Europa i jej narody

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Krzysztof Pomian

Europa i jej narody

Trzecie wydanie polskie dopełnione innymi esejami

o Europie, jej historii i jej kłopotach

Przełożyła Małgorzata Szpakowska


Spis treści

  Od autora

  Przedmowa

  1. Rzym i barbarzyńcy

  2. Pogaństwo, chrześcijaństwo, Imperium

  3. Nowy obszar łaciński

  4. Karoliński zaczątek zjednoczenia

  5. Wyłanianie się Europy

  6. Od implozji do ekspansji

  7. Od feudalizmu do społeczeństwa stanowego

  8. Pierwsze zjednoczenie europejskie

  9. Kulturalna odnowa elit: powrót do Rzymu

  10. Powrót do źródeł wiary. Koniec europejskiej jedności religijnej

  11. Europa polityczna i wojskowa: przemieszczenie biegunów

  12. Drugie zjednoczenie europejskie: „La République des Lettres”

  13. Drugie zjednoczenie europejskie: dwór, salon, loże

  14. Wojna, absolutyzm, modernizacja, rewolucja

  15. Między Ameryką a Rosją

  16. Rewolucja Francuska, kultura europejska, kultury narodowe

  17. Drogi narodów. Europa Zachodnia

  18. Demokracja, przemysł, integracja narodowa

  19. Drogi narodów. Europa Środkowa i Wschodnia

  20. Przed wojną

  Posłowie. Ku trzeciemu zjednoczeniu europejskiemu?

  Literatura

  Przedłużenia Krótka i długa historia jednoczenia Europy Europa i jej obszary Niższe? Wyższe? Równe? Cywilizacja europejska wobec innych Polska a Europa Europa jako pluralistyczna wspólnota wartości Tożsamość europejska. Miejsce i rola regionów w Europie Spory o Europę Jaka Unia? Jaka Europa? Po kryzysie konstytucyjnym

  Nota bibliograficzna

Od autora

Kiedy jesienią 1989 roku kończyłem pisać L’Europe et ses nations, która ukazała się po polsku trzy lata później, zamykałem ją przestrogą przed wirusem partykularyzmu narodowego, państwowego, ideologicznego, jako największym niebezpieczeństwem dla trzeciego zjednoczenia europejskiego. Wtedy wydawał się on uśpiony. Dziś – grozi epidemią.

Tak pisałem w 2004 roku, poprzedzając słowem od autora drugie polskie wydanie tej książki. Od tego czasu sytuacja uległa dalszemu pogorszeniu. Belgia, Katalonia, Liga Północna we Włoszech, Szkocja świadczą pospołu, że tendencje nacjonalistyczne i odśrodkowe nigdy jeszcze nie były w krajach należących do Unii Europejskiej tak groźne, jak obecnie.

Do poprzedniego polskiego wydania dołączyłem cztery z ponad dwudziestu artykułów i odczytów dotyczących historii Europy i problemów integracji europejskiej, a napisanych w ciągu piętnastu lat, które minęły wtedy od daty zakończenia L’Europe et ses nations. Teraz jest ich znacznie więcej. Wznawiając tę książkę w niezmienionej postaci po kolejnych pięciu latach, dołączam cztery następne.

Antony, w sierpniu 2009 roku

K. P.

Przedmowa

Tylko kiepska geografia, nieuwzględniająca upływu czasu, może wpisywać Europę w stałe kontury. Te bowiem ciągle się zmieniały. I tylko historia niepomna własnych założeń może nadawać Europie treść jedyną i niezmienną: religijną czy prawną, gospodarczą, etyczną czy kulturalną. Albowiem Europę zawsze wypełniały treści wielorakie, odmienne, niekiedy niezgodne; ich znaczenia, przejawy i skutki zmieniały się z czasem i różniły zależnie od miejsca.

Historia Europy jest historią jej granic. I historią treści, jakie nadawano jej słowem lub czynem. A także sił, które świadomie lub bezwiednie działały na rzecz zjednoczenia pokawałkowanego zrazu obszaru – i sił przeciwnych, które niszczyły to, co zbudowały tamte. Jest to zatem historia konfliktów. Konfliktów między Europą a tym, co z zewnątrz hamowało ją lub odpychało. I wewnętrznego konfliktu między dążeniami ku zjednoczeniu i ujednoliceniu Europy a tymi, które dzieliły ją i różnicowały. Z takiej właśnie perspektywy dobrałem fakty, które stanowią tkankę tej książki.

Europę spotkałem po raz pierwszy w kwietniu lub w maju 1946. Skład wagonów bydlęcych – lecz dostosowanych do przewozu ludzi – przekraczał Wołgę w drodze z północnego Kazachstanu. Pociąg toczył się wolno po świeżo odbudowanym moście. Dorośli byli wzruszeni. Ktoś powiedział: „wreszcie jesteśmy w Europie”. I zrozumiałem, że przekroczyliśmy rzeczywistą granicę, choć od znacznie trudniejszej do przebycia granicy ZSRR dzieliło nas jeszcze wiele dni drogi.

Europa, którą znalazłem w Warszawie, mym mieście rodzinnym, była jednym zwałem gruzów. Dopiero w Pradze, gdzie nieco później byłem na koloniach, zobaczyłem miasto choć trochę podobne do przedwojennej Warszawy, jaką zachowałem w pamięci: neony na Václavském námesti, natężony ruch uliczny, wystawy pełne przedmiotów, o których nie wiedziałem nawet, że istnieją. Później mieszkałem w Brukseli. Potem znowu i długo w Warszawie. Od szesnastu lat mieszkam w Paryżu. Jako historyk zajmuję się historią społeczno-kulturalną Francji, ale również Polski i Włoch; niekiedy także innych krajów. Europa jest dla mnie fragmentem biografii i przygodą intelektualną.

W książce tej próbuję przedstawić dzieje Europy tak, by można je było ogarnąć jednym spojrzeniem. Nie zamierzam wchodzić w szczegóły. Chcę dać obraz całości. Zaproponować ujęcie, które pozwoli zrozumieć fakty. Dlatego liczbę nazwisk ograniczam do ścisłego minimum i przyjmuję dziesięciolecie jako najmniejszą jednostkę czasu. Ale pewne daty można znaleźć w indeksie, który pełni również funkcję tablicy chronologicznej.

Mam nadzieję, że patrzę tu na historię Europy z punktu widzenia, który nie jest ani polono-, ani frankocentryczny. Z punktu widzenia europejskiego.

Rozdział 1 Rzym i barbarzyńcy

Rzym rządził światem otaczającym Morze Śródziemne i bronionym na zewnątrz przez limes. Północna część limes przechodziła przez Wyspy Brytyjskie i przecinała na dwoje kontynent europejski między Morzem Północnym a Czarnym, z grubsza – wzdłuż Renu i Dunaju. Południe zajmowali Rzymianie. Północ – barbarzyńcy.

Na południu: cywilizacja oparta na rolnictwie, lecz miejska, z kilkoma wielkimi metropoliami i setkami miast różnej wielkości, które miały jednak prawo wybierać swe władze i zarządzać własnymi sprawami, i gdzie życie publiczne rozgrywało się na forum czy na agorze. Również na południu: villae, wielkie posiadłości ziemskie, przeważające nad małymi gospodarstwami rolnymi i często należące do nieobecnych właścicieli; zatrudniano tam siłę roboczą złożoną po części z niewolników, po części z dzierżawców. Jeszcze na południu: wydobywanie, zazwyczaj rękami niewolników, metali i surowców budowlanych, przemysłowa produkcja broni, ceramiki, wyrobów szklarskich i artykułów zbytku; wymiana handlowa na skalę lokalną i między odległymi obszarami; wszędzie takie samo odżywianie się z przewagą pszenicy, wina i oliwy; a także, przynajmniej w miastach, te same ubiory, nawyki higieniczne i sposoby dbania o ciało.

 

Wciąż na południu: dwa języki, łacina i greka, używane jeden na zachodzie, drugi na wschodzie, w pewnych regionach tylko przez mieszkańców miast, w innych przez całą ludność; pismo, którego powszechną znajomość poświadczają tysiące inskrypcji; kamienna architektura, po której pozostały widoczne do dziś areny i amfiteatry, świątynie i termy, akwedukty, mosty i drogi równomiernie znaczone słupami milowymi, kolumny i posągi. Na południu wreszcie: władza centralna – cesarz ze swymi urzędnikami i legionami – zapewniająca ze zmiennym powodzeniem obronę granic i pokój wewnętrzny, co pozwala podróżować ludziom, krążyć towarom i rozprzestrzeniać się wiarom i modom; pieniądz złoty lub srebrny o stałej wartości na całym terytorium; kalendarz, rachuba czasu i boski kult cesarza nadbudowane nad kalendarzami, rachubami czasu i kultami lokalnymi, podobnie jak prawo rzymskie, pisane i równe dla wszystkich, nadbudowało się nad zwyczajowymi prawami miast i prowincji.

Na północy, w Germanii i Scytii: mieszkańcy lasów i równin, po części koczownicy, po części osiadli w drewnianych wioskach. Rolnictwo na polanach, produkcja rzemieślnicza na miejscowy użytek, handel w stadium wymiennym; w wyżywieniu – żyto, piwo i masło. Wielość plemion mówiących różnymi językami, zawsze gotowych walczyć ze sobą; każde z własnym wodzem, wojownikami i kapłanami, z własnymi zwyczajami, obyczajami i wierzeniami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie przez tradycję wyłącznie ustną. Rzymskie obozy wojskowe, które miały strzec limes i zapobiegać najazdom barbarzyńców, stanowiły w czasach pokoju miejsce spotkania i wymiany między dwoma światami. Nie oznaczało to jednak likwidacji dzielących je różnic – zdaniem Rzymian tak wielkich, że można je było przyrównać do różnicy, jeśli nie między ludźmi a zwierzętami, to przynajmniej między naturą a kulturą. Zarazem jednak limes nigdy nie był szczelny, ani po jednej, ani po drugiej stronie. Południe wysyłało na północ przede wszystkim przedmioty zbytku i wino; wyjątkowo także pszenicę dla zaprzyjaźnionych ludów w potrzebie. Północ płaciła głównie niewolnikami, ale również surowcami i na przykład bursztynem. Wszystko to kształtowało sposób życia ludów bezpośrednio wystawionych na wpływy rzymskie i oddziaływało nawet na znaczną odległość.

U szczytu swej potęgi Rzym rozciągał się na wschodzie aż do Eufratu i dotykał Kaukazu; na południu obejmował Afrykę berberyjską i Egipt. Handlował zarówno z Chinami wzdłuż szlaku jedwabnego, jak z Indiami, a nawet z Indochinami i Sumatrą. Ale ta wymiana, zresztą pośrednia, między cywilizacjami, które nie znały się nawzajem, miała dla każdej z nich tylko uboczne znaczenie i nie naruszała ich stabilności. Z barbarzyńcami było inaczej. Aby otaczać się rzymskim zbytkiem, musieli w zamian dostarczać niewolników, gdyż rzadko dysponowali inną zapłatą. Aby zaopatrywać się w niewolników, musieli prowadzić wojny. Do prowadzenia wojen potrzebowali coraz więcej wojowników i broni; za broń trzeba było płacić, wojowników należało wynagradzać. A dostatecznie napełnić w tym celu skarb pozwalały tylko dwie drogi, niekiedy dopełniające się, niekiedy sprzeczne: albo powiększać nierówności wewnętrzne, albo podbijać obcych, czyli prowadzić wojnę tak, by sama zarabiała na siebie. Toteż choć legiony w bezpośrednim sąsiedztwie limes utrzymywały pokój, dalej srożyła się wojna, wojna endemiczna. Nomadów zmuszała do opuszczania terenów łowieckich. Ludy osiadłe wypędzała z siedzib przodków i zmieniała w bandy błądzące w poszukiwaniu nowego miejsca pobytu. I które tymczasem mogły żyć tylko z wojny.

Światem barbarzyńskim – na północy sięgającym aż oceanu, a na wschodzie Chin, których granica, Wielki Mur, powodowała podobne skutki co limes – wstrząsały okresowo fale wywoływane lokalnymi zaburzeniami równowagi demograficznej, wojnami i głodem oraz nadzieją rzekomo łatwego łupu w krajach cywilizowanych. Takie fale, które wprawiały w ruch spokojne dotąd ludy, nie były same przez się niczym nowym. Jednak pod destabilizującym – tak na wschodzie, jak na zachodzie – wpływem kontaktów z cywilizacją zaczęły stopniowo przybierać na sile. W III wieku zachodnia część Cesarstwa Rzymskiego przeżyła pierwszy poważny alarm. Władza centralna zdołała wówczas przywrócić pokój i przez jakiś czas sprawa wydawała się załatwiona. Ciągle jednak – dotyczy to zwłaszcza tej części limes, która ciągnęła się wzdłuż Dunaju – ludy barbarzyńskie pod naporem innych barbarzyńców uciekały się pod opiekę Rzymu, by uniknąć niewolnictwa, i żądały prawa osiedlania się w Cesarstwie, uprawiania jego ziem i walki w jego obronie. Takie żądania były zarazem ofertą i groźbą. Można je było spełniać i czekać, by romanizacja dokonała swego dzieła, póki władza była silna, a legiony potężne. Ale wobec słabnięcia instytucji państwowych zgoda na osiedlanie się barbarzyńców wystawiała na ryzyko grabieży wnętrze Cesarstwa, które, nawet gdy wszystko szło dobrze, i tak barbaryzowało się coraz bardziej. Otóż w miarę potęgowania się waśni wewnętrznych machina państwowa rozpadała się i malała zdolność Cesarstwa do samoobrony. Równocześnie wzrastał napór z zewnątrz.

Rozdział 2 Pogaństwo, chrześcijaństwo, Imperium

Dwa zespoły wierzeń religijnych, dwa sposoby życia indywidualnego i społecznego, dwa typy kultury: konflikt między chrześcijaństwem a pogaństwem, zrazu marginesowy i lekceważony przez elity Cesarstwa, od III wieku wysuwa się na plan pierwszy. Nie jest to jednak zderzenie dwóch jednorodnych bloków. Politeizm, wywodzący się z głębi wieków i przesycony, zwłaszcza w środowisku uczonych, fatalizmem astralnym, przetwarzają dążenia do odnowy duchowej i prądy ezoteryczne; zarazem współzawodniczą z nim nowości, często pochodzenia wschodniego: kult Mitry, manicheizm, gnoza. Co do chrześcijaństwa zaś, które po licznych rozdarciach utwierdziło się w swej odrębności od tradycji żydowskiej, ustalając własny kanon ksiąg objawionych i uznając Ewangelię za dopełnienie Biblii, przekształconej tym samym w Stary Testament, podczas gdy Ewangelia stała się Nowym – co do chrześcijaństwa więc, to z trudem współżyje ono z kulturą pogańską, której duch jest mu głęboko obcy, ale bez której jego adepci nie umieliby się obejść, zwłaszcza jeśli wywodzą się ze środowisk wykształconych. A to dlatego, że retoryka, filozofia, sztuka i cały styl życia wpajany przez tradycyjną pajdeję są dla nich kulturą po prostu: tym, co odróżnia człowieka od zwierzęcia. I także dlatego, że nie umieją intelektualnie przezwyciężyć myśli pogańskiej i rozwiązać problemów, które ich samych nurtują, bez obrócenia przeciw tej myśli jej własnej logiki i dialektyki, i bez przejęcia z nauki dawnych mistrzów – od Talesa do Plotyna – wszystkiego, co by mogło służyć nowej wierze.

Zwolennicy całkowitego zerwania z kulturą pogańską przeciwstawiają się zatem w obrębie samego chrześcijaństwa zarówno tym, którzy pewne jej składniki chcieliby ocalić, choćby jako podporządkowane i w miarę potrzeby okrojone, jak tym, którzy, jeszcze bardziej ugodowo nastawieni wobec dawnych sposobów życia i myślenia, zmieniać by w nich chcieli bardzo mało. Ateny czy Jerozolima: wybór postawy wobec kultury pogańskiej dzieli biskupów, nie zawsze zresztą jednomyślnych, od pustelników, a w przekładzie na prozę codzienności dzieli też wiernych. W rzeczywistości bowiem wybór ten wywiera wpływ na święta i dzień powszedni, na wygląd zewnętrzny i na zakazy żywnościowe, na traktowanie własnego ciała i na stosunki między osobami różnej płci, na postępowanie z noworodkami i na rozrywki dorosłych. Wybór ten ma niekiedy wymiar społeczny, gdy łączy się z uznaniem kultury elit, ich bogactwa i związanego z nim stylu życia za sprzeczne z pogardą dla dóbr doczesnych, jaka winna cechować chrześcijanina, i z prostotą ludu. Zyskuje również wymiar duchowy i egzystencjalny, gdy jednostki przeżywają go jako pokusę, dylemat, rozdarcie.

W IV wieku chrześcijaństwo od dawna już ukonstytuowane jest w Kościół podzielony na wspólnoty lokalne pod władzą biskupów, którzy rządzą duchowieństwem wyodrębnionym z masy wiernych i hierarchicznie zorganizowanym. Niektórym biskupom przypada rola wyróżniona: na zachodzie biskupowi Rzymu, na wschodzie biskupowi Aleksandrii, w Afryce biskupowi Kartaginy, aczkolwiek nie można jeszcze mówić o żadnym ośrodku władzy, który by był uznawany przez wszystkich. Kwestia stanowiska wobec kultury pogańskiej z jednej strony, a z drugiej, choć w znacznie mniejszym stopniu, tradycji żydowskiej nie pozostaje bez wpływu na pojawienie się wewnątrz Kościoła sporów dotyczących zarówno spraw dyscypliny i organizacji, jak poszczególnych punktów doktryny: stosunków między osobami Trójcy, związku między boską a ludzką naturą Chrystusa, wolności człowieka, grzechu pierworodnego czy łaski. Spory te, w których rozbieżności swoiście teologiczne stanowią zarazem ujście dla konfliktów między instancjami kościelnymi i dla niechęci osobistych, kulminują w wybuchach gwałtowności słownej, a nawet przemocy fizycznej, i niekiedy rozdzierają jedność samego Kościoła. Tak właśnie stało się z herezją ariańską – negacją współsubstancjalności Syna z Ojcem – która, chociaż potępiona i przezwyciężona, zdołała rozprzestrzenić się i zakorzenić na długo.

Nawrócenie Konstantyna i uczynienie przeto chrześcijańską samej władzy cesarskiej zmienia charakter podwójnego konfliktu między chrześcijaństwem a pogaństwem z jednej strony i Kościołem a herezjami z drugiej. Kościół osiąga status uprzywilejowany, który, wyjąwszy krótkie intermedia, będzie mu odtąd przysługiwał już na stałe. Do niedawna prześladowane, chrześcijaństwo w ciągu kilku dziesięcioleci przejmuje faktycznie rolę dawnego kultu imperialnego i staje się religią państwową. Koniec IV wieku przynosi oficjalny zakaz kultów pogańskich połączony z zamykaniem lub burzeniem świątyń. Nie spowodowało to bynajmniej ich zaniku. Ale Kościół jest już obecny we wszystkich prowincjach Cesarstwa. Zakorzeniwszy się na trwałe w miastach, może teraz rozpocząć podbój wsi, który zajmie mu całe wieki nawet na ziemiach uważanych za najdawniej schrystianizowane.

Od czasów panowania Konstantyna wewnętrzne konflikty Kościoła stają się sprawami państwa. Toteż właśnie władza cesarska zwołuje sobory powszechne, gdzie zgromadzeni biskupi formułują credo Kościoła – system dogmatów, które każdy chrześcijanin obowiązany jest wyznawać pod karą klątwy, i gdzie ustala się między innymi prawowierne rozwiązania spornych problemów Trójcy i natury Chrystusa, co było dziełem soborów ekumenicznych w Nicei i Chalcedonie. Kontestatorów, wykluczonych ze wspólnoty wiernych, zwalczają instancje kościelne; od lat osiemdziesiątych IV wieku karzą ich również władze Cesarstwa. Te ostatnie oddają się przeto w służbę tamtych, zarazem jednak wtrącając się, i to niekiedy bardzo poważnie, w życie Kościoła, który skłonne są traktować jako jeszcze jedno narzędzie swoich rządów. Widać to zwłaszcza w samej stolicy Cesarstwa i w pobliskich prowincjach.

Rozdwojenie funkcji cesarskiej, narzucone przez wzgląd na skuteczność obrony, nadało wymiar polityczno-militarny podwójności Imperium, dotychczas głównie językowej i gospodarczej, bo prowincje greckie odróżniały się swym bogactwem od łacińskich. Choć począwszy od III wieku cesarze opuszczali Rzym, aby znaleźć się w pobliżu granic, gdzie zagrażali barbarzyńcy, było to tylko stanem faktycznym, sytuacją wyjątkową. Przenosząc stolicę nad brzegi Bosforu, Konstantyn pogłębia i utrwala rozdwojenie Cesarstwa. A zarazem na długo pomniejsza rolę polityczną Rzymu, starej stolicy łacińskiej i pogańskiej, na korzyść Konstantynopola, nowej stolicy chrześcijańskiej i greckiej. Pierwsza chyli się ku upadkowi, druga rośnie w chwałę. Obok podziału na Północ i Południe, który przeciwstawia barbarzyństwo cywilizacji, pojawia się zatem w samym łonie cywilizacji rzymskiej podział na Wschód i Zachód.

Pojawia się on także w łonie społeczności chrześcijańskiej, gdzie nowo utworzony patriarchat Konstantynopola staje się szybko rywalem Rzymu, który, jako stolica świętego Piotra, pretenduje do pierwszeństwa – i gdzie mnożą się oznaki odmiennej ewolucji Greków i Łacinników. W takich właśnie warunkach zalążek podziału zmienia się od V wieku w przeciwieństwo losów: Zachód pada łupem Germanów, podczas gdy na Wschodzie, wystawionym na ataki Gotów, Bułgarów i Słowian, Cesarstwo zwycięża pierwszych, pozostałym zaś pozwala osiedlać się w Tracji i Ilirii, odpychając ich od swoich najważniejszych ośrodków, jak odpycha Persów. Dopiero w VII wieku, w następstwie muzułmańskiego najazdu arabskiego, obszar Cesarstwa ulegnie poważnemu okrojeniu po utracie Egiptu, Palestyny i Syrii. Mimo tej klęski, a także wielu następnych, znacznie cięższych, Cesarstwo – wówczas już Bizantyjskie, lecz ciągle powołujące się na Rzym – będzie istniało aż do połowy XV wieku jako cesarstwo greckie, w którym – choć schrystianizowana i przekształcona – przetrwa w zasadzie dawna cywilizacja rzymska wraz z organizacją władzy pochodzącą z czasów Dioklecjana i Konstantyna.