ten, to ten!”. Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, co się za chwilę wydarzy. Rozmawialiśmy dalej, nie zwracając na nich uwagi. Jednak oni przyspieszyli kroku i podeszli do nas, byli agresywni. Staliśmy w półmroku, nasze twarze były więc nierozpoznawalne. Nagle jeden z nich wyciągnął gaz i zaczął pryskać prosto w moje oczy. Drugi z napastników uderzył moją dziewczynę w twarz. Natychmiast podjąłem walkę, ale po krótkiej chwili przestałem cokolwiek widzieć. Poczułem tylko kilka bardzo silnych uderzeń, po których osunąłem się na ziemię. Zdążyłem jednak zapamiętać twarz jednego z nich. Olbrzymi strzał adrenaliny i chęć odwetu spowodowały, że szybko otrząsnąłem się i wstałem. Na szczęście obok była pompa z wodą, którą obmyłem oczy piekące od gazu. Ruszyłem za nimi.

Nie zdążyli zbyt daleko odejść. Spotkałem ich przy wejściu do dyskoteki. Nie patrząc na jakiekolwiek konsekwencje, dwoma uderzeniami znokautowałem zapamiętanego napastnika. Wtedy rozpętało się prawdziwe piekło. Stanąłem sam przeciwko całej grupie miejscowych chłopaków. Bardzo szybko mnie otoczyli i czekali tylko na sygnał swojego lidera. Ja, pełen fantazji, zdjąłem ulubioną flanelową koszulę i czekałem w pozycji do walki. Poruszenie w dyskotece było tak duże, że prawie wszyscy wyszli na zewnątrz. Okazało się, że pewność siebie połączona z odwagą nawet w tak beznadziejnej sytuacji zrobiła olbrzymie wrażenie. Podszedł do mnie jeden z miejscowych liderów, jak się później okazało, miał na imię Paweł, i spokojnie zapytał, co się stało. Krótko opisałem całe zdarzenie. Grupa była jednak tak bojowo nastawiona, że zaczęła się szarpanina. Wtedy to Paweł oraz Lidka, koleżanka ze Zbójna, stanęli po mojej stronie. Paweł był chłopakiem obdarzonym charyzmą, którego wszyscy w tej miejscowości szanowali, napastnicy odstąpili więc od dalszych ataków.

Dlaczego zostaliśmy zaatakowani? Otóż jednemu z grupy ktoś bardzo podobny do mnie odbił na tej dyskotece dziewczynę. Wściekły porzucony chłopak skrzyknął kolegów, którzy mieli dać nauczkę amatorowi cudzych dziewczyn. Wieczorem, w kiepskim oświetleniu, pomylił mnie z nim i padliśmy ofiarą tych miłosnych rozgrywek. Na szczęście udało się opanować całą sytuację. Znokautowany przeze mnie chłopak wylądował w szpitalu ze wstrząśnieniem mózgu. Kiedy doszedł do siebie i po kilku miesiącach przypadkowo się spotkaliśmy, przeprosił mnie za tę niefortunną sytuację.

Po latach spotkałem także wspomnianego Pawła, który wtedy stanął w mojej obronie. Nie uwierzycie gdzie. Był operatorem w jednostce GROM, gdy dołączyłem do Zespołu Bojowego A zaraz po kursie podstawowym. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy się rozpoznaliśmy i przypomnieliśmy sobie historię sprzed wielu, wielu lat. Takie właśnie zdarzenia łączą ludzi na długo. Jesteśmy kumplami do dzisiaj.

Przypominam sobie również inne sytuacje, w których musiałem stanąć w obronie moich kolegów. Walki różnie się kończyły. Bywało, że wracałem do domu cały pokrwawiony, w podartym ubraniu, ze złamanym nosem. Pamiętam do dziś, jak leczyłem lima, smarując okolice oczu pastą do zębów. W tamtym czasie zawsze mogłem liczyć na mojego przyjaciela Tomka, który nigdy mnie nie zawiódł. Nierzadko zostawaliśmy sami na „polu bitwy”. Tomek również pochodził ze Zbójna. Kończyliśmy razem szkołę podstawową, później jednak nasze drogi się rozeszły: on poszedł do szkoły budowlanej do Torunia, a ja – do technikum mechanicznego w Lipnie. Świetnie jeździł motocyklem i samochodem, a także doskonale tańczył, co bardzo podobało się dziewczynom. Był chudy i wysoki, jednak w szerokich koszulach i spodniach, tak modnych w latach dziewięćdziesiątych, prezentował się świetnie. Zawsze uśmiechnięty, pełen optymizmu i fantazji. Ta fantazja sprawiała, że ciągnęło go do dobrej zabawy, ale też do ryzykownych decyzji biznesowych. Wiele razem przeszliśmy i jak to w męskiej przyjaźni, przechodziliśmy przez różne etapy. Jednak do dnia dzisiejszego zawsze możemy na siebie liczyć.

Treningi


Treningi

Jakaś siła zawsze pchała mnie do sportu, a szczególnie upodobałem sobie sztuki walki. Jako nastolatek byłem wysoki, ale chudy i aby zbudować trochę masy mięśniowej, postanowiłem zacząć trenować kulturystykę. W tamtym czasie modne były siłownie w osiedlowych piwnicach i tego typu lokalach. Ja też miałem taką siłownię, którą zorganizowałem w domowym garażu. Miałem szczęście, bo mój ojciec był doskonałym spawaczem i wspólnie zrobiliśmy sprzęt do ćwiczeń. Z kawałków metalowych rur, cegieł, pustaków i betonu skonstruowałem prymitywne hantle, sztangę i ławeczkę. Cały czas je poprawiałem, aż zaczęły przypominać profesjonalne urządzenia. Zapraszałem kumpli na wspólne ćwiczenia i w końcu moje podwórko zamieniło się w salę treningową. Pamiętam, że urządzaliśmy walki w rękawicach bokserskich. Ten zorganizowany przeze mnie „klub sportowy” i treningi w moim domu stały się tak popularne, że nawet jak poszedłem do szkoły wojskowej, chłopaki ciągle przychodziły do mojego domu i trenowały. Niestety w pewnym momencie oprócz aktywności sportowej pojawiły się również elementy rozrywkowe i cała sportowa brać została rozpędzona przez moją kochaną mamę.

A tymczasem ja z pełną świadomością zamknąłem ten etap życia i całkowicie oddałem się mojej prawdziwej pasji, czyli wojskom specjalnym.

Rozdział 2


Początek drogi


Początek drogi

Wierzę, że jeśli bardzo czegoś pragniesz i stale o tym myślisz, to prędzej czy później to do ciebie przyjdzie i zrealizujesz swoje marzenie. Ważne, abyś miał jasno sprecyzowany cel i myślał o nim jako o czynności dokonanej, cieszył się tym tak, jakby to się już wydarzyło.

 

Pamiętam, jak po maturze pojechałem do Wojskowej Komisji Uzupełnień we Włocławku i zobaczyłem plakat szkół wojskowych. Był na nim dobrze zbudowany mężczyzna w czerwonym berecie, który trzymał w ręku karabin AKMS. Ze wszystkich szkół wojskowych, które były na liście, wybrałem jedną – poznańską szkołę działań specjalnych. Nie miałem wtedy pojęcia, co mnie czeka i jak potoczą się moje losy, byłem jednak pewien, że dostanie się do tej właśnie szkoły jest pierwszym krokiem mojej życiowej drogi, którą powinienem i chcę podążać.

Egzaminy do szkoły wojskowej odbywały się latem. Pojechałem w mojej ocenie dobrze przygotowany, wysportowany i gotowy stawić czoła wszystkim konkurencjom. Szkoła im. Stefana Czarnieckiego mieściła się w Poznaniu przy ul. Wojska Polskiego, nieopodal urokliwego jeziorka Rusałka. Przed wejściem stał duży czołg T-34. Bardzo spodobały mi się klimat i atmosfera miejsca oraz ludzie, których tam spotkałem. Przez kilka dni przechodziliśmy różne testy sprawnościowe oraz egzaminy psychologiczne. W tamtym czasie kandydatów było bardzo wielu i nie było łatwo się dostać, jednak zdałem egzaminy z takimi wynikami, że finalnie znalazłem się w wymarzonej szkole. To był jednak dopiero początek. Nie wiedziałem wtedy, że czeka mnie jeszcze bardzo trudna selekcja do plutonu działań specjalnych.

Niedaleko szkoły mieszkał mój wujek, stary frontowiec. Pamiętał doskonale czasy II wojny światowej, w której brał czynny udział. Jako pancerniak chciał, abym podobnie jak on został czołgistą. Jak wielka była jego radość i satysfakcja, gdy po powrocie z ostatnich „cywilnych” wakacji trafiłem właśnie do plutonu pancernego!

Przez ponad miesiąc przygotowywaliśmy się do przysięgi wojskowej. Setki godzin spędzonych na musztrze wojskowej, nauce regulaminów wojskowych, grabieniu liści (w nocy śniło mi się, że grabię sterty liści, a one ciągle rosną i rosną) oraz próbach przed przysięgą. To były czasy, kiedy krok defiladowy trenowało się, wykorzystując wojskowy pas, który trzymało się w wyciągniętych rękach – trzeba było w marszu uderzać czubkiem buta o jego brzeg. Tu też poznałem technikę czyszczenia luster w toalecie żyletką do golenia po capstrzyku (sygnał wykonywany na trąbce lub sygnałówce, oznajmujący koniec zajęć dziennych i wzywający do spoczynku i ciszy nocnej). Pobudka o 5.30, zaprawa, czyli poranne bieganie, ekspresowa toaleta i biegiem na śniadanie. Apel przed zajęciami, poddanie się kontroli czystości umundurowania, a w szczególności butów, oraz ogolenia i znowu biegiem na zajęcia. Tak kształtuje się charakter przyszłego żołnierza zawodowego. Ciągle w pędzie, ciągle szybko. Nie pasowało mi tylko, że byłem w plutonie pancerniaków. Dlatego czekałem z niecierpliwością na egzaminy do plutonu działań specjalnych.

Życie wojskowe pełne było różnych absurdów – należała do nich na przykład cotygodniowa wymiana bielizny. Kadetowi w szkole latem przysługiwała bielizna w postaci dwóch par majtek, tak zwane BGS, oraz dwóch koszulek z krótkim rękawem. Zimą były to z kolei dwie pary kalesonów oraz dwie koszulki z długim rękawem. Mogłoby się wydawać, że nic w tym dziwnego. Tylko, że kąpiel była raz na tydzień, w łaźni, do której cały pluton szedł o określonej godzinie. Był to jedyny moment, kiedy żołnierz mógł umyć się pod prysznicem. Po kąpieli pobierało się z okienka bieliznę, zwykle za małą lub za dużą. Oczywiście nikt z nas nie kąpał się tylko raz w tygodniu. Przy tak intensywnych zajęciach byłoby to niemożliwe. Opracowaliśmy więc nowatorski system kąpieli w naszej kompanijnej umywalni. Polegał on na tym, że odkręcaliśmy krany i łączyliśmy je ze sobą, przez co były dłuższe i sprawdzały się prawie jak prysznice.

Szkolenie unitarne do przysięgi było dla mnie wyzwaniem. Miałem naturę bałaganiarza i nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego mam wszystko układać w kostkę, a łóżko musi być pościelone tak, że rzucona moneta odbija się od koca. Dlatego moje łóżko ciągle służyło za negatywny przykład i kiedy wracałem z zajęć, zawsze było wywrócone do góry nogami. Dużo czasu musiało upłynąć, zanim zebrałem się i zacząłem wszystko wykonywać poprawnie.

Podczas codziennych zajęć z daleka widywałem chłopaków z plutonu działań specjalnych ze starszego rocznika. Bardzo mi imponowali i pragnąłem jak najszybciej do nich dołączyć. W końcu przyszedł wymarzony dzień – selekcja.